Praga, Milik i polska brygada

aaa

“Mamy dużo pracy, przygotowujemy się na Grand Prix Czech od zawsze starannie i liczymy na przyjazd dużej grupy polskich kibiców” – powiedział kierownik zawodów praskiego turnieju Pavel Ondrasik. Razem z ojcem Petrem mają na stadionie Marketa doświadczenie od wielu lat. Chcą “dołożyć” jeszcze małą trybunę od strony parkingu, żeby więcej kibiców mogło obejrzeć zawody 10 czerwca. Sędziuje Anglik Craig Ackroyd. Będzie się działo! Oj, będzie! Poprzedni turniej GP Łotwy zakończył się historycznym sukcesem polskich zawodników, wygrał Piotr Pawlicki, przed Patrykiem Dudkiem i Maciejem Janowskim. Podium biało – czerwone na fest zakurzonym stadionie w Daugavpils. Zakurzonym, bo gospodarze obawiali się prognozowanej pogody deszczowej i oszczędzali wodę! Tumany pyłu przypominały jazdy motocyklistów w Rajdzie Dakaru. Liderem serialu GP jest debiutant Patryk Dudek! Daję wykrzykniki, bo każdy komunikat jest potwierdzeniem hegemonii polskich żużlowców. Duża radość?

Otóż…Nie chcę być malkontentem, oczywiście sukcesy naszej brygady są bezdyskusyjne, lecz na jakim tle? Patrzmy realnie na fakty żużlowej rzeczywistości w Europie. Kryzys kilku federacji nam sprzyja, speedway staje się polską specjalnością, zgarniamy medale wśród seniorów a także dominujemy w gronie młodzieży. Gdzie skandynawska młodzież, która była motorem napędowym europejskiego żużla? Gdzie angielska siła i amerykański, kalifornijski polot, gdzie australijskie “kangury”, które przeskakiwały Europejczyków bez problemów, sporadycznie wspomagane nowozelandzkimi talentami. Nie ma. Tragiczny w skutkach wypadek australijskiej nadziei Darcy Warda podciął wyraźnie skrzydła wielu zawodnikom, osłabił marzenia, że znów jest ktoś charyzmatyczny, który potrafi przegrać start by walczyć do utraty tchu, jak gladiator i meldować się na mecie pierwszy. Były mistrz świata Chris Holder moim zdaniem stracił animusz, odnoszę wrażenie, że wypadek Warda wycisnął na nim wyraźne piętno, które oczywiście nie dołuje aż tak mocno jego charakteru sportowca, lecz w głowie ma… wpierw wypadek Leigha Adamsa /podobne zdarzenie do Tomasza Golloba na motocrossowym motocyklu/ a potem młoda dusza Darcy Warda odarta brutalnie przez los z wszelkich złudzeń kołuje jego myśli. I to jest moja wersja, obserwuję speedway od lat wielu i patrzę, zresztą na każdy sport, okiem nie tylko recenzenta pozbawionego uczuć. Wręcz odwrotnie zawsze mnie frapowały kulisy, dalej intrygują w sporcie podteksty oraz zachowania.

Psychologia, socjologia sportu jest niezwykle interesująca pod każdym względem. A speedway, jego natura balansu na krawędzi życia i śmierci/ tak, tak…/ jest dodatkowym bodźcem do wnikliwego przyglądania się charakterom. W życiu warto mieć farta, los krąży nad każdym i czyha jak jastrząb, bo jedna chwila burzy nadzieje, niszczy wartości budowane przez lata.

Zostawiam Antypody, które są odległe a organizacja w tej części świata turniejów GP wcale nie pobudza namiętności żużlowych.

A Europa? Zastygła i tylko Polska dryfuje ku słońcu… Na żużlu, żeby nie było wątpliwości. Oczywiście trzeba się cieszyć ale oceniać realnie i także jako dominator myśleć o podniesieniu konkurencyjności w swoim otoczeniu, bo jak tak dalej będzie, to zamkniemy się w swoim gronie, co oznacza jawne zjadanie swojego puszystego ogona.

