Prostowanie bólu

Życie prostuje czasami okrutnie charaktery, do bólu. Pół biedy kiedy ten ból nie wykracza poza poszkodowanego, rodzinę. Gorzej kiedy dramat ma wymiar znacznie większy przekraczający przykrą codzienność i doskwiera niemiłosiernie. Łagodzenie bólu trwa miesiącami, latami. Nadzieja umiera ostatnia, ten wyświechtany slogan pasuje do nie jednej sytuacji.
 
Idol i as, a jeden ułamek sekundy wypadku przekreśla wszystko. Wiek nie jest istotny, ważny dramat człowieka. Otoczenia bliskiego i dalszego. Pierwsze dni oblepione są słodkim współczuciem, potem oddala się ono i ginie, zostają w kręgu dramatu tylko te najbliższe osoby, które muszą obcować z nieszczęściem. Dni biegną coraz wolniej, miesiące długie jak lata. Czas robi się nie do wytrzymania, pozostaje walka z samym sobą. Jak z cieniem. Ile trzeba mieć samozaparcia, ile hartu by ta szara codzienność była do przetrwania.
 
Zawodnik zostaje okaleczony przez los na torze, bywa że i poza nim. Tragedia jest tragedią obojętnie gdzie ma miejsce. Środowisko jest zwarte kiedy ceni idoli w pełni sławy oraz wtedy, gdy nagle wypadek przerywa karierę. Środowisko jest mocne przez solidarne wspieranie każdego, kto potrzebuje pomocy. Tak powinno być, ale bywa inaczej. Niestety.
 
Żużlowcy na każdym kroku mogą być poszkodowani. Taki to sport, gdzie czyha niebezpieczeństwo w każdej sekundzie walki na torze. Łokieć w łokieć, pierś w pierś. Pneumatyczne bandy nie zawsze przytulają bezpiecznie lądującego w takich „materacach”.

Publiczność niejednokrotnie milknie jak na komendę kiedy zawodnicy nieruchomieją w karambolu jak martwi. Znamy tę złowrogą ciszę do chwili aż zawodnik wstanie na nogi. Cud. Nie zawsze się zdarza. Wypadki wyglądające koszmarnie kończą się na niczym. Niewinne incydenty przynoszą konsekwencje zamieniające pory roku w szarość nie do wytrzymania.
 
Środowisko żużlowe. Warsztaty, służby pomocnicze. Szkoleniowcy. Sędziowie. Spikerzy. Działacze. Prezesi o różnych wymiarach kapeluszy. Zapaleńcy kochający ten sport z rodzinnymi wyrzeczeniami. Jedni zarabiają, drudzy dorabiają, jeszcze inni mają satysfakcję, że tylko współuczestniczą w tym zbiorowym szaleństwie.

Czy to środowisko jest spójne, czy tylko wiąże je sukces? Czy jest prostolinijne, czy lubi zafałszowania w imię wytyczonego celu? Jakie jest w tej wojnie nerwów, walce o punkty, o tytuły drużynowe, indywidualne. No jakie?
 
Zawstydzające pytania?
 
Idole poklepywani, uwielbiani i chłostani. Kibice nie należą do łaskawych, wyrozumiałych. Potrafią wynieść na ołtarze i zmieszać z błotem. Nic nowego, taki sportowy los tych , którzy wybrali kariery w obrębie żużlowego toru, także innych wymiarów hal i boisk. Wszędzie to samo, czy USA, Australia, Moskwa czy Londyn, albo Meksyk lub Grecja. Tarnów  czy Rzeszów, Gorzów albo Zielona Góra, Toruń lub Częstochowa. Ząb za ząb. Oko za oko. Szanujemy siebie nawzajem?
Publiczność żużlowa jest sympatyczna w swoim obrazie, na widowni małe dzieci, ciotka idola  i szwagier asa. Żona i narzeczona. Jak mówi mój przyjaciel jedna wielka familia od meczu do meczu, od kotleta do kotleta zjedzonego w Lesznie albo w Gdańsku. Karczek z grilla i piwo, folder do ręki, i bujaj się Fela, bo dzisiaj niedziela i nasi jadą jak trzeba.
 
