TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

Królewskie/ GB/ lekcje

GB… Great Britain, oznaczenia na samochodach. Wyspy, gdzie królowa rządzi a speedway sprowadzony został z podległej Australii. Pojechał na koniec świata Johnnie Hoskins i spodobały mu się wyścigi na motocyklach, więc postanowił spróbować jazd tylko w lewo i na motorach bez hamulców w Anglii. W północnym Londynie zaczęła się zabawa, która prawie 100 lat temu opanowała serca fanów, dirty – track, potem pojawiła się nazwa speedway, zaś u nas żużel, porywający dusze, wywołujący dreszcze emocji. Spleen. Anglicy od razu “kupili” ten rodzaj sportu, zaaranżowali na stadionach, zaczęła się walka, mistrzostwa, ligowe rozgrywki. Bary na stadionach zajęte, raz piwo, potem wyścigi, wieczorna pora dodawała fantastycznych wrażeń, sypały się iskry spod okutego stalą lewego buta. Covery muzyczne, kanapka, piwo, jazdy szalone na torach o różnych parametrach. Karambole, puchary, hity płytowe i okruchy żużlowej nawierzchni na twarzach, ubiorach. Festyny, fajerwerki wciągające jak gąbka wodę. Urodził się kult. Odrębność. Speedway był trendy. Gazety GB opisywały zdarzenia futbolowe, golfa, lekkoatletykę, gonitwy koni i psów, krykieta, speedway miał swoje, mniejsze miejsce, bez specjalnego  szumu medialnego, pierwszym, legendarnym bastionem był stadion Wembley, ikona sportowych obiektów światowych, Mekka piłkarskich fantastycznych szczytów, zaciekłe gonitwy chartów – hazardu bez końca, no i speedway’a, który gromadził ponad 90 tysięcy fanów. Zamieniali oni stadion oraz okolice w niecodzienny jarmark rozmaitości. Obrazki niepowtarzalne, wyścigi ściskające serca, wywołujące niemal ekstazę, bo ogłuszający doping wciskał wykonawców na murawie, na torze –  w ziemię. Show. Extrema bajeczna.

Warto było mi to przeżyć, choć tylko trzy razy/ 1975, 1978, 1981/ jeszcze na starym Wembley, gdyż po liftingu speedway tam nie wrócił. Pamiętam szczegóły dokładnie. Unosiła mnie fala euforii, wracałem napompowany super żużlową estradą. Londyn był długo miejscem, gdzie kończył się sezon międzynarodowy z koronnym finałem mistrzostw świata. Opisywałem w jednym z poprzednich felietonów, jak na Wembley dokonywały się mistrzostwa, zapoczątkowane jeszcze przed II Wojną Światową. Pierwszym poza Wyspami finałem był turniej w Szwecji, w Malmoe/ 1961/ i wyrastaniem/ wcześniej wygrał MŚ w Londynie/ gwiazdy Ove Fundina. Potem przyszła kolej też na Polskę, bo moi rodacy byli aktywnymi działaczami z autorytetem, potrafili zorganizować nie tylko we Wrocławiu finał marzeń a żużlowcy z orłem na piersiach wygrywać, nie tylko tam.

Zanim jednak wyląduję w rodzimym krajobrazie, zatrzymam się jeszcze w Anglii, bo dała ona żużlowo światu, choć nie była kolebką tego sportu, kulturę, ukształtowała styl widowisk. Wciągały magnetycznie. O ile na Antypodach trudno było o regularną ligę, to na Wyspach pomyślano gibko o rozgrywkach, które przyciągały kibiców, funty promotorom wpadały do kieszeni, zbudowano system do powielania. Nie myślano za wiele o unifikacji torów, miały geometrię zróżnicowaną, dzięki temu jazdy były porywające, atutem był refleks zawodnika, uparta walka od startu do mety, bo nie koniecznie wygrywał ten, kto wystrzelił pierwszy spod taśmy. Ograniczenia przyszły potem. Regulaminy są potrzebne, dbałość o bezpieczeństwo, lecz wyszukiwanie rygorów  prowadzi przesadnie do eliminacji piękna imprez. Jakości, ponieważ oprócz równania toru, polewania wodą obserwujemy np. na polskim gruncie do znudzenia niezrozumiałe powtórki startów. Patologia zjawiska irytującego zawodników i obserwatorów.

W polskiej lidze na podstawie spuchniętych regulaminów obsesją arbitrów są starty. Co to znaczy, że ktoś ukradł start? Jest taśma, zielone światło, każdego adepta uczy się cierpliwie, żeby był jak indiańska strzała. Ile razy sędziowie karzą żużlowca za piorunujący start?! Ile powstaje kontrowersji, ile traci widowisko na powtórkach, nie tylko w polskiej lidze, także na gruncie Grand Prix. Komu służą idiotyzmy powtórek?  Przy obecnych środkach technicznych, elektronice, sędziowie psują show, okradają zawodnika z refleksu pod taśmą, publiczność nie wytrzymuje takich numerów. A więc pytam, dlaczego tzw. wstrzelenie się zawodnika w przycisk sędziego jest notorycznie karane, jest recydywą “niewolnictwa regulaminu”. Sport jest piękny ale może być brzydkim zjawiskiem za pieniądze, które wykładają kibice. Wcale mi nie ulżyło, lecę na Wyspy Brytyjskie, które od początku nie dobijały żużla regulaminowymi bzdurami Zawsze liczyła się walka, ciasne jazdy, z loterią zwycięstwa do końca. Oczywiście są sprawy wymagające elastyczności, lecz musi być show: sportowy, organizacyjny. Oto motocyklowa corrida na dwóch kółkach, bez ograniczeń psujących atmosferę.

Tor na Wembley miał swoją specyfikę, zdobyć tam mistrzostwo było sztuką, nie tylko ze względu na klasę uczestników. Poziom zróżnicowany, żużlowcy ze strefy tzw. zachodniej mieli lepszy sprzęt od tych zza “żelaznej kurtyny”. Ale w sporcie liczy się jeszcze brawura i fantazja. Wembley było zagadkowe, pierwszy łuk wąski jak przesmyk, więc start był bardzo ważnym momentem, ciasna jazda  na całym dystansie, każdy wiraż inny, nawierzchnia do uporczywej walki, plus, minus 300 metrów bitwy bez hamulców. Cenna była jakość sprzętu, dobór przełożenia. Kilka rzeczy dzieliło jednych od drugich; zawodnicy ze strefy środka i wschodu Europy przegrywali batalię, podglądano mechaników, rozdawano ulubiony czysty alkohol, on jednak nie regulował różnic, dawał tylko na pocieszenie szanse towarzyskie. Podium było tradycyjnie na Wembley trudnym do zdobycia królewskim “pudłem”. Finały MŚ jednodniowymi igrzyskami.

