Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.

WORYNA, dziadek

fbfpi_9bc297121b60791f70885afe9fd7311b

1. Postaci klubowe przechodzą do historii swoimi osobowościami, pracą, wiedzą. W rybnickim klubie długie lata pracował Antoni Fic. Poznałem go, kiedy miał już swoje lata, lecz nigdy nie szczędził czasu na rozmowy o żużlu, prowadził z klasztorną dokładnością kronikę, gromadził zdjęcia i gdy ktoś czego nie wiedział, szedł do sympatycznego starszego pana. Przeżył kilku prezesów górniczego klubu, z pionierem rybnickiej drużyny Tadeuszem Trawińskim dobrze się rozumieli, fachowiec z fachowcem zawsze dojdą do porozumienia, gorzej kiedy ignoranctwo chce wygrać, wtedy porażka jest tylko kwestią czasu. O Antonim Ficu mówiło się, że miał słabość do swojego imienia i każdy chłopak zgłaszający się do szkółki o imieniu Antoni miał pierwszeństwo. Legendy rodzą się z faktów niebanalnych.

Do szkółki trafił ANTONI WORYNA, imię miał bardzo słuszne ale co tam, najważniejszy przecież talent. A Woryna miał. Ponadto nosił w sobie nie tylko ambicje lokalne, chciał być mistrzem świata. Kiedy paszport był talizmanem przy wyjazdach na Zachód a liga brytyjska była świętością dla każdego żużlowca, Antoni konsekwentnie z zachowaniem dyplomatycznych lokalnych powiązań realizował swoje plany życiowe.

2. Zadzwonił do mnie rybnicki kolega z klubu Józek Cycuła i powiedział, że Antek Woryna zmarł. To był grudzień 2001, blisko świąt. Szok. A miał już wyjść ze szpitala w Jastrzębiu. Urodził się w Rybniku 15 lutego 1941 roku, dorobił się sportowego, bogatego życiorysu. Śmierć przyszła za wcześnie i nagle.

3. Poznaliśmy się poza stadionem dzięki Jerzemu Kubikowi, który był sprawnym kierownikiem rybnickiej drużyny. Antek wtedy bardzo chciał pojechać do Anglii, by startować w lidze brytyjskiej. Początek lat siedemdziesiątych… najlepiej siedzieć w domu, nie było łatwo uzyskać zgodę na zagraniczne starty. Woryna był uparty, widział dla siebie szansę w najlepszej lidze świata, która przygarniała talenty i edukowała twardymi acz atrakcyjnymi warunkami. Atmosfera żużlowych stadionów w Anglii, Walii, Szkocji była szalenie wciągająca, komu buzuje adrenalina i jest zakochany w sporcie, angielskie stadiony żużlowe zapamięta na całe życie. Antek miał oczywisty talent, wrodzoną inteligencję, ciekawił go świat, zawsze tak było a znaliśmy się przez długie lata, także ze wspólnych podróży. Rozmawialiśmy nie tylko o żużlu, z nim można było. Kariera bogata, barwna, obfitująca w medale różnego koloru i rangi imprez.

4. Szef polskiego żużla wojskowy pułkownik Rościsław Słowiecki nie był malowanym przewodniczącym, miał chłopski, frontowy rozum i dostrzegał to, czego inni nie widzieli. To on zdecydowanie w 1971 roku wskazał na młodego chłopaka Jerzego Szczakiela aby na rybnickim stadionie w mistrzostwach świata par wystartował razem z innym rybnickim talentem do ścigania s na torach Andrzejem Wyglendą. Trafił celnie, jak snajper. Para opolsko – rybnicka zdobyła komplet punktów zostawiając za sobą takich asów jak Nowozelandczycy Barry Briggs i Ivan Mauger. To był fantastyczny finał, górnictwo potrafiło pod okiem fachowców zadziwić organizacyjnie świat. Górnik, potem ROW, to była marka, tradycje, które potem były idiotycznie rozmieniane na drobne.

