WARSZAWA, PRAGA = grand majówka

10d32a56f998f1eabbf111836a52dd94

No to zaczyna się żużlowa „trasa koncertowa“ w wykonaniu uczestników indywidualnych mistrzostw świata, pod szyldem Grand Prix. Premiera majowa nr 1 odbędzie się na PGE Stadionie Narodowym w WARSZAWIE 12 maja, potem kolejna w PRADZE 26 maja. Wpierw na sztucznym torze, który rok temu został starannie przygotowany, przy komplecie widzów. Narodowy wytrzymał napięcie, organizatorzy i uczestnicy, jednak Polak nie wygrał, choć biało – czerwoni mieli liczebną przewagę. Zabawa była świetna, maszyna startowa nie zawodziła, nawierzchnia pozwalała na mijanki. SUPER. Stadion Narodowy zaraz na początku maja został sponiewierany w czasie piłkarskiego finału Pucharu Polski, murawa zaśmiecona racami, jedna nawet poszybowała pod kopułę, teren został zadymiony i mecz pomiędzy stołeczną Legią a gdańską Arką był przerywany, bo nie można było zobaczyć piłki a ona w futbolu jest kopana kto jej dopadnie. Kibole piłkarscy są nie do zdarcia, nawet kiedy szefem polskiej piłki nożnej jest superman Zbigniew Boniek. Sprawa jest prokuratorska na amen a jak się zakończy owiana jest na razie dymem. Różnica pomiędzy kibicami żużlowymi a piłkarskimi jest taka, jak pomiędzy szybkim samochodem a wozem drabiniastym. Nie tak dawno byłem na meczu w Częstochowie, gdzie miejscowi Ekstraligowi włókniarze pokonali wrocławską ekipę Sparty. W komplecie widzów siedziały rodziny z dziećmi, które jeszcze nie wymawiają słowa żużel. Bezpiecznie i tak jest na speedway‘u nie tylko pod Jasną Górą. Przykład żużlowych turniejów i meczów z rodzinną atmosferą nie jest kopiowany, niestety.

Jak to się dzieje, że kiedy wchodzę na stadion, a bywam nie tylko na żużlu, ochrona sprawdza mnie prawie jak na lotnisku w Nowym Jorku. A tu proszę mimo obmacywania race zostały wniesione, więc jakim fortelem? Dym na Narodowym był gęsty jak mgła w najgorszym wydaniu. Zakopcony stadion wywietrzy się na szczęście do 12 maja i będzie wizja. Co prawda motocykle żużlowe też kopcą, lecz nie tak jak bateria rac. DOŚĆ już fajerwerków na stadionach i pora na odsiadki przymusowe dla tych, co zadymiają.

SPEEDWAY w Warszawie wiosną staje się już tradycją i kibice chętnie przyjeżdżają do stolicy z całego kraju. Spodziewają się zwykle triumfu POLAKA, bo przyjemnie jest wysłuchać hymnu narodowego na… Narodowym. Symbolika. Ale, ale…

Utrzymujący się w znakomitej formie Szwed Fredrik LINDGREN wygrywa wyścigi w stylu niemal kosmicznym. Kto mu zagrozi, kto pokona szybkiego, doświadczonego Szweda? Patryk Dudek, Bartosz Zmarzlik? Jeszcze mamy na flance Macieja Janowskiego, debiutanta Przemysława Pawlickiego i z „dziką kartą“ Krzysztofa Kasprzaka, który dostał duży kredyt zaufania, wszak ma na koncie srebrny medal mistrzostw świata, po którym niestety dostał przykrej zadyszki. Pora najwyższa na zresetowanie tego, co niedobre. Rezerwowymi są młodzi: Maks Drabik i Bartosz Smektała.

Turniej w Warszawie otworzy długi wyścig po mistrzostwo świata, wprawdzie finał jesienny będzie miał miejsce w TORUNIU, lecz nie odbierając chwały temu miastu, stolica Polski dałaby radę na przygotowanie zakończenia sezonu, spinając klamrą serial turniejów GRAND PRIX. A Toruń mógłby mieć imprezę w innym terminie, zwłaszcza, że właściciele serialu MŚ nie mają za dużo ofert na organizację GP.