Dlaczego Anglia była takim miejscem kultowym, o którym marzono z kontynentu aby tam się ścigać? Atmosfera. Nauka. Lekcje procentowały. Warto było korzystać z korepetycji. Wyspiarska liga nic nie dawała? To był prawdziwy, męski uniwersytet czterech okrążeń. Eskapady na mecze międzynarodowe były zwykle porażkami sportowymi. Kto mądry starał się jednak permanentnie o wyjazd do angielskich klubów, Polaków bardzo ceniono;  Edwarda Jancarza, Antoniego Worynę, Zenona Plecha, Romana Jankowskiego… innych. Płacono funtami bez złoconych portfeli. Oni chcieli, bo tam była nauka i świat. Po kryzysie w Szwecji, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych cwany coach Bo Wirebrand zebrał młodziutkich chłopaków z talentem i jeździł na test mecze, aż się ukształtowali mistrzowie – Per Jonsson, Tony Rickardsson. A co zrobił Duńczyk Ole Olsen? On dobrze wiedział ile daje angielska liga, więc Hans Nielsen, Erik Gundersen and company podbijali giełdę. Dziś sytuacja w brytyjskim żużlu, jak na świecie z koronawirusem/ wyjątek diamentowy Tai Woffinden/. Wspominam o złotej przeszłości angielskiej, bo obecnie w speedway’u, w sporcie zrobiło się bardzo smutno, globalne zarażenie COVID – 19 powoduje sytuację z której nikt nie wie, kiedy świat się wygrzebie. Syndrom roku przestępnego 2020 wbił nóż w serca, potargał kalendarz i zdewaluował kontrakty. Polskie ligowe bankomaty będą musiały zrewidować wypłaty, niektórym rozpieszczonym asom mentalnie kryzys wyjdzie chyba /acz nie jestem pewny/ na zdrowie. Kto będzie miał pomysł na przetrwanie tej pandemii uratuje sport. Polskie Eldorado pn. Speedway, znormalnieje?  Żadna praca nie hańbi, oto prezes X może nim nie być, wreszcie skasuje szyderczy uśmieszek, zaś gwiazda, której kometa spaliła szare komórki zacznie organiczną pracę. Tam gdzie start, jest meta. To speedway tak ma. Co powiedział kiedyś autor tekstów piosenek pamiętanych Jonasz Kofta? “Pospolitość najwyższą cnotą”.

A moje wspomnienia z dawnych lat może pozwolą w czasie kwarantanny/ mogą trwać bardzo długo/ na rozluźnienie napięcia nerwowego, jakie nas dopadło. Nagle, wyjątkowo groźnie, z niepewnością jutra. Narody mają teraz zupełnie inne priorytety, walczą o inne wartości, w trudnych sytuacjach zwykle mocne charaktery rokują nadzieję. Sito historii odstawia/ nie zawsze/ plewy, daje szanse /nie zawsze/ prawdzie.

Człowiek z panoramicznym horyzontem pisarz, publicysta Leopold Tyrmand, który ofensywnie lansował skutecznie w Polsce jazz w czasach siermiężnych i zakazanych muzycznych trendów, napisał, “prawda najbardziej dotyka tego, który ją wypowiada”. Czy ja się boję? Zgadnijcie.

Marka KIBIC tanieje, ZDROWIE drożeje

 

 

Nie ma fantazji, nie ma fałszu, jest prawda. I liczy się wyobraźnia. Amen? Jest walka. Głos jednego z byłych prezesów gorzowskich Stali, który raz po raz zabiera głos ale niestety czegoś mu brakuje, zapowiadał niedawno, że będzie walczył o mecze żużlowe z kibicami. O laboga… Zgubił poczucie rzeczywistości. Taka wada jak grypa.

Sytuacja z szalonym koronawirusem dynamicznie rozwinęła sieci na całej planecie. Z początku bagatelizowano problem, lecz kiedy okazało się, że zbiera śmiertelne żniwo a w szpitalach zaczęło brakować miejsc, państwa sukcesywnie zaczęły organizować front walki z groźną chorobą, która przede wszystkim najbardziej zagraża starszym wiekiem. A zatem prezesie uwaga.

W poprzednim felietonie sygnalizowałem problem i liczyłem, że żużlowy panteon podejmie mądrą taktykę wobec zbliżającego się niesamowitego sezonu. Zresztą każdy projekt z zewnątrz bazy, jaki by nie był, jest wyraźnie “olewany”, powielanie zadrosnych twarzy, pomysły odrzucane jak zaraza. Panowie vel działacze zrozumcie wreszcie, że nie jesteście niezniszczalni i będziecie trwać w okopach aż do ostatniej kropli wody.

SPORT jest dziedziną, która bez kibiców umiera, oni dają moc, tworzą spektakle. Nigdy nie będziesz szedł sam… słynny hymn piłkarskiego Liverpoolu bije jak dzwon! Jak wypełnić pustkę? Światowa gospodarka, finanse przeżywają ciężkie chwile. Straszne w wielu przypadkach. Zdrowie, życie ludzi zostało wystawione na próbę wojny z koronawirusem. Raczej zdeterminowany bój o przetrwanie. Obyczajowość, tradycja, przyzwyczajenia są elementami, które wtopione w codzienność wydają się nie do ruszenia. Los jednak zawrotnie, bez ceregieli weryfikuje harmonogramy, przyspiesza czas, nie liczy się z nikim i niczym.. “Będę zabiegał o kibiców na trybunach…” Litości. A kto zabezpieczy i zagwarantuje zdrowie, życie…? Sprawiedliwie.

Koronawirus dotarł do Polski i wywraca nasze życie skutecznie. Sport nie jest pod specjalnym nadzorem, jak każda inna dziedzina naszego bytu, muszą być decyzje, które mądrze wybiorą z troską o dobro. Wspólne DOBRO. Empatia, finanse są bezcenne.

Oglądałem onegdaj dramatyczny, fantastyczny mecz Ligi Mistrzów w Liverpoolu, gdzie The Reds przegrali z Atletico Madryt. Ten pojedynek odbył się przy pełnych trybunach/?!/, chyba już ostatni w takiej konstelacji mecz LM: przyjechało ponad 4 tysiące Hiszpanów. Głupota będzie drogo kosztować. Włoska liga piłkarska odwołana, konkursy skoków narciarskich o MŚ zakończyły sezon w Norwegii, oświadczono słusznie, że trochę za późno. Tak. Koncerty, imprezy są odwoływane. Na kiedy? Tego nie wie nikt, nawet niebiosa. Na rynku żużlowym robi się lament a ostateczne decyzje ligowe zapadną w tym tygodniu. Wkrótce premiera sezonu, sparingi drużyn zostały odwołane do końca marca. Nie łudźmy się, tsunami wirusa paraliżuje bezlitośnie, nie oszczędza nikogo. W dalszej perspektywie sezon mistrzostw świata i premiera/ok. 50.000 fanów/ w Warszawie pn. Grand Prix, na Stadionie Narodowym. Ktoś palnął, też prezes ale innego fasonu, że nie wyobraża sobie tego turnieju bez udziału publiczności. A wyobraża skutki pandemi? Nawet VIP –y muszą być pokorne. Nie chcę być złowieszczy, ale chwieje się mocno kalendarz imprez motorowych, marka KIBIC leci na łeb na szyję, a ZDROWIE drożeje jak dolar. Giełda rozmaitości naszej codzienności zmienia obraz. Matowieje tło. Kalejdoskop wydarzeń zacznie chyba hulać bez reklam. Panowie –  umiejętność przewidywania powinna być nominowana na skalę Nobla. Kto szybko daje, dwa razy daje. Ktoś kiedyś mnie obśmiał za ten wers, chytrość go zgubiła.

Szef światowego żużla Armando Castagna mieszkający w najbardziej zagrożonej części Włoch/ północ/, ba, Europy, już puścił sygnał na łamach londyńskiej “ Speedway Star” dotyczący serialu Grand Prix. Armando and company, idźcie po rozum do głowy i zróbcie wreszcie rewolucję; ograniczcie liczbę turniejów, 3 -4 z finałem! BSI da radę, tyle lat brali, mogą raz dołożyć. Krach dotknie innych, potrzebna odwaga i stanowczość.

Nagle kluby płaczą, że zbankrutują bez kibiców a tak prawdę mówiąc, czy kokietowali  bez fałszywek, życzliwie, fanów? Tłumy płaciły, solidarnie, nie raz, nie dwa sugerowałem, że kibiców trzeba dopieszczać…Wszak dają na klubową tacę. Teraz same maski nie wystarczą, nadal mamy brudne foteliki, toalety krzyczące o pomstę, a na mydle nie można się poślizgnąć. Brak samokrytycyzmu rajcuje pychę. “Misiu” tylko kasa?

