Komisarze do komisu

Peter_Collins_270376.jpg

  1. Paradoksy, głupoty polskie, pomysły z kosmosu zadziwiające cały świat. Słyszę i czytam o tym bez przerwy. Ile to już lat?

Wraca raz po raz temat komisarzy, specjalistów od torów. Zrobiła się niezła fucha w tym magicznym żużlowym, polskim światku. Czy mamy teraz lepsze nawierzchnie czy nie? Pytanie jakby retoryczne. Tworzenie struktur, które nic nie wnoszą są specjalnością, normą naszego życia a speedway nie jest sportem zawieszonym jak żyrandol. Speedway nie patrzy na inne sporty, żyje swoim ucieranym schematem, liftingowanym pod kątem zwiększania środków na utrzymanie tej dyscypliny. Ostatnio zostali zawieszeni trener i toromistrz z Rybnika. Ten zasłużony dla polskiego żużla klub jest od pewnego czasu na wokandzie władz i drży co będzie dalej. Klub płaci jakby za prezent jaki go kiedyś spotkał wciśnięciem do Ekstraligi. Kiedy zrodziła się przykra sytuacja z Grigorijem Łagutą, ROW wpadł w sieci i wizja spuszczenia drużyny z elity jawi się niebezpiecznie na horyzoncie. Jak załatwić ten problem? Czeka na sprawiedliwy werdykt środowisko, społeczność sportowa, która nie lubi rozstrzygania przy zielonym stoliku. Każda cierpliwość ma jednak swoje granice.

Komisarze zajmujący się torami wyrugowali decyzje sędziów. Historia polskiego żużla pokazuje, że preparowanie nawierzchni był uprawiane mimo kar. Bywało, że gospodarze topili się swoimi pomysłami naprawiania rzeczywistości. Speedwy bardzo często jest uzależniony od pogody. Co do władzy komisarzy postuluję nie mnożenie ich liczby a przywrócenie autorytetu sędziego, który zawsze był na stadionie osobą nr. 1. Toromistrze tradycyjnie pilnowali swoich zadań pod rygorem.

Rozmywanie odpowiedzialności jest cechą potrzebną do stosowania ubocznych metod w utrzymywaniu władzy. Główna Komisja Sportu Żużlowego była niepodzielną władzą, zbierała na siebie gromy ale i pochwały. Mamy dodatkowo Ekstraligę a GKSŻ nie zbiera się cyklicznie i warto zajrzeć do historii jak skrzętnie i systematycznie były prowadzone spotkania pod rządami społecznymi/ podkreślam to słowo/ Rościsława Słowieckiego, Zbigniewa Flasińskiego, Andrzeja Grodzkiego… Skrupulatnie, konsekwentnie z odpowiedzialnością marki Polskiego Związku Motorowego. O czym mówi zbulwersowane środowisko? Elity zapominają o tych, co stoją za plecami i z których żyją. Co zrobić z “instytucją” komisarzy? A może zrobić bez ustawki dyskusję środowiska, bo uzbierało się aż nadto różnych kontrowersji? Problemy zamiatane pod dywan, czasem wyłaniają się nagle w najmniej oczekiwanym momencie z ostrością brzytwy.

  1. W 1976 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie w finale indywidulanych mistrzostw świata złoty medal zdobył w kapitalnym stylu Anglik Peter Collins. Fruwał na torze z nogą wyciągniętą do tyłu. Startował na codzień w Belle Vue Manchester, pochodził z rodziny żużlowej, jego bracia też startowali a mama kibicowała osobiście na wielu stadionach w prestiżowych imprezach. Peter Collins w roku 1977 odniósł kontuzję stopy a kolejny finał rozgrywany był na Ullevi w Goeteborgu. Lekarze spreparowali specjalny but dla Collinsa. Byłem wtedy w Goeteborgu, gdzie wygrał szczęśliwie Nowozelandczyk Ivan Mauger po raz piąty w karierze i zrównał się tytułami ze słynnym Szwedem Ove Fundinem. Peter Collins był drugi z przykrą kontuzją nogi! Można dywagować, jaki przebieg miałby turniej, gdyby Anglik był w pełni sprawny, gdyż pogoda zamieniła nawierzchnię w gęstą maź. Zawody stały pod znakiem zapytania. Paradoksem był fakt, że następnego dnia zapanował słoneczny dzień, po tym jakże deszczowym. Dyskutowano potem szeroko na temat startu i kontuzji Petera. Takie “buty” sympatycznego Anglika z biegiem czasu miały zastosowanie w podobnych sytuacjach. Czy to dobrze czy źle? Czy notoryczne tzw. “spawanie” obojczyków przez żużlowców aby szybko wyjechać na tor, jest dopuszczalne? Kilkadziesiąt lat temu do władz Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, do nowego panelu włączony został dr Lech Baran z Wrocławia. Był fachowcem i kochał żużel. Był utożsamiany z wrocławską grupą działaczy, którzy udanie przygotowywali finały światowe. Niestety docent Lech Baran zmarł. Panel medyczny w FIM działa jak działa, podobnie, jak grono żużlowych działaczy w tym gremium. Przypomnę przy okazji z tamtych lat światowego guru żużla Władysława Pietrzaka, który był ogromnym autorytetem, znał języki i niemal klinicznie funkcjonował w świecie.