Krzysztof Hołyński ma dar głosu z nieba. Aksamitny, zna środowisko od podszewki i jego też znają. Czy dalej tak jest? Towarzyski i lubiany, potrafił być serdeczny i tak zakręcony, iż ludzie mieli uczucie uczestniczenia we wspaniałej fieście jak podczas karnawału w Rio. Nie wypada mi przypominać ale wybaczcie, że jeszcze na łamach „Sportu” pisałem lat temu bodaj kilkadziesiąt, iż Krzysztof ma szanse być następcą niezapomnianego i nietuzinkowego sprawozdawcy wielu sportów redaktora Jana Ciszewskiego. Tak się jednak nie stało. No cóż, sprawa nie jest taka prosta i wywołany do nobilitacji chyba wie najlepiej dlaczego.
Krzysztof Hołyński, gorzowianin, sprawozdawca  stadionowy wynajmowany na prestiżowe turnieje i mecze. Panowała powszechna opinia, iż kiedy trzeba zrobić atmosferę na imprezie, to Hołyński potrafi. I tylko on. To była prawda, ale ta prawda też była okrutna, ponieważ wiązała się z nie fałszowaną popularnością Krzysia od Pragi po Tarnów, od Rybnika po Zieloną Górę. Popularność bywa budująca i niszcząca, nie zawsze można sobie poradzić z jej nalotem. Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wieść, iż żywotnego Krzysztofa dopadł /dwa lata temu/ złowrogi wylew. Takie przypadki zwykle są nagłe. Rehabilitacja jest droga i żmudna. Przede wszystkim kosztowna, przypomina kopanie studni bez dna.

Tutaj posłuchacie Krzyśka przed hymnem Stali Gorzów. 

11 

Początki były owiane nadzieją, potem czas robił swoje i czyścił portfele. Ratowanie zdrowia w takich przypadkach jest katorżniczą robotą o czym wie niesamowicie zharmonizowany z przyrodą Krzysztof Cegielski, zawodnik kreowany kiedyś na wielką gwiazdę polskiego i światowego żużla, również gorzowianin. „ Cegła” ma instynkt pracoholika  i niespotykany zasób sił. Nie każdy tak potrafi walczyć w poszkodowanym życiu. Cegielski ma problem ale może poruszać się i spełnia telewizyjną misję w wymiarze jakiej nie miał szczęścia właśnie Krzysztof Hołyński. Cóż za paradoks życiowy. „Cegła” może poruszać się w ograniczonym wymiarze lecz mówić i mówić wspaniale bez ograniczeń. Hołyński mający dar mowy nie może tego dokonać. Dwóch gorzowian, dwóch Krzysztofów i życiowe pętle.

Słynny pojedynek Adamsa z Krzyśkiem Cegielskim: 
 

Życie jest brutalne chyba już z narodzenia. Czasami coś odbiera, czasami daje. Życie jest także wielkim kompromisem. I bywa okrutnie niezrozumiałe. Dlaczego? Pytanie bez odpowiedzi pozostaje głuche na bicie serca.

Zaszczepiający radość na widowni Krzysztof Hołyński potrzebuje pomocy. Sam się nie upomni, rodzina także. Potrzebuje i kwita. Ten, który z mikrofonem w ręce ciepło ubarwiał stadiony i łagodził obyczaje jest w dużej potrzebie, bo zwalił go z nóg nieludzki los.

Wiem, że zrobili niektórzy dużo, ale pozostali mogą  zrobić to samo albo i więcej. W środowisku żużlowym raz po raz padają ofiary i nie ma na to żadnej siły. Żadnej!

Życie nie oszczędza nikogo, szczęścia dostępują nieliczni. Przykre jest takie pisanie o prawdach oczywistych. Na progu nowego roku przypominam o cnocie solidarnej postawy środowiska, które jest małe, nie jest zwarte i nie jest familijne, jakby to się wydawało bywając na stadionach. Paradoks polega na tym, że Krzysztof Hołyński potrafił zawsze na stadionie stworzyć cudownie rodzinną atmosferę, więc zróbmy wręcz konieczny rewanż dla ratowania jego zdrowia. Czuliśmy się lepiej, kiedy on prowadził spikerkę na stadionie, niech poczuje się teraz i on lepiej.

Zasłużył. 

z3846543n

****************************************

POMOC DLA KRZYSKA HOLYNSKIEGO!

Środowisko sportowe całej Polski pomaga Krzysztofowi Hołyńskiemu. Dwa dni temu minęło osiem miesięcy od kiedy Krzysztof Hołyński, człowiek-instytucja, znany w Gorzowie dziennikarz i spiker, ale też poeta, miał wylew krwi do mózgu i próbuje wrócić do zdrowia. Przyjaciel Krzysztofa Hołyńskiego, gorzowski fotografik Mirosław Wieczorkiewicz zbiera środki na jego rehabilitację. „Powrót do zdrowia jakby się zatrzymał. Co prawda chodzi przy pomocy czterogłowej laski, ale chodzi z trudnością, ze względu na paraliż prawej strony ciała” – opowiada Mirosław Wieczorkiewicz. „Nim Krzysztof wróci do pisania czy mówienia, mogą minąć miesiące, a nawet lata” – dodaje Wieczorkiewicz. Pieniądze potrzebne są nie tylko na rehabilitację, ale także na życie – rachunki, jedzenie.