Trudna piekielnie sytuacja bez wystrzałów i bomb. Oto błyskawicznie napłynęła chińska fala Wuhan i zrobiła ferment jakiego do tej pory świat nie widział. W mega rozmiarze, bez granic, bez szacunku dla każdej populacji, płci i wieku. Wyroki zapadają drastyczne.

Komunikaty codzienne nie są optymistyczne, speedway nie jest osamotniony, inne sporty zmuszone obiektywnymi warunkami podejmują bolesne decyzje. Dla każdego, bo kibice dla sportowców są porywającą rzeką emocji, dają siłę. Bez nich stadiony są martwe, przypominają treningowe sesje. Już zrobiło się szaro, nijako, bezdusznie. Przeczekać? Straty warto obliczać, one już są i nie będą maleć, bo WHO nie widzi na razie kresu dramatu. Oglądałem w TV mecze przy pustych trybunach, bezpłciowe, sportowcy w takiej aurze tracą animusz. Siedzenie w domu jest okupacją telewizji, radia. Drastyczne kwarantanny wywołują arytmie serca. Liczy się jednak finał. Jaki będzie?

Jak aranżować widowiska sportowe, z czego zrezygnować, a co ocalić. Decydujcie.

Błąkają się myśli rozmaite, kalendarz żużlowy musi być zweryfikowany, przekładanie imprez ma drugie dno, bo zabraknie dat. Polski speedway liczy na cud, trwa ciąża decyzji, gdyby żył Rościsław Słowiecki, którzy rządził ongiś żużlem, mielibyśmy już jasność, nie konsultował kto/ Jerzy Szczakiel/ ma pojechać z Andrzejem Wyglendą w finale MŚ par w Rybniku w 1971 roku. Arbitralnie podjął decyzję/taki był/ i obaj wygrali. Słaby zawsze szura nogami. Medytuje a pociąg historii nie czeka i odjeżdża bez gwizdka. Tematy zastępcze cechują charaktery o wątpliwych postawach. Brrr…

Ograniczenie serialu GP jest szansą na jego…  prestiżowe wzmocnienie. Odwołanie bzdurnego turnieju Pucharu Narodów zbawieniem, bo ta impreza jest powszechnie krytykowana, wyrzuciła za burtę atrakcyjne drużynowe mistrzostwa świata. Nikt nie będzie beczał po odwołaniu, wręcz odwrotnie. Czasem los nagle weryfikuje głupoty.

Historia pokazuje, że podejmowane strategiczne decyzje/ jak na wojnach/ albo przegrywają, albo wygrywają batalie. Kompromisy zostawiają niedosyt. Ból głowy.

SPEEDWAY ekscytujący w swoim wizerunku, tradycjach, emocjach, szalonej popularności w polskiej egzystencji musi za każdą cenę przetrwać wirusową nawałnicę; futbol, F- 1, inne dyscypliny sportu, elastycznie zareagowały, bo balansowanie na krawędzi życia i śmierci nie ma sensu. ROZUM jest darem. Na spowiedź przyjdzie czas.

F. Getty

Wyprzedaż dusz?

 

 

No to rym cym cym. Nie ma co owijać w bawełnę, ostatnie tygodnie środowisko, które wie czym jest metanol i jak po nim ściga, zajmowało się i nadal to robi, zawodnikiem wrocławskiego klubu, który wlewał do żyły za dużo, czego nie powinien robić. Noblista, pisarz, poeta, paryżanin Anatol France kiedyś zeznał: “W naturze człowieka leży rozsądne myślenie i nielogiczne działanie”. Sport jest ważną dziedziną życia, nie zawsze ludzie zachowują umiar, nie wszyscy rozumieją, że wynik nie jest ceną, za którą trzeba zapłacić rozumem, stracić go, przy tym przysłowiową twarz. Działania w sporcie bywają różne, pieniądze są niezbędne aby funkcjonować, coraz większe sumy gubią płynność rozumowania. Nie wszystko za wszelką cenę. Speedway jest sportem trudnym, to nie jest skok wzwyż ani rzut oszczepem. Jest sprzęt, silnik wymaga odpowiednich parametrów. Problemy. Aby uzyskać wynik drużynowy potrzebny budżet, który pozwoli skompletować skład gwarantujący osiągnięcia na jakie czeka odbiorca, czyli kibic, także w ostateczności sponsor, który wykłada na stół pieniądze. Dobry gospodarz musi zabiegać o finanse i być racjonalnym płatnikiem, mającym zaufanie wykonawców, mocodawców. W “komponowaniu” budżetów bierze udział sztab ludzi, są odpowiedzialni i są tacy, którzy bujają w przestrzeni, tracą poczucie rzeczywistości i zapominają skąd przyszli.

To nie jest łatwy tekst; bez tanich frazesów, prosto pod powieki.

Czy jeśli ktoś wyłoży na stół potężną kasę i namówi mnie na zmianę nazwiska/ choćby vel taki czy ów/, przyjmę ofertę i skalam przeszłość moich przodków? Tradycja jest świętą rzeczą, są narody, które tradycję stawiają na pierwszym miejscu. Nie może być inaczej, tradycja buduje także przyszłość, jest historią i lekcją obowiązkową dla następców, którzy zawdzięczają markę protoplastom. Znakomita aktorka, piosenkarka o krystalicznym głosie, scenarzystka, producentka filmowa, zdobywczyni Oscara Barbra Streisand z Nowego Jorku, której przodkowie pochodzą z dawnych polskich ziem za naszą wschodnią granicą, o tradycji mówi z estymą jak o religii. Zrobiła wszystko aby uhonorować swojego ojca i urządziła muzeum jego pamięci na Brooklynie. Cześć szczerze oddana i pielęgnowana. Pamiątki historii rodziny, dokonań, zwykłe rzeczy, które zebrane w całość czynią miejsce niezwykłym. Nowy Jork kocha pamięć a Polska wypełniona walecznymi tradycjami, jednak czasem głupotami niszczona, w ostateczności bywa rozsądkiem na szczęście ratowana. Balans nerwów, bo kapryśny los błądzi: karze i nagradza. Płynie rzeka z rwącym nurtem.

Mamy kluby sportowe, których tradycja, sukcesy budzą szczery podziw. Nie wyobrażam sobie Cracovii bez tej nazwy, Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, żużlowe marki wzbogacone o sponsorów nie tracą korzeni, więc broni się Włókniarz Częstochowa, Sparta Wrocław, czy Unia Leszno. Dodatki do nazw klubowych wypełniają skarbce bankomatów. W żużlu pusty sejf grozi upadkiem, czasem końcem sportowego świata.

Edward Jancarz zrobił dla Stali Gorzów tak dużo, że stadion nosi jego imię, zasłużenie. W klubie zaszła zmiana, nie tylko faktem, że mistrzem świata został Bartosz Zmarzlik. Jest nowy, aktywny, komunikatywny prezes Marek Grzyb, wszedł do gabinetu/ otworzył drzwi/ w dobrym momencie, bo złoto mistrza świata promieniuje i przyciąga sponsorów o pokaźnej wartości na rynku reklamowym. Bardzo dobrze, tak się dzieje wszędzie, gdzie sportowiec, drużyna zostają mistrzami, jest głośno i sławnie. Liverpool jest jeden! Popularność ma swoją cenę. Inny był czas, kiedy zwyciężał Jerzy Szczakiel, już inny zupełnie, gdy wygrywał Tomasz Gollob, bo ranga reklamy windowała interes w górę. Syndrom koniunktury non – stop zgarnia walory. Zmarzlik podbił cenę w stylu olimpijskim. Bardzo potrzebny zastrzyk racjonalnej euforii. Kesz nie spada z nieba, wiedzą o tym co sieją i orzą, a pogoda, polityka nie mają wpływu na niebiosa. Słońce raduje serce, deszcz rosi pragnienia.