Zawodnicy łamią wszystko co jest do złamania, szybko chcą wracać na tor. Nie patrzą na zdrowie, które po latach przypomina, co stało się kilknaście, kilkadziesiąt lat wcześniej. Często poruszałem idiotyczny pomysł startów ligowych następnego dnia po turniejach Grand Prix. Dziś w Skandynawii, jutro w Polsce! Podróże nocne, zmęczenie, gdzie jest sport, przyjemność? Mamy obraz żużlowców, którzy przemieszczają się z odległych miejsc na stadiony kolejnych startów. Normalne? Ludzie z innych sportów podziwiają i nie rozumieją takich decyzji. Mamy groźne kontuzje, starty niewyleczonych do końca zawodników. Lekarze wydają dziwne decyzje a władza żużlowa akceptuje takie warunki. Speedway robi się kaleki. Ile mieliśmy dramatów, tragicznych zdarzeń? Lista długa. Smutne echa wyciszał czas ale warto wreszcie obudzić się zdrowym. I tu, i tam!

  1. Nie tak dawno zmarł były sędzia Andrzej Kulesza /rocznik 1944/ z Gdańska. Był bardzo aktywnym i wyluzowanym, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, arbitrem i cenionym działaczem. Bardzo komunikatywny i logiczny w rozstrzyganiu zwykłych problemów. Znał speedway nienagannie; grono zasłużonych ludzi tego sportu straciło kolejnego człowieka, który zaakcentował swoją osobowość różnymi funkcjami, nie tylko sędziowaniem, na imprezach w całej Polsce.

Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.

Kevlarowi dragoni DuPont

a1036_0-d

No i zaczęło się z mokrej ”rury”, kevlarowi dragoni wyjechali na raty, na żużlowe przygody. Zanim dojadę do toruńskiego, światowego turnieju par, może o czymś innym, na co patrzymy, dotykamy a twórczynią tego cudu pod nazwą KEVLAR jest kobieta z polskimi korzeniami. Żużlowy świat ubrany był poprzednio w skóry, ciężkie kombinezony, w upały trudno było oddychać a co dopiero walczyć na motocyklach. Obraz jeszcze w latach osiemdziesiątych polskich ekip wyjeżdżających na zawody był w porównaniu do dzisiejszych czasów, jak… furmanki z Audi. Auta miały haki do których dołączano przyczepki z motocyklami, nadto specjalne drewniane skrzynki narzędziowe, które przypominały… Pamiętam taką sytuację na trasie z Glasgow do Stoke, kiedy polską ekipę zatrzymała angielska drogówka i policjantów bardzo zafascynowała właśnie taka ”trumienka”. Było wesoło i upokarzająco zarazem. Takie mieliśmy czasy a dziś nasi żużlowcy śmigają po Europie kolorowymi/ reklamy/ vanami dobrych marek aut, zaopatrzonych w sprzęt. Ewolucja ogromna. Szyk i elegancja.

Do jednej z takich przemian należy zaliczyć zastąpienie ciężkich kombinezonów przez zwiewny materiał kevlarowy. Pamiętam, kiedy reprezentacja USA pojawiła się w takich uniformach i obserwatorzy zastanawiali się w co są ubrani i jak nowe

“ubranka”zachowają się w przypadku karamboli… czy wytrzymają, ochronią ciało. Nie budziły zaufania, materiał był lekki jak jedwab i efektownie w czasie jazdy falował. Amerykanie robili furorę. A kevlar karierę. A kto był matką tego wynalazku?

