WARSZAWA, PRAGA = grand majówka

10d32a56f998f1eabbf111836a52dd94

No to zaczyna się żużlowa „trasa koncertowa“ w wykonaniu uczestników indywidualnych mistrzostw świata, pod szyldem Grand Prix. Premiera majowa nr 1 odbędzie się na PGE Stadionie Narodowym w WARSZAWIE 12 maja, potem kolejna w PRADZE 26 maja. Wpierw na sztucznym torze, który rok temu został starannie przygotowany, przy komplecie widzów. Narodowy wytrzymał napięcie, organizatorzy i uczestnicy, jednak Polak nie wygrał, choć biało – czerwoni mieli liczebną przewagę. Zabawa była świetna, maszyna startowa nie zawodziła, nawierzchnia pozwalała na mijanki. SUPER. Stadion Narodowy zaraz na początku maja został sponiewierany w czasie piłkarskiego finału Pucharu Polski, murawa zaśmiecona racami, jedna nawet poszybowała pod kopułę, teren został zadymiony i mecz pomiędzy stołeczną Legią a gdańską Arką był przerywany, bo nie można było zobaczyć piłki a ona w futbolu jest kopana kto jej dopadnie. Kibole piłkarscy są nie do zdarcia, nawet kiedy szefem polskiej piłki nożnej jest superman Zbigniew Boniek. Sprawa jest prokuratorska na amen a jak się zakończy owiana jest na razie dymem. Różnica pomiędzy kibicami żużlowymi a piłkarskimi jest taka, jak pomiędzy szybkim samochodem a wozem drabiniastym. Nie tak dawno byłem na meczu w Częstochowie, gdzie miejscowi Ekstraligowi włókniarze pokonali wrocławską ekipę Sparty. W komplecie widzów siedziały rodziny z dziećmi, które jeszcze nie wymawiają słowa żużel. Bezpiecznie i tak jest na speedway‘u nie tylko pod Jasną Górą. Przykład żużlowych turniejów i meczów z rodzinną atmosferą nie jest kopiowany, niestety.

Jak to się dzieje, że kiedy wchodzę na stadion, a bywam nie tylko na żużlu, ochrona sprawdza mnie prawie jak na lotnisku w Nowym Jorku. A tu proszę mimo obmacywania race zostały wniesione, więc jakim fortelem? Dym na Narodowym był gęsty jak mgła w najgorszym wydaniu. Zakopcony stadion wywietrzy się na szczęście do 12 maja i będzie wizja. Co prawda motocykle żużlowe też kopcą, lecz nie tak jak bateria rac. DOŚĆ już fajerwerków na stadionach i pora na odsiadki przymusowe dla tych, co zadymiają.

SPEEDWAY w Warszawie wiosną staje się już tradycją i kibice chętnie przyjeżdżają do stolicy z całego kraju. Spodziewają się zwykle triumfu POLAKA, bo przyjemnie jest wysłuchać hymnu narodowego na… Narodowym. Symbolika. Ale, ale…

Utrzymujący się w znakomitej formie Szwed Fredrik LINDGREN wygrywa wyścigi w stylu niemal kosmicznym. Kto mu zagrozi, kto pokona szybkiego, doświadczonego Szweda? Patryk Dudek, Bartosz Zmarzlik? Jeszcze mamy na flance Macieja Janowskiego, debiutanta Przemysława Pawlickiego i z „dziką kartą“ Krzysztofa Kasprzaka, który dostał duży kredyt zaufania, wszak ma na koncie srebrny medal mistrzostw świata, po którym niestety dostał przykrej zadyszki. Pora najwyższa na zresetowanie tego, co niedobre. Rezerwowymi są młodzi: Maks Drabik i Bartosz Smektała.

Turniej w Warszawie otworzy długi wyścig po mistrzostwo świata, wprawdzie finał jesienny będzie miał miejsce w TORUNIU, lecz nie odbierając chwały temu miastu, stolica Polski dałaby radę na przygotowanie zakończenia sezonu, spinając klamrą serial turniejów GRAND PRIX. A Toruń mógłby mieć imprezę w innym terminie, zwłaszcza, że właściciele serialu MŚ nie mają za dużo ofert na organizację GP.

PREMIERY mają to do siebie, że przynoszą niespodzianki a sport nie znosi rutyny, dlatego funduje zaskakujące rozstrzygnięcia i ten walor przyciąga, magnesuje, fascynuje bez granic kibiców na świecie.