Doszły mnie wieści, że nowy prezes Stali Gorzów i właściciel Cash Broker nie kryje faktu uzupełnienia vel zmiany nazwy stadionu za cenę wynegocjowaną ze sponsorem, który wrzuci konkretny pieniądz. Już jeden mecenas w tym klubie zaistniał, potężna marka, zapewniająca egzystencję na jaką zasługuje drużyna mistrza świata.

Jednak hola, hola… nie wszystko złote, co świeci.

Gorzów jest miastem usportowionym, speedway dyscypliną, która dzięki talentom, które kiełkują na Ziemi Lubuskiej wywindował się w górę potężnie a Edward Jancarz był postacią wybitną. Jego tragiczna śmierć była szokiem, kariera obfitowała w sukcesy sławiące imię Polski. Startował w lidze angielskiej na Wimbledonie i wyspiarze nie zapomną nigdy jego profesjonalizmu. “Eddy” był w narodowej reprezentacji Polski silnym punktem, indywidualne osiągnięcia i medal brązowy MŚ/ 1968, Goeteborg/ ma znaczenie kolosalne. Następne medale zdobywane razem z innym ziomalem Zenonem Plechem umocowały centrum żużlowe nad Wartą na mapie świata. Z końcem marca odbędzie się XVII/ od 1992 r. z przerwami/ Memoriał Edwarda Jancarza na stadionie jego imienia z udziałem elity polskiej i światowej. Tam nie ma odmowy startu, bo tradycja jest pamiętaniem bogatej, soczystej kariery Edwarda. Stadion Stali Gorzów czeka… Wyobraźmy sobie, że uczestnicy turnieju, kibice już nie idą na stadion Jancarza a na obiekt np. Wrzeciono czy Odlew, albo, albo… Moja wyobraźnia nie sięga konta bankowego klubu. Jancarz pozostanie Jancarzem i kropka. Szukanie i “deptanie” za pieniądze tradycji nie ma racjonalnego tłumaczenia i powoływanie się na inne stadiony, które mają sponsorskie nazwy, nie ma sensu. Każda droga prowadzi do celu? Bez objazdów? Forum kibiców jest zawsze pomocnym narzędziem, bo rekonstrukcja /wzbogacona/ dotyczy nazwy obiektu o imieniu, które rozsławia miasto nie tylko w sportowym środowisku. Refleksja i decyzja o nawet kuszącej ofercie powinna być dla potomności rozumna. Kompromis koczuje w naszej codzienności.

Ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich odbył się w Zakopanem na Wielkiej Krokwi, która nosi imię wspaniałego narciarza, skoczka, patrioty Stanisława Marusarza, jego siostra Helena, narciarka, kurierka tatrzańska została rozstrzelana w 1941 roku przez hitlerowców w Pogórskiej Woli/ jest okazały obelisk/, pod Tarnowem. Zamyśliłem się znów głęboko… Kończę, nadciąga halny. Gdzie Giewont, gdzie Warta.

Gorzowskie w lubuskiej krainie ma treściwą tradycję, swoistą obyczajowość speedway’a. Fani Stali zagorzali w fascynacji i gloryfikowaniu ścigania. Tyle lat obserwuję i zawsze chętnie przyjeżdżam na prestiżowe turnieje. Mistrz tam kłania się mistrzowi. A jakie były początki tego zauroczenia, które owocuje niczym rajska jabłoń? Od Jancarza do Zmarzlika czas szybko przeleciał, na bogato; nazwa stadionu jest symbolem i wg. mnie nietykalna, jak biblijna rzeka Jordan. Pozdrawiam prezesa Stali and company spod Wielkiej Krokwi, gdzie górale z ciupagami czczą pamięć… No właśnie!

Plebiscytowy himalaizm

Noble, Oskary, Globy, Orły, Lwy, Niedźwiedzie, plebiscyty, kryształowe kule, słowiki.

I jeszcze ruletka, i jeszcze hazard kasyn od Las Vegas po Hongkong. Wenecja, Berlin, Sztokholm, Hollywood, Warszawa, Gdynia, Leszno. Loterie mieszają się ze szczęściem. Gramy, wybieramy, uzależnia hazardowanie bez opamiętania. Brniemy, wygrywamy, przegrywamy, kochamy plebiscyty czyli rodzaj zabawy, czekamy na filmowe Oscary.  Królewska, szwedzka ekipa pod wezwaniem Nobla wskazuje wybitne osoby w poszczególnych przedziałach życia od literatury a na naukach ścisłych kończąc. Prestiż jest potrzebny światu, ta szalona brand, marka, szacunek za osiągnięcia  w sporcie koronują najlepszych asów. Celebracja niebiańska, kreacje, nerwy, zapach blichtru. Normalność zostaje w toalecie. Ceremonie niecodzienne, strojne z poniżaniem ubóstwa.  Budujemy autorytety, krytykujemy, godzimy się na wybory a laureaci przeżywają  swoje najlepsze dni. Blask potrzebny od czasu do czasu, barwa uroczystości, gdzie skromni ludzie kreowani są na bohaterów naszych czasów i następnych lat dla potomności. Niepokonani. Także przegrani. Zwycięstwa i porażki mają smak marcepanu i piołunu.

Łatwo czasem wejść do historii, trudniej z niej wyjść. Nie zawsze udawanie palenia cygar nobilituje, raczej lans taniego pozerstwa i opera mydlana za 3 grosze. Elegancja miesza się ze słomą, zapach perfum z wytryskami szampana. Twardziele na miękko.

Wybieramy człowieka roku i sportowca roku, złote myśli i brudne powiedzenia. Pisma, regiony chcą mieć liderów minionych miesięcy. Wybieramy najlepsze balkony i domy,  samochody i marki najbardziej trwałe. Najlepsza rola aktorska i zwyciężczyni festiwalu piosenki bez granic. Każdy przełom roku karmi nas wyborami różnej fascynacji, kontrowersji. Emocje i przygryzanie warg są oznakami ambicji, arytmii serc.

Przez blisko 30 lat byłem świadkiem wyborów w opiniotwórczej wtedy, ogólnopolskiej sportowej gazecie, najlepszych sportowców. Byłem blisko tych wyborów. Konkurencja stołeczna miała plebiscyt z bogatą historią. Różnica pomiędzy plebiscytem a wyborem redakcyjnym, sugestiami czytelników była taka, że w tym pierwszym przypadku dawniej listami, kartkami/ po ileś tysięcy przychodziło np z jednej miejscowości na jednego idola/ a dziś smsami wybiera się tych najlepszych. Wybory przez Jury czy Kapitułę mają inny charakter, nie grzeją się telefony. Nie ma ustawki, decyduje potrzebny w upiornej fascynacji rozum. Nie ma populizmu, może notujemy mniejszą adrenalinę a więcej oferujemy racjonalizmu. 85 lat istnienia firmy plebiscytowej urosło w uwielbianą tradycję balu nad bale warszawskiej gazety sportowej nr 1 na polskim rynku. Szapoba.

