Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Rozcieńczona kariera MD jr.

Hm, to coś tak jak otwarta przez rok whisky… trochę wietrzeje, dolejesz innej, nowej i jest mocniejsza. “ Aplikacja game stop?”… parafrazując giełdowe sytuacje? Nie. Jeden z moich przyjaciół zwrócił uwagę, bo napisałem, że polski żużel ma się dobrze…  – “Zobaczysz co będzie w połowie  roku”. Dyskutowaliśmy chwilę, nadeszła wiadomość o karze dla Maksyma Drabika nałożona przez POLADĘ. Sprawa długa i stara, 23 – letni częstochowianin, który w 2015 roku zadebiutował w Ekstralidze w barwach Sparty Wrocław. Odpowiadał za przekroczoną infuzję niedozwolonego środka w prestiżowym meczu pomiędzy Unią Leszno a wrocławskim klubem. “Nie wiedział co robi”, sam sobie nie wstrzyknął, ma swoich mocodawców, którzy przecież ściągali go ongiś do stolicy Dolnego Śląska. Jest jeszcze lekarz klubowy i adwokat, który sprawę prowadził na zlecenie opiekunów Drabika jr. Zawodnik jest synem Sławomira Drabika, byłego reprezentanta Polski, mistrza kraju, szkoleniowca Włókniarza Częstochowa. Jak głosi echo spod Jasnej Góry relacje ojca z synem uległy zamrożeniu. Nic nowego, takie sytuacje w rodzinnych kręgach się zdarzają. Ubolewam. Sprawa Drabika jr. ciągnęła się długo, rozprawy, odwołania, trybunały, kluczenia, incydent miał miejsce w 2019 roku, kara jednego roku biegnie od 30 października 2020, czyli żużlowiec z laurami, dwoma złotymi medalami mistrzostw świata juniorów oraz innymi cennymi zdobyczami  różnego koloru, w ubiegłym sezonie przestał jeździć, odciął się od klubu a czekanie na wyrok spaliło jego system nerwowy. Sezon 2020 nijaki, końcówka zmarnowana poza torem i kolejny sezon “w plecy”. Kto odpowiada za taki stan? Mówi się głośno o dalszym ciągu tej afery; o lekarzu klubowym Bartoszu Badeńskim. Medyk miałby paść jedyną ofiarą? Dziwne. Maksym nie wiedział, klubowi bossowi też niczego nie wiedzieli, nie słyszeli? W bajki już dawno przestałem wierzyć. Serial drabikowy cdn?

Problem jest poważny, bo 23 – letni zawodnik, przyzwyczajony od dziecka do ścigania, od dziecka przyprowadzany na stadion Włókniarza przez rodziców speedway ma we krwi. On tym sportem żyje, on go karmi, i ładuje emocjonalnie. Psychika w oczekiwaniu na wyrok organu powołanego do tropienia niewłaściwych postępowań w sporcie wysiadła. Za długo to trwało, klub mocno liczył, że obroni powstałą sytuację. Nic błędnego a życie jest umiejętnością przewidywania. Gdyby uderzono się w piersi od razu, byłoby mądrze, zdrowiej psychicznie dla młodego zawodnika. Ile kosztuje ta sprawa klub? Ile? Faktury adwokackie wymierne, zaś straty moralne trudno wycenić. Były dziwne echa wrocławskie, że WADA, POLADA, gonią za sensacjami i ścigają sportowców jak… CBA. Tak. Do tego są powołane i mają odwagę/ WADA/ w skali światowej wyrzucić za olimpijską burtę potęgi np. lekkoatletyczną ekipę Rosjan. Lekceważnie olimpijskich zasad uczciwości, branie dopingu jest piętnowane i tak być powinno, inaczej sport stanie się domeną zakompleksionych szulerów, co w różnych dyscyplinach było faktem a dziecinne tłumaczenia, że pasztecik zjedzony zawierał “zło” ośmieszało kiedyś polskie środowisko olimpijskie. Ciągle mamy próby oszukiwania normalnej rywalizacji w sporcie, w różnych obszarach.