No ale wracamy do Antoniego Woryny, gdzie przez jego ojcowiznę, mały dom przy wylocie z centrum Rybnika przewinęło się wiele osób. Gościnny dom, od ulicy gęsto obsadzony wysokim żywopłotem, jak mówił Antek by nie widzieć złego świata.

57e4f35a42c497_39297277

Był pierwszym Polakiem, który zdobył medal mistrzostw świata; 1966 rok Goeteborg, tam gdzie dwa lata później stanął na podium Edward Jancarz. Przyjaźnili się, speedway w polskim wydaniu miał silne korzenie klubowe i zmiana barw przyszła późno, długo zawodnicy związani byli ze swoimi kątami klubowymi. Potem nagle ruszyła kawalkada zmian, oferty finansowe zmiotły dużo zasad w żużlowych matecznikach.

W tymże 1966 roku, kiedy zdobył brązowy medal w Goeteborgu wygrał mistrzostwo Polski na swoim torze, gdzie się wychował i nie zmienił barw do końca. Fenomen? Mało takich. Szczęśliwy to był rok 1966, bo złoto wywalczyła reprezentacja w Wrocławiu. Rok wcześniej też to zrobili w bawarskim, małym Kempten. Rozpędzona machina, silna paka. Brązowy medal IMŚ padł indywidualnie jego łupem we Wrocławiu w 1970 roku. Drużynowo ma w dorobku pięć medali, poza wymienionymi: 1967 w Malmoe, dwa brązowe w Londynie 1970 i rok później we Wrocławiu. Miasto miało wybornych działaczy, znających się na tym sporcie, organizacyjnie ćwiczyli różne warianty a nie było łatwo. Stadion wygodny a miasto atrakcyjne dla kibiców brytyjskich, niemieckich i skandynawskich. Było imprezowo.

Na polskim gruncie z rybnicką drużyną w lidze Antoni skompletował 12 medali; 9 złotych, srebrny i dwa brązowe. Dwa razy “machnął” prestiżowy wówczas Zloty Kask. Wspomniałem o jego mistrzowstwie indywidualnym w1966 roku w Rybniku, za rok był drugi na tym stadionie a w 1970 trzeci.

Bardzo chciał jeździć w Anglii, tam był żużlowy uniwerstytet, zdawał sobie z tego sprawę, ostatecznie dostał zgodę władz górniczych, choć w klubie nie bardzo chcieli go wypuścić. Dwa lata w Poole, ustawiły go językowo, technicznie, nabrał przekonania, że różnorodność torów, ich charakter, atmosfera są konieczną wyprawą do królestwa nad Tamizą.

5. Po zakończeniu intensywnej kariery próbował szkolenia w Polsce, także na Węgrzech. Nie zawsze wybitni sportowcy zostają udanymi trenerami. “Czytanie gry” jest kolejną tajemnicą. Został działaczem w żużlowej centrali. Lubił palić fajkę i opowiadać ciekawie. Dziadek Antoni Woryna dziś byłby bardzo pomocny udanemu wnukowi Kacprowi /rocznik 1996/ , który jest utalentowany, ma jednak łatwiejszą drogę, niż protoplasta rodu. Na sukcesy składa się pasmo nie tylko zwycięstw, także porażek, potrzebna naturalna rozwaga w młodym wieku, przewidywalność, gdyż ekstremalny speedway nie jest łatwy.

57d50655aff735_66398327

ANTONI Woryna i KACPER Woryna – dwa światy i trudno je porównywać; ważne by w kolejnym wcieleniu rodzinnej sagi wnuk nie utracił tego, co zbudował medalowy dziadek.