HISTORIA Grand Prix sięga 1995 roku, pierwszy turniej we WROCŁAWIU wygrał Tomasz Gollob, który na obszarach tych imprez zostawił dużo wspaniałych wspomnień; rozkochał nie tylko polskich fanów. Ubiegłoroczny turniej w stolicy zakończył się triumfem wspomnianego Lindgrena, który przy takich osiągach na polskich torach znów ma szansę udowodnić wyższość w elicie światowej. Czy tak będzie? Szwed wygrał w Goeteborgu w 2012 turniej GP, jednak nie zbliżał się w karierze do podium mistrzostw świata. Stabilny w miarę, ma szybkie motocykle i doświadczenie, błyszczy w barwach częstochowskiego Włókniarza i tolerują go przy okazji psy trenera Marka Cieślaka.

Tytularnym sponsorem warszawskiej bitwy jest firma BOLL z Zielonej Góry, która działa w branży samochodowej a dominującym kolorem tej marki jest zieleń. Sędziuje na Powiślu Duńczyk Jesper Steentoft, który nie jest kryształowym arbitrem. Prezydentem Jury Międzynarodowej Federacji Motocyklowej – Włoch Armando CASTAGNA, który szefuje światowemu żużlowi jeszcze i nie wiadomo jak długo.

Tor ma 274,21 m, rekord 54,34 sek. wykręcił Amerykanin Greg Hancock podczas GP w 2016 roku, myślę, że może być pobity, bo towarszystwo ma coraz szybsze motory. W historii GP w Warszawie w 2015 roku zwyciężył Słoweniec Matej ŻAGAR, jemu dobrze tam się jeździ, rok później był trzeci a wygrał Tai Woffinden, angielska reklama totalnego tatuażu. W 2017 Fredrik LINDGREN nad Wisłą był najszybszy i co to oznacza teraz? Maciej Janowski był drugi a trzeci przyszły mistrz świata Australijczyk Jason Doyle. Działo się, oj działo a kibiców ponad 50 tysięcy. Mocna atmosfera. STADION NARODOWY jest elegancką areną dla żużla, organizatorzy zapomnieli już wpadkę z torem a jak będzie tym razem? Jak się nie przewrócisz, to nie nauczysz.

Majowa premiera jawi się prawdziwie ekscytująco. Następnie będziemy mieli na naturalnym torze 26 maja Grand Prix Czech w PRADZE na Markete. Firmuje ten turniej turecka oponiarska firma ANLAS, która niespodziewanie podpisała na trzy lata kontrakt z organizatorami BSI/GP i dostarczać będzie opon dla uczestników ścigania się o mistrzostwo świata. TURKÓW w przestrzeni żużlowej jeszcze nie mieliśmy; „po drodze“ firmują oni GP w Pradze. Eray Sayci dyrektor zarządzający Anlasem twierdzi, że towar nie zawiedzie, gdyż wsłuchiwali się w opinie zawodników. Ano zobaczymy.

WARSZAWA i PRAGA na początek, dwa różne stadiony, tory przede wszystkim, ale stawka jednakowa i uczestnicy z cenzusem. Do Pragi wrócę po Warszawie, nad WEŁTAWĄ mówią, że jeśli nad WISŁĄ wygra POLAK, to Czesi będą mieli plochą drahę z kompletem widzów i Marketa będzie biało – czerwony.

No dobrze, ale co zrobić z rozpędzonym fantastycznie Frederikiem Lindgrenem? Może pięcioosobowa polska husaria zatrzyma szwedzki „potop“? Byłoby hucznie i radośnie.

Foto: Monsterenergy

Prawdy, fałsze i fantazje: Przyjdzie walec i wyrówna

Wojciech-Młynarski-1

Około 2000 utworów napisał Wojciech Młynarski, poeta, tekściarz, piosenkarz, kabaretowy artysta. Pokazywał jaka jest nasza codzienność, dobra i przykra, smutna i zabawna. Jego wersety z utworów weszły na stałe do obiegu powszechnego. Przyjdzie walec i wyrówna, Dziewczyny bądźcie dobre dla nas na wiosnę, Nie ma jak u mamy… Zmarł i nie napisze już nic ale twórczość będzie z nami ciągle… Wojciech Młynarski, artysta nieśmiertelny. Nie mogłem o Nim nie wspomnieć, bo Jego twórczość jest w nas na zawsze i wszędzie: w aucie, domu, na wakacjach, w podróży. Smutno na duszy, gdy odlatują geniusze. Nagle brakuje kogoś, który był i opisywał śpiewnie rzeczywistość.