Kursują wersje, że kiedy jest popyt to i podaż funkcjonuje świetnie, jak powiedziała onegdaj jedna z “błękitnych panienek”, która pieści życie towarzyskie. Dygresja. A mnie  intryguje moralny aspekt incydentu Drabika jr., jako byłego działacza motorowego, dziennikarza, który zajmuje się nie tylko sportem od lat kilkudziesięciu. I jako ojca dorosłych synów. Granica odpowiedzialności za czyny młodych leży w nas, dorosłych, te słowa dedykuję Sparcie Wrocław, z brandem w tytule Betard. To dobra firma, Sparta zaś zasłużona, z historią, dorobkiem, jednak przekraczanie granic za wszelką cenę w celu zdobycia punktu nie warte funta kłaków. Można kupić 100 silników, zaś organizm sportowca bardzo szybko wykruszyć. Fizyczne uszczerbki dają się naprawić, psychiczne potrafią zalegać i czasem zostają w okruchach na zawsze. O tym warto pamiętać od Wrocławia, przez Gdańsk, Bydgoszcz, Rzeszów, Rybnik po Częstochowę.  W ostatnich latach casus Patryka Dudka, Grigorija Łaguty świadczy, że bezczelne bimbanie z zasad przyjętych w sportowym kodeksie ma bolesne finały. I nie ma ucieczki od surowej kary. 

Kiedy zapadł wyrok w bulwersującej sprawie Maksyma Drabika komentarze obracały się  z treściami “jak to dobrze, że tylko rok, bo mogło być cztery”. Nie aż tyle, gdyż obostrzenia od nowego roku zostały nieco złagodzone, a poza tym czujna POLADA tropi dalej, wie, że zawodnik sam nie dokonał tego niedozwolonego czynu. Nie warto. Prezesi roztaczający parasol nie mają wyobraźni, kompleksy ich gniotą, powinni wreszcie grać czystymi kartami. Marnowanie młodych zawodników jest celem jednych, kiedy drudzy ciężko pracują nad kształtowaniem talentów. Łatwiznę buduje kasa, zysk jest fałszywką.

Dwa sezony zmarnowane dla częstochowskiego vel wrocławskiego fightera, który zebrał przykre doświadczenie. Czy MDjr. zostanie w klubie, w którym rozwinął skrzydła, pokazał talent? Zdobył medale, wjechał ostro w karierę i się poślizgnął? Duży koszt.

“Rozcieńczona” kariera przed nim, trzeba się Maksymie wziąć w garść mocno i udowodnić, że moc charakteru jest siłą gladiatorów. Wreszcie zawodnik wie, kiedy może zacząć trenować, kiedy zaliczyć come back na torze oficjalnie. Gdzie? Takie pytanie nurtuje kibiców, którzy trzymają kciuki za niego. Kuszenie klubowe z różnych stron podobno już się zaczęło, nie ważne zdrowie, ważny “towar”. Dewiza mało etyczna.

Rozprawy z sumieniem

NIE ma łatwych rozstań, spraw, byle jakich finałów, zwykle ciężko coś przychodzi, łzy są słone, dróg jest tyle niezliczonych, życie szkoli nas non – stop, szczęście jednak czasem słodzi. Tekst piosenki? Może… nie zdradzam wszystkiego co mi w duszy gra. Mamy łatwe tematy ale i trudne piekielnie. Dla otoczenia, dla swojej tożsamości, ciągle  życie jednak nas koryguje, tego nie można, tamten bzdet, zranienie słowem bywa okrutne, choć rzeczywistość budzi ze snu.

