Jadą i niosą “pola”, hej!

ducati-speedway-motorcycle-625x417

I zaczęło się; lepiej, gorzej, wspaniale i średnio. Premiera polskiej Ekstraligi, jedynej na tej planecie, bo gdzie indziej nie ma. Maski kryły mimikę. Był rechot z byle czego i wrzaski, po których dzieci uciekały sprzed telewizora, jakby któryś z polityków dał głosu do wiwatu. Krzyk jest dobry, ale w piwnicy. Dobrze, że m.in. redaktor Jan Ciszewski tego nie słyszał. Jak premiera, to premiera. Było “ślizgo” oraz inne dziwolągi, a na torze lało, wysychało, zawieszeni, nie zawieszeni ścigali się, bo hulaj dusza, gdy pozwalają dawać czadu. Fajnie. Deliberacje, czy można jechać na takim torze czy nie – zostawmy wreszcie arbitralnie sędziom, bez presji jakiejkolwiek, tak było przez długie lata, dziś mędrcy świata, monarchowie grzebią tam, gdzie nie powinni. Brakuje kibiców, bo oni organizują atmosferę, zawodnicy ciągle powtarzają, że jeżdżą dla nich, nie do końca, bo najważniejsze co innego. “Wyklęty fighter żużla” Piotr Pawlicki jr. dał popis w Gorzowie z Bartoszem Zmarzlikiem, w którym ostatnia solówka należała jednak do mistrza świata. Koncert jazdy na krawędzi zawału, lecz speedway nie jest dla tych, którzy liczą tylko na start albo demoniczne gonitwy pod bandą. Rosjanin Artiom Łaguta sześć razy szybko wygrywał w Częstochowie, w przemoczonym meczu. Artysta, mołodiec.

Żużel jest wielowarstwowy, mieszanka techniki, dojrzałości, fantazji, odwagi piekielnej. Takie ściganie jak tych dwóch pokazało w Gorzowie Wlkp. przechodzi do historii pojedynków. Jazda na cool torze, bez faulu, do wstrzymywania oddechu i szalonej radości na mecie. Można być happy.

“Manewry” na starcie znowu niestety były, obawiam się, że będą podpatrywane przez nudziarzy po aptekarsku: kto wcześniej mrugnie powieką?! Panowie opanujcie paranoiczne podejście do tego męskiego sportu. Niech powtórki nie psują widowiska i niech traktory nie robią na torach atrakcji na siłę.”Maglowanie” rozciąga mecze, turnieje. Tempo musi być cenne, cierpliwość ma granice.

 

Nowy układ tabeli wyścigów trafiony, jak udany prezent. Niektórym wydawało się, że mogą a niestety mecze pokazały, że przenoszona ciąża wymaga “technicznego” leczenia. OPERACJA polska Ekstraliga jest na obrotach i będzie dokazywać – gdzie tylko się da, lecz nie ma zgody na pomyłki, każdy punkt na wagę cito faktury. Młyn zaczyna mielić.

Wspomniałem o startach, proponuję nagradzać tych… co dłużej zostaną pod taśmą, za chwilę zapomnienia, bo ci, którzy imponują refleksem albo jak się uparcie powtarza “wstrzeliwują w start” są karani. Obłęd. Rozumiem ewidentny ruch zawodnika pod taśmą ale trzeba kaprawego oka/ jest taki jeden teleextra obserwator/ by zgnoić refleks, uznać jako “kradzież startu”! Jacy złodzieje, gdzie policja? TRWA upiorne polowanie na startowych złodziejaszków. Jak długo? Szukanie winnych pod taśmą jest chorobliwe /dżuma?/.

 

Ale… sędzia Remigiusz SUBSTYK w Lesznie dał postartować zawodnikom, pewnie znowu mu się oberwie od malkontentów procedur, nie szkodzi… Niech puszcza tych, co mają refleks! Tego uczą w szkółkach, a potem jest idiotyczna kołomyja pod taśmami.