WIOSNA, słońce coraz wyżej i bliżej do stadionów. Pogoda taka rzymska, treningowa, może już nie zaskoczy, choć kwiecień plecień może jeszcze postraszyć, no nie, chyba nie! Premiera ligowa na progu, potem mamy start serialu Grand Prix, w ostatnią sobotę kwietnia w słoweńskim Krsku. No właśnie, a 13 maja w Warszawie kolejne jazdy i pewnie komplet na widowni. Do stolicy wszystkim bliżej, niż dalej. To będzie druga impreza z tego cyklu, po wspomnianym Krsku, gdzie zwykle na naturalnym torze jest bitwa. 27 maja speedway w rozmiarze GP powróci na Łotwę do Daugavpils.

WARSZAWA jest przygotowana, sztuczny tor, dach i atmosfera, gdzie choćby wicher czy śnieg nie są groźne. Jak każda stolica ma dla kibiców oprócz żużla inne atrakcje. Miasto nad Wisłą pięknieje światowo z roku na rok. Podobnie, jak i Złota Praga, jedno z najciekawszych miast na świecie. O ile stolica Polski żyje inną perspektywą, to czeska stolica nad Wełtawą ma problemy i nie wiadomo co będzie za rok. Speedway w Czechach czy na Słowacji/ bez GP/ nigdy nie przebije hokeja na lodzie, futbolu, tenisa… jest niszowy, lecz ciągle ma swoich wielbicieli. Kilkadziesiąt lat istnienia w Pardubicach turnieju o Zlatą Prilbę, świadczy, że impreza ma uznaną markę w świecie i tradycje, bez których trudno sobie wyobrazić ten sport. Tam przyjeżdzą się jak na Woodstock. Oryginalny turniej w formule, atrakcyjne ściganie, robi wrażenie.

PRAGA, złote miasto. Od wielu lat animatorem tego projektu na stadionie Marketa, hen za centrum skąd widać z góry kolorowe miasto, porozrzucane bajecznie i wieże królewskiego, dostojnego zamku na Hradczanach, jest rodzina ONDRASIKÓW. Senior Petr, dziś dr praw, kiedyś reprezentant Czech i uczestnik światowych mityngów. Pavel, syn też ścigał się na torach, obecnie kieruje zawodami na Marketa. Duet mocno sprawdzony i razem ze zgrabną ekipą bez zarzutu oferuje imprezę, na którą kibice lubiący także poza speedway’em zafundować sobie inne atrakcje w mieście, chętnie przyjeżdżają, głównie z Polski. A będzie startował na torze kwartet polskich zawodników. Polacy często tam wygrywali, drużynowo, indywidualnie, ścigali się jak harty i stawali na podium; Tomasz Gollob i Jarosław Hampel sprawiali polskiej grupie fanów radość i okazję do wypicia nie jednego litra czeskiego piwa. Wiadomo… kiedy zabraknie piwa, skończą się Czechy mawiają w gospodach. Jest jednak problem, bo może zabraknąć żużla na poziomie GP w Pradze, gdyż władze municypalne nie bardzo chcą dotować imprezę a haracz, choć w tym przypadku nie jest wygórowany, trzeba dzierżawcom tego serialu sfinalizować. Smuci mnie ten fakt, gdyż nie zawsze turniej można organizować na “ściernisku”, a warto walczyć również o tło sportu, o miejsce, gdzie nie brakuje także turystycznych atrakcji. Był taki czas, że Pardubice miały ambicje przygotowania serialu w ramach mistrzostw świata, przegrały jednak z ofertą stolicy. Co zrobią Ondrasikowie i ekipa by uratować speedway na Marketa? Społeczność międzynarodowa nie może tego odpuścić i powinna za wszelką cenę pomóc w prolongacie tego sportu na praskim placu. Ten klub dziś o nazwie Olymp/ Marketa ma ogromne tradycje, stamtąd wywodzi się większość reprezentantów tego kraju. Uczestnikiem GP’17 jest samotny biały żagiel wprawdzie z sąsiedniej Słowacji Martin Vaculik, lecz dziką kartę na pewno dostanie Vaclaw Milik, przebojowy, inteligentny zawodnik. Gospodarze liczą na zjazd polskich kibiców, oni mogą bezcennie uratować frekwencję i kasę. Jeżdzę na ten stadion aż wstyd się przyznać od 1975 roku; kiedyś był klub Ruda Hvezda, często organizowano zawody rangi MŚ niższej rangi, obiekt kameralny, przyjeżdżało sporo Niemców, którzy dopingowali nie tylko swojego charyzmatycznego idola Egona Muellera, który potem został mistrzem świata. Czesi: Antonin Svab, Jirzi Stancl, Milan Spinka/ jeździł także jego ojciec/, bracia Vernerovie, Antonin Kasper senior i Antonin jego syn, Zdenek Kudrna, Bohumil Brhel, Roman Matousek … inni, była spora ekipa, która kwalifikowała się na prestiżowe turnieje. Przypadki rozmaitych wzlotów i upadków wpisane są w codzienność, nie zawsze zależą od woli ludzi, gdyż obiektywne warunki mają ogromny wpływ na nasze istenienie. Ubolewam bardzo że, prażanie Ondrasikowie mają ból serca, co będzie dalej? Za rok znów w Pradze, czy już nie? W sporcie są miejsca kultowe, bez których trudno sobie wyobrazić kastrowanie tradycji i takim miejscem jest właśnie praski, nie tak duży /kiedyś był barak, stoi do dziś, a wybudowano nowe trybuny z zapleczem/, przyjazny nie tylko dla Polaków stadion Marketa. Przyzwyczajenie jest podobno drugą naturą człowieka, choć życie brutalizuje te zasady i jest bezwzględne w rachunkach.