Miałem rozmowę dosyć długą z działaczem, co lata strawił w żużlu nienagannie. Doświadczony piekielnie, skrupulatny jak anioł/?/ w niebie. Historia polskich działaczy krajowych i międzynarodowej klasy zasługuje na wyróżnienie, podkreślę w czasie przeszłym, bo dziś już takich sprzed lat już nie ma niestety, są “monetarni”, każdy dostaje wynagrodzenie, nikt nie pracuje za znaczek do klapy czy proporczyk. I ja to rozumiem. Co było, to było… Czasy zmieniają się i ludzie mentalnie grupują w zespoły, które wyciagają ze sportu spore pieniądze. Trwa lobbowanie biznesowe. Brakuje jeszcze w tych “interesach życia” jakiegoś zakonnika… Kluby to jedna wielka rodzina? Nad nimi władza, która jak Neptun ma trójzęba. Odpowiedzialność rozłożona i za firankami.

Swoje w żużlowej zagrodzie przerobiłem i coś przypomnę…

Otóż bywały ogólnopolskie narady z początkiem stycznia w siedzibie Polskiego Związku Motorowego na Powiślu w Warszawie/ ile razy tam przejeżdżam, wzdycham sentymentalnie/ miała elementy dyskusji nie zawsze klakierskie dla ówczesnych prominentów speedway’a. Na tej naradzie przygotowane były aktualne regulaminy, kalendarz i pączki od Bliklego.W przeddzień spotkania w stolicy, kto wybrał hotelowe spanie, mógł przetrawić dogłębnie w towarzystwie problemy minionego roku. Do otwartej dyskusji potrzeba odwagi dwóch stron, kto się boi argumentów zwleka, kluczy, najwygodniej nie spotykać się, żeby nie usłyszeć prawdy. Bywa bolesna ale uczy. Kasa się zgadza? Robimy biznes tercetami, kwartetami… Szofer pokieruje.

Speedway polski ma się dobrze, Polski Związek Motorowy dorobił się kiedyś hasła: “…pożyteczny jest i zdrowy”. Organizację pozarządową czyli PZM speedway doładowuje znacznie finansowo i prestiżowo. Zapewnia bezpieczeństwo w płynności, choć bywało przecież ongiś znacznie lepiej. Hymn narodowy utrwala zatem status quo. Niech się obraca karuzela na torach dalej, acz powstają wyrwy i wróżby nie są różowe.

1. Memoriały, memoriały…

Speedway cechują tego typu imprezy, czczą pamięć zawodników, którzy odeszli z życia w różny sposób. Dotykałem ongiś tego przykrego problemu, bo uważam, że jeśli zawodnik targnął się na życie, kontrowersyjna jest decyzja o urządzaniu Memoriału. Wybrał sam taką śmierć, “okaleczył” rodzinę, bliskich i dalszych i można wspominać zasługi sportowe, lecz robienie z hukiem imprezy jest mało logicznym rozwiązaniem. W historii były pomysły urządzania memoriałowych turniejów, niektórym “ideowcom” brakło determinacji by je kontynuować, więc są zapomniane/ Memoriały np. Lecha Barana, Ryszarda Nieścieruka, Jana Ciszewskiego/, pojawiły się jednak następne w uniesieniu emocji, koniunktury, które nie bardzo mają rację przetrwania, tło jest mocno dyskusyjne z powodów, które zaznaczyłem powyżej. Nie uprawiajmy gier na pokaz.

# Prezesie PZM Michale Sikora, warto zrobić sprawiedliwy przegląd memoriałowych turniejów w żużlu i podjąć rozsądną uchwałę w tej sprawie. Dawno temu/ chyba/ już takiego zapisu dokonano/?!/ i poza głównymi memoriałowymi wydarzeniami były tylko extra wyścigi honorujące zmarłe postaci. Nikt nikomu nie zamierza odbierać dorobku, nie lansujmy na siłę martyrologii, gdyż uczciwe, szczere pamiętanie jest modlitwą na wieki, bez podtekstów niepotrzebnych, uporządkowaniem godności dla potomności.