Otóż chemiczka polskiego pochodzenia Stephanie Louise Kwolek. Urodziła się w Pensylwanii w USA w 1923 roku a zmarła w 2014 roku. Była córką pary polskich emigrantów Neille i Johna Kwolków/ źródła podają, że być może nazywali się ongiś Chwałek/ ale nazwisko Kwolek jest na polskim gruncie i znałem ongiś szefa, znanej katowickiej restauracji “Polonia” o takim nazwisku, który n.b. pochodził z Krosna czy okolic tego podkarpackiego miasta.

Emigracja za chlebem z południowych rejonów Polski/ Galicja/ do USA była powszechna w XIX wieku. Ale w Pensylwanii urodził się także świetny aktor Hollywood Charles Bronson/ Buschinsky/, polsko – litewskiego pochodzenia. Ojciec Stephanie zmarł kiedy miała 10 lat, uczęszczała do szkoły zakonnic a potem na uniwersytety w Pensylwanii i zdobyła dyplom chemiczki w 1946 roku. Chciała jeszcze studiować medycynę, lecz warunki materialne zmusiły ją do pracy i wylądowała w znanym koncernie DuPonta. Kierując zespołem badawczym wynalazła w 1964 roku materiał pn. kevlar, lekki, kilka razy wytrzymalszy od… stali. Kevlar jest polimerem z grupy aramidów z którego przędzie się sztuczne włókna o wysokiej wytrzymałości, odporne na rozciąganie. Jest niepalny, odporny na zużycie, nie przewodzi prądu elektrycznego. DuPont jest firmą światowej sławy; nasza rodaczka Stephanie Kwolek ma na koncie aż 28 patentów! Cześć i chwała a kevlar znalazł się na żużlowym podwórku. Przede wszystkim robi się z niego świetne kamizelki kuloodporne! Stosowany jest także m.inn. do wzmacniania wewnętrznych powłók nart, rakiet tenisowych, robi się z niego żagle, hełmy, kaski, używa w produkcji rowerów, motocykli a nawet pancerzy lotniskowców. W szyciu kombinezonów Kevlar bywa zastępowany też przez… nylon. I tak mamy żużlowych dragonów ubieranych w wynalazek Stephanie Kwolek, produktu firmowanego przez DuPont. Można być dumnym, że jeszcze jedna osoba z polskimi korzeniami na amerykańskim gruncie /nie aktorka, nie modelka/ zrobiła karierę, której kulisy są tak mało znane. Odkurzam, przypominam, bo oto szaleje na żużlu …”Kwolkowe towarzystwo DuPont”. Profesjonalne wzornictwo, fantastycznie.

No a teraz jazda na tor. Toruń zawarczał przed ligą turniejem otwierającym ściganie się o światowy prymat najlepszych par. Mistrzostwa tego rodzaju były ongiś atrakcyjne, ścięte jednak przez angielską BSI. Miały być wpierw cuda, skończyło się na projekcie w postaci serialu GP singli przez cały prawie rok. Nic tak nie męczy jak długie czekanie na mistrza; “czy dłużej i więcej, znaczy bardziej sprawiedliwiej”?

TORUŃ. Para za parą. Nie był to pierwszy turniej nowego sezonu, rozegrano klubowe sparingi, nawet ścigano się w ramach mistrzostw Polski, choć nie wszędzie pogoda dopisała. Zainteresowanie widzów tradycyjnie na początku sezonu duże, zimowe wyposzczenie rodzi zwykle zauroczenie, które z czasem mija.

Jak było na Motoarenie? Ścigano się zacięcie, turniej wygrali z nami Duńczycy; w kwietniu mamy kolejną rozprawę w niemieckim Guestrow a potem w maju finał w duńskim, przytulnym Esbjergu, gdzie urodził się Erik Gundersen. Polacy zaczęli w składzie Jarosław Hampel i Krzysztof Kasprzak, lecz kiepsko spasowany do toru/ sic!/ srebrny medalista MŚ/ GP obywatel KK wymieniony został po dwóch startach na Piotra Pawlickiego, mistrza świata juniorów. Piotrek ma duszę do sportu i ścigania się, widać u niego radość na twarzy a nie katorgę. Angielskie jazdy robią z niego magistra. Jest swobodny i przy młodzieńczej nonszalancji, co nie jest wadą, potrafi ograć najlepszego ale i też stracić miejsce wskutek zabawy na torze. PP nie robi wyrachowanej kalkulacji, jeszcze życie nie wymusiło na nim sportowej “zemsty na zimno”. Marzy mi się taki duet Piotrek z bratem Przemysławem a który trener tak postawi, raczej nie straci. Duńczycy są faworytami /Nicki Pedersen i Niels Kristian Iversen/ o której to konkurencji nie będę już piał jak kogut, bo walory nie podlegają dyskusji. “Kangurom” brakowało “wiszącego” Darcy Warda. Nie wiem dlaczego FIM tak grzebie się z oficjalnymi mistrzostwami par, w końcu dzielne chłopaki z toruńskiej ONE robią swoje i ucierają nosa FIM – owcom.

