Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Wirówka mieszanych uczuć

Zrzut ekranu 2015-11-13 o 08.42.57

Tak, tytuł w moich przemyśleniach dotyczy sezonu 2015. Koniec, kropka. Po kolei. Długi sezon, zawędrował jesienią aż do Australii. Tam polskie, młode orły po raz ósmy wywalczyły złoty medal w drużynowych mistrzostwach świata. Pięknie, cudownie i taka hegemonia może wstrzykiwać optymizm bez kompleksów. Od lat mamy talenty, które falują różnymi odcieniami na torach świata. Kiedy patrzę na speedway niemiecki, włoski, rosyjski czy słoweński Polska ma cały czas dopływ czystej rasy talentów na furę medali. W dobie wygodnych sportów i bezpiecznych speedway w Polsce przygarnia do szkółek nowych adpetów, którzy chcą być spadkobiercami sukcesów nie tylko Tomasza Golloba. Wprawdzie frekwencja na stadionach systematycznie się obniża, co między innymi powodowane jest ofertą innych sportów ze światowej połki na ekranach TV, nadal jest wysoka. Wszędobylska telewizja przenika, część kibiców staje się wygodna i zostaje w domach, choć nie omijają oni jednak okazji do bezpośredniej wizji na stadionach. Chcą czuć ten smak walki i ryk, zapach silników i przebywać w atmosferze sportowej zabawy. Fenomenem jest napływ do szkółek klubowych młodzienców i tragiczne wypadki, dramatyczne przejścia nie są w stanie odrzucić chęci bycia żużlowcem. Przykre zdarzenia wytrącają na jakiś czas zawodników już z dorobkiem, natomiast młodzież głodna jest ciągle sławy i ścigania się na torach. Jakby na przekór losowi chcą rywalizować i pokazać, że speedway też daje emeryturę.

W tym sezonie międzynarodowym w serialu Grand Prix pokiereszowany został na dłużej Jarosław Hampel, nie obronił srebra fatalnie wycofany w formie Krzysztof Kasprzak. Dokonał rzadkiej sztuki jazd na rzecz klubu i w ściganiu się o mistrzostwo świata i ten rok zalicza na straty. Chyba sam nie wie dlaczego tak się stało. Słyszę głosy potępienia i uspokojenia sytuacji. Mam mimo wszystko nadzieję, że człowiek się odnajdzie w tej zadymie. Sportowy uwiąd formy przechodzi do historii, która oby w karierze tego zawodnika została tylko stratą jednego sezonu.

No więc jak nie mieć mieszanych uczuć, skoro debiutant, zawodnik szybko uczący się w Polsce i Anglii Maciej Janowski wjechał w dobrym stylu do premiowanej ósemki GP i z siódmego miejsca podejmie walkę w roku 2016. Janowskiego stać na jeszcze lepsze jazdy, nie chcę zapeszać, dużo potrafi, kiedy tylko wkręci w siebie więcej dynamiki, będzie dobrze, bo jest myślącym żużlowcem i bardzo pojętnym. Z jednej strony super Janowski, z drugiej dołujący Kasprzak. I obok na rehabilitacjach Hampel.

W przyszłym sezonie będzie czterech polskich zawodników w GP, oprócz Janowskiego, Hampela dojadą Piotr Pawlicki i Bartosz Zmarzlik, nowa generacja, która odmłodzi elitę. Oni dają radę wygrywać z mistrzami, mają na koncie medale, to nie będą „harrisowe“ fanaberie, nawiązując do kapryśnego, angielskiego Chrisa Harrisa.

Co dalej z mieszanymi uczuciami? Wirują.

Mistrzem klubowym Polski została Unia Leszno. Kuźnia od zarania dziejów polskiego żużla rozmaitej urody talentów. Tam wiedzą jak szkolić i robić speedway. Klub z tradycjami do zazdroszczenia i naśladowania. Wyleciał z Ekstraligi Grudziądz posiłkujący się Tomaszem Gollobem. As nie pomógł, było jak było i tak już będzie, bo nie każdy jest Gregiem Hancockiem. Ten ma końskie zdrowie. Pierwszą ligę wygrał Lokomotiv z Daugavpils i narobił kłopotów polskiej władzy żużlowej zastygłej w schematach. Ponieważ Stal Rzeszów po barażowaniu utrzymała Ekstraligowy deputat, zaczęło się szukanie drużyny do wypełenienia luki. Śmieszna sytuacja. Jeśli nie Lokomotiv, nie Ostrów Wlkp, który przegrał finał ligi właśnie z ambitnymi Łotyszami, to może trzeci zespół pierwszej ligi czyli Rybnik. Farsa przy zielonym stoliku i kpina ze sportu. Mieszane uczucia obejmują więc niczym pajęczyna. Zarówno Ekstraligowa spółka, jak i firma Nice rozdająca karty w niższej kategorii nie wypracowała sposobu na zaistniałą okoliczność a życie bywa niestety życiowe. Nie dość, że Łotysze narobili “kłopotów“ w Ostrowie, gdzie tamtejszym puściły nerwy na całego, to pośrednio stali się sprawcami kabaretu moralnego niepokoju z dziwacznym poszukiwaniem partnera do Ekstraligi… Wiadomo było, że goście ze wschodu umacniają się z roku na rok i mogą sprawić niespodziankę. Brawa dla ambitnych z Daugavpils! Sport nie może być kpiną z ciężkiej rywalizacji na torze i okaleczaniem reguł gry.