Historia żużlowych miejsc, które przestały służyć temu sportowi nie jest mała i zwykle wszystko rozbija się o pieniądze a czasami i o ludzi, którzy odchodzą; w Pradze działacze są, lecz brakuje koron. Dlaczego zabrakło w Pradze empatii dla plochej drahy /speedway/, która wprawdzie jest niszowa, ale w połączeniu z tym urokliwym, zabytkowym miastem tworzy obraz, który chętnie zawsze się ogląda. Przyjdzie walec i wyrówna? Ondrasikowie nie dajcie się, ahoj!

Popularność trzeba pieścić

 

maxresdefault

Premiera sezonu żużlowego made in Poland była zawsze wydarzeniem sportowym. Bardzo dużym. Proszę zwrócić uwagę co napisałem… była. Cofnę się wstecz, choć jak życie uczy lepiej patrzeć w przyszłość. Historia jednak jest czasem pouczająca i przyjemna w odbiorze. Pozwala rozluźnić umysł, inaczej spojrzeć na teraźniejszość. Sportowa rzeczywistość jest inna w Polsce, niż dawniej. Dzięki piłkarskiemu EURO mamy stadiony rangi światowej. Hale jak hangary i obiekty żużlowe o jakich można było marzyć, kiedy londyńskie Wembley było czarującym stadionem, magicznym i niezapomnianym. W świecie żużla pojawienie się Stadionu Śląskiego w Chorzowie w roku 1973 było objawieniem, choć obiekt bez dachu był gołym placem do wyciągania parasoli w czasie deszczu. Emocje i wrażenia były w takich sytuacjach doszczętnie przemakalne. Ullevi, stadion perełka w szwedzkim Goeteborgu, nie tak ogromny jak „Śląski“, sprzyjał wygodnym refleksjom na trybunach. Incydentalne zdarzenia stadionowe typu monachijski, olimpijski czy angielskie Bradford albo niemieckie Norden na ściernisku fryzyjskiej ziemi przeminęły jak echo. Wyróżniam jednak ślicznie ułożony Amsterdam., gdzie Holendrzy zorganizowali/ 1987/ jedyny w historii dwudniowy finał sędziowany przez polskiego arbitra Romana Cheładze. Olimpijski stadion w Holandii, stary jak szkatułka babci był ciekawym przeżyciem.

A co mamy dziś? Inny świat. Toruń olśnił żużlowych speców, choć jest zimny w betonowej konstrukcji. Przyjazny i swojski jest gorzowski obiekt im. Edwarda Jancarza i takich stadionów nam potrzeba, gdzie dotyk żużla brudzi czoło na czarno.