Praga, Milik i polska brygada

aaa

“Mamy dużo pracy, przygotowujemy się na Grand Prix Czech od zawsze starannie i liczymy na przyjazd dużej grupy polskich kibiców” – powiedział kierownik zawodów praskiego turnieju Pavel Ondrasik. Razem z ojcem Petrem mają na stadionie Marketa doświadczenie od wielu lat. Chcą “dołożyć” jeszcze małą trybunę od strony parkingu, żeby więcej kibiców mogło obejrzeć zawody 10 czerwca. Sędziuje Anglik Craig Ackroyd. Będzie się działo! Oj, będzie! Poprzedni turniej GP Łotwy zakończył się historycznym sukcesem polskich zawodników, wygrał Piotr Pawlicki, przed Patrykiem Dudkiem i Maciejem Janowskim. Podium biało – czerwone na fest zakurzonym stadionie w Daugavpils. Zakurzonym, bo gospodarze obawiali się prognozowanej pogody deszczowej i oszczędzali wodę! Tumany pyłu przypominały jazdy motocyklistów w Rajdzie Dakaru. Liderem serialu GP jest debiutant Patryk Dudek! Daję wykrzykniki, bo każdy komunikat jest potwierdzeniem hegemonii polskich żużlowców. Duża radość?

Otóż…Nie chcę być malkontentem, oczywiście sukcesy naszej brygady są bezdyskusyjne, lecz na jakim tle? Patrzmy realnie na fakty żużlowej rzeczywistości w Europie. Kryzys kilku federacji nam sprzyja, speedway staje się polską specjalnością, zgarniamy medale wśród seniorów a także dominujemy w gronie młodzieży. Gdzie skandynawska młodzież, która była motorem napędowym europejskiego żużla? Gdzie angielska siła i amerykański, kalifornijski polot, gdzie australijskie “kangury”, które przeskakiwały Europejczyków bez problemów, sporadycznie wspomagane nowozelandzkimi talentami. Nie ma. Tragiczny w skutkach wypadek australijskiej nadziei Darcy Warda podciął wyraźnie skrzydła wielu zawodnikom, osłabił marzenia, że znów jest ktoś charyzmatyczny, który potrafi przegrać start by walczyć do utraty tchu, jak gladiator i meldować się na mecie pierwszy. Były mistrz świata Chris Holder moim zdaniem stracił animusz, odnoszę wrażenie, że wypadek Warda wycisnął na nim wyraźne piętno, które oczywiście nie dołuje aż tak mocno jego charakteru sportowca, lecz w głowie ma… wpierw wypadek Leigha Adamsa /podobne zdarzenie do Tomasza Golloba na motocrossowym motocyklu/ a potem młoda dusza Darcy Warda odarta brutalnie przez los z wszelkich złudzeń kołuje jego myśli. I to jest moja wersja, obserwuję speedway od lat wielu i patrzę, zresztą na każdy sport, okiem nie tylko recenzenta pozbawionego uczuć. Wręcz odwrotnie zawsze mnie frapowały kulisy, dalej intrygują w sporcie podteksty oraz zachowania.

Psychologia, socjologia sportu jest niezwykle interesująca pod każdym względem. A speedway, jego natura balansu na krawędzi życia i śmierci/ tak, tak…/ jest dodatkowym bodźcem do wnikliwego przyglądania się charakterom. W życiu warto mieć farta, los krąży nad każdym i czyha jak jastrząb, bo jedna chwila burzy nadzieje, niszczy wartości budowane przez lata.

Zostawiam Antypody, które są odległe a organizacja w tej części świata turniejów GP wcale nie pobudza namiętności żużlowych.

A Europa? Zastygła i tylko Polska dryfuje ku słońcu… Na żużlu, żeby nie było wątpliwości. Oczywiście trzeba się cieszyć ale oceniać realnie i także jako dominator myśleć o podniesieniu konkurencyjności w swoim otoczeniu, bo jak tak dalej będzie, to zamkniemy się w swoim gronie, co oznacza jawne zjadanie swojego puszystego ogona.