Tę refleksję dedykuję polskim oficjelom we władzach międzynarodowych, nie pierwszy raz puszczam taki komunikat z tych łamów. Realizm buduje przyszłość. Polska dominacja może skończyć się kiepsko, egzaltacją i narcyzmem, chorym przeświadczeniem, że jesteśmy kolosem. Na jakich nogach? Ze sjenitu?

Dość tych refleksji, jadę do Pragi.

Wełtawa jest malowniczą rzeką , która przepoławia to historyczne, mozaikowe miasto a mosty bajkowo wiążą jak kokardkami poszczególne brzegi stolicy Czech. Turystów tradycyjnie nie brakuje nigdzie, podobnie i czeskiego piwa. Znam taką gospodę “Na Slamniku”, gdzie czepowany/ czyli z beczki/ Staropramen smakuje jak balsam na rozkołatane serce polskimi problemami skłóconych stron. W Pradze zamykam wątki polsko – polskie, jest ślicznie jak na pocztówkach a speedway, czyli plocha draha na Marketa w biało – czerwonych kolorach. Polscy kibice fundują organizatorom atmosferę wrzącego kotła, jest głośno i fajnie, piknik niemal rodzinny w kameralnych warunkach. Czeski i polski spiker uzupełniają klimat. Jaka będzie pogoda a kto wygra? Czesi ciągle marzą by na podium wjechał/ będzie jednak trudno!/ sympatyczny szwejkowski Vaclav Milik, bo to on z “dziką kartą” zawalczy o honor czeskiego żużla. Potrafi, nie brakuje mu ambicji. W rezerwie gospodarze trzymają Josefa Franca i Mateja Kusa.

Rok temu wygrał Australijczyk Jason Doyle, któremu zatarł się niedawno w łotewskim kurzu silnik. Doyle wie, że w ubiegłym sezonie wskutek kontuzji na finiszu stracił prawie pewny tytuł mistrza świata. Żal mi takich sytuacji, bo nic dwa razy się nie zdarza identycznie. Bartosz Zmarzlik/ dziś poobijany/ szalał, lecz wystarczyło tylko na piąte miejsce, dalej byli Piotr Pawlicki i Maciej Janowski. Wspominany Milik był ostatni z 3 punktami. Sędziował Jim Lawrence z Anglii, widzów ok. 7 tysięcy a teraz Czesi spodziewają się więcej fanów, oczywiście głównie z Polski. Startuje czterosobowa przecież brygada. Beczki piwa już schłodzone a kamienny, historyczny most Karola oczekuje na wędrówki tam i z powrotem turystów od Tokio po San Francisco, z Leszna, Gorzowa, Tarnowa, Rybnika…

A pod mostem Karola starym jak świat, płynie leniwie Wełtawa ozdobiona statkami, zaś hen w górze rozległy zamek i strzeliste, czarne wieże królewskiej katedry na Hradczanach swoim majestatem panują nad Zlatą Prahą.

Stolica Czech jest usportowiona, tu i tam słychać odbicia piłeczek tenisowych a piłkarskich boisk nie brakuje, przede wszystkim jest królewski, boski dla Czechów hokej na lodzie. A plocha draha? Na Markete, tam w górze na Breznovie, skąd widać urodę Pragi o każdej porze dnia i nocy, pielęgnowana jest tradycja żużlowych jazd przez familię Ondrasików, którzy nie wyobrażają sobie tego miejsca bez Grand Prix. I ja też. Ahoj!