Zapędziłem się jednak w inną stronę, bo miało być o premierze ligowej, która ongiś w Polsce eksplodowała wydarzeniem gorąco komentowanym. Prapremierą, która skupiała wszystkich fanów było zawsze bydgoskie Kryterium Asów im. Mieczysława Połukarda, które obojętnie od pogody, jak termometr gorączkę, wskazywało w jakiej formie są zawodnicy przed sezonem. A potem LIGA wywoływała dreszcze długo dyskutowane, w świąteczny lany poniedziałek wielkanocny.

Ekstraliga miała teraz pauzę na świąteczny stół a wyjechali na tory zawodnicy zaplecza, czyli Nice Ligi i jak kto woli pierwszej albo drugiej ligi. Taki dziwoląg, zlepek tego co zostało poza ekstraligowym podwórkiem. Piłkarska reprezentacja Polski tuż przed świętami grała w obliczu francuskiego EURO na sparingach, skumulowała uwagę a speedway w swoim oczekiwaniu w wydaniu B zaliczył skromną premierę. Bez echa większego, takie „beknięcie“ bez szkody dla nikogo.

Termin na Ekstraligę wydłuża ciążę oczekiwania na emocje w wydaniu polskich i zagranicznych zawodników. Część już na angielskich torach dała „czadu“.

Sportowy świat jest inny niż dawniej, bo nasycony wielkimi imprezami i speedway już nie jest samograjem.

„Popularność‘- jak powiedziała znakomita szwedzka aktorka Ingrid Bergman /Casablanka/ – „jest karą, która wygląda jak nagroda.“ Dodam, popularność trzeba pieścić, reklamować. Wielkie firmy na świecie, które jakby na rynku nie potrzebują reklamy, konsekwentnie emitują swoje spoty, gdyż nic nie trwa wiecznie i choćby nie wiem jak popularna aura, jednak wymaga “prądu“. Napięcia. Z żużlem podobnie. Można nie martwić się o wiele spraw, lecz warto podsycać ogień.

NICE LIGA wyjechała na tory, pogoda była sprzyjająca i start zaliczono z wynikami przewidywanymi. Inaczej o stopień wyżej.

Ale wracam do tłoku sportowych wydarzeń. Futbolu nie można lekceważyć, tenisa, który podsyca Agnieszka Radwańska, boksu w rozmaitych wydaniach nocno – ringowych, kolarstwa w malowniczych okolicach świata, siatkówki, piłki ręcznej i lekkiej atletyki.

„Speedway zawsze przebije się jak strzała“ oświadcza zagorzały fan, który wierzy w potęgę ukochanego sportu. Przebije, lecz już nie tak jak dawniej. Inne okoliczności medialnego przekazu tonują informacje, które muszą walczyć o swój byt. Nie jest lekko; transmisje telewizyjne, internetowe nie tylko w żużlu stwarzają wygodniejszą sytuację dla kibiców, dla bardziej leniwych i takich co wolą oszczędzić na czasie i kasie. Bufet przed ekranem jest wprawdzie wygodą, lecz brutalnie kastruje życie stadionowe na gorąco i ucina dyskusje koleżeńskie. Syndrom czasów? Tak.

Jeszcze, choć coraz słabiej początki sezonu owiane tajemnicą formy drużyn i apetytem po zimowej przerwie przyciągają sympatyków na stadiony, potem atmosfera słabnie. Poza ligowymi emocjami mamy nadto inne formy ścigania, eliminacje, no i start formuły Grand Prix z czterema polskimi zawodnikami. Wtedy adrenalina podniesie się na poziom EURO. Kibiców kokietować mimo wszystko trzeba!

Jaki będzie nowy sezon? Nie ulega wątpliwości, że polska strona w świecie tego sportu jest dyktującą pewne warunki, choć nie do końca. Potrzebujemy pilnie tytułu indywidualnego mistrza świata w gronie seniorów. Z juniorami damy radę.

Nadal zgrabnie, choć rutynowo urządzamy „igrzyska“ dla reszty świata, płacimy najlepiej za ligę i ściągamy do jazd kogo tylko trzeba. Hm…

Chwila gorzkiej zadumy. Otóż ubiegły sezon był bolesnym, bo talent nad talentami, charyzmatyczny zawodnik Australijczyk Darcy Ward na zielonogórskim torze doznał kontuzji skreślającej go ze sportu /choć może nie do końca, obserwując jak radzi sobie w świecie przykrych doznań Rafał Wilk/. Wypadek Darcy Warda był kolejnym, mocnym wstrząsem a takie zdarzenia mają skutki nieprzewidywalne. Młody, sympatyczny żużlowiec był iskierką, która podpalała nadzieje na atrakcyjne ściganie, podobnie jak było z Robertem Kubicą na torach F – 1. Kibice kochają fantazyjną walkę do upadłego, mijanki, jazdy na krawędzi ryzyka i zwycięstwa w porywającym stylu na „kresce“. Ward śledzi speedway i walczy uparcie o powrót do normalnego życia. Ten „dziki“ sport uciekł mu nagle spod nóg i beznadziejnie głupio.