Tę refleksję dedykuję polskim oficjelom we władzach międzynarodowych, nie pierwszy raz puszczam taki komunikat z tych łamów. Realizm buduje przyszłość. Polska dominacja może skończyć się kiepsko, egzaltacją i narcyzmem, chorym przeświadczeniem, że jesteśmy kolosem. Na jakich nogach? Ze sjenitu?

Dość tych refleksji, jadę do Pragi.

Wełtawa jest malowniczą rzeką , która przepoławia to historyczne, mozaikowe miasto a mosty bajkowo wiążą jak kokardkami poszczególne brzegi stolicy Czech. Turystów tradycyjnie nie brakuje nigdzie, podobnie i czeskiego piwa. Znam taką gospodę “Na Slamniku”, gdzie czepowany/ czyli z beczki/ Staropramen smakuje jak balsam na rozkołatane serce polskimi problemami skłóconych stron. W Pradze zamykam wątki polsko – polskie, jest ślicznie jak na pocztówkach a speedway, czyli plocha draha na Marketa w biało – czerwonych kolorach. Polscy kibice fundują organizatorom atmosferę wrzącego kotła, jest głośno i fajnie, piknik niemal rodzinny w kameralnych warunkach. Czeski i polski spiker uzupełniają klimat. Jaka będzie pogoda a kto wygra? Czesi ciągle marzą by na podium wjechał/ będzie jednak trudno!/ sympatyczny szwejkowski Vaclav Milik, bo to on z “dziką kartą” zawalczy o honor czeskiego żużla. Potrafi, nie brakuje mu ambicji. W rezerwie gospodarze trzymają Josefa Franca i Mateja Kusa.

Rok temu wygrał Australijczyk Jason Doyle, któremu zatarł się niedawno w łotewskim kurzu silnik. Doyle wie, że w ubiegłym sezonie wskutek kontuzji na finiszu stracił prawie pewny tytuł mistrza świata. Żal mi takich sytuacji, bo nic dwa razy się nie zdarza identycznie. Bartosz Zmarzlik/ dziś poobijany/ szalał, lecz wystarczyło tylko na piąte miejsce, dalej byli Piotr Pawlicki i Maciej Janowski. Wspominany Milik był ostatni z 3 punktami. Sędziował Jim Lawrence z Anglii, widzów ok. 7 tysięcy a teraz Czesi spodziewają się więcej fanów, oczywiście głównie z Polski. Startuje czterosobowa przecież brygada. Beczki piwa już schłodzone a kamienny, historyczny most Karola oczekuje na wędrówki tam i z powrotem turystów od Tokio po San Francisco, z Leszna, Gorzowa, Tarnowa, Rybnika…

A pod mostem Karola starym jak świat, płynie leniwie Wełtawa ozdobiona statkami, zaś hen w górze rozległy zamek i strzeliste, czarne wieże królewskiej katedry na Hradczanach swoim majestatem panują nad Zlatą Prahą.

Stolica Czech jest usportowiona, tu i tam słychać odbicia piłeczek tenisowych a piłkarskich boisk nie brakuje, przede wszystkim jest królewski, boski dla Czechów hokej na lodzie. A plocha draha? Na Markete, tam w górze na Breznovie, skąd widać urodę Pragi o każdej porze dnia i nocy, pielęgnowana jest tradycja żużlowych jazd przez familię Ondrasików, którzy nie wyobrażają sobie tego miejsca bez Grand Prix. I ja też. Ahoj!

EXCLUSIVE: TRABANT ZA GIPS – rozmowa z Markiem Cieślakiem

Trener  reprezentacji polskich żużlowców Marek Cieślak/ rocznik 1950/ jest jednocześnie  szkoleniowcem Atlasu Wrocław, z którym poprzednio zdobywał mistrzostwo Polski. Pod jego wodzą Polska zdobyła rok temu złoty medal mistrzostw świata, w 2008 srebrny medal. Jest byłym zawodnikiem Włókniarza Częstochowa, mistrzem Polski, zdobywcą wielu trofeów i uczestnikiem  finałów światowych, jeździł w londyńskim klubie White City. Talent spełniony jako zawodnik, jako trener z sukcesami ceniony przez  swoich podwładnych. Nie pali, czasami wypije coś mocniejszego ze szwagrem.