EXCLUSIVE: TRABANT ZA GIPS – rozmowa z Markiem Cieślakiem

Trener  reprezentacji polskich żużlowców Marek Cieślak/ rocznik 1950/ jest jednocześnie  szkoleniowcem Atlasu Wrocław, z którym poprzednio zdobywał mistrzostwo Polski. Pod jego wodzą Polska zdobyła rok temu złoty medal mistrzostw świata, w 2008 srebrny medal. Jest byłym zawodnikiem Włókniarza Częstochowa, mistrzem Polski, zdobywcą wielu trofeów i uczestnikiem  finałów światowych, jeździł w londyńskim klubie White City. Talent spełniony jako zawodnik, jako trener z sukcesami ceniony przez  swoich podwładnych. Nie pali, czasami wypije coś mocniejszego ze szwagrem.

Tego na PUDELEK.pl nie przeczytacie 🙂

z3561816z

Nie przeciągajmy, Marek Cieślak ma głos…

       Na żużel jako dziecko chodziłem z dziadkiem Stefanem, ojciec nie bardzo tam bywał, na stadion Włókniarza w Częstochowie, mieszkaliśmy niedaleko na Zawodziu. Podobało mi się bardzo. Wciągało. Temat żużlowy przewijał się w domu bez przerwy, zawodnicy tacy jak Stefan Kwoczała czy Marian Kaznowski z Włókniarza byli ciągle na ustach. No cóż, wstyd przyznać ale podrobiłem podpis rodziców i zostałem przyjęty do szkółki. Koledzy jeździli na co dzień na motorach WFM, SHL, miałem skuter marki OSA.  Pierwsze treningi, pierwsze jazdy na torze. To był rok 1966, trenowali mnie Witek  Jastrzębski, Zdzisław Jałowiecki, Zygmunt Gołębiowski. Na czym startowałem? Ano na JAP – ie, zdobyłem licencję w 1967 roku… Bardzo chciałem, udało się i tak zostałem żużlowcem na dobre i złe.

 

No i poszła wiadomość w Polskę, że pojawił się w Częstochowie talent, mały zwinny Cieślak, który zawojuje świat…

       W pierwszym debiucie z Bydgoszczą nic nie zdobyłem na torze ale w II LO im. Traugutta, gdzie chodziłem pan z fizyki, który był na meczu dał mi w poniedziałek czwórkę „ za odwagę”. Pamiętam ten dzień dobrze. Częstochowa dała mi bardzo dużo, nauczyłem się ligowej jazdy. Zdałem maturę, na politechnice niestety nie miałem już czasu. Zostałem reprezentantem Polski, pamiętam pierwszy wyjazd do Szwecji, siermiężne lata, stałem długo przed wystawą sklepu sportowego w Ystad i gapiłem jakie tam cuda mają.

Dziś zawodnicy podpisują milionowe kontrakty, nawet ci przeciętni mają luksusy…

       Czasy zmieniły się kolosalnie. Nie można porównywać tamtych 70 i 80 lat do tego, co dziś mamy na żużlowym rynku, zwłaszcza w Polsce. W pierwszej lidze przez długie lata płacono 80 złotych za punkt, 60 w drugiej. Dużego Fiata można było zdobyć uzyskując w lidze 2000 punktów! Złamałem kręgosłup, trzasnął mi krąg lędźwiowy i pół roku leżałem z gipsem, kupiłem wtedy za odszkodowanie Trabanta. Taki numer, ale jeszcze większy był z wypadkiem. Otóż miałem kolizję ze Stanisławem Kasą w Bydgoszczy, tamtejszy lekarz  stwierdził, że to nic groźnego, boli brzuch, to poboli. Wróciłem autem do Częstochowy w niedzielę, byłem cztery dni  w domu, bolało. Mocno. Na Stadionie Śląskim miało być przed finałem światowym w Chorzowie zgrupowanie kadry, a ja cały czas jak się później okazało poruszałem się ze złamanym kręgosłupem. Pojechałem na Śląsk i nie wytrzymałem, przewróciłem się na torze po 10 metrach, zawieźli mnie natychmiast do Piekar Śląskich i zostałem już unieruchomiony na pół roku. Jak mi później zeznano groziło mi sparaliżowanie. Strach pomyśleć ale stał się jednak cud. No, i zarobiłem na wspomnianego Trabanta.