I tak oto zaczął się z kaprysami meteo sezon anno 2015 a ligowy taniec został zastopowany przez pogodę. Niebo pogroziło mocno i dało ludziom czas na świętowanie. Moi Drodzy, LIGA jest jak kobieta, która potrafi zrobić z faceta milionera, pod warunkiem, że wcześniej był … miliarderem. Jasne?

„Życie jest małą ściemniarą“

phpThumb_generated_thumbnail

Słońce coraz wyżej, sezon coraz bliżej… I rozstrzygnięcie afery Darcy Warda, Australijczyka niesfornego, niezwykle utalentowanego, który swoimi jazdami robi furorę a poza torem lubi się zabawić. Nie zawsze popija kefir. I dlatego, kiedy stwierdzono u niego przed jednym z turniejów GP, że krew nie woda a zawiera trochę alkoholu zawieszono młodzieńca. Historia żużla zna przypadki niezbyt higienicznego prowadzenia się przez zawodników. Kto ma pecha wpadnie. Kto nie pije alkoholu, nie interesuje go marihuana albo inne środki odurzające może spać spokojnie. Na polskim rynku mamy rodzimego Patryka Dudka, który łykał zakazane środki wzmacniające i wisi na czarnej liście, lecz odwołuje się po odcierpieniu kary w połowie. Jedni potępiali, drudzy bronili, jak zwykle bywa los błąka się w szczegółach i nie ma dymu bez ognia. Zielonogórzanin, mistrz świata juniorów Dudek pogubił się trochę w karierze dobrze rokującej; ważne jakie wyciągnął wnioski. W przypadku młodych zawodników, progresywnych, szkoda każdego dnia bez jazdy podziwianej przez kibiców.

Australijczyk Ward przegrywał starty, lecz potrafił potem szaleńczo walczyć na każdym metrze toru, co podoba się każdej publiczności, bo na żużel przychodzi się by oglądać wyścigi z mijankami, a nie nudne jazdy gęsiego. Nowy projekt NSF Jawy dwuzaworowej zmierza w koncepcji do zaciętej walki obok siebie. Speedway globalny zmierza w technicznej rewolucji do jak naszybszych jazd, co jest bzdurą, gdyż od dawna oświadczam, że żużel jest umiejętnością pokonywania wiraży. Nie sztuką jest rozpędzić maszynę na prostej by potem ratować się w łuku i tratować rywali. Zostawmy wyścigi nazywane potocznie przez ogół… biegami. Przy okazji pytam: kto biega na tych motocyklach ?! Profesor Jan Miodek nie potępia potocznych zwrotów, które mówiąc “kolokwialnie“/ kolejne nadużywanie tego słowa wszem i wobec/ zachwaszczają polski język. Jestem „zakręcony“… Wracam więc do Warda, bo lubię oglądać jak walczy, przegrywa, wygrywa, widać w tym fantazję… „słowiańskiego kangura“. Darcy lubi się napić piwa i jakoś jego młodzieńczy wiek nie potrafi zrozumieć, że o ile motocykl żużlowy nie ma hamulców, to w życiu hamulce są niezbędne. Zarówno w komentowaniu zdarzeń, jak i na torze, gdy zawodnikom puszczają nerwy i pęka głowa, pędzą czasami na… oślep. No tak, robi się zakręcone piekło. Ward nie jeździ brutalnie, nie przewraca przeciwników, nie jest taranem, jest talentem, który w radosnym uciekaniu od startu do mety chce być pierwszym. Ale nie wścieka się i nie kopie w ściany, nie przewraca szafek, nie rzuca kaskiem, gdy mu nie wyjdzie wyścig i zamelduje ostatni. Jest wysoki, nogi nie ułatwiają w takiej sytuacji walki, trzeba je zwinąć umiejętnie. Małemu zawsze lepiej, np. takiemu Anglikowi Andy Smithowi było łatwiej albo innym mikrusom. Nie mam zamiaru tłumaczyć Australijczyka z błędów, sport funkcjonuje w określonych ramach moralnych i trzeba niestety tego się trzymać! Wiedzieć, gdzie poszaleć na parkiecie a kiedy na torze. Darcy lubi również ostro pojechać autem na drodze. No cóż, ja też nie jestem święty. A są tacy? Może udają i mają szczęście nie mieć pecha. Bywają tacy, których raz po raz kopie pech i świat jest dla nich wyjątkowo szorstki.