Ten felietonowy wstęp przygotowałem w kontekście wyboru Bartosza ZMARZLIKA sportowcem roku 2019 w 85 Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Z wyraźną przewagą wygrał gorzowski mistrz świata przed Robertem Lewandowskim, wybitnym, światowego formatu bramkostrzelnym, technicznym, piłkarzem Bayernu Monachium. Różnica pomiędzy tymi sportowcami polega nie tylko na wzroście i odmienności sportu. Futbol jest w świecie popularny, Lewandowski znany i uwielbiany; Zmarzlik został trzecim polskim żużlowcem, który brawurowo zdobył mistrzostwo świata. Kiedy pracowałem we wspomnianym dzienniku sportowym i prowadziłem wiele lat speedway, patrzono na mnie jak na desperata, szanowano z przymrużeniem oka, bo wtedy żużel PL nie błyszczał, walczyłem uparcie ale nie skrycie/ z sukcesami wspominam nieskromnie/ o rangę tego sportu, lecz każde niepowodzenie było radością obozu oponentów w stosunku do sportów motorowych. Z zazdrością kwitowano statystyki o dużej liczbie widzów na stadionach żużlowych, większej, niż na futbolowych meczach. Spotykałem się z opiniami, że kibice przychodzą ”tylko” na… wypadki żużlowe. Szpile wbijano, bolało. Wytrzymywałem. Kto mnie zna, nie dam się tak łatwo podeptać. Więc ciągle jestem, sam się dziwię czasami, respondenci “reanimują”.

Wszystko co piszę, poruszam w kontekście skromnej, lecz fantastycznej wygranej Bartosza. I frustracji zadufanych wielbicieli piłki nożnej. Jakby zatracili grunt pod nogami. Wojciech Kowalczyk, którego lubię słuchać, bo cechują go nieszablonowe opinie i gość wali prosto z mostu jak samobójca, były reprezentant Polski, olimpijczyk z medalem, mocno obraził w sieci laureata tegorocznego plebiscytu “PS”, postponując jego sukces a gloryfikując Roberta Lewandowskiego, jednego z najlepszych na świecie graczy  futbolowych. Radzę Wojciechowi Kowalczykowi by zrobił łyk zimnej wody i pojął, że to wierni kibice wybierają ulubionego sportowca a lobby żużlowe jest wielką, zgraną rodziną bez sierpów i młotów na stadionach czy “żyletach”. Nie grajmy na aferę.

Lobby piłkarskie jest inne od żużlowego, świat futbolu karmi się od dłuższego czasu transferami niebotycznymi, ryzyko… utraty życia na murawie jest prawie żadne, zaś na torze sekunda to wieczność i skazanie na udrękę. Speedway jest ekstremalny, wymaga umiejętności, zawodnik sam nie jedzie, dosiada motocykla. Wywyższanie jednych sportów nad drugimi przez ekspertów niektórych stacji TV czasami nabiera gatunku groteski. Przykra pycha i narcyzm wybujały. Nie wysilajmy się na oryginalność. Nic tak nie plami jak atrament, w przypadku obywatela W. K. to był chyba czarny i wylał się tam, gdzie mężczyźni zapinają spodnie. Paskudny pech. Sportowiec bruka sportowca. Czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem wielce sympatyczny fighter Paweł Fajdek, który jest wyluzowanym, inteligentnym facetem, wydał opinię, że nie jest motocyklem Bartosza Zmarzlika, w którym można wymienić jakąś część, gdy motor nie jedzie. On /czyli obywatel PF/ musi liczyć wyłącznie tylko na swoje zdrowie. Jasne jak księżyc w pełni. Dlatego trenuje od RPA po USA/ Chula Vista/, ma super trenerkę i rzuca. Daleko. Młociarz liczy na młot a hokeista na kij, piłkarz na podbicie kontraktu, tenis ma szlemy a F-1 szykany. Piłkarz może tygodniowo, bez narażania życia, zarobić furgon tysięcy euro, albo więcej. W tenisie za 7 dni milion $, z białym ręcznikiem. Jest fajnie, prawda?

Przełom roku cechuje atrakcyjna taśma rozmaitych plebiscytów a nie zrównoważonych wyborów przez Jury czy Kapituły, gdyż nadsyłanie SMS – ów jest korzystne finansowo dla organizatorów. Nie ma życia bez bankomatów. Inflacja nie ważna, dolce vita.

Jeśli Grupa Speedway skrzyknie się w konkretnej sprawie, dojedzie medalowo do celu. Walka o zwycięstwo w prestiżowym plebiscycie “PS” rozgrywała się ostro pomiędzy Robertem Lewandowskim a Bartoszem Zmarzlikim. Wygrał skromny mistrz świata, złoty medalista, ponadto zwyciężył niepokorny speedway made in Poland – Stal Gorzów Wlkp. Piłka nożna potężna w swojej strukturze z kontraktami milionowymi w euro i dolarach, rozpieszczana bajońsko potknęła się na ostatnim wirażu. Lewandowski jest światowcem, stać go na szczere poszanowanie lauru kolegi z toru. Gratulacje dla obu.

I jeszcze jedno: mówi się, że królową sportu jest lekkoatletyka a nie futbol. Mamy rok olimpijski, letnie igrzyska w Tokio, mamy też mistrzostwa Europy w piłce, będą medale w Japonii, zaś futbolistów czeka trudna batalia zespołowa. Kapitan Robert wie co robi.

No cóż, motocykl okazał się plebiscytowo szybszy od najpiękniejszego gola. Tak kibice wybrali, do nich należały minuty bez dogrywki. Kartek nie było ani gwizdka, każdy schował w sercu swojego zwycięzcę, obojętnie od miejsca na podium. I czy jest ściganie w Gorzowie albo miotanie w Chula Vista, fani mają swoje bajo bongo.

Zmarł Roman Matousek, czeski żużlowiec/ ur. Slany/, miał lat 55 i bujną karierę na torze i poza nim. Był żużlowcem, który jeździł szatańsko, zamykano oczy, rozstawiał rywali i pędził przed siebie. Kontrowersyjny diabelnie, reprezentant Czech ale i sportowiec, który miał problemy z prawem. “Rumcajs”, którego nie można zapomnieć za jazdy; ściganie na krawędzi życia i śmierci. Charakter do walki obojętnie gdzie i jak. RIP.

Jak to się stało, że tak to było

Chris_Louis

Będzie zmiana. Czas pokaże czy dobra, czy zmieni oblicze tego sportu w wymiarze globalnym. Zerkam wstecz, jak to było zanim znów dochodzi do przemiany. Rok 1995. W zaułkach stadionowych od jakiegoś czasu szeptano, że system rozgrywania mistrzostw świata, indywidualnych ulegnie zmianie i projekt przyniesie innowacyjny projekt. Wrocław. Mamy pierwszy turniej serialu Grand Prix. Media podekscytowane, towarzystwo międzynarodowe tajemniczo uśmiechnięte, polska strona niczym szara strefa. Do tej pory finał jednodniowy kończył eliminacje w kilku miejscach i ostateczny mistrz świata był postacią albo niespodziewany albo oczekiwany. Faworyci nie zawsze wygrywają a sport jest tego dobitnym przykładem, kochamy idoli, lubimy sprawiedliwość a ona często ucieka. Poddajemy się, nie ścigamy, godzimy z losem.

Odlatuję wspomnieniowo w tamte lata. Na progu nowego roku 2020. Historia żużla jest kartoteką bogatą w wydarzenia, można wyciągnąć kartki niezwyczajne, interesujące, intrygujące. Oj, działo się, pot i łzy, kontrowersje błąkają się w głowach do dziś.

Oto polsko – niemieckie dwa finały indywidualne, światowe, odkurzam z przyjemnością, choć mam ambiwalentne odczucia. Byłem czynnym świadkiem, targało moją duszą.

W 1973 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie, co się działo, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel? A czy wierzono, że gospodarze finału IMŚ w niemieckim Norden tak skopią tor, że ułatwią jazdy swojemu idolowi Egonowi Muellerowi? Los okazał się w tych dwóch przypadkach sojusznikiem Jerzego i Egona.