PREMIERY mają to do siebie, że przynoszą niespodzianki a sport nie znosi rutyny, dlatego funduje zaskakujące rozstrzygnięcia i ten walor przyciąga, magnesuje, fascynuje bez granic kibiców na świecie.

HISTORIA Grand Prix sięga 1995 roku, pierwszy turniej we WROCŁAWIU wygrał Tomasz Gollob, który na obszarach tych imprez zostawił dużo wspaniałych wspomnień; rozkochał nie tylko polskich fanów. Ubiegłoroczny turniej w stolicy zakończył się triumfem wspomnianego Lindgrena, który przy takich osiągach na polskich torach znów ma szansę udowodnić wyższość w elicie światowej. Czy tak będzie? Szwed wygrał w Goeteborgu w 2012 turniej GP, jednak nie zbliżał się w karierze do podium mistrzostw świata. Stabilny w miarę, ma szybkie motocykle i doświadczenie, błyszczy w barwach częstochowskiego Włókniarza i tolerują go przy okazji psy trenera Marka Cieślaka.

Tytularnym sponsorem warszawskiej bitwy jest firma BOLL z Zielonej Góry, która działa w branży samochodowej a dominującym kolorem tej marki jest zieleń. Sędziuje na Powiślu Duńczyk Jesper Steentoft, który nie jest kryształowym arbitrem. Prezydentem Jury Międzynarodowej Federacji Motocyklowej – Włoch Armando CASTAGNA, który szefuje światowemu żużlowi jeszcze i nie wiadomo jak długo.

Tor ma 274,21 m, rekord 54,34 sek. wykręcił Amerykanin Greg Hancock podczas GP w 2016 roku, myślę, że może być pobity, bo towarszystwo ma coraz szybsze motory. W historii GP w Warszawie w 2015 roku zwyciężył Słoweniec Matej ŻAGAR, jemu dobrze tam się jeździ, rok później był trzeci a wygrał Tai Woffinden, angielska reklama totalnego tatuażu. W 2017 Fredrik LINDGREN nad Wisłą był najszybszy i co to oznacza teraz? Maciej Janowski był drugi a trzeci przyszły mistrz świata Australijczyk Jason Doyle. Działo się, oj działo a kibiców ponad 50 tysięcy. Mocna atmosfera. STADION NARODOWY jest elegancką areną dla żużla, organizatorzy zapomnieli już wpadkę z torem a jak będzie tym razem? Jak się nie przewrócisz, to nie nauczysz.

Majowa premiera jawi się prawdziwie ekscytująco. Następnie będziemy mieli na naturalnym torze 26 maja Grand Prix Czech w PRADZE na Markete. Firmuje ten turniej turecka oponiarska firma ANLAS, która niespodziewanie podpisała na trzy lata kontrakt z organizatorami BSI/GP i dostarczać będzie opon dla uczestników ścigania się o mistrzostwo świata. TURKÓW w przestrzeni żużlowej jeszcze nie mieliśmy; „po drodze“ firmują oni GP w Pradze. Eray Sayci dyrektor zarządzający Anlasem twierdzi, że towar nie zawiedzie, gdyż wsłuchiwali się w opinie zawodników. Ano zobaczymy.

WARSZAWA i PRAGA na początek, dwa różne stadiony, tory przede wszystkim, ale stawka jednakowa i uczestnicy z cenzusem. Do Pragi wrócę po Warszawie, nad WEŁTAWĄ mówią, że jeśli nad WISŁĄ wygra POLAK, to Czesi będą mieli plochą drahę z kompletem widzów i Marketa będzie biało – czerwony.

No dobrze, ale co zrobić z rozpędzonym fantastycznie Frederikiem Lindgrenem? Może pięcioosobowa polska husaria zatrzyma szwedzki „potop“? Byłoby hucznie i radośnie.