Sprawa Warda zawieszonego przez FIM ciągnie się długo i pojawiają się nowe terminy finalne. No a sezon na progu. Mr. DW traci, już nie płaci frycowego, bo jest recydywistą. Duży ból. Są w sporcie żelazne reguły: piłeś, kosztujesz narkotyków, szprycujesz się dopingiem jesteś out! Nie zagrażaj innym, nie jesteś sam, odpocznij więc na dłużej. Międzynarodowa Federacja Motocyklowa a konkretnie CCP i guru żużlowego, światowego towarzystwa Włoch Armando Castagna nie zamiata pod dywan afery. Zawodnik został przesłuchany. Trwa myślenie jaki zaproponować wyrok. Serca wiążą surowe przepisy i nie ma rady na banały.

Niszowy speedway ma pecha, bo ogołocony przez brak widowiskowego zawodnika traci ogromnie. Australijczyk dałby każde pieniądze by jeździć, bo on kocha ścigać się, być na torach, to jego żywioł. Co robić? Castagna and company mają problem. Kiedy piszę, że speedway jest niszowy i słyszę, że tak nie jest, co głoszą medialni Mesjasze, robią mi się ze śmiechu zajady. Legendarne londyńskie Wembley było świątynią nie tylko futbolu ale i żużla. Przed każdym finałem światowym w angielskiej prasie były na dzień przed turniejem krótkie notki, kilkanaście wierszy. Po zawodach zdjęcie i wyniki pierwszych ośmiu żużlowców. Koniec, kropka. A obok w słynnych angielskich gazetach po kilka kolumn futbolu, golfa, krykieta, wyścigów konnych, nawet gonitwy psów miały swoje bogate „newsy“. „Mondo cane“, pieskie życie.

FIM… nie wie jak ukarać Warda, dlatego przeciąga sprawę. Obojętnie co się stanie i jaki zapadnie wyrok ubolewam, że głupota Australijczyka eliminuje go w świetnym okresie kariery ze startów. On się pali do jazd, pragnie ścigać na żużlu, w motocrosie, byle do przodu, poczuć amok adrenaliny wyzwalającej fantazję wybierania ścieżek po zwycięstwa. Na razie “wisi“ jak Dudek.

Podobno ostateczna decyzja zapadnie w marcu. „Życie jest małą ściemniarą“ śpiewa Igor Herbut vel LemOn. Niektórzy dodają… wielką fujarą. Nie znam przecieków z FIM, z Włoch, gdzie Armando Castagna jako szef światowego żużla steruje tym sportem. Z jednej strony jest dowód winy, z drugiej miłość do sportu, który bardzo cierpi, kiedy z głupoty wylatują poza nawias idole, ulubieńcy tłumów, zawodnicy z charyzmą karmiący sympatyków urodą waleczności. Niestety, takie jest życie, przewrotne: jednym daje a drugim odbiera. Darcy Ward czeka i jego fani a czas każdemu prędko ucieka.

Vojens Ole!

Szkoda tego miejsca i żal, że speedway światowy traci Vojens dla dużych wydarzeń. Vojens znaczy… Ole Olsen. Kto przed 35 laty słyszał o takiej miejscowości?! Kiedy w 1975 roku guru duńskiego żużla zdobył drugi tytuł mistrza świata na klasyku postanowił zainwestować w stadion. Urodził się w Haderslev, kilkanaście kilometrów od Vojens, w rodzinnym domu sprzedawał z drugiej ręki samochody Honda i BMW. Mały domek, także niemal muzeum wyposażone w trofea Ole. Bywałem tam zanim przeniósł się do okazałego domu niedaleko Haderslev i Vojens. Olsen miał przyjaciela Aage Sondergaarda i razem obmyślili stadion stricte żużlowy w małej miejscowości, liczącej kilka tysięcy mieszkańców/ dziś jest kilkanaście tysięcy/. Pierwsze zawody na nowym stadionie odbyły się w 1977 roku i były to mistrzostwa Europy juniorów w których zwycieżył Duńczyk Alf Busk. Nie było jeszcze głównej trybuny, projekt realizowano w etapach. Lubiałem jeździć do Vojens, długa droga przez dawne NRD, potem skok przez Hamburg, Flensburg i zaraz za niemiecką granicą było duńskie żużlowe królestwo, które przez niektórych polskich malkontentów nazywane było… wsią. Jakby nie byli często ze wsi, polskiej.