#  Obiekt na północy Niemiec, wybudowany w szczerym polu za małym miasteczkiem był mało oryginalnym “pudełkiem”. Jakby specjalnie przyszykowany na wielkie zwycięstwo Niemców. Fachowcy grzebali w torze szpikulcami, protestowano, jednak gospodarze oraz oficjele Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ “puścili” zawody. Nie wyobrażano sobie a mam na myśli niemiecką stronę, żeby wygrał ktoś inny a nie showman Mueller. Ten zawodnik ambitny do bólu piął się po szczeblach żużlowej drabiny uparcie, inwestował w sprzęt, mechaników, dbał o wizerunek, ścigał się na klasycznym torze i długim, na dłuższym dystansie był kilka razy mistrzem świata, no ale wiadomo, że klasyk nobilituje najbardziej. W Norden wiało ze ściernisk po żniwach i resztki kłosów wbijały się we włosy. Miasteczko schludne. Zenon Plech wygrał finał kontynentalny w Rybniku/ 1983/ ale w Norden był ostatni, klapa a szykował się sprzętowo u znajomego, byłego żużlowca rodem z Rybnika w Hamburgu. Gość miał związek z gdańskim Wybrzeżem, gdzie startował Plech. Turniej w Norden można nazwać skandalem organizacyjnym, lecz kto pamięta w jakich okolicznościach ekscentryczny  Egon Mueller został mistrzem na torze zrytym tak głęboko.

W żużlu mamy tory gładkie, twarde jak stół, gdzie decyduje start albo właśnie takie jakby wykopywano maszynowo na nim kartofle. Są i normalne przecież też. No cóż, było, minęło, fertig, szlus. Premiera stadionu na fryzyjskiej ziemi w Norden zakończyła się tak, jak zaplanowali sobie Niemcy. Zgarnęli złoty medal na przekór wszystkim. Egon poszalał, reszta była świadkiem kreacji nowego mistrza w anormalnych warunkach.

#  W Chorzowie 10 lat wcześniej/ 1973/ było szumne otwarcie stadionu dla żużla największego na świecie, bez dachu. Zagraniczni obserwatorzy mlaskali z podziwem, bo dotychczasowa świątynia tego sportu londyńskie Wembley dostała konkurenta. Wembley nobliwe, ładne w projekcie, z dachem, nieregularne kontury toru. Zaplecze z królewską lożą, czerwony dywan. Exclusive. Po II Wojnie Światowej tam właśnie rozgrywano wszystkie najważniejsze bitwy żużlowe o medale. I oto mamy  Śląsk, Chorzów, baza hotelowa Katowice. Ambitni działacze Polskiego Związku Motorowego z lokalnym prezesem tego związku Aleksandrem Szajerem przy pełnej akceptacji władzy zbudowali tor. Futbol na tym stadionie święcił kultowe, słynne zwycięstwa reprezentacji Polski i klubowe/ Górnik Zabrze/. Tam górnicy wygrali ze słynną Romą i śpiewali “ tako Roma, momy doma”. Otwarcie Stadionu Śląskiego dla żużla było przebojem sezonu. Gospodarze obiektu z Tadeuszem Ślusarkiem w roli głównej okazali się bezbłędni. Prezes Zarządu Głównego PZM zacny dyplomata Roman Pijanowski nie krył zadowolenia. Misa stadionu wypełniła się po brzegi, 100 tysięcy ludzi, pogoda dopisała, no i nieoczekiwanie wygrał opolski fighter Jerzy Szczakiel, który idealnie spasował się mentalnie z sędzią bawarskim Georgiem Transpurgerem. Arbiter z Pocking, miasta bardzo zasłużonego dla żużla światowego leżącego w południowo –  zachodniej części Niemiec został po tym finale IMŚ zawieszony przez władze FIM za puszczanie lotnych startów. Co nim powodowało? Śląska gościnność? Było towarzysko obficie. Georg, którego poznałem później w Pocking, chciał się zrehabilitować, na swojego Abrachama, czyli 50 urodziny zaprosił sporo żużlowych prominentów, jednak nie doczekał się rewanżu za Chorzów, w efekcie poprowadził tylko półfinał IMŚ na lodzie we Włoszech. Słabo. Rzutki działacz, sympatyczny gość, zaangażowany w organizację znanych wielkanocnych czwórmeczów w Pocking z udziałem najlepszych drużyn świata. Startowali najczęściej wtedy Anglicy, Szwedzi, Duńczycy, Amerykanie, no i jako gospodarze Niemcy. Polacy bardzo rzadko. Turniej na progu sezonu w extra wydaniu.

Przypomnę, że w 1993 roku tam właśnie brawurowo wygrał mistrzostwo świata Yankes Sam Ermolenko, przed Hansem Nielsenem i Chrisem Louisem a w debiucie Tomasz Gollob był siódmy/ 8 pkt/, tylko 4 pkt zdobył Szwed Tony Rickardsson, ostatni z 2 pkt Amerykanin Greg Hancock. Turniej wywołał duże zainteresowanie startem Golloba.

# A co potem w historii się porobiło, warto pomyśleć. I mocno zastanowić nad stanem żużlowego modelu funkcjonowania, poza Polską, która jest wyjątkowym zjawiskiem.

Wprowadzona zmiana w 1995 roku i odrzucenie finału indywidualnego MŚ nie uratowało intencji pomysłodawców nowej ery. Speedway popadał w organizacyjny regres i nie zgadzam się z klakierami tego projektu, że tak nie jest. Błądzą w swojej naiwności i braku wyobraźni. Niech wrócą klasyczne drużynowe MŚ, pary MŚ.

Od roku 2022  do 2031 amerykańska firma, która znana jest z anteny TV na całym świecie Discovery oraz stacja Eurosport Events/ 8 000 godzin w roku, 220 kraje, 50 języków/ przejmują drogie lejce światowego żużla z inwencji Francois Ribeiro. Dlaczego tak się stało, że FIM budzi się ze śpiączki? Bo wreszcie zrozumiano, że serwis nie ten i dania ciągle te same. Przejadło się i odbija. Polski grunt i dziki pęd do organizacji turniejów Grand Prix pochłonął innych. Nie ma “bel esprit”, jak mówią wysmakowani Francuzi. Nie iskrzy, nie wciąga serial w obrót nowych fanów. To nie sezony serialu Soprano. Z szumnych zapowiedzi BSI w 1995 roku tli się swąd. Będzie ogień?

Jestem umiarkowanym optymistą i bardzo bym chciał tego dożyć, erupcji żużla głośnej, bezpiecznej dla oka, takich wyścigów w rozmaitych zakątkach świata, które będą fantastycznym przeżyciem dla każdego, jak kiedyś emanowało legendarne londyńskie Wembley, Stadion Śląski, Ullevi w Goeteborgu. Wspomniałem przy okazji incydentalnie, co było dawniej na arenach światowych, bo chyba warto skruszyć pamięć i wrócić na chwilę do imprez, które składają się na historyczne wydarzenia speedway’a z mottem : “przeżyjmy to jeszcze raz”. Czeka nas za dwa lata nowy produkt, który już kotłuje twórcze umysły, będą z biegiem czasu narastały oczekiwania, proponuję lepiej mniej się spodziewać a więcej odebrać. Korekta poszczególnych edycji mistrzostw świata jest konieczna, nowe lokalizacje, scenariusze turniejów, nowi kibice, bo: “ The show must go on, yeah”. Azja, Antypody, obie Ameryki, Europa, speedway podrożeje za cenę atrakcji dla wszystkich.  Nikt nie ma patentu na gwarantowany sukces.