Mirosław Wieczorkiewicz zwrócił się o pomoc w zorganizowaniu akcji do szefa Lubuskiej Federacji Sportu, Bogusława Sułkowskiego, ten zgodził się bez wahania udostępnić konto bankowe Federacji. Przez dwa dni odnotował już sporo wpłat – nawet kilkusetzłotowe. „Pieniądze napływają z całej Polski i na wielu przelewach widnieją również życzenia zdrowia dla Krzysztofa Hołyńskiego – mówi Bogusław Sułkowski.

Podajemy numer konta dla osób, które chcą wesprzeć Krzysztofa Hołyńskiego: 
Bank Zachodni WBK S. A. I Oddział w Zielonej Górze 
nr 97 1090 1535 0000 0000 5306 8535 
z dopiskiem „KRZYSZTOF”

Więcej: http://www.gorzow.pl/aktualnosci/1222_Pomoc_dla_Krzysztofa_Holynskiego

EXCLUSIVE: TRABANT ZA GIPS – rozmowa z Markiem Cieślakiem

Trener  reprezentacji polskich żużlowców Marek Cieślak/ rocznik 1950/ jest jednocześnie  szkoleniowcem Atlasu Wrocław, z którym poprzednio zdobywał mistrzostwo Polski. Pod jego wodzą Polska zdobyła rok temu złoty medal mistrzostw świata, w 2008 srebrny medal. Jest byłym zawodnikiem Włókniarza Częstochowa, mistrzem Polski, zdobywcą wielu trofeów i uczestnikiem  finałów światowych, jeździł w londyńskim klubie White City. Talent spełniony jako zawodnik, jako trener z sukcesami ceniony przez  swoich podwładnych. Nie pali, czasami wypije coś mocniejszego ze szwagrem.

Tego na PUDELEK.pl nie przeczytacie 🙂

z3561816z

Nie przeciągajmy, Marek Cieślak ma głos…

       Na żużel jako dziecko chodziłem z dziadkiem Stefanem, ojciec nie bardzo tam bywał, na stadion Włókniarza w Częstochowie, mieszkaliśmy niedaleko na Zawodziu. Podobało mi się bardzo. Wciągało. Temat żużlowy przewijał się w domu bez przerwy, zawodnicy tacy jak Stefan Kwoczała czy Marian Kaznowski z Włókniarza byli ciągle na ustach. No cóż, wstyd przyznać ale podrobiłem podpis rodziców i zostałem przyjęty do szkółki. Koledzy jeździli na co dzień na motorach WFM, SHL, miałem skuter marki OSA.  Pierwsze treningi, pierwsze jazdy na torze. To był rok 1966, trenowali mnie Witek  Jastrzębski, Zdzisław Jałowiecki, Zygmunt Gołębiowski. Na czym startowałem? Ano na JAP – ie, zdobyłem licencję w 1967 roku… Bardzo chciałem, udało się i tak zostałem żużlowcem na dobre i złe.

 

No i poszła wiadomość w Polskę, że pojawił się w Częstochowie talent, mały zwinny Cieślak, który zawojuje świat…

       W pierwszym debiucie z Bydgoszczą nic nie zdobyłem na torze ale w II LO im. Traugutta, gdzie chodziłem pan z fizyki, który był na meczu dał mi w poniedziałek czwórkę „ za odwagę”. Pamiętam ten dzień dobrze. Częstochowa dała mi bardzo dużo, nauczyłem się ligowej jazdy. Zdałem maturę, na politechnice niestety nie miałem już czasu. Zostałem reprezentantem Polski, pamiętam pierwszy wyjazd do Szwecji, siermiężne lata, stałem długo przed wystawą sklepu sportowego w Ystad i gapiłem jakie tam cuda mają.

Dziś zawodnicy podpisują milionowe kontrakty, nawet ci przeciętni mają luksusy…

       Czasy zmieniły się kolosalnie. Nie można porównywać tamtych 70 i 80 lat do tego, co dziś mamy na żużlowym rynku, zwłaszcza w Polsce. W pierwszej lidze przez długie lata płacono 80 złotych za punkt, 60 w drugiej. Dużego Fiata można było zdobyć uzyskując w lidze 2000 punktów! Złamałem kręgosłup, trzasnął mi krąg lędźwiowy i pół roku leżałem z gipsem, kupiłem wtedy za odszkodowanie Trabanta. Taki numer, ale jeszcze większy był z wypadkiem. Otóż miałem kolizję ze Stanisławem Kasą w Bydgoszczy, tamtejszy lekarz  stwierdził, że to nic groźnego, boli brzuch, to poboli. Wróciłem autem do Częstochowy w niedzielę, byłem cztery dni  w domu, bolało. Mocno. Na Stadionie Śląskim miało być przed finałem światowym w Chorzowie zgrupowanie kadry, a ja cały czas jak się później okazało poruszałem się ze złamanym kręgosłupem. Pojechałem na Śląsk i nie wytrzymałem, przewróciłem się na torze po 10 metrach, zawieźli mnie natychmiast do Piekar Śląskich i zostałem już unieruchomiony na pół roku. Jak mi później zeznano groziło mi sparaliżowanie. Strach pomyśleć ale stał się jednak cud. No, i zarobiłem na wspomnianego Trabanta.