W Haderselv w hotelu “Norden”, małym i przytulnym nad stawem z dzikimi kaczkami, w hallu obok recepcji stał pozłacany motocykl Jawa, który dostał duński internacjonał Ole w Czechach.  Wygrywał tam “ Zlate Prilby” w Pardubicach, przyjeżdżał na polowania do Czech. Vojens szybko robiło karierę, było nowością zarządzaną przez mistrza, w 1978 roku Olsen zdobył trzecie mistrzostwo świata na Wembley w Londynie i był to cudowny finał, gdzie mistrzowi na podium towarzyszyła nie tylko żona Ulla ale i miss świata Mary Stavin. Zostawmy urodę turnieju oraz pań. Polećmy do Vojens. W 1979 roku w finale mistrzostw świata par polski duet Edward Jancarz i Zenon Plech zdobywają brązowy medal a wygrywają Duńczycy Olsen z Hansem Nielsenem, srebro dla Anglików, piąte miejsce z 14 punktami zdobyła wschodząca gwiazda żużla Amerykanin Bruce Penhall, który w solowej jeździe ogrywał rywali jak chciał i rozdawał punkty. Kelly Moran doznał kontuzji na treningu. Bobby Schwartz nie doleciał, zawody zostały przesunięte o dzień , bo lało jak z cebra. W ogóle pogoda lubi tam kaprysić. Byłem na tym turnieju, badano motocykl Plecha. Polacy pojechali medalowo. Dotarłem na zawody czerwonym “ Maluchem” i była to wyprawa, której nie zapomnę ze względu na blisko 3000 kilometrów i nie tylko z tego powodu. Wróciłem. Było głośno na trasie a kręgosłup trzeba było masować fachowo.

Vojens “zaskoczyło” w kalendarzu FIM, organizowano na przemian finały interkontynentalne drużynowe oraz indywidualne MŚ. Sędziował tam często torunianin Roman Cheładze. Turnieje były zazwyczaj przedwczesnymi finałami światowymi, ich dramaturgia była wyczerpującym widowiskiem dla fanów, którzy stawiali się w liczbie kilkunastu tysięcy. Dziś  może ten stadion pomieścić ponad 20 tysięcy. Polakom wiodło się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, narzekano zwykle na tor a moim skromnym zdaniem w erze polskich torów “lotnisk” były kłopoty z geometrią. Stadion Olsena i Sondergaarda mocno zaktywizował senne Vojens, ożywił gospodarczo to miasteczko. Nie przypuszczałem, że dojdzie kiedyś do konfliktu z gminą i Vojens w 2012 pożegna się z żużlem, choć nie wierzę w taki obrót sprawy i może po krótkiej przerwie znów będzie tam gorąco podczas prestiżowej imprezy. Na razie wieści z południa Danii nie są najlepsze i miejscem pewnym dla Grand Prix będzie stadion Parken w Kopenhadze ze sztucznym torem.

Uczestnicy wielkich turniejów w Vojens mieszkali w okolicznych miejscowościach, żelaznym punktem pobytu były wyprawy do Billund, gdzie usytuowany jest Legoland. Tamtejsze klocki symbolizują Danię, podobnie jak zamek Hamleta czy buty firmy Ecco. A duńscy żużlowcy nie potrzebują reklamy i Hans Nielsen/ Brovst/, Erik Gundersen  /Esbjerg/ czy Jan O.Pedersen albo Nicki Pedersen są symbolami jazd w lewo w mistrzowskim wykonaniu. Artyści na motocyklach i guru Olsen, były dyrektor cyklu Grand Prix od początku, jeden z inicjatorów, a teraz dyrektor sportowy na etacie Międzynarodwej Federacji Motocyklowej. Jest ikoną światowego żużla, charyzmatyczny, który swój pierwszy sukces na żużlu odniósł w wieku 17 – lat zostając mistrzem Danii. Jakże zmienił się styl jazdy chłopców z tamtych lat w porównaniu do dzisiejszych  czasów. Czarne kombinezony ze skóry bez reklam były diaboliczne, bo dziś na żużlu jest kolorowo w kevlarowo – reklamowym zestawie. Inne motory, inne ubiory. I styl jazdy.