Foto: Monsterenergy

Koncert na Narodowym i Chopin w Łazienkach

 

Zrzut ekranu 2017-05-28 o 12.29.28Stolica, to stolica. Warszawa. Bogaty weekend. W sobotę szczyt speedway’owski na Stadionie Narodowym, następnego dnia piłkarze Legii rozgromili Termalikę a romantyczny hymn legionistów “Sen o Warszawie” w ten słoneczny dzień leciał daleko z Łazienkowskiej, w tym mniej więcej czasie słuchałem w pełni słońca, przy pokaźnym audytorium koncertu chopinowskiego pod pomnikiem kompozytora w Łazienkach.

Co było najlepsze? Speedway i Chopin, i myślę, że za taki wybór nikt mi nie dokopie.

Stadion Narodowy, sportowa bombonierka na Powiślu. Korki dojazdowe nieziemskie, drugi turniej z tegorocznego serialu Grand Prix. Pierwszy odbył się na naturalnym torze w słoweńskim Krsku. Z układanymi torami bywają trudności i wymagają one kunsztu. Narodowy ma dach, zakrył niebo, otworzył widowisko na długo do pamiętania. Spotykam Adama Olkowicza, który był guru przy piłkarskim Euro 2012 a stadion odsłonił wtedy swoje oblicze. Adam może być dumny, ale to skromny człowiek. Warszawska Grand Prix ma swoją historię, organizatorzy wyciągnęli wszystkie wnioski i stworzyli żużlowy koncert na 274 metrowym torze, na widowni prawie 50 tysięcznej. Były szef światowego żużla Norweg Roy Otto przyleciał nad Wisłę, obok niego działacz węgierski Janos Nadasdi, który długo działał na forum żużlowym, choć dużo mu zawdzięczaja rodacy przy promocji wyścigów F – 1 na torze pod Budapesztem. Na imprezie było pokaźne grono działaczy, byli rozmaici celebryci i byli kibice, którzy zobaczyli świetne wyścigi. Spektakl off Broadway nad Wisłą.

Polacy nie wygrali, niektórzy z nich byli zawiedzeni. Nie dziwię się, mogli zdominować podium. Zwyciężył szybki jak rakieta Szwed Fredrik Lindgren, który w finale ograł Macieja Janowskiego, jednego z pięciu polskich zawodników. Kosmicznie “latał i obijał” się o bandy Bartosz Zmarzlik; chciał wygrać wszystko, ostatecznie nie pojechał w finale. Bracia Pawliccy: Piotr i z “dziką kartą” starszy od niego Przemysław byli nierówni, wprost przeciwnie do niemal idealnej nawierzchni toru wypracowanego przez trzykrotnego mistrza świata Duńczyka Ole Olsena, korzystającego z podpowiedzi nie tylko Zenona Plecha. W poprzednim turnieju w Krsku Patryk Dudek był trzeci, tym razem zabrakło mu dojazdu do finału. Lindgrenowi przygotował silnik ”zegarkowy” Szwajcar Marcel Gerhard, który specjalizował się w jazdach na długim torze i był mistrzem świata, silnik jak gazela a zawodnik mocno doświadczony. Jest w gronie kandydatów do tytułu mistrza świata. Anglik Tai Woffinden, który ma ciało wytatuowane od stop po szyję, jeszcze nie złapał rytmu, potrafi i jeszcze pokaże, gdzie należy nosić kolczyk a lubi je mieć. Warszawska Grand Prix była wielkim sygnałem dla ikon światowego żużla czyli trzykrotnego mistrza świata Duńczyka Nickiego Pedersena oraz czterokrotnego mistrza globu Amerykanina Grega Hancocka. Nie liczę lat, Jankes ma 46. Jeszcze chce, jeszcze i jeszcze ale jak długo można? Filozofia sportowców z żelaza bywa refleksyjna, gdyż albo odchodzi się ze sceny w glorii, albo goni rozpaczliwie uciekającą młodzież. Zarówno Nicki, jak i Greg mają medale, rutynę, ambicje nie wygasają i na pewno nie odpuszczą, potrafią jeszcze pogonić młodszych rywali, jednak dostają sygnały, że udany koniec wieńczy dzieło.