Na combi chociaż?

        Jakie combi, normalnego. A propos pieniędzy. W Anglii płacili za punkt 4 funty, za start 2,5 funta. Ale to był inny świat. Zagranica była dobra w każdej sytuacji. Koledzy radzieccy przyjeżdżali na zawody ciężarówką, takim „gruzowikiem”, długo nie wiedziałem dlaczego. Mieli tam wszystko co trzeba, nie tylko czarny kawior ale wozili na wschód np. peruki, były szalenie modne i u nas.Za 100 peruk damskich można było kupić Ładę! Za mój kontrakt do White City Włókniarz dostał 4 silniki Weslake. Takie czasy. Jak tu porównywać. Niedawno dzwonił do mnie Bob Dugard z Anglii, ówczesny mój promotor i powiedział, że na strychu swojego domu znalazł moje zdjęcia ze startów. Przyśle. Mieszkałem wtedy na południu Londynu, w Balham, gdzie żyją głównie kolorowi. Byłem tam razem z Edkiem Jancarzem. Jeździłem dwa sezony na White City, byliśmy mistrzami Anglii. Jancarz startował na Wimbledonie.

 cieslak1

Młodzi żużlowcy bardzo wcześnie się żenią, charakterystyczna cecha dla tego sportu…

       Zgadza się i ja ożeniłem się w wieku 20 lat. Żużlowcy różnią się od innych sportowców, bo żyją w ciągłym niebezpieczeństwie, taka jest prawda. Mam syna Kajetana w wieku 37 lat, drugi Tomasz młodszy. Nie jeżdżą na żużlu. Wybudowałem  blisko Częstochowy w Jaskrowie dom, blisko las, piękna natura, tam przebywa żona Barbara, mamy cztery psy. Trzy terriery rosyjskie i jednego szkockiego, moją ulubioną „ Landrynę’. Mam gdzie wracać, cieszę się, że moja kariera nie przyniosła  mi ułomności, jestem cały i zdrowy.

Kobiety w Polsce walczą o prawo startów na torze, będzie równouprawnienie?

       A niech spróbują, przekonają się jak to jest, byle nie przyniósł ten fakt  przykrych konsekwencji. Szkoda dziewczyn.

 

niedz4


Lubisz robić tory, wsiadasz na traktor i jazda, nie ma dziur?

       Kocham tory przyczepne, uważam, iż każdy zawodnik powinien umieć jeździć na takich torach. Własne tory powinny być zawsze jednorodne.

Dom pod Częstochową, praca we Wrocławiu, jeszcze z tego co wiem od roku 1994 hobby rowerowe, codzienny klub ligowy Atlas i niecodzienna reprezentacja, liczne wyjazdy, dalej hodowla pięknych rasowych psów, uff, dużo tego jak na jednego Cieślaka…

       Daję radę. Na rowerze potrafię zrobić 60 – 70 kilometrów, wypuszczam się aż pod Oleśnicę. Mam kondycję. Zawsze wożę w aucie rower. Może się przydać.

Jak dotarły się dwie osobowości, trener Marek  Cieślak i zawodnik wszechczasów Tomasz Gollob?

       Nie było łatwo, ale z czasem przekonałem kapitana reprezentacji do siebie, podobnie zdobyłem w klubie zaufanie australijskiego mistrza świata Jasona Crumpa, który też nie ma łatwego charakteru. Trener musi wygrywać. To buduje autorytet. Słuszne decyzje bronią się same. Nic więcej nie dodam.

Co w żużlu odgrywa największą rolę?

       Psychika, jeszcze trzeba mieć czucie motocykla, on musi zawsze mieć, jak mawiał mechanik Tadeusz Tumiłowicz, zapas mocy. Nie ma magii przełożenia. To wszystko.

129_cieslak

Z czego żyje dziś trener na dwóch stołkach?

 – Tak, jak i wczoraj z żużla.

23 lutego 2009 roku jedziemy do RYBNIKA!

23 lutego Stowarzyszenie Kibiców i Sympatyków Rybnickiego Żużla „ROW Rybnik” organizuje II Ogólnopolski Turniej Halowej Piłki Nożnej Kibiców KILER CUP 2008. Turniej odbędzie się w hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Rybniku Boguszowicach w godzinach od 10.00 do 18.00. Weźmie w nim udział czternaście drużyn z całej Polski.

Sponsorem tytularnym imprezy po raz kolejny została sieć pizzerii KILER. Wśród pozostałych sponsorów należy wymienić firmy: Primo, Prefrow, DomMar, Techmar, Silesia 2000, Pub Amanis, Gont i Regio. Patronat medialny nad imprezą objęły: Telewizja TVT, Radio 90, Tygodnik Rybnicki, Tygodnik Żużlowy oraz www.rybnik.com.pl

Hala w Boguszowicach będzie nie tylko areną zmagań sportowych, ale również miejscem, gdzie spotkać będzie można wielu znamienitych gości.