W 1988 roku odbył się w Vojens finał indywidulany mistrzostw świata, który wygrał Erik Gundersen, przed swoimi rodakami Hansem Nielsenem i Janem O. Pedersenem i duńska armada święciła triumf bezapelacyjny. Wtedy też po tych zawodach doszło do rozłamu pomiędzy Olsenem a Aage Sondergaardem, który potem prowadził etnograficzne  muzeum pomiędzy Vojens a Haderslev. Poszło nie o kobiety a pieniądze.

Duńskie stadiony żużlowe charakteryzuje kameralność, o choćby takie Holsted położone w bezmiarze pól i łąk farmy. Hoteliki ze skandynawską dbałością o szczegóły i słynne piwa, których smak jest niepowtarzalny ze słynnym Tuborgiem na szczycie. W Vojens  Center króluje Faxe, sponsor wielu imprez i gaszenie pragnienia piwoszy, którzy jeśli przekroczą litraż kufli widzą zawody we mgle. Najgorzej nie jest, atmosfera cool.

VOJENS jest kultowe, wyrobiło sobie markę przez ponad 35 lat z Ole Olsenem w tle. I nie mówmy o wsi, co jest zwykłym obciachem i doprawdy mało takich miejsc, gdzie w historii tyle działo się na małej przestrzeni w światowej elicie na poziomie o jakim mogą inni pomarzyć, mimo atutu stadionowych kolosów. Małe bywa czasami piękne i to nie jest wcale frazes. Ole!

Dobruszek wybrał Danutę

Raz po raz czytam książki, kupuję, niektóre przeglądam i odkładam na bok. Świat sportowych książek jest specyficzny, nie opisuje raczej zdarzeń a głównie bohaterów aren. Kibice uwielbiają statystyczne zestawienia, bardzo potrzebne, lecz mnie nudzą, bo wolę w ten obszar zajrzeć dzięki internetowi. O właśnie, internet wtargnął mocno w przestrzeń zainteresowań kibiców i mają na ekranach co tylko zapragną. Niesamowity świat, który przybliżył historię, poznawczo zbratał się z nami już chyba na zawsze. Przed laty książki sportowe w Polsce były rarytasem, istniało bodaj tylko jedno wydawnictwo, które zmonopolizowało rynek, choć zdarzały się wyjątki i mieliśmy książki na chwałę czempionów. Było tego jednak zbyt mało. Czesi wydawali o wiele więcej i zawsze kiedy impreza rzuciła mnie w ten rejon przeglądałem z ciekawością wydawnicze hity, językowo bliskie. Gorzej było z Węgrami, oni chyba jeszcze więcej wydawali książek sportowych od Czechów. Kiedyś miałem okazję kupić „ciepłą“ wydawniczo pozycję o legendarnym piłkarzu Puskasie. Kolega z redakcji, hungarysta, poźniejszy sędzia i prezes PZPN przetłumaczył i została w odcinkach publikowana na łamach „ Sportu“. O brytyjskim sportowym rynku wydawniczym wspominam z wielką zazdrością, bo tam jest tego tyle, że wylatuje z witryn. Zostawmy na boku ich ocenę literacką, nie o to chodzi. Liczą się fakty, dokumentacja, zdjęcia. Skandynawowie mają urozmaicony dorobek sportowego koszyka książkowego, zaś Amerykanie publikują w nakładach tyle ile Europie się nie śni. A mnie się śni nie tylko wydawanie ale i dystrybucja, i… popyt.

No i tak zabrnąłem w kozi zaułek, bo statystycznie Polak czyta rocznie bardzo mało, wstydliwie śladowo i chyba branżowe publikacje mają największe szanse. Hobby i pasja biorą górę, lecz mimo wszystko i nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Taki kiepski rynek. Interenet wciąż połyka czytelnika i kusi ofertami. Co robić? Z E –bookami?