No to jak nie mieć mieszanych uczuć, kiedy takie są rządy żużlem pod polskim niebem? Generalnie nie jest źle, mamy czterech w serialu Grand Prix, „zuchwałą“ młodzież na złoto w każdych okolicznościach gdzie nie pojedzie. Z drugiej brak wizji na klubowe życie, bo jeśli elitarne zespoły mają budżety oblane lukrem, to pozostali łatają dziury od zimy i nie śpią z powodu niezapłaconych faktur. Błędne koło od lat. Przyznawane licencje bez nadzoru, czy z przymrużeniem oka nakręcają koniunkturę przez pierwsze trzy miesiące sezonu a potem są boleści i żebranie. Optymizm umiera zanim zacznie prawdziwa wojna.

Polski speedway nie narzeka absolutnie na brak utalentowanych zawodników, lecz cierpi na rozdrobnienie struktur i brak mocnej, scentralizowanej władzy. Jest wszechwładne Ekstraligowe zarządzanie i mamy Giekażetowe z Nice harce, są bogaci i biedni, ci ostatni natarczywie „klamkują“ po firmach by przetrwać początek, zanim się zacznie. A jak się zacznie, szybko kończy.

Jeden z polskich, znanych polityków, wpierw mówił, że mężczyznę poznaje się jak kończy, jednak ostatnio zrobił drastyczną korektę i oświadczył, że wówczas, kiedy mężczyzna nigdy nie kończy. Masz ci los.

Bal nad bale

tlo

„Jeśli będziesz po równo wielbił przyjaciół i wrogów, stracisz wtedy przyjaciół“ powiada stara sentencja. Finisz ligowy na polskich torach miał dramatyczne chwile, ostatecznie premie dostali lepsi i tak zostało pozamiatane, choć nie do końca…

W Ekstralidze mistrzem Polski została po raz czternasty Unia z Leszna, miasta zakochanego w żużlu, ozdobionego pomnikiem niezapomnianego mistrza Alfreda Smoczyka, to jego imię nosi stadion mistrzów Polski, którzy zdetronizowali gorzowską Stal, też tradycyjnie silną kuźnię talentów. W Lesznie w finale rewanżowym z wrocławską Spartą dowodzoną mądrze przez Piotra Barona walka była do ostatnich metrów fascynująca. Padł remis w meczu a ponieważ na obcym torze w Częstochowie /szkoda, że tam/ wrocławianie przegrali ośmioma punktami, to złote medale dostał zespół Romana Jankowskiego i Adama Skórnickiego. Ale bal nad bale: 45 do 45! Szaleli Tai Woffinden i Maciej Janowski, nie dali jednak rady bardziej równemu teamowi z Leszna /wygrywał nawet 16 – letni Dominik Kubera/. Leszno pany! Pasjonujące widowisko, klasowi zawodnicy i poziom godny najlepszych drużyn Ekstraligi. Było co oglądać wbrew malkontentom, którzy zawsze znajdą dziurę na wirażu. Leszno i okolice żyją żużlem, tam atmosfera snuje się nie tylko po pubach. Tam mówi się o żużlu i basta. Speedweay jest tematem dnia tak jak i to, kto z parlamentarzystów plunie drugiemu w twarz. Leszno zwyciężyło zasłużenie ale i wrocławianie zasługują na wygranych sezonu, bo kto spodziewał się, że “baronowie“ będą w pierwszej czwórce a potem dojadą do finału i powalczą o złoto bez żadnych kompleksów. Świecą mocno gwiazdy takie, jak wznowiony mistrz świata po raz drugi, angielski as tatuażów Tai Woffinden, czy wjeżdżający na mega orbitę Maciej Janowski, uczeń Amerykanina Grega Hancocka, a jeszcze trochę i mentor z nim przegra. Rozpędzona młodzież nie ma litości dla wieku, dokonań, po prostu szaleńczo ściga się i chce być lepsza, szybsza od starszych. I z jednej strony gratuluję teamowi z Leszna, z drugiej chylę czoła przed wrocławskim zespołem, który w tym sezonie zaskoczył wszystkich i na koniec pojechał świetnie w finale. A zwycięzcy jak zwycięzcy, ich się nie sądzi, oni przechodzą do historii. Amen.