Organizatorzy postanowili uhonorować byłych żużlowców stanowiących o sile drużyny 12-krotnego Drużynowego Mistrza Polski i zaprosili na turniej Andrzeja Wyglendę, Antoniego Fojcika, Joachima Maja, Piotra Pysznego, Jerzego Gryta, Jana Nowaka, Antoniego Skupienia, Mirosława Korbela i Adama Pawliczka. Zaproszenia otrzymali również Adam Jaźwiecki i Stefan Smołka, dziennikarze zawsze żywo zainteresowani sytuacją w rybnickim klubie. Oprócz gości związanych z Rybnikiem organizatorzy postanowili zaprosić również Andrzeja Szymańskiego, Rafała Wilka, Piotra Winiarza i Krzysztofa Cegielskiego, którzy z powodu odniesionych na torze kontuzji nie mają tak wielu okazji do spotkania z kibicami co czynni zawodnicy. Swoją obecność na turnieju potwierdzili już Andrzej Wyglenda, Joachim Maj, Antoni Fojcik, Antoni Skupień, Adam Pawliczek, Adam Jaźwiecki, Stefan Smołka, Andrzej Szymański, Rafał Wilk i Piotr Winiarz. Organizatorzy za naszym pośrednictwem bardzo serdecznie zapraszają wszystkich sympatyków i kibiców rybnickiego żużla do odwiedzin hali w Boguszowicach 23 lutego. Wstęp na turniej kibiców jest wolny.

Autor: Maciej Prochowski

Więcej: http://sport24.info.pl/cgi-bin/index.pl?mode=news;id=4462

Eddy to był wyjątkowy gość!

smol1

Nie ważny rok, EDWARD JANCARZ już nie jeździ na żużlu, ale jako menedżer jest w podróży z reprezentacją do Anglii i Szkocji. Reprezentacja dużo powiedziane, zlepek kadrowiczów sklecony naprędce przez Marka Kraskiewicza z Pezetmotu; nagle odpada Ryszard Franczyszyn kontuzjowany w Szwecji, Marek Kępa ma nogę w gipsowym bucie ale ma holowniczy hak w Fordzie Sierra. W nowej roli Eddy jedzie znów na Wyspy, które bardzo lubi, tam też go kochają. W Anglii, gdziekolwiek się pojawiał, był marką, ba, firmą.
Jancarz, nickname „Eddy” zawsze dobry dziś do wspomnień.
 
Pierwszy test – mecz na londyńskim Wimbledonie, kibice czekają na Polaków ponad dwie godziny, opóźnienie spowodowane jest strajkiem dokerów i prom z Ostendy do Dover  w końcu przypływa. Tylko dzięki Jancarzowi ekipa dociera na Wimbledon w czasie, kiedy cierpliwość fanów nie skończyła się jeszcze. Drużyna jest bez jednego zawodnika, jeden ze stopą w gipsie, bez ochoty na jazdę. Szef Anglików John Berry wścieka się okrutnie i słyszę „fucki”; Ryszard Dołomisiewicz w pierwszym starcie prostuje motocykl, wali w bandę i ambulans odwozi go do szpitala. Berry  wysyła protestacyjny faks do Pezetmotu, bo polskie tournee jest zagrożone, „Dołek” zwany „ czarną skrzynką” wraca na szczęście bez gipsu do hotelu „Londyn”. To nie był kres pechów, bo kiedy ekipa dotarła za dwa dni do Szkocji, w Edynburgu lało jak z cebra i mecz się nie odbył, potem lanie sprawili nam Anglicy w górniczym Stoke. Jancarz nie poradził, tylko był, zewsząd poklepywany przez angielskich fanów. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, gdyż podczas tej podróży znając Edka tyle lat, dostrzegłem ogromne zmiany w jego zachowaniu. Towarzyszył nam wtedy niezapomniany mechanik gorzowski Edward Pilarczyk, osobisty majster niemal na wszystkich turniejach Jancarza, włącznie z tym epizodem amerykańskim w Los Angeles, gdzie na olimpijskim Colisseum Eddy był w finale IMŚ dziesiąty. Turniej w iście w kowbojskim stylu rozegrano na sztucznej nawierzchni, a stewardem FIM, tak się wtedy nazywała funkcja na finałach MŚ, był numer 1 wśród światowych działaczy Władysław Pietrzak. Los Angeles zapisało się pamiętnym konfliktem pomiędzy Amerykaninem Bruce Penhallem i Anglikiem Kenny Carterem, ten drugi zastrzelił potem żonę i siebie na swojej farmie. Speedway miał swoje życiowe dramaty w wymiarze kryminalnym.
 