Przed laty żużlowe środowisko było wydawniczo wyraźnie na cenzurowanym, nie wiem dlaczego ale o ile sięgnę pamięcią, to na palcach dwóch rąk można policzyć pozycje, które traktowały speedway. A w Anglii, Skandynawii? Angielska machina napędzana przez „Speedway Star“ i np. Petera Oakesa może być wzorem do naśladowania. Mam kilkanaście pozycji, cennych i często je przeglądam. Wielcy zawodnicy zjeżdżali z torów i mieli od razu w rękach kompedium swojej kariery. Wartość bezcenna dla hobbystow, kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat. Sam piszę i coś tam mi wydają, choć nie tylko żużlowe przeżycia, bo nie tylko samym sportem żyję.

Co było dawniej odeszło jednak w niepamięć. Nowe czasy uruchomiły wyobraźnię i ambicje, stworzyły warunki do „kupowania“ fanów. I takim wydawcą jest skromny dziennikarz i redaktor Wiesław Dobruszek z Leszna, miasta, które żużlem żyje a jego sławę podał światu Alfred Smoczyk. Unia Leszno kojarzy się z żużlem jak jezioro z wodą. I jeszcze wydawany jest tam jedyny w swoim rodzaju „Tygodnik Żużlowy“. Dopełnię reszty, kiedy podam, że w tej redakcji pracuje od wielu lat Wiesław Dobruszek. I tam zainicjował wydawniczą karierę „Ligą Polską“, pod auspicjami AWA PRESS/ TŻ/. Z Unią Leszno wydał cenną pozycję „ Pół wieku Memoriału Alfreda Smoczyka“, jakże mogło być inaczej. Dobruszek wtedy już połknął bakcyla wydawniczego;  „nauczyłem się sporo“ jak powiedział, „przy tych pierwszych pracach“, choć nie był żółtodzióbem. Z jednej strony była praca redakcyjna w „TŻ“, z drugiej myślenie i praca nad tym co wydać dla czytelników – fanów żużlowych na amen.

Od 2003 roku powstała firma wydawnicza „Danuta“, bo takie imię ma żona Wiesława. Wybrał nazwę firmy sam czy żona? Nie pytałem, w każdym razie mezaliansu w tym nie widzę, tylko normalność w celu spełnienia ambicji i sprawienia satysfakcji kibicom.  „Żeby jeszcze więcej kupowali“ wzdycha Wiesław. Pocieszam, że to bolączka wszystkich wydawców, przecież nie tak dawno katowicki „Videograf“ wydał mi żużlowe refleksje pt. „Szybkość nie wybacza nikomu“, co zeznaję przy okazji. Skręcam jednak do Dobruszka i jego DANUTY.

Hitowe było „Żużlowe ABC“, w sumie 10 tomów. Bardzo fajna rzecz. „Asy żużlowych torów“, to osiem tomów, w tym cztery autorstwa bossa DANUTY. Co dalej? „Żużlowe mistrzostwa“, to siedem pozycji, które spłodził Dobruszek. Trzy pozycje w cyklu „Żużlowcy znani i lubiani“, też cenna. Tak prawdę mówiąc nie ma tutaj pomysłów chybionych, np. „Żużlowy leksykon ligowy“. Wiesław Dobruszek wydał w sumie 30 pozycji żużlowych, w tym 26 napisał sam. Na rynku brytyjskim czy amerykańskim byłby chyba krezusem, mieszka jednak w Polsce.

Mimo słabego rynku wydawniczego w sporcie przed laty, dziś wprawdzie jest inaczej, jednak czasy tak się zmieniły, że potrzeby czytelnicze potaniały niemiłosiernie. Paradoksy. Wiesław Dobruszek i jego DANUTA bynajmniej nie mają zamiaru rezygnować ze swoich planów i ambicji wydawniczych chować za regał.

Żużlowe książki sygnowane przez Dobruszka mają swoją renomę i każdy kibic ich poszukuje by mieć na półce. To branżowe egzemplarze, więc z nakładem nie ma szaleństwa, co jest rzeczą normalną w biznesie nie rozpasanym przez kapitał. Liczy się każda złotówka, nie… ważona w funtach.

Dość na razie o książkach, które dotyczą żużla, kupujcie je i czytajcie, a ja biorę do ręki ulubionego Hrabala i kiedy chcę sobie poprawić humor czytam o choćby takie opowiadania jak „ Obsługiwałem angielskiego króla“ czy “Jak to zostałem milionerem“. Nawet czytelniczy monopol czasami szkodzi, wierzcie mi, więc trochę tego, trochę tamtego, no i zawsze w lewo.