Na combi chociaż?

        Jakie combi, normalnego. A propos pieniędzy. W Anglii płacili za punkt 4 funty, za start 2,5 funta. Ale to był inny świat. Zagranica była dobra w każdej sytuacji. Koledzy radzieccy przyjeżdżali na zawody ciężarówką, takim „gruzowikiem”, długo nie wiedziałem dlaczego. Mieli tam wszystko co trzeba, nie tylko czarny kawior ale wozili na wschód np. peruki, były szalenie modne i u nas.Za 100 peruk damskich można było kupić Ładę! Za mój kontrakt do White City Włókniarz dostał 4 silniki Weslake. Takie czasy. Jak tu porównywać. Niedawno dzwonił do mnie Bob Dugard z Anglii, ówczesny mój promotor i powiedział, że na strychu swojego domu znalazł moje zdjęcia ze startów. Przyśle. Mieszkałem wtedy na południu Londynu, w Balham, gdzie żyją głównie kolorowi. Byłem tam razem z Edkiem Jancarzem. Jeździłem dwa sezony na White City, byliśmy mistrzami Anglii. Jancarz startował na Wimbledonie.

 cieslak1

Młodzi żużlowcy bardzo wcześnie się żenią, charakterystyczna cecha dla tego sportu…

       Zgadza się i ja ożeniłem się w wieku 20 lat. Żużlowcy różnią się od innych sportowców, bo żyją w ciągłym niebezpieczeństwie, taka jest prawda. Mam syna Kajetana w wieku 37 lat, drugi Tomasz młodszy. Nie jeżdżą na żużlu. Wybudowałem  blisko Częstochowy w Jaskrowie dom, blisko las, piękna natura, tam przebywa żona Barbara, mamy cztery psy. Trzy terriery rosyjskie i jednego szkockiego, moją ulubioną „ Landrynę’. Mam gdzie wracać, cieszę się, że moja kariera nie przyniosła  mi ułomności, jestem cały i zdrowy.

Kobiety w Polsce walczą o prawo startów na torze, będzie równouprawnienie?

       A niech spróbują, przekonają się jak to jest, byle nie przyniósł ten fakt  przykrych konsekwencji. Szkoda dziewczyn.

 

niedz4


Lubisz robić tory, wsiadasz na traktor i jazda, nie ma dziur?

       Kocham tory przyczepne, uważam, iż każdy zawodnik powinien umieć jeździć na takich torach. Własne tory powinny być zawsze jednorodne.

Dom pod Częstochową, praca we Wrocławiu, jeszcze z tego co wiem od roku 1994 hobby rowerowe, codzienny klub ligowy Atlas i niecodzienna reprezentacja, liczne wyjazdy, dalej hodowla pięknych rasowych psów, uff, dużo tego jak na jednego Cieślaka…

       Daję radę. Na rowerze potrafię zrobić 60 – 70 kilometrów, wypuszczam się aż pod Oleśnicę. Mam kondycję. Zawsze wożę w aucie rower. Może się przydać.

Jak dotarły się dwie osobowości, trener Marek  Cieślak i zawodnik wszechczasów Tomasz Gollob?

       Nie było łatwo, ale z czasem przekonałem kapitana reprezentacji do siebie, podobnie zdobyłem w klubie zaufanie australijskiego mistrza świata Jasona Crumpa, który też nie ma łatwego charakteru. Trener musi wygrywać. To buduje autorytet. Słuszne decyzje bronią się same. Nic więcej nie dodam.

Co w żużlu odgrywa największą rolę?

       Psychika, jeszcze trzeba mieć czucie motocykla, on musi zawsze mieć, jak mawiał mechanik Tadeusz Tumiłowicz, zapas mocy. Nie ma magii przełożenia. To wszystko.

129_cieslak

Z czego żyje dziś trener na dwóch stołkach?

 – Tak, jak i wczoraj z żużla.