Nie ważny rok. Edward Jancarz już nie jest zawodnikiem. Jest menedżerem na półfinał indywidualnych mistrzostw świata w Lublanie. Startują, jego dobry kompan Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, osławiony potem skazaniem, razem ze swoim klubowym kolegą z Zielonej Góry, za zabójstwo. Warszawa, upał niemiłosierny, czekamy na Jancarza. Jedzie do stolicy czerwonym Mercedesem, nie dojeżdża, rozbija auto w rowie, zjawia się lekko sfatygowany i Fiatem 126 p wspomnianego Kraskiewicza, z żużlowymi oponami na dachu, wespół w tym mikrym aucie z rosłym mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem jadą do Lublany. Plech i Błażejczak awansują, „Maluch” wraca do stolicy, lecz czeka go gruntowny remont. Jancarz dał radę. Niesamowita trasa, niemiłosierny upał i auteczko, które wytrzymało taką trasę z wymagającymi pasażerami.
 
Nie ważny rok. Jakaś eliminacja IMŚ w Miszkolcu. Mieszkamy w Tapolcy, gdzie woda w miejscowych grotach jest lecznicza jak balsam. Następnego dnia po zawodach w których Jancarz startował, czekamy na wyjazd, no i Edka nie ma. Wreszcie zjawia się ze szkockim kumplem, żużlowcem George Hunterem. Widać, że mało spali, zabalowali, Szkot był kilka lat starszy od Polaka. Było, minęło. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
 
Ważny rok. 1946, rodzi się w Gorzowie Wielkopolskim kruczowłosy talent, przyszła gwiazda żużla nie tylko na polskim firmamencie. Światowa tęcza. Od razu zaskoczył w Stali i tam pozostał do końca kariery. Ilu takich mamy twardzieli? Mało, którzy mają stadion nazwany swoim imieniem, pomnik i ulicę. Gorzów Wlkp. z Edwardem Jancarzem w herbie. Ile o nim naopowiadał się gorzowski spiker w wymiarze mega ogólnopolskim Krzysztof Hołyński, który dziś niestety jest w ogromnych tarapatach zdrowotnych oraz finansowych. Niektórzy zapomnieli o nim.

Objechałem z Edą, jak nieliczni na niego mówili, Stary Kontynent z przygodami w ramach MŚ. Razem z gorzowianinem a potem gdańszczaninem Plechem startował EJ w mistrzostwach świata par i drużynowych oraz indywidualnie. Jancarz to był ktoś, wierzcie!

Ważny rok, 1968. Ullevi w Goeteborgu. Tam wygrywają Nowozelandczycy Ivan Mauger i Barry Briggs, trzeci jest 22 – letni Edward Jancarz, chłopiec znikąd, ma pięknie ułożoną sylwetkę na motocyklu, klasyk. Wchodzi do historii światowego speedway’a. Zaczyna budować markę. Kilkadziesiąt finałów światowych zapisze na swoje konto, medale, walki do upadłego. Jego sylwetkę mnoży zdjęciami gorzowski fotoreporter, który ma podobny refleks na wirażu jak jego idol, a nazywa się Mirosław Wieczorkiewicz. Żona Edka Halina przeżywa wszystko jako kochająca kobieta wielkiego sportowca, który jest gościem w domu. Na dobrej działce w rodzinnym mieście Jancarz buduje, bodaj jako pierwszy żużlowiec w Polsce, zgrabny dom zwany wtedy szumnie willą. Kto pomyślałby, że kiedyś dojdzie tam do tragedii.
 
Kariera umocniona zostaje startami w Anglii. Na Wimbledonie Edek był solidnym polskim żużlowym robotnikiem. O ile dobrze pamiętam z Johnem z angielskim mechanikiem doskonalili silniki. Marek Cieślak, który mieszkał przez jakiś czas z Edkiem wspomina, że Jancarz godzinami pracował w warsztacie. Weslake, dobre silniki, elastyczne, ale jak mówi Cieślak miały kiepskie popychacze.Za punkt płacono cztery funty, za start dwa i pół. Takie to były czasy. Pożałował Anglik Dave Jessup na popychacza/ dwa funty/ i stracił tytuł mistrza świata na Wembley w pamiętnym roku 1978.Ile warte są dziś dwa funty?
 
Ważny rok, 1978. Złote Gody światowego żużla i oczywiście Wembley, świątynia tego sportu. 90 tysięcy ludzi, niezapomniany wieczór, zaproszono byłych mistrzów świata, pierwszy łuk ciasny, pozostałe każdy inny, to był  ten zaczarowany tor o którym komentator Jan Ciszewski mówił z uwielbieniem i tajemniczym podekscytowaniem. Jancarz z Pilarczykiem pomagają ze swoim motocyklem ziomkowi z Gorzowa Jerzemu Rembasowi, ten jeździ jak w transie w tym niebywałym finale, a wjechał tam z rezerwowego miejsca, gdyż Niemiec Hans Wasserman miał ciężki wypadek. Jeden wyścig z Dave Jessupem zadecydował, że Rembas jest piąty, a startował w wyścigu barażowym o brązowy medal! „Groził” mu życiowy sukces i wyczyn jakiego nie zaliczył nikt z polskich żużlowców na boskim Wembley. Sukces, mimo wszystko, piątego miejsca był także zasługą Jancarza, Pilarczyka i wspomnianego skromnego mechanika z Wimbledonu.
 