Warto na progu sezonu wiedzieć, co jest w życiu cenne, ba, najcenniejsze, w szaleńczej czasem pogoni za punktami i medalami.

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.

Co oznacza ryk: złodzieje, złodzieje?

Empty seats

Wracałem z Warszawy po skandalicznym turnieju Grand Prix i miałem ciagle w uszach ryk kibiców na Stadionie Narodowym: “ złodzieje, złodzieje”… Czy może być coś bardziej przykrego w sporcie, imprezie po raz pierwszy organizowanej w Warszawie na stadionie, który jest dumą narodową? Huczało mi w głowie i dalej kołacze jak halny w Tatrach. Polski Związek Motorowy był gospodarzem imprezy i wydał komunikaty, jakoby nie on był winny, podobno bada sprawę, zbiera materiały. Nie usłuszałem nigdzie przeprosin nabranych ludzi na super imprezę. Ponad 50 tysięcy kibiców wiernych żużlowi niemal jak Matce Boskiej Częstochowskiej. Minister sportu Andrzej Biernat zwrócił się do prezesa PZM Andrzeja Witkowskiego o rozważenie satysfakcji dla kibiców. Czekamy jak pielęgniarki na podwyżki.

Polska jest dziwnym krajem, bo przy okazji przypomnę, że minister jest w kręgu podejrzeń skąd miał kasę na drogie auto. Polska karuzela winnych bez kary. Minister sprawiedliwości z podejrzeniami o sfingowanie pozwolenia na broń. Zdymisjonowany. Koniec świata? Nie, oto mój kraj, kocham ten kraj, ale coraz bardziej się boję w nim być. Skandal z żużlem na Stadionie Narodowym jest wielki jak ocean, ale woda w nim maleje z dnia na dzień. Nie mam nic do stracenia zwłaszcza w stosunku do tych niby działaczy dla których speedway zaczął się kilka lat temu. Powinni budować autorytet w środowisku a ignorancją i arogancją łamią wszelkie zasady sportowych kanonów.

Oto dzwoni do mnie prezes Wojciech Stępniewski, prezes Ekstraligowej Spółki, wspominam o tym, bo nie było mowy o prywatnej rozmowie. Skupił się wyłącznie na biurze prasowym/ skrytykowałem tylko recepcję/, które “dotknąłem” w poprzednim felietonie na łamach TŻ. O torze, maszynie startowej etc. etc. ani słowa. Nie rozumiemy się i koniec. Wokół tego sportu powstała grupa ludzi nazwę ją “spółdzielnią żużlową”, która grupuje ludzi podobnej mentalności. Uważają, że są Mesjaszami dla tej dyscypliny i jakby nie dostrzegali, co było dawniej. A było dużo dobrego i czasami złego, jak w życiu bywa. Ludzie w sporcie szukają roboty, pieniedzy i wreszcie znaleźli. Chciałbym wiedzieć, mając za plecami armię kibiców, jaka jest koncepcja prezesa Stępniewskiego na dalszy rozwój polskiego żużla w powiązaniu z szefem Giekażetu Piotrem Szymańskim? Program panowie, konkretnie. Grupa “żużlowych spółdzielców”, wśród których są działacze, ich rzecznicy, klakierzy uważa, że dorwanie się do władzy w tym sporcie jest boskim zrządzeniem losu? Należy się jak psu kość? Otóż nie, panie X, Y, Z. Wymienię w swoim czasie kto stracił pamięć, kto zatracił poczucie elementarnej uczciwości wobec tak ogromnej rzeszy kibiców żużlowych. PZM jest podobno przejrzysty jak Wisła pod Warszawą. Piotrze Szymański, szefie Giekażetu, zafascynowany żużlem od dziecka na stadionie w Ostrowie Wlkp., jaka jest dalsza koncepcja speedway’a w Polsce, Europie? Interesuje mnie i fanów od Lublina po Gorzów, od Rybnika po Gdańsk. Panie Stępniewski, interesuje mnie ile załatwiono w ramach obowiązków spółkowych dla Ekstraligi, to chyba normalna praca oraz ile zarabiacie. To nie jest prywatna firma. Proszę nie skrywać czynów. Przyszedł wreszcie czas, by o polskim żużlu mówić mocnym głosem: o tym co dobre i złe. Czego jest więcej? Dlaczego kibice skandowali tak przykro na “Narodowym”? Nie jestem od zamiatania pod dywan za srebrniki, boli mnie gorycz sympatyków polskiego żużla. Nie udawajmy, że nic się nie stało… “Polacy nic się nie stało”? A skąd do diabła to: “złodzieje, złodzieje”; czy panów prezesów nic nie boli, dobrze się czujecie z garbem indolencji? Trochę pokory. Nie wydłużajcie czasu na rozliczenie sterty błędów. Trzeba mieć po prostu jaja!