W pierwszej lidze Ostrów Wlkp. na sezon 2015 zakontraktował trenera obdarzonego charyzmą i mianem szamana, czyli Marka Cieślaka. Gdzie bywał wygrywał, prowadzi ponadto reprezentacyjny team Polski. Ostrowianie mieli apetyt na Ekstraligę, jednak czy nie za szybko ?! Obok Leszna to kolejne sympatyczne, wielkopolskie miasto, które nie wyobraża sobie życia bez żużla. Ostrów przegrał na Łotwie w Daugavpils i nie wyobrażali sobie wielkopolanie by nie odrobić strat. Pomylili się bardzo i choć wygrali minimalnie, to Łotysze narobili zamętu polskiej władzy żużlowej awansem. Łotwa jest nie tylko ciekawa ale i żużlowo zaznaczona turniejami Grand Prix. Do zwycięstwa poprowadził ich czekoladowy Antonio Lindbaeck, urodzony w piłkarskiej Brazylii a mieszkający w Szwecji. W Ostrowie szok i na koniec meczu trenera Marka Cieślaka przebadano alkomatem/ ale heca!/, który dał wynik niekorzystny dla zasłużonego szkoleniowca. Oświadczył, że był już po pracy…Gospodarze narzekali na tor, zwłaszcza bracia Szczepaniakowie. Złej baletnicy wszystko przeszkadza, nawet w oknie kotara. Nieprzyjemnie zrobiło się w Ostrowie Wlkp., bo przegrywać trzeba umieć i zachować twarz. Jak tam bywało w historii tego klubu? Różnie, nie zawsze działo się dobrze, nie zawsze wszystko było jasne. Zajrzyjcie w kroniki. Nic na siłę! Jednak nie można odebrać temu miejscu: urody i prężności miasta, klubowi miłości do żużla za wszelką cenę. Końcowy zgrzyt nie przysporzy chwały Ostrovii i negatywnie popłynął komunikat o wizycie policji na stadionie i próbie alkomatowej. Uruchomiony został natychmiast internetowy świat i pisano w stylu: „Jestem na meczu ale trzeźwy“. Prowincjonalna draka i spektakularne pranie brudów jest fatalnym wizerunkiem z echem.

W Lesznie i Daugavpils radość a pokonani/ Ostrów, nie Wrocław/ niech nauczą się przegrywać. Marek Cieślak nie odleciał, wszak Ostrovia barażuje jeszcze z przedostatnim teamem Ekstraligi, faworytem Stalą Rzeszów. I znów mogą być numery…

Trzecie miejsce zajęła odnowiona Unia Tarnów, która pokazała dwa razy gdzie jest miejsce w szeregu rutynizowanych torunian.“Koperniki“ nie dały rady, osłabiony jest Chris Holder, którego jakby zaćmiła tragedia rodaka Darcy Warda. Nie dziwię się panie i panowie, człowiek nie jest z żelaza i nie każdy ma taką psychikę jak Jason Doyle, też z kraju Kangurów. Toruń zjeżdża i chyba czas na zmiany pewniaków.

Na trzecim froncie, zadowoleni są z awansu gdańszczanie, którzy dobrze się stało, że zachowali kontakt z middle class. Żużlowa kultura w Trójmieście zasługuje na byt w eleganckim towarzystwie, jak na sopockim „Monciaku“ bywa.

Końcówka męska na polskich ligowych torach była udana, walczono, pokazano ambicjonalnie, że faworyt może stracić koronę a słabszy/ nie każdy/ wznieść się na super poziom. Pogoda tym razem była łaskawa. W Ostrowie Wlkp. maszyna startowa robiła figle, nierówno podskakiwała do góry i sędzia z Tarnowa powtarzał słusznie starty. A powtórki nie zawsze przynoszą sprawiedliwe rozstrzygnięca, trudno: los jednym daje, drugim odbiera ale grunt, żeby kasa się zgadzała, jak powiadał szuler z kasyna nie byle jakiego.

Proszę Państwa, było na finiszu ostro z adrenaliną w gardłach, a że trzeba je czasem przepłukać czymś mocniejszym, wiadomo, acz w trudnych chwilach nikt nie zna ani dnia, ani godziny, bo nerwy są złym doradcą.

Żużlowa stolica Polski w Lesznie jest znów murowana, na Łotwie jeszcze „drewniana“, lecz wszystko wyklaruje się, gdy pieniądze dorównają kolorom medali.