Tata nauczył mnie żyć

 

Słodycze odstawił, choć je lubi. Teraz nie tylko żużlowy świat lukruje nowego mistrza globu. BARTOSZ ZMARZLIK. Lat 24 i perspektywy na kolejne tytuły. Ma w sobie coś, co predestynuje go do kolejnych laurów najwyższej wartości w sporcie. Skromny ? Tak. Utytułowany bardzo, bo przecież wcześniej już zgarnął brązowy medal i srebrny MŚ. Gorzowianin, który postawił dom na placu, gdzie ojciec Paweł wybudował maluchowi tor. Tam Bartosz postawił dom. Uczył go jazdy na żużlu Bogusław Nowak, zawodnik Stali Gorzów, który wskutek wypadku na rybnickim torze korzysta z wózka inwalidzkiego. Od początku wierzył w karierę wychowanka, bardzo zdyscyplinowanego, sumiennego. “Na niego nie trzeba krzyczeć, on wie co robić i podporządkowuje się sytuacjom ekstremalnym” – mówi Bogusław Nowak. A nowy mistrz świata podkreśla rolę ojca Pawła w teamie i akcentuje tata “nauczył mnie, jak żyć”. Rola mamy Doroty jest bezcenna, trzyma rękę na pulsie żużlowej rodziny. “Zawsze rodzina była dla niego najważniejsza oraz speedway” mówi Stanisław Maciejewicz były mechanik Stali Gorzów, reprezentacyjny “majster” przez długie lata. Doświadczony jak mało kto.

Wyjątkowy zawodnik. Gorzów na żużlowej mapie Polski i świata znaczy ogromnie dużo, tam rodzą się talenty a sława Edwarda Jancarza czy Zenona Plecha podbija cenę tego miasta i regionu. Tm chodzi się na żużel, tam kocha się ten sport i tych, którzy ścigają się po medale. Speedway jak stal, jak Gorzów…Talenty z mini toru we Wawrowie.

Bartosz Zmarzlik zdobył tytuł najlepszego żużlowca świata roku 2019 w ostatnim turnieju serialu Grand Prix na toruńskiej Motoarenie. Był liderem przed zawodami, a najwięksi konkurenci byli bardzo blisko; drugi na liście Rosjanin Emil Sajfutdinow miał 7 pkt straty a trzeci, Duńczyk Leon Madsen 9 pkt. Mało, trzeba dużo odporności, żeby wytrzymać presję, odeprzeć ataki przeciwników, którzy moc potrafią, mają sprzęt nienaganny. Bartek trzymał w napięciu komplet widzów na stadionie toruńskim, przed telewizorami oraz swój team. Nie od razu było wiadomo, kto rządzi na Motoarenie, wybijał się z ”tłumu” Madsen, zwinny jak kot, szybki na starcie, uciekający przed siebie jak zranione zwierzę, tracący pozycję i odzyskujący grunt po kołami. Leon zawodowiec. Emil Sajfudinow na pewno liczył na lepszy medal, jaki ostetcznie przypadł mu w udziale, bo brązowy to on już ma w domu. Duńczyk był świetnie dysponowany i nie musiał niczego… tylko mógł. Posrebrzył siebie ładnie.

A Polak jechał z presją na plecach ale i poparciem gorących serc sympatyków. Udało się? Nie udało, tylko wywalczyło po mistrzowsku. Zmarzlik pokazał styl złotego medalisty i mimo, że Madsen zbliżał się do niego jak torpeda, dwoma punktami sięgnął po trofeum, które będzie teraz symbolem jego już bogatej kariery. Duńczyk wygrał wszystko, był w furii, ścigał się jak na skrzydłach. Polak w finale po zapewnieniu sobie tytułu pojechał wyluzowany i patrzył jak rywale stoją na podium ostatniej rundy, on był myślami gdzie indziej, przy podium ostatecznym, najważniejszym, najcenniejszym dla niego. Jakie to wspaniałe uczucie być mistrzem świata – podkreślają zawsze zawodnicy ze złotymi medalami. Tak, bo to oznacza ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem wielu lat a czasem tylko łutu szczęścia. Bartosz Zmarzlik zasłużył na sukces bez żadnych komentarzy zbytecznych. Rok temu szarżą wygrał przed nim Anglik Tai Woffinden w Toruniu, teraz tam właśnie Polak nie dał szans rywalom i awansował do finału po wspaniałym wyścigu. Mistrz pojechał jak mistrz! Uśmiechnięty, szczęśliwy, rodzinny do bólu, talent udoskonalany przez lata. W wyścigach ligowych, w gonitwach turniejowych tu i tam, wzór sportowca, który ma charakter bycia sobą wszędzie. Imponuje.

Trzeci Polak w historii tego sportu został mistrzem świata; po Jerzym Szczakielu/ 1973/ i Tomaszu Gollobie/ 2010/. Ten pierwszy triumfator długo był samotnym mistrzem, ten drugi szybciej doczekał się kolejnego polskiego zawodnika w koronie światowego czempiona. Mistrz z Gorzowa bez nałogów, błyskotliwy naturszczyk, który kocha speedway a ten sport pieści jego bez granic. Miłość obopólna, na dobre i złe.

Wypisywanie laurów na temat Bartosza Zmarzlika w zasadzie mija się z celem, bo cechy dodatnie ma we krwi, jakby tak musiało być, czy mu strzeli woda sodowa do głowy mocno wątpię, więc odnotowuję nie pierwszy raz jego silny charakter bycia najlepszym. Wygrywa jak szaleniec czasami ale myślę, że teraz uporządkuje jazdy, tytuł dał mu wiarę, że nie wypada na tym poprzestać. A jest wierzącym człowiekiem, co pomaga mu w wielu przypadkach nie tylko na torze. Mój Boże tylko 24 lata, ile przed nim startów? Kondycyjnie mocny, charakterny podkreślam i zmobilizowany na trudy walki w różnych warunkach. Jeśli podsumować lata startów i pomyśleć o przyszłości, jasno klaruje się sytuacja z dalszymi sukcesami. Nie może być inaczej, szczęście sprzyja lepszym, gorzowski matador wie, że nic nie spada z nieba, on uwielbia ściganie żużlowe, zna smak zwycięstw i dyskusji przy motocyklach, silnikach sposobionych przez Ryszarda Kowalskiego. Brat Paweł wierzy w brata, sam startował kiedyś ale rodzinna scheda przypadła Bartkowi i familijne wspomaganie uskrzydla mistrza anno 2019.

Na wiosnę kolejne rundy mistrzostw świata i Polak będzie bronił złota. Organizatorzy mają w planie pewne zmiany, zobaczymy co to za nowości… Dominacja Polaków jest wyraźna, do serialu awansowali Maciej Janowski i Patryk Dudek. Mistrzem świata juniorów na pardubickim torze został Maks Drabik. Juniorzy są mistrzami świata i Europy. Jak powstrzymać polski huragan? Radzę federacjom szkolić talenty, polskim władzom wypieszczać takich jak Zmarzlik. Boję się, że światowi włodarze żużla nie bardzo wiedzą jak odbudowywać stracony grunt tam, gdzie speedway był ceniony. Odrzucenie drużynowych MŚ jest sabotażem. Armando Castagna /FIM/, Paul Bellamy/BSI/ nie uniosą ciężaru renowacji tego sportu, toteż polska strona powinna narzucić swoje warunki, gdyż dominacja w życiu nie sprzyja rozwojowi. Tak nie może być, żeby nami rządzili inni, a Polacy jako mistrzowie byli dla nich utrzymaniem. Gdzie sprawiedliwość dziejowa? Gdzie? Takie dziwactwo do odrzucenia. O tym kiedy indziej.

BARTOSZU, gratuluję złota, byłeś kiedyś mały, dziś jesteś wielki. Tata nauczył ciebie, jak żyć… piękna fraza i niech tak zostanie do końca.