Oglądanie pleców jest miłe, lecz dotyczy raczej płci pięknej. Podprowadzające na starcie   urodziwe panie ubrane seksownie w obcisłą czerń nie były obojętne wzrokiem, poruszały się, jak na wybiegu modelki a maszyna startowa nie zawodziła. Perfekt. Ryszard Opara, który ongiś promował wyścigi na lodzie w ramach Grand Prix na warszawskich Stegnach, razem z siedzącym obok aktorem Stefanem Friedmanem, mieli co podziwiać. Prawie wszystkie wyścigi na styk, mijanie, gonitwy i ryk widowni, barwnej, “podjaranej” na maksa od startu do mety. Ktoś to przewidział? Zaplanował? Absolutnie; sport jest niespodziankowy, wzruszający i urokliwy zwłaszcza pod dachem, kiedy pogoda nie reżyseruje sceny walki. Tak było teraz. – “ Super wyścigi, fajna impreza”, powiedział mi pierwszy/ 1973/ polski mistrz świata Jerzy Szczakiel/w opolskiej formie/, który oczywiście przyjechał na “Narodowy”.

Dla wszystkich, którzy zjawili się na speedszczyt w Warszawie, był to wieczór do filmowania, utrwaleniem w pamięci z nadzieją, że za rok znów odbędzie się tutaj koncert w wykonaniu żużlowej elity. Organizatorzy mają chyba wyobraźnię i podpiszą kontrakt na następne lata, bo stolica za trzecim razem zaakceptowała taką imprezę i wpisuje do kalendarza na przyszłość. I radzę, żeby dla gości zrobić jeszcze po turnieju towarzyską imprezę, zabawę/ żeby się działo na 100 fajerków/, w ogromnym namiocie poza stadionem, aby tam wyszumieć, wygadać, wyśpiewać wszystkie emocje, z dobrą kapelą, jedzeniem i piciem. Taka impreza potrzebuje przedłużenia, bo też tempo /sprawny sędzia szwedzki Krister Gardell/ było OK. Rozmawiałem z wieloma przybyłymi po raz pierwszy na takie zawody, którzy oczarowani, przeżyli niespodziewane emocje w atmosferze afrodyzjakowego zapachu żużla. “Fantastycznie i bajkowo, znów będziemy, bo mamy zakodowane doznania niesamowite”. Dziewicze i prawdziwe opinie, bez gnuśnego zrzędzenia malkontentów w stylu, że woda za mokra. Live na stadionie załatwia zawsze przekaz bez suflerów. Realnie, bez złośliwych, kanapowych uwag.

Idealny byłby finał serialu Grand Prix w październiku na Narodowym a nie w dalekim Melbourne, kiedy zawodnicy już mają dość sezonu. Wnosiłem taki projekt, bo jak już na Antypodach, to tylko na wiosnę, kiedy w Europie zima jeszcze mocno dokucza. Firma BSI z Londynu zarządzająca serialem powinna tak zrobić, co byłoby logicznym układem turniejów GP. Prezes PZM Andrzej Witkowski, zarazem wiceprezydent Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/, musi postawić warunki na ostrzu brzytwy angielskim dzierżawcom. Można zazdrościć takich zawodów w Warszawie, co potwierdzało sporo ludzi żużla, w ogóle koneserów sportu, którzy nie omijają imprez, dużo widzieli i mają porównania ze świata. Potwierdzam, turniej był inteligentnie, sprawnie zorganizowanym widowiskiem. Z Pragi przylecieli czescy organizatorzy GP, którzy mają zawody 10 czerwca; u nas 50 tysięcy ludzi, oni stadion pięć razy mniejszy. Atmosfery nie ogranicza jednak wielkość stadionu, potęguje wielkość, na pewno, lecz sztuką jest zrobić “żużlowy koncert” w każdych warunkach. Czeska stolica ma inne przyciągające walory, polska stolica daje światu imprezę w stylu Rolling Stones, którzy wyruszają znów na podbój Europy. Przyznam nieskromnie, że widziałem w życiu różnej rangi sportowe widowiska od Azji po USA, acz speedway na starym, legendarnym Wembley mam zawsze przed oczyma, no i GP warszawskie: pierwsza/niestety/ i ostatnia /super!!!/, także zalogowały mi się na lata, bez bicia piany nadaremnie. Ostatnie, warszawskie wydarzenie miało dreszcze, duszę, obrazki, teatr na torze i na trybunach. I hołd dla Tomasza Golloba.