Tego na PUDELEK.pl nie przeczytacie 🙂

z3561816z

Nie przeciągajmy, Marek Cieślak ma głos…

       Na żużel jako dziecko chodziłem z dziadkiem Stefanem, ojciec nie bardzo tam bywał, na stadion Włókniarza w Częstochowie, mieszkaliśmy niedaleko na Zawodziu. Podobało mi się bardzo. Wciągało. Temat żużlowy przewijał się w domu bez przerwy, zawodnicy tacy jak Stefan Kwoczała czy Marian Kaznowski z Włókniarza byli ciągle na ustach. No cóż, wstyd przyznać ale podrobiłem podpis rodziców i zostałem przyjęty do szkółki. Koledzy jeździli na co dzień na motorach WFM, SHL, miałem skuter marki OSA.  Pierwsze treningi, pierwsze jazdy na torze. To był rok 1966, trenowali mnie Witek  Jastrzębski, Zdzisław Jałowiecki, Zygmunt Gołębiowski. Na czym startowałem? Ano na JAP – ie, zdobyłem licencję w 1967 roku… Bardzo chciałem, udało się i tak zostałem żużlowcem na dobre i złe.

 

No i poszła wiadomość w Polskę, że pojawił się w Częstochowie talent, mały zwinny Cieślak, który zawojuje świat…

       W pierwszym debiucie z Bydgoszczą nic nie zdobyłem na torze ale w II LO im. Traugutta, gdzie chodziłem pan z fizyki, który był na meczu dał mi w poniedziałek czwórkę „ za odwagę”. Pamiętam ten dzień dobrze. Częstochowa dała mi bardzo dużo, nauczyłem się ligowej jazdy. Zdałem maturę, na politechnice niestety nie miałem już czasu. Zostałem reprezentantem Polski, pamiętam pierwszy wyjazd do Szwecji, siermiężne lata, stałem długo przed wystawą sklepu sportowego w Ystad i gapiłem jakie tam cuda mają.

Dziś zawodnicy podpisują milionowe kontrakty, nawet ci przeciętni mają luksusy…

       Czasy zmieniły się kolosalnie. Nie można porównywać tamtych 70 i 80 lat do tego, co dziś mamy na żużlowym rynku, zwłaszcza w Polsce. W pierwszej lidze przez długie lata płacono 80 złotych za punkt, 60 w drugiej. Dużego Fiata można było zdobyć uzyskując w lidze 2000 punktów! Złamałem kręgosłup, trzasnął mi krąg lędźwiowy i pół roku leżałem z gipsem, kupiłem wtedy za odszkodowanie Trabanta. Taki numer, ale jeszcze większy był z wypadkiem. Otóż miałem kolizję ze Stanisławem Kasą w Bydgoszczy, tamtejszy lekarz  stwierdził, że to nic groźnego, boli brzuch, to poboli. Wróciłem autem do Częstochowy w niedzielę, byłem cztery dni  w domu, bolało. Mocno. Na Stadionie Śląskim miało być przed finałem światowym w Chorzowie zgrupowanie kadry, a ja cały czas jak się później okazało poruszałem się ze złamanym kręgosłupem. Pojechałem na Śląsk i nie wytrzymałem, przewróciłem się na torze po 10 metrach, zawieźli mnie natychmiast do Piekar Śląskich i zostałem już unieruchomiony na pół roku. Jak mi później zeznano groziło mi sparaliżowanie. Strach pomyśleć ale stał się jednak cud. No, i zarobiłem na wspomnianego Trabanta.