– „Zawsze będę pamiętał Eddiego jako mocnego człowieka, profesjonalnego zawodnika, który dobrze przysłużył się Polsce w Anglii” –  powie Phil Rising, szef  „Speedway Star”. Bardzo komplementarne opinie o Jancarzu wydają wszyscy, którzy z nim jeździli, spotykali na torze i poza; w hotelach, na promach, w pubach. Jancarz stworzył swoją markę, dlatego tak chętnie przyjeżdża elita na Memoriały Edka w Gorzowie. Nikt nie odmawia, kto nie… z Polski. Jancarz jest nie do zapomnienia.
 
Nie ważny rok? W Lesznie finał drużynowych mistrzostw świata, nie ma w zespole polskim Jancarza, leży w poznańskiej klinice, dopytują się o niego Anglicy, jadą do niego w odwiedziny. Trudna sytuacja, ale nie beznadziejna. Będzie żył.
 
A jednak ważny rok, 1984, to właśnie wtedy w Gorzowie na meczu Polska – Włochy, utalentowany młody Valentino Furlanetto nie opanowuje motocykla, Jancarz ma przykrą kolizję po której jego życie zawisło na włosku. Gorzów, Poznań. Żona Halina wierna przy mężu, który odzyskuje przytomność i wraca do zdrowia, które jest dla niego jednak innym już życiem, innym etapem po tym fatalnym i dramatycznym wypadku.
 
To co napisałem na początku już dzieje się po wypadku, Jancarz ma inne oblicze. Nie odmienisz losów, nie zmienisz wydarzeń, spadają czasami jak ciosy, przed którymi nie ma obrony – mówi jeden z przyjaciół Edka. Nie był samotny, ale samotny wewnętrznie.

Zawsze lubił życie a życie jego. Kończy karierę w 1986 roku. Mówi do mnie: „Wiesz mam następcę jest nim Piotr Świst, cieszę się, że jeździ tak jak ja”. Świst sylwetką identycznie przypominał swojego mentora, choć nigdy nie dorósł do swojego arcymistrza.
 
Jancarz ma dużo czasu. Lubi towarzystwo. Żona Halina nie wytrzymuje jego trybu życia, odchodzi po tylu latach trudnych zmagań się z gorzowskim idolem. Eddy ma nową żonę, młoda Katarzyna również niespodziewanie nie wytrzymuje napięcia, kiedy były mistrz nie jest w formie i dochodzi do spięcia dramatycznego. Końcowe lata Jancarza po zakończeniu kariery nie są łatwe, pamięta w szczegółach co było 20 lat temu a zapomina, co było przedwczoraj. Trudne momenty, kiedy nie jest się samemu. Pętla jest nieubłagana.
 
Ważna data, 1992. jest karnawał. Styczeń, sobota i zapadła już noc.Rodzinna sprzeczka przeradza się w filmowy kryminał w domu Jancarzów. W ogromnym afekcie młodsza Katarzyna bierze nagle nóż i wbija go z desperacją w pierś męża. Koniec. Nie ma ratunku. Tragedia wyjeżdża w świat. Dowiaduję się o dramacie z radia, odzywa się Londyn, dzwonią już koledzy ze „Speedway Star”, czy to prawda, czy to możliwe, czy Eddy będzie żył. Tym razem już nie. Zgasła gwiazda o dużym dorobku, sportowy świat doznał szoku.

Media mają super tragiczny temat, z udziałem postaci, która stworzyła odrębny rozdział w historii polskiego i światowego żużla. Od 1992 roku rozgrywany jest w Gorzowie Memoriał Edwarda Jancarza. Nieprzerwanie. Jest piękniejący stadion, gdzie uczył się jeździć, gdzie wszystko się zaczęło w jego sportowym życiu, jest pomnik i ulica. I budzone raz po raz wspomnienia. Raz jeszcze ożywają przygody z udziałem wyrazistego charakteru, choć ten charakter został zmiękczony a potem tragicznie unieszkodliwiony. Mamy jezioro żalu.
 
Można napisać i skomponować o nim balladę, którą mógłby zaśpiewać  Maciej Maleńczuk, który również ma niebanalną karierę. Eddy, kiedy zginął miał 46 lat, dziś miałby 63 lata.