2. Kuriozalna, przewlekła sprawa częstochowianina Maksyma Drabika, reprezentanta wrocławskiej drużyny znalazła epilog rozprawy końcowej i POLADA zaplanowała wyrok na 2 lutego… tego roku. Jakby nie patrzeć były/ 2 razy/ mistrz świata juniorów dużo czasu spędził poza torem, sezon uciekł mu spod kół, miał więc okazję na inne rzeczy. Wolny czas rcjonalnie wykorzystał?! Czas pokaże. Trudno w tym wieku ułożyć sobie zajęcia, kiedy wypada się z rytmu meczów, turniejów, z ognia walki a płomień emocji pali duszę. Obojętnie jaki wyrok zapadnie, jaką karencję wymierzy egzekutor, zawodnika czeka wewnętrzna rehabilitacja i stosunek do sportu, który od dziecka był dla niego żywiołem. Żmudna praca jest niezwykle koniecznym sposobem przygotowania mentalnie zawodnika do startów. Warto było ścigać się z losem?

3. Inny przypadek, bardzo smutny, dotyczy rybnickiego fightera, zmarnowanego talentu ROW –  Rafała Szombierskiego, któremu grozi surowy wyrok za spowodowanie wypadku samochodem po pijanemu, trwałe uszkodzenie ciała kobiety, ucieczka z miejsca zdarzenia. Tragiczny incydent w Rybniku jakich dużo na polskich drogach. To ostatni wiraż rybniczanina, teraz żałuje, zresztą każdy w takich sytuacjach mówi podobnie.  Dlaczego do tego doszło? Nosił wilk razy kilka… żużlowiec, który był talentem na miarę choćby Zenona Plecha/ tak, tak… widowiskowo i mentalnie sportowo/, miał błyskotliwe sukcesy, rozbijał się spontanicznie w bujnym życiu poza stadionem. I nikt nie był na tyle mocnym charakterem, autorytetem dla niego, by brutalnie odebrać prawo do siadania za kierownicą auta?! Przypadek przykry i pouczający dla żużlowego środowiska; ba, dla wszystkich, którzy piją alkohol a potem pędzą autami. Tym razem nie udało się i sąd wyda wyrok. Łzy wielu osób dotkniętych dramatem mają smak gorzko – słony, piekielnie bolesny do wymazania z pamięci. Szkoda tak głupio niszczyć życia.  

Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

Człowiek nie jest kurzem (cz. 3)

Moda. Kupuję Vogue, kultowe pismo amerykańskie, obecne na całym świecie, w Polsce też. Tak, lubię. Nie tylko to, bo ciągle uwodzi mnie Diana Keaton i razem z Jackiem Nicholsonem w “Lepiej późno, niż później” fundują optymizm, którego tak mało na tym świecie. Teraz. Święta, sentymentalne Boże Narodzenie, choinki mają zapach lasu, u mnie w domu rodzinym zawsze mówiło się “drzewko”. W ogóle święta mają tradycję spotkań, jedzenia dobrych rzeczy, kolędowania, obojętnie jaka dopada nas aura otoczenia. Kultowe święta, rodzinne, polskie. Chcę jeszcze trochę o tym kulcie, snuję mini serial felietonowy, od dnia Mikołaja, który już na saniach nie jeździ. Lubimy jednak takie postaci, kultowe przez całe życie, bo człowiek jest ciągle jakby dzieckiem w odbiciach zdjęć sprzed lat. Wyprułem ze swojej głowy fragmenty wiedzy o żużlu, stos i etos, porządkuję magazyn przeżyć “bez pruderii” dla czytających.” Sprzedaję” siebie.

Come back wątek KULTU, który ma różne miary. Stadiony, ludzie, miasta, wydarzenia, które wpadają do historii. Pamiętamy, przypominamy sobie te najważniejsze a każdy ma inną “urodę”; na tym polega wolność myślenia, wyrażania szczerych opinii bez strachu.

“CZŁOWIEK nie jest kurzem”, powiedział rumuński pisarz, filozof, mizantrop Emil Cioran i dodał: życie trwa tak długo, jak długo trwają nasze wzruszenia. One mają różne gwiazdki znaczenia, przykre, przyjemne, doznania do zapomnienia i wspominania. Przyznaję, że wzruszenia mnie polubiły. Czy można być obojętnym wobec emocji?