Na combi chociaż?

        Jakie combi, normalnego. A propos pieniędzy. W Anglii płacili za punkt 4 funty, za start 2,5 funta. Ale to był inny świat. Zagranica była dobra w każdej sytuacji. Koledzy radzieccy przyjeżdżali na zawody ciężarówką, takim „gruzowikiem”, długo nie wiedziałem dlaczego. Mieli tam wszystko co trzeba, nie tylko czarny kawior ale wozili na wschód np. peruki, były szalenie modne i u nas.Za 100 peruk damskich można było kupić Ładę! Za mój kontrakt do White City Włókniarz dostał 4 silniki Weslake. Takie czasy. Jak tu porównywać. Niedawno dzwonił do mnie Bob Dugard z Anglii, ówczesny mój promotor i powiedział, że na strychu swojego domu znalazł moje zdjęcia ze startów. Przyśle. Mieszkałem wtedy na południu Londynu, w Balham, gdzie żyją głównie kolorowi. Byłem tam razem z Edkiem Jancarzem. Jeździłem dwa sezony na White City, byliśmy mistrzami Anglii. Jancarz startował na Wimbledonie.

 cieslak1

Młodzi żużlowcy bardzo wcześnie się żenią, charakterystyczna cecha dla tego sportu…

       Zgadza się i ja ożeniłem się w wieku 20 lat. Żużlowcy różnią się od innych sportowców, bo żyją w ciągłym niebezpieczeństwie, taka jest prawda. Mam syna Kajetana w wieku 37 lat, drugi Tomasz młodszy. Nie jeżdżą na żużlu. Wybudowałem  blisko Częstochowy w Jaskrowie dom, blisko las, piękna natura, tam przebywa żona Barbara, mamy cztery psy. Trzy terriery rosyjskie i jednego szkockiego, moją ulubioną „ Landrynę’. Mam gdzie wracać, cieszę się, że moja kariera nie przyniosła  mi ułomności, jestem cały i zdrowy.

Kobiety w Polsce walczą o prawo startów na torze, będzie równouprawnienie?

       A niech spróbują, przekonają się jak to jest, byle nie przyniósł ten fakt  przykrych konsekwencji. Szkoda dziewczyn.

 

niedz4


Lubisz robić tory, wsiadasz na traktor i jazda, nie ma dziur?

       Kocham tory przyczepne, uważam, iż każdy zawodnik powinien umieć jeździć na takich torach. Własne tory powinny być zawsze jednorodne.

Dom pod Częstochową, praca we Wrocławiu, jeszcze z tego co wiem od roku 1994 hobby rowerowe, codzienny klub ligowy Atlas i niecodzienna reprezentacja, liczne wyjazdy, dalej hodowla pięknych rasowych psów, uff, dużo tego jak na jednego Cieślaka…

       Daję radę. Na rowerze potrafię zrobić 60 – 70 kilometrów, wypuszczam się aż pod Oleśnicę. Mam kondycję. Zawsze wożę w aucie rower. Może się przydać.

Jak dotarły się dwie osobowości, trener Marek  Cieślak i zawodnik wszechczasów Tomasz Gollob?

       Nie było łatwo, ale z czasem przekonałem kapitana reprezentacji do siebie, podobnie zdobyłem w klubie zaufanie australijskiego mistrza świata Jasona Crumpa, który też nie ma łatwego charakteru. Trener musi wygrywać. To buduje autorytet. Słuszne decyzje bronią się same. Nic więcej nie dodam.

Co w żużlu odgrywa największą rolę?

       Psychika, jeszcze trzeba mieć czucie motocykla, on musi zawsze mieć, jak mawiał mechanik Tadeusz Tumiłowicz, zapas mocy. Nie ma magii przełożenia. To wszystko.

129_cieslak

Z czego żyje dziś trener na dwóch stołkach?

 – Tak, jak i wczoraj z żużla.