Kończę, bo dopadł mnie katowicki świt, nie nadwiślański a pachnący zielonym majem.

Dwa koncerty w dwa dni; speedway na Narodowym i plenerowy Chopin w Łazienkach Królewskich. Świetne wyścigi, showmax i muzyka Fryderyka, która nie przeminie nigdy. Jak poruszająca pieśń/ hymn stołecznej Legii/ o Warszawie Niemena ze słowami Marka Gaszyńskiego, która równie dobrze może być hymnem dla następnych żużlowych Grand Prix na Powiślu. I to jest mój kolejny, kolorowy sen.Tylko sen?

Za wielkie marzenia? Kobiety mówią, że dorośli mężczyźni mają chłopięce marzenia.

  1. “Urywam” więc jeszcze kawałeczek z książki Jurija Andruchowycza pt. “Dwanaście kręgów”; filozoficzny, życiowy: “Wszystko, czego sobie życzymy, o czym marzymy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej”. Przewrotne diabelnie… Nie mogłem więc tego nie wspomnieć, taki już jestem.

Ole, jak to krótko powiedzieć?

 

ole_olsen_470

Ładne miasteczko na południu Danii. Haderslev. Cicho, spokojnie, przystań z której bezszelestnie wypływają w morze jachty. Obok hotelu “Norden”, który reklamował się pozłacaną Jawą, motocyklem żużlowym, który trzykrotny mistrz świata Ole Olsen, dostał od Czechów za zwycięstwa w kultowym turnieju w Pardubicach “Zlata Prilba”, duży staw na którym można podziwiać kąpiele kaczek. Haderslev, tu urodził się Ole Olsen, przytulny domek, w którym, zanim Ole nie przeprowadził się do Vojens, był w środku ozdobiony trofeami z triumfów Olsena, tam mieszkał i pilnował biznesu handlowego używanymi samochodami.