Zapamiętałem pierwszy wyjazd na Wembley, angielska atmosfera na meczach nie tylko żużlowych jest wyjątkowa. To trzeba przeżyć. Przypominam sobie pierwsze widzenie z młodym niemieckim zawodnikiem na praskim stadionie Marketa. Duży szum, dobrze zaopatrzony w sprzęt, ubrany tip – top. Towarzystwo liczne i śliczne. Nazwywał się Egon Mueller, nie przypuszczałem, że zostanie mistrzem świata. Został w 1983 roku na swojej ziemi koloru Fryzji w Norden. Początki miał trudne, uczył się jeździć, sprzęt przygotowany przez najlepszych mechaników, Otto Lantenhamer bawarski spec od silników był skromnym w obejściu fachowcem od silników. Egon pojętny “gracz” szybko zyskiwał zwolenników, robił postępy na torze, miał przychylne towarzystwo. Można go śmiało nazwać kultowym sportowcem, dbał o PR, chętnie wypowiadał się na konferencjach medialnych, nie unikał wypowiedzi, wiedział, że trzeba współpracować, obecnbie aktywnie „sprzedaje się” na FB. W swojej bogatej karierze nagrał nawet dyskotekową płytę, nie najlepiej śpiewał, ale spróbował, nie był leniwy, ciągle był poszukiwaczem novum. Kiedy samochodem jechał do dawnego Związku Radzieckiego rozebrano mu na granicy doszczętnie auto i motocykle. Poskładał bez awantury razem z synem Dirkiem. Byliśmy razem w Togliatti, rosyjska kolacja, finał kontynentalny IMŚ. Egon lubił towarzystwo, piwo mu wystarczało, dbał o image w szczegółach, był niemieckim żużlowcem, który został też kilka razy mistrzem świata na długim torze, śmiem twierdzić, że Niemcy bardziej kochali długie tory od klasycznych i ciekawy jestem, co na to kultowy Christian Kalabis /częsty gość na FB/, który wydawał atrakcyjny miesięcznik żużlowy “Bahnsport Aktuell”. Egon Mueller, niemiecki as bywał często w Polsce, odcisnął w historii żużla światowego kultowy ślad. Taki zawodnik za wcześnie się urodził, bo pewnie startowałby w polskiej lidze jako gwiazda. Ilu jeszcze takich z dawnych lat? To byłaby ligowa Estrada Lux z takimi aktorami; wyobrażacie sobie np. braci Moranów, kalifornijskich kowbojów czy Duńczyka Erika Gundersena?

Leszno, miasto żużlowo kultowe, nie tylko, że tam od 30 lat ukazuje się jedyny na polskim rynku “Tygodnik Żużlowy” ale emanuje sławą klub z 80 – letnią tradycją UNIA, czterokrotny teraz z rzędu mistrz Polski, w sumie ośmiokrotny. Brand wielkopolski. Gospodarka udana, talenty szlifowane, zagraniczni zawodnicy doceniają tam startować. Stadion dawnej daty, wymaga renowacji, imienia Alfreda Smoczyka pierwszego mistrza Polski, który tragicznie zginął na drodze. W tych okolicach mówi się o żużlu prawie wszędzie, nie wypada więc być ignorantem w tej materii. Tabu objawowe. Leszno organizowało imprezy światowe, bazą była pałacową Rydzyna, ciekawe miasteczko ok. 10 km od Leszna. Klimatyczna strefa z dużym bagażem obyczajowych eventowych scen. Z plusami, minusami, kompromisami przy bufecie pałacowym, gdzie niczego nie brakowało. Kultowe miejsce z duszą hotelową, gościnne dla wszystkich.