Jakże bym chciał, żeby było lepiej, ale słowa przepraszam i zadośćuczynienie są nie tylko w sporcie deficytowe. Trudno je usłyszeć, natomiast słyszę: my wiemy, ciężko pracujemy, jeździmy, niech nikt nam nie przeszkadza i niech wcześniej ktoś zadzwoni zanim cokolwiek napisze. Kneblowanie w demokracji? Prezydent Lech Wałęsa bojownik o demokrację był w Warszawie na GP i widział tę “popelinę”. Nie tylko on. Nie tylko!

Jaka nauka płynie z lekcji nieudacznictwa na Stadionie Narodowym? Jakie konsekwencje wyciągnie prezes PZM Andrzej Witkowski w obliczu rychłych wyborów tej organizacji. Kibice oczekują sprawiedliwej satysfakcji. A kto wyciągnie konsekwencje od prezesa PZM? Koło się zamyka i dochodzimy do ministra sportu. O nim wspominałem. Że takich czasów dożyłem? Trudno, cholera jasna!

Polski speedway potrzebuje charyzmatycznych przywódców. Mocnych. Z autorytetem, lubianych, poważanych, odpowiedzialnych. O PZM na razie nie wspominam, bo były prezes Roman Pijanowski w grobie się obraca. Jak to zmienić, kandydaci na zjazd czerwcowy w Warszawie już wybierani i jak ćwierkają sikorki będzie nowe/stare.

No cóż, polski speedway jest wyświechtany jak stara rura. Dużo się mówi, elita skrzętnie broni swoich pleców i nie popuści ani na jotę kantów biurek.

Trzeba się zastanowić dokąd zmierza światowy speedway z szyldem Grand Prix. Co dalej z europejskimi zapędami SEC. Ktoś musi pogodzić te sprawy, wybrać. Speedway jest w Polsce oglądany gremialnie, lecz nie jest super popularnym sportem. Maleje co roku do niego zaciąg młodzieży. Młodzi mają ciekawsze oferty. Bezpieczniejsze dla nich i rodzin. W Europie speedway jakby nie istniał; angielski niszowy, skandynawski podobnie, gdzie indziej sporadyczny. Serial Grand Prix w takiej formule nie pobudził młodzieży. Ostudził zapędy. Zrobiło się drogo sprzętowo, organizacyjnie i seriale męczą. Nie wszyscy wytrzymują, pękają. Podniecamy się Antypodami, ale to wypryski talentów zaledwie, zaś Kalifornia w tym sporcie jest efektownym cyrkiem z kowbojskich filmów. Dochodzimy do granic populacji żużlowych obszarów. Mało tego, serdecznie mało.

A w Polsce jest żywioł, spontan i problemy kadrowe w zarządzaniu. Fatalna wpadka na Stadionie Narodowym zepsuła wizerunek światowej imprezy i będzie wypominana. Jeśli nie dojdzie do radykalnego zwrotu w sytuacji, rzetelnej oceny, ukarania winnych, niestety kibice stracą zaufanie, choć mają nieziemską cierpliwość. Ole Olsen odjechał, Paul Bellamy szef BSI też, nie słychać żeby bili się w piersi, podobnie jak i polscy organizatorzy Wielkiej Plamy Żużlowej. A polscy kibice dostali kopa i jazda do domu. Kochani, wstyd puchnie jak bania.

Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.