Ale to już było…

Ole, lat 71. Miał żyłkę do interesów, w Vojens wybudował stadion, niektórzy dziwili się, że w takim małym misteczku. Byli tacy w Polsce, którzy wyrażali opinię o stadionie na …wsi. Bzdura. A jednak tam jeździli. Olsen razem ze swoim przyjacielem do pewnego momentu prowadzenia interesów z Aage Sondergaardem, organizowali prestiżowe turnieje mistrzostw świata. Kilka imprez sędziował polski arbiter Roman Cheładze. Finały kontynentalne indywidualnych mistrzostw świata, drużynowe, zażarte ściganie się na czerwonym torze. Powiększano miejsca, kibiców przybywało, angielscy fani przylatywali na piwo Faxe i Tuborg, niemieccy entuzjaści mieli bliżej autami, a ich apetyty nie tylko na grilowane kiełbaski rozbudzał wówczas charyzmatyczny, blondwłosy Egon Mueller. Takich postaci potrzebuje każdy sport, gdyż bez idoli, rodzących się ikon sport po prostu marnieje. Vojens bogaciło się dzięki turniejom, no nie tak jak pobliski Legoland, który na kibicach żużlowych też zarabiał. Było optymistycznie i pięknie. Duński speedway na szerokie wody wyprowadził guru Olsen, armada żużlowych Hamletów z Hansem Nielsenem, Erikiem Gundersenem, Tomy Knudsenem, Janem O. Pedersenem zdobywała medale mistrzostw świata. Kiedy Ole zakończył karierę nie poprzestał na stadionowym interesie, razem z angielskimi promotorami narodził się nowy projekt pt. serial Grand Prix, który zastąpił strukturę rozgrywania MŚ. Początki były fatalne, długie turnieje, koncepcja była modyfikowana, przybywało turniejów, niektóre zaplanowane rynki nie przyjęły speedway’a. W żużlu można zawsze liczyć na polskich kibiców i sponsorów. Kompania piwowarska Lech Jana Kulczyka ratowała sytuację serialu na początku, bo groził krach. Anglicy mieli apetyty finansowe, drenaż organizatorów poszczególnych turniejów nie zawsze zapewniał stabilizację. Polacy psuli rynek, mieli z czego dawać, z frekwencji, ze sponsorów. Wszystko ma jednak swoje końce, nie tylko początki. Nie jestem zwolennikiem takiego nadętego rozgrywania mistrzostw świata. Ale ten projekt jest powielany, bo nie ma na razie alternatywy, nie ma takich co zaproponują modyfikację starego systemu z jednodniowym wielkim finałem wieńczącym sezon. Takie jednodniowe igrzyska, taki trzydniowy jazd wszystkich sympatyków żużla, którzy kochają ten sport. Olsen został dyrektorem serialu Grand Prix. Miał różne przygody, nie zawsze udawało się zrobić sztuczny tor, choćby wspomnieć Goeteborg czy Warszawę. Doświadczenia z ”materacami” psuły wizerunek turniejów rangi mistrzostw świata. Olsen ma dwóch synów, starszego Jacoba kreował na swojego następcę na torach, nic z tego nie wyszło, bo nie zawsze dzieci mają taki talent jak rodzice. Młodszy Torben, innego charakteru, jest teraz jednym z dyrektorów firmy BSI, która dzierżawi serial GP od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Tata już nie pełni funkcji dyrektora serialu, ma następcę, który nie jeździł na żużlu, ale senior Ole nie może żyć bez żużla, który jest jego treścią życia, był i będzie. Przyjął na “klatę” trzy lata temu wpadkę na Stadionie Narodowym z torem, który rozpadał się jak stara wykładzina, a maszyna startowa była nieposłuszna wyjątkowo i szwankowała raz po raz. Człowiek uczy się całe życie. Prawda bywa bolesna ale zawsze dla ambitnych lekcją do odrobienia. Pieniądz nakręca koniunkturę. Olsen nie robi niczego za darmo, podpisuje kontrakty, buduje tory. Czy na Stadionie Narodowym Polak nie potrafiłby? O…, odpowiedź na takie pytanie zostawiam sobie na inną okazję.

Dlaczego wracam felietonowo do rodziny Olsenów, bo senior “napisał” duży rozdział tego sportu. Być trzy razy mistrzem świata jest wielkim sukcesem, zostać animatorem po zakończeniu kariery, serialu i oblatywać stadiony, pilnować, pracować kilkanaście lat, jest także wyjątkowym rozdziałem. Nie każdy wielki sportowiec zachowuje taką kondycję, ma talent do robienia pieniędzy na tym, co było podstawą w sportowej karierze. Znam Olsena od 1975 roku, od pamiętnego zwycięstwa na Wembley. W 1978 roku znów tam wygrał. Był może nie tak efektownym zawodnikiem ale efektywnym! Podobnym jemu był Hans Nielsen, obaj spokojni, wyważeni, bez nałogów, sportowcy dla których kariera była fundamentem budowy dalszego ”domu”. W Vojens byłem wiele razy i w Haderslev, również w rodzinnym domu, gdzie pamiątki żużlowej kariery przyciągały wzrok. Było tego “towaru” sporo, a ile jeszcze bez prezentacji, bo dla wielkich mistrzów brakuje miejsca na trofea. Olsen ma jeszcze jedną pasję obok żużla, myślistwo. Polska nie była jednak dla niego łowieckim rajem, raczej Słowacja, Czechy. Ole Olsen był rodzinny, żona Ulla, dzieci, dom. Ma w Vojens pomnikowy stadion. Wykreował Torbena na dyrektora, nazwisko Olsen jest w obiegu międzynarodowym, senior działa w FIM. Nigdy tego nie wspominałem, ale był taki finał indywidualny na Stadionie Śląskim i po treningu razem jeszcze z Aage Sondergaardem zaprosiłem ich do siebie, do mieszkania w katowickiej Superjednostce. Była wtedy największym budynkiem w Polsce. Niestety, nie wszystkie windy w tym momencie były czynne, ale daliśmy radę a duńskim gościom bardzo smakował krupniok i tyskie piwo. Mieszkanie było małe, ale nie służbowe, jak… sądzili moi przyjaciele.