Rok 2020, już jakiś czas temu POLSKA wyforowała się, wobec kryzysu angielskiego speedway’a na czoło. Mocno lansowany serial Grand Prix, który zastąpił inny schemat rozgrywania MŚ doszedł jednak do niemalowanej ściany i wymaga resetu. Wyrzucono drużynowe mistrzostwa świata, władza żużlowa pod włoskim beretem FIM nie ma koncepcji na ratowanie resztek, sanację, brakuje pomysłu na rozwój, propagowanie wyścigów w nowych destynacjach świata. Pieniądze na naszym rynku zasłaniają czasem świat i rozmieniają rozsądek na drobne. Polska strona ratuje poziom, zatrudnia nie tylko elitę, także młode talenty zagraniczne, chętnie tu przyjeżdżają, zarabiają dobrze. Zamykanie się jednak w swoim domu wcale nie jest korzystne wizjonersko, gdyż wbijanie w pychę zwykle źle się kończy. Nic tak nie uzdrawia, jak konkurencja, niestety Polacy jej prawie nie mają. Gorzej… tracą wzrok i słuch na otoczenie bliższe i dalsze. Co dalej? POLSKA i empty… Konkurencją dla polskiej armii są zaledwie soliści, duety, w tym nadzieje ambitne, lecz speedway światowy a prawdziwie europejski ostał się właściwie polski. Jednorodny gatunek bywa, że znika, kwestia czasu. Fakt mało pocieszający, brakuje wyobraźni “bohaterom” samouwielbienia swojej pseudo doskonałości. Egotyzm nie jest cechą pocieszającą. Ryzykiem upadku.

W skali światowego żużla od 2022 zacznie się nowy ruch, ponieważ dzierżawę FIM – owską obejmie ktoś inny po BSI. Ciekawe co przyniesie novum wokół Eurosportu…

Wracam jednak do kultowych zjawisk, bo one wirują mi ciągle w głowie. Niewątpliwie sensacją było konkurowanie Duńczyków o tron mistrzostw świata, czyli Hansa Nielsena i Erika Gundersena. Ich patron Ole Olsen nieoczekiwanie trzymał stronę małego Erika. Nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja obu, gdyby nie dramatyczny wypadek w angielskim Bradford Gundersena, który walczył o życie a zdarzyło się w finale drużynowych MŚ. Gunder ocalał, lecz na tor nie wrócił, mieszka w rodzinnym Esbjergu. Strata dla wizerunku speedway’a na świecie dotkliwa. Takich przypadków mamy sporo, speedway jest ekstremalnym sportem, choć wypadki, kontuzje nie tylko sygnujemy na torach. Tragiczne i mniej groźne, różne, tak jest usłane życie w żużlowych zakamarkach naszej rzeczywistości. W Polsce przykre zakończenie kariery miał Tomasz Gollob, który był kultowym zawodnikiem, rozbuchał emocje fanów, narodziła się gollobomania, rodacy jeździli tam, gdzie startował, w liczbie, która dawała pokaźną kasę wszystkim organizatorom. Wypadek na trasie motocrossu w 2017 spowodował u mistrza walkę w innym wymiarze; bitwę o życie i jego funkcje. Los tak chciał? Kultowy zawodnik, który zgromadził wspaniały stos wyścigów, zwycięstw, worki medali – na torach nie tylko w Polsce przecież. Speedway jest uwielbiany za dramaturgię pojedynków na ostrej krawędzi, człowiek dosiada motocykla, nie jest sam decydującym o tym, co może się wydarzyć. Bywa pięknie i bywa przerażająco. Przeżywamy, trwamy, tęsknimy za wyścigami, polski fenomen żużla jest niezrozumiały z powodu tej miłości, niemal ekstazy i nie ma w tym przypadku rozwodów. Pretensjonalne zjawisko? Nie, mamy swoje “komiksy” bez podróbek, świat żużla nie wyobraża sobie dziś życia bez nas, bez polskiego euro.