Wiecie co? Nie mogę zatrzymać nurtu myśli i wspomnień, ponieważ sporo kilometrów przejechałem w gorzowskich Mercedesach i byłem w różnych miejscach Starego Kontynentu przy okazji finałów światowych. Paka jak się patrzy Plech, Rembas, Pilarczyk i mój bohater Jancarz. Żelazna ekipa. Eskilstuna, Landshut, Londyn, Goeteborg, Praga, Vojens, Olching…Było różnie. Nie ma świętych w takim gronie. Oj, nie.
 
Ważna data, 1979 rok, finał w duńskim Vojens. Ściganie się o tytuły mistrzów świata par. Jancarz 13 punktów, Plech 7 i brązowy medal. 

Ważna data, 1980 rok, finał MŚ par w Krsko na Słowenii. Jancarz i Plech jadą z Anglii, spóźniają się na trening, zawsze mieli jakieś spotkania, diabelnie towarzyscy obaj i z osobna. Prominenci polskiej ekipy Zbigniew Flasiński, Bronisław Ratajczyk i Andrzej Grodzki kręcą nosami, upał czerwcowy jest przy tym nie do zniesienia. Znad rzeki Savy nie ma chłodu. A oni para J – P zmęczeni , lecz zawsze żądni sławy i zwycięstwa zdobywają srebrny medal, przegrywając tylko z wypoczętymi Anglikami. I jak tu nie napić się zimnego piwa? Duet J – P na topie. Anglia, Skandynawia, Australia, USA, polskie tory, niemieckie i czeskie, każde są dobre, nie ma grymaszenia, byle do przodu. Żużlowcy – zawodowcy. Przybliżyli wtedy świat do Polski, co było ogromnym sukcesem i dziś ten cyrkowy świat jeździ na polskich torach. Jest u stóp, każdy as na dotyk. Luksusy spowszedniały.

800px-jancarz_pomnik

EDWARD JANCARZ jest postacią niezapomnianą, gorzowską ikoną godną taśmy filmowej, gdzie sport jest najważniejszy ale poza nim istnieje jeszcze wspaniała i burzliwa proza życia. Jak się okazało to nie sport wyeliminował mistrza z życia, a brutalnie obeszło się z nim drugie ego; coś pękło, nie wytrzymało i jedno pchnięcie kuchennym nożem wyrwało z mocno zakręconego kręgu człowieka, który w tym drugim etapie istnienia nie mógł sobie/ ani inni obok niego/ poradzić ze słabościami. Kiedy to nastąpiło? Postępowało raczej…I nagle zabrnęło w zgubną ciemność. Żal, szok i raz po raz wspomnienia o tym co było i się nie odmieni. Los wyreżyserował film o wspaniałej karierze i nieszczęśliwym zakończeniu. Happy endu nie było. Żalu nie schowasz do szuflady. Jak tęczy i jak jeziora. Jest jak cień obok nas, zawsze pod ręką.

Nie ważny rok…

Ważna prawdziwie męska kariera i tak okrutnie tragiczny koniec z nożem. Życie jest naprawdę zagadkową grą a czasem jakby tylko zwykłą kartką rzuconą na wzburzone wody oceanu. Albo utonie albo popłynie za horyzont. 

Więcej o Edku: http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Jancarz

Co ma Janas do Golloba?

Udana była ta gala, acz… o tym potem.  Dobry program artystyczny. Konkretny i na poziomie. Gratuluję „Przeglądowi Sportowemu” 74 plebiscytu na najlepszego sportowca roku 2008. Transmisja na żywo w TVP 1 dopełniła formalności. Wygrał Robert Kubica, zasłużenie. Brylowali niżej w klasyfikacji olimpijczycy, wszak to był rok igrzysk letnich w Pekinie. Drugi był Leszek Blanik, złoty gimnastyk i z wielką miłością do żużla, którą wyhodował na rybnickim stadionie, bo pochodzi z pobliskiego Radlina. Tam, gdzie kiedyś była gimnastyczna stajnia braci Kubiców. Pamiętacie?

Siódme miejsce zajął wszech czasów polskich żużlowiec Tomasz Gollob. Znów speedway w dobrym towarzystwie. Formuła wręczania nagród jest taka, że dokonuje tego jakaś znana osoba. Najczęściej z tego środowiska, z którego wywodzi się laureat. Próżno było jednak wypatrywać bratniej duszy na scenie w przypadku Golloba Otóż akt wręczenia przypadł w udziale Pawłowi Janasowi, byłemu selekcjonerowi polskiej reprezentacji piłkarskiej i byłemu trenerowi Bełchatowa. Dlaczego? Co ma Janas do Golloba? Co za przełożenie?

I dlatego dziwię się niepomiernie, iż żużlowe lobby „PS” wybrało taką opcję, która na pewno była policzkiem dla środowiska żużlowego, którego niekwestionowanym liderem jest brązowy medalista mistrzostw świata. 

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.