Takie to były fajne czasy, a ja bardzo lubię duńskie klimaty.

  1. Udał się tor przygotowany na Stadionie Narodowym w Warszawie na GP. Prawie idealny a jak na tor pod dachem, nawierzchnia układana, to świetny, do walki wszędzie, brawo!

Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.

Warszawa nie jest snem

Co znaczy prestiż nie trzeba tłumaczyć, kto nie wie, niech sięgnie do słownika. W historii żużla prestiżowymi finałami światowymi były te, które rozgrywano na londyńskim Wembley, dopóki… nie doszło do otwarcia toru na Stadionie Śląskim w 1973 roku. Wtedy obserwatorzy i fachowcy, kibice ze świata oniemieli z podziwu, bo śląski gigant przebił liczbą widzów londyńską świątynię nie tylko żużla ale i futbolu a w antraktach również gonitw psów. Wembley było kultowe i pretiżowe nie tylko dzięki niezwykłej atmosferze ale i Londynowi, który wiadomo stwarza dla przyjezdnych okazję do zwiedzania i odkrywania zawsze czegoś nowego. Jest trendy jak Paryż i Nowy Jork. Na Śląsku było w tym kontekście może i miło, acz siermiężnie. Koloryt i pokusy wielkiego świata były nad Tamizą. Katowice i okolice miały inne walory, zresztą podobnie było, gdy lokowano światowe finały w Lesznie czy we Wrocławiu, choć świat był łakomy na rozmaite atrakcje w historycznym mieście nad Odrą.

Historia żużla zna lokacje w dużych miastach i typowych “dziurach”, gdzie pobyty dla kibiców ograniczały się li tylko do stadionów. Gdzie było super?

Do dziś wspomina się dwudniowy finał IMŚ w Amsterdamie, czy jednodniowy finał w Monachium. Obie imprezy na olimpijskich przecież stadionach owianych legendą polskich sukcesów innych sportów. Szwedzki Goeteborg wyzwalał ekscytację, bo miasto piękne jak widokówka. Mamy Sztokholm, speedway zawitał do Kopenhagi. Wyprawy na Antypody ograniczają możliwości przeciętnych kibiców i dlatego nie bardzo jestem za takimi lokalizacjami, które promują w niszowym sporcie kibiców wybrednych i bogatych.

Niektóre miejscowości dorobiły się kultowego charakteru, choćby Vojens, gdzie Ole Olsen konsekwentnie wypromował od końca lat siedemdziesiątych małą duńską miejscowość do rangi prestiżowego miejsca dla speedway’a, czy to podoba się czy nie niektórym malkontentom określających Vojens… wsią. Niech zajrzą do swoich rodowodów. Amsterdam i Monachium zaistniały tylko raz. Pojawiło się kiedyś udanie włoskie Lonigo i zyskało od razu sympatię w różnym wymiarze gustów. Kiedy po przebudowie Wembley speedway przeniósł się na Wyspach Brytyjskich do walijskiego Cardiff ciągle czegoś brakuje na turystycznej mapie żużlowym kibicom. Nie chwyciło w międzyczasie angielskie Bradford, choć próbowano dać namiastkę kawałka Wembley. Niestety, nie ta półka, choć okolice Bradford z obrazami angielskiej wsi niezapomniane. Śliczne, lecz bez żużlowej charyzmy, więc stadion Odsal padł a otworzyło Cardiff.

Mamy Pragę Ondrasikowego Królestwa Plochej Drahy. Stolica Czech kusi nie tylko piwem i historią szwejkowych przygód w zaułkach ciasnych uliczek. Praski stadion Marketa przylepił się do żużla i mimo, że Pardubice ostro konkurują i mają inne super walory, to stolica wyzwala większe chęci zobaczenia w akcji zawodników serialu Grand Prix.