Ten sport pisze scenariusze, które nie zawsze reżyser – los kontroluje i prowadzi do szczęśliwej mety. Kochamy jednak z dobrodziejstwem zła i dobra, świąteczne dni przypominają nam bumerangowo wydarzenia i nie ma od nich w wolnych chwilach ucieczki. Jest zjawisko kultowe ocieplające serca, bo kiedy się kocha, myśli wirują niemal obsesyjnie i to są nasze fascynujące “gwiezdne wojny”.

Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

Viegas nadzieją jak szczepionka

Speedway, ściernisko i żużlowisko. Gabriel Waliszko, który sam odleciał z pewnej stacji telewizyjnej, gdzie rechotano na różne głosy w każdej transmisji, dwoi się i troi. Raz tu , raz tam, jeszcze live FB i pakiet gości, który na luzie dociera po sezonie do fanów, którzy ledwo skończyli swoje emocje tegoroczne a już otwierają dusze na nowe rozdanie. Bo kibic nie zaspypia a nawet jeśli mu to się zdarzy, śni o adrenalinie, która go wybudzi z najgłębszej nawet śpiączki.Wiedza ma to do siebie, że jest jak oliwa, zawsze na wierzch wypływa. Wspomniany Gabryś rozdmuchał na lewo i prawo drugą ligę żużlową na antenie Motowizji i narobił apetytu takiego, że nawet bawarskie Landshut zgłosiło akces do polskich rozgrywek w nowym sezonie. Robota Waliszko and company w profesjonalny sposób usatysfakcjonowała zwykle pokrzywdzonych, kibiców tej kategorii rozgrywek. Landshut jest kolejnym niemieckim zespołem żużlowym, który lgnie do polskiego żużla i dobrze, że nikt specjalnie do tego się nie wtrąca i nie odtrąca, jak bywa z innymi zachodnimi pomocami tego rejonu Europy. Bawarskie Landshut jest miastem pięknym jak pudełko czekoladek z wizerunkiem katedry tego regionu. Izara, rzeka jak wstążka ozdabia krajobraz, za miastem blisko sportowego lotniska jest stadion, gdzie miałem przyjemność być w roku pamiętnym/ 1978/ dla duńskiej armady pod wodzą Ole Olsena; od tamtego momentu zaczął się marsz Hamletów po stadionach Europy i zbiór medali do dużego worka. Polacy zdobyli brązowy medal. Wtedy niezapomniany redaktor Jan Ciszewski wziął z warszawskiej FSO nowego Poloneza i przyjechał na radiową transmisję, TV nie miała środków, siedziałem obok Janka jako reporter “SPORTU” i liczyłem punkty, zwykle mnie o to prosił, co sprawiało mi satysfakcję. W pewnej chwili zgasło światło w części stadionu, latarki nie mieliśmy, jakoś niemiecka precyzja pomogła uruchomić kaprys prądu. Stadion był modelowy, z dala od miasta zabytkowego, “skażonego” wiekowymi polonicami /polsko – niemiecki ślub królewski/, obiekt bodaj 20 km od centrum, więc decybele nie zakłócały spokoju, ptaki w tym rejonie incydentalnie nie miały ciszy. Pensjonaty wiejskie jak skanseny, pierzyny wysokie na pół metra, śniadania prawie całodniowe. Piwo bliskie wodzie mineralnej, ze wzgórza zamkowego w Landshut widok na okolicę dawał panoramę konieczną do utrwalenia na filmowej taśmie.
W tym Landshut jeździ Martin Smoliński, który ma korzenie spod Raciborza. Dobrze, że polska druga liga wzmacnia szeregi, co skłania nasze zespoły do mobilizacji. Nie wszystkich, bo rzeszowski team, który nie ma szczęścia do personalii, dalej błądzi w kontraktach, zagubiony, jakby nie brał wzorów z krośnieńskiego klubu, który wyrósł na lidera speedwaya’a na Podkarpaciu. Marnie widzę poczynania Stali bogatej w tradycje. Z Krosnem łączy ją tylko w tej chwili rzeka Wisłok. A ongiś w Rzeszowie było bogato sportowo, no i sukcesami organizacyjnymi rangi światowej. Co zostało? Wspomnienia.
Mamy w Polsce trzy ligi, Ekstraliga jest potęgą uzbrojoną w spółkę, pierwsza liga miała w mijającym sezonie mecze/ nie wszystkie/, które zapierały dech w piersiach. Extra. Ściganie otwierało śpiące powieki. Druga liga od dłuższego czasu wegetowała, wg zasady: nie ma transmisji TV – nie ma reklam, więc bida zaglądała pod kevlary, samorządy podpierały “kołkami” budżety. Jakoś ludzie lepili kłopoty. Rok 2020 przyniósł wszystkim upadek frekwencji spowodowanej koronawirusem i nagle Gabryś Waliszko jak medyczny ratownik zjawił się w przestrzeni drugoligowej; transmisje meczów przyniosły ożywienie, drgnęło. Tego kapitału nie można zmarnować, trzeba lecieć dalej z tym towarem na antenie TV. MOTOWIZJA powinna wejść w kablówki, będzie bardziej dostępna, zwiększy się oglądalność. Inwestycja opłaci się decydentom tej stacji, także klubom, kibicom. Bez śmichów, chichów celebryckich z bożej łaski.