Konserwa

 

res_376b255e7ca3c3f5d898accd1a028923_full

Jaki jest światowy speedway? A jaki polski? Ekstraliga najlepsza na świecie bez konkurencji! Dmuchanie balonu “jesteśmy najlepsi”. Wiatr zrzuca liście z drzew, szurają już mocno pod nogami. Jesień jeszcze słoneczna, choć zmienna, długie wieczory sprzyjają refleksjom nad tym co było i co będzie. Deprecjonowanie jest domeną polskiej rzeczywistości. Nie ruszajmy polityki, zostawmy do wiosny. Dostrzegam, że polski parlamentaryzm staje się familijny, sukcesje przechodzą z ojców na synów, podobnie w żużlu; jeździł tata, jeżdżę ja. EGO jest ważne jak Fogo. Maniery zawodnicze rosną jak na drożdżach, wyrabiają się niektórzy, jak wielkanocne, drożdżowe baby. Bywają czasem zakalce i przypalenia. Mamy transfery oraz wyjazdy lukratywne, dodam – zasłużone. Gdzie biały piasek i ocean lazurowy, palmy jak wierzby. Barbadosowy rum i muzyka, i ciepła woda. Fale odpływają, przypływają. Pobudzają wyobraźnię różnego gatunku, jeśli ona w ogóle jest a dochodzę do wniosku, że nie wszyscy mają wyobraźnię, tylko im się wydaje, więc udają kiepsko bohaterów jednych turniejów.

W światowym żużlu Moi Drodzy nie wiele się zmieni, metalowa konserwa trzyma się krzepko, nie odda stołków, nic nie wymyśli ale trwanie jest dla przeciętności marzeniem życiowym. Serial Grand Prix anno 2020 otworzy warszawski turniej majowy. Bilety sprzedane prawie wszystkie niczym przydrożne grzyby. Impreza ma walory nie tylko jako premiera sezonu w wydaniu extra, w stolicy, która oferuje kibicom atrakcje miasta. Na każdą kieszeń bez nudy. Rodzinnie można obejrzeć widowisko w atmosferze pikniku, deszcz nie zakłóci, zimno nie groźne, dach na Stadionie Narodowym chroni klimat. W tym miejscu, w takich warunkach warto zobaczyć każde wydarzenie sportowe, speedway ma lokum o jakim marzyć mogą inni. Więc co proponuję od dawna? Aby tu zaczynał się ten serial i także kończył. Jestem przekonany o akceptacji kibiców polskich i zagranicznych. Do Warszawy można dojechać, dolecieć i spędzić czas wygodnie. W tej opinii nie jestem osamotniony, potrzeba tylko śmiałej decyzji polskiej władzy żużlowej oraz notabli FIM i namawiam prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej /FIM/ Jorge Viegasa z Portugalii, który obserwował zabawę na Narodowym i finał w Toruniu, gdzie Bartosz Zmarzlik został mistrzem świata. Uczta Mr. Viegas, prawda? Więc kokietujmy tego sympatycznego działacza by przekonał Armando Castagnę, który funkcjonuje na fotelu światowego wodza żużlowego, ma fajną rodzinę, ścigał się na GM z włoską fantazją oraz nie do końca panował nad jazdami, do korekty kalendarza serialu GP i przystosował go do słusznego lokowania produktu na antenach TV. Torunianie pewnie na mnie sarkają, lecz niech martwią się raczej ligowym upadkiem a nie szczytem żużlowych rozgrywek światowych. Stolica ich bije w każdym calu i nie ważne koneksje rangi nieziemskiej. Świat się kręci, ziemia też… Warszawa jest nr 1.

Frekwencja w stolicy buduje szacunek do kibiców żużlowego autoramentu. Zawody uświetni nowy mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który nie żałuje ani godziny by zadowolić kibiców; uśmiechnięty, radosny jak skowronek pod niebem. Udany młodzieniec, nowa generacja zawodników zdesperowanych na sukces. Gdzieś wyczytałem, że jest zaprogramowany na wygrywanie…  Mocne stwierdzenie. Bardzo. Jak miło mieć takiego zawodnika, który jest sztandarem polskiego żużla, ba! jak mówił mi szkocki przyjaciel żużlowego towarzystwa Bert Harkins, gorzowianin jest prognostykiem na lepsze czasy tej dyscypliny. Nagle wyłoniła nam się ikona, polskiego chowu, która leci w stronę światowej galerii gwiazd: Fundina, Briggsa, Maugera, Olsena, Penhalla… Legend, które są treścią historii tej dyscypliny. Idol Zmarzlik powinien pojawić się w Anglii na jakimś extra turnieju, gdzie będzie ambasadorem polskiej szkoły speedway’a ale i atrakcyjnym asem na brytyjskim rynku. O taki występ, prestiżowy w szczegółach powinien zadbać szef polskiego żużla Piotr Szymański, choć nie wiem, czy właśnie on, bo wodzirejów u nas za pryncypialnym stołem jest kilku. Warto Bartoszem pochwalić się wszędzie, gdzie trzeba. PR jest łatwy, przyjemny, dający satysfakcję w stylu Adama Małysza, Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego, Roberta Kubicy.

Jest świetnie, rzecz w tym żeby sukces zdyskontować skutecznie rangą renomowanej agencji reklamowej. Co mogą zrobić media? Dużo, ale z rozwagą. Sukces Bartosza tkwi w nim samym. Charakterze sportowej duszy i życiowej postawie. Po prostu: self – made man! Za jego plecami stoi w pierwszym rzędzie tata Paweł i koniec, kropka.

SPEEDWAY zaczyna zimową drzemkę, Europa zamyka tory. Antypody otwierają wrota do ścigania. Dawno temu słynny nowozelandzki as Ivan Mauger organizował wyjazdy czołowych zawodników ze Starego Kontynentu, byłytam turnieje, klasyczne przedłużenie sezonu europejskiego nad oceanem, treningi w słońcu, punktowanie. Walorem inne tory, niż europejskie. Kangurowe ściganie na luzie na australijskich obiektach.

Nie ma obecnie skondensowanych wyjazdów, można na własną rękę zorganizować sobie eskapadę w odmienny świat.

W Europie niegdyś planowano imprezy pod dachem; w Anglii, Niemczech. Zostały tylko wspomnienia. Każde przedłużenie sezonu letniego o wydarzenia żużlowe zimą na naszym kontynencie mają rangę promocji, szansą do spotkań w relaksowej atmosferze. Jest potrzeba takich spotkań. Zamiennikiem są organizowane pod dachem wyścigi na lodzie, więcej jednak w tym zabawy. Polski speedway kilka lat temu dorobił się w Sanoku poważnych imprez na naturalnym torze w ramach mistrzostw świata. Miejscowe władze popierały, był przekaz telewizyjny. Zanim w Sanoku rozpędzono takie wyścigi, na warszawskich Stegnach urządzano ścigania lodowe GP, które są bardzo ekspresyjne, szalenie widowiskowe. Jednak nie ma ma tradycji, toteż promocja turniejów nie wytrzymała obciążenia. Szkoda. Polski speedway pozostaje od lat monotematyczny, rajcuje klasyk i na niego skazani są kibice. Brakuje wytrwałości sponsorów, więc jest tylko tradycyjny żużel, nie ma wyścigów na lodzie rangi mistrzostw świata czy gonitw na trawie albo na długich torach. Czesi, którym daleko do poziomu polskiej ligi, chętnie uprawiają inne kategorie, Skandynawowie, Niemcy mają podobne upodobania, Rosjanie uwielbiają ściganie na naturalnych torach lodowych, pozwala im na to surowy klimat. Tam “grasują” arcymistrzowie cyrkowych, dramatycznych występów na motocyklach z kolcami.

Polakom pozostaje więc zimową porą sport – turystyka na zawody tego typu, no i cierpliwe odliczanie dni do nowego sezonu. Czas jednym szybko leci, innym dłuży się niemiłosiernie. Trudno, zwykle wyposzczenie wzmaga apetyt.