Kiedy sięgnę wstecz wpadam pamięcią do niemieckiego Norden i 30 tysięcznego stadionu na fryzyjskiej ziemi. Absurd. Był tam pamiętny finał IMŚ w 1983 roku, kiedy wygrał ekscentryczny Egon Mueller, niemiecka gwiazda żużlowego rocka. Lubię takie postaci, bo wnoszą nie tylko goły speedway do historii dyscypliny. Jest w historii bawarskie, kolorowe Landshut z ekologicznym torem daleko poza miastem i centrum historycznym, jak landszaftowy obraz. Panujący nad starówką zamek i historia polsko – niemieckiego wesela ze średniowiecza odnawianego dziś co jakiś czas w atrakcyjnej formie dla turystów.

Finały za Bugiem nie mają historii, lepiej jest na Bałkanach i nie można zapominać o Krsku nad groźną Sawą. Słoweńcy mają swoją historię w żużlu, czego dowodem jest szalejący w elicie GP Matej Zagar.

Speedway nie miał szczęścia zawitać do Hiszpanii, choć tamtejsi kochają motory jak corridę i futbolowe mecze nie tylko w ramach El Classico. Miałem kiedyś cichą nadzieję, że Irlandczycy kupią speedway od Anglików ale nie pomógł kiedyś jesienny Kongres FIM w Dublinie, który był wielką atrakcją, choć mniejszą niż parada żaglowców w tym niesamowicie przyjaznym dla ciała i ducha mieście. Ten kongres FIM wspominam nie tylko z powodu Chrisa de Burgha oraz innych artystycznych wrażeń.

Skandynawia gorąca jest żużlem tylko w Szwecji i Danii; Finlandia wprawdzie doszła do GP ale Norwegia mimo, że miała długo światowego sternika speedway’a Roy’a Otta, zawodników Gunnestada i Holtę nie zdecydowała sie na światowe wydarzenia.

I OTO NARODZIŁ się w kalendarzu HIT, bo polska stolica wchodzi na arenę Grand Prix ze Stadionem Narodowym. Mam nadzieję, że będzie sukces i może nie od razu ale wierzę, że Warszawa otworzy nową kartę w historii żużlowej klasyki. Nasza stolica pięknieje, są hotele do wyboru i koloru, można dobrze zjeść w atrakcyjnych miejscach i… zobaczyć nie tylko Pałac Kultury. Dojechać, dolecieć zewsząd. Serial Grand Prix anno 2015 otworzy się premierowym turniejem 18 kwietnia na Narodowym. Stadion jest komfortowy i kibice, którzy uprawiają żużlową monokulturę będą mieli okazję zapoznać się z obiektem zbudowanym na futbolowe EURO 2012.

Stadiony w Polsce zmieniły swoje oblicze, także żużlowe; mamy Toruń i Gorzów okraszone turniejami GP, gorzej ze stadionem w Lesznie, Bydgoszczy ale nie zapominajmy o gdańskiej bursztynowej Arenie, której życzę żużla, bo mieć światowe imprezy nad Bałtykiem i w stolicy, to podniesienie wspomnianego prestiżu speedway’a o dwie klasy. Czy WARSZAWA może stać się po jakimś czasie… Wembley? Nie. Dwa światy, inne stadiony, inne czasy, ale ze względu na polskie zainteresowanie żużlem kibiców, naszą ligę i sukcesy oraz urodę Warszawy, jej atrakcje turystyczne, może być Mekką dla przeciętnych kibiców oraz goldfanów. Warszawa da się lubić i sen o żużlowej arenie nad Wisłą jest jawą! O tym mieście napisano i wyśpiewano tyle cudownych wierszy, więc tylko się cieszyć, że wiosną 2015, podczas Grand Prix kibice przekonają się, że warto przyjechać i zobaczyć nie tylko speedway, zabawić się, poznać atmosferę oraz wspaniałą historię miasta, jego niezniszczalność. Warszawy po prostu nie zapomina się na pierwszym wirażu, o czym zapewnia Adam Jaźwiecki.