Wizja roku 2021 mimo przepowiedni szczepionek na koronawirusa jest mglista. Pandemia trzyma się mimo wszystko mocno, nie wszyscy przestrzegają reguł tej okrutnej gry. Jaka wiosna? Sport nie może liczyć na mocne zastrzyki dotacji miejskich, gdyż są inne potrzeby, głównie medyczne. Kontrakty na rynku żużlowym domknięte prawie szczelnie. Kalendarz nie jest pewny, zwykle bogaty, obecnie z niewiadomymi. Mistrzostwa świata ostatni sezon będą pod egidą BSI, i dobrze, bo już najwyższy czas by zmienić mocno wytarty moduł.
Rozdanie roku 2022 z nowym gestorem może wniesie powiew świeżości w każdym szczególe tych rozgrywek. Błędy zaniechania, braku pomysłów na atrakcje są duże.
Jest jeszcze jedna kontrowersja w kontekście polskiej dominacji żużla na świecie. ZARZĄDZANIE. Świat się odmienia na różne sposoby, mury stare kruszeją, buduje nowe ściany, nie może być tak, że Polacy ratują światowy vel europejski speedway, zaś rządzą nim ludzie przypadkowi, bez pomysłu z etykietą bylejakości. Wystarczy już “włoszczyzny” na każdym stole. Mocno liczę na polską zgodę/?!/ w tej materii oraz dyplomatycznej roztropnej decyzji prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/ sympatycznego Portugalczyka Jorge Viegasa. Lizbończyk jest doświadczonym działaczem, ma swoich akolitów, bywał w Polsce, widział jak wygląda żużlowy show na Stadionie Narodowym w Warszawie. Entuzjazm, popularność i dorobek. Portugalczycy mają trochę i naszej mentalności, kochają motory i uwielbiają auta, kameralna, ładna nadmorska miejscowość Estoril ma tor F-1, gościł tamże Kongres FIM. Wybrzeże to jest atrakcyjnym zakamarkiem świata, byłem tam trzy lata temu, bodaj godzina jazdy kolejką ze stolicy. Położona na wzgórzach Lisbony, wypełniona stromymi schodami, tramwajami, pielęgnuje m.in. smętną muzykę i pieśni FADO. Wyobrażam sobie, że zmiany w rozdziale nowego dzierżawcy Grand Prix, przyniosą także novum w zarządzaniu, które obudzi/ Eurosport/ speedway w państwach, gdzie zniknął i podniesie, gdzie przymiera. Jorge VIEGAS może być animatorem polskiego przywództwa na tronie żużlowego speedway’a. Moi rodacy w “czarnym sporcie” nie są wyrobnikami, są non stop ofiarnymi “ratownikami”, zatem wreszcie powinni mieć znów /po Władysławie Pietrzaku/ swojego prezydenta światowego.

Por favor! Ola!