WSZYSCY uczestnicy żużlowych meczów byli nienaganni w przestrzeganiu rygorów, obostrzeń regulaminowych nad którymi krąży groźny wirus w koronie. Nie ma zbliżeń, nie ma zdejmowania masek, brakuje tylko zbroi. Podobno zakazane nawet… myśli sexy. A piłkarze grają bark w bark, spływa pot, mamy wywrotki jeden na drugiego. SPEEDWAY PL wzorowy, nie wiem jak jest w szatniach ale sądzę, że sanitarni, klubowi komisarze wiedzą co robią. Mycie jest luksusem. A kibice przed ekranami TV, nie mogą się przewietrzyć w nadmiarze na stadionach, choć w galeriach handlowych ścisk, podobnie w świątyniach, na ścieżkach rowerowych, byle gdzie. Czegoś nie rozumiem: łażenie po sklepach dozwolone a siedzenie na stadionach w odległościach nakazanych, z obostrzeniami sanitarnymi, zagrożeniem?! Co lepsze: powietrze i wiatr czy brudy klimatyzacyjne w handlowych centrach? Głupota nie jest samotna. Pączkuje jak wesela. Teatr bez widzów jest tylko próbą dla aktorów. Brakuje adrenaliny, oddechu widza, kichnięcia, oklasków i wybuchów entuzjazmu. Oh, Rolling Stones grają, wyobraźcie sobie na pustym stadionie, w hali bez ludzi? Nie dajmy się ogłupieć w szaleństwie pandemicznym; zresztą epidemie mają różne oblicza: objawowe, bezobjawowe, dramatyczne, tragiczne, schizofreniczne, z oznakami grubych oszustw i cudownie ocalonych pacjentów.

Towarzystwo żużlowe PL zademonstrowało zdyscyplinowanie i… wygłodzenie po długiej przerwie. Ryba bez wody zbliża się do ości. Polski speedway pokazał organizację meczów z ładnymi, firmowymi maskami bez mimiki. Był dryl.

I jeszcze jedno, dlaczego tylko w żużlu przepytuje się w miejscu, jakby nie było intymności sportowej rywalizacji, czyli w parkingu osoby w emocjach a w innych sportach nie ma rozmów w szatniach, tylko przed zejściem z boiska, z parkietu tam, gdzie człowiek powinien czuć się swobodnie. Bez podsłuchu, bez oka kamery. Męska gra mało męska. Refleksja retoryczna, lecz ten “cyrk” wylansowany przed laty jako atrakcja reporterska mało wnosi w takim wydaniu do obrazu wydarzenia. Bywają nagłe głupie pytania i podobne w stylu odzywki. Człowiek/ zawodnik/ potrzebuje chwili wyciszenia, kilku minut oddechu, poskrobania się za uchem i nie ma ochoty na odpowiedzi.

KIBICE oczekują w domu naturalnego wytchnienia a tu ryk reportera ogłusza, TV czy radio? Przecież widzimy co się dzieje, bywa, że fani wyłączają krzyki i śmichy. Wystarczy obraz. Jak krzyczeć, to przy sztormie a nie do czułego mikrofonu… Modulacja głosem jest talentem, można nakręcić emocje nie tylko ryczeniem na pełny głos. Cichooooosza… Jaka ulga.

No i te pola… niosą, jadą, jakaś obsesja. W końcu kto jedzie zawodnik czy “pole startowe”? Slang – małej, dużej, pola, etc. jest trudny dla normalnego widza. Tłumaczenie tego wszystkiego komuś, kto pierwszy raz zasiada przed tv, rozprasza uwagę transmisji i zabiera czas. Proponuję zatem wydać słowniczek żużlowego obciachu. Autorzy są, zawodowcy etatowi oraz naturszczyki forever, słowa wstępne może od profesorów Jana Miodka i Jerzego Bralczyka. Będzie hit i jasna sprawa w obszarze tajemnic czarnego sportu. Czarne może okazać się białe. Znamy przecież takie szachy.

No właśnie, mój przyjaciel fan zagorzały żużla po felietonie, w którym proponuję dymisję szefa światowego speedway’a Włocha Armando Castagny, za brak pomysłu na rozwój tego sportu, podpowiada, że przecież jest wieloletni działacz struktur Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/, szef Rady Nadzorczej Ekstraligi, honorowy prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski, który może objąć ster światowego żużla. Nasz człowiek, szef ligi, która rządzi elitami, animator m.in. Grand Prix. Da radę, jak zawsze do tej pory, zatem do dzieła! Kto za, kto przeciw?  

Plebiscytowy himalaizm

Noble, Oskary, Globy, Orły, Lwy, Niedźwiedzie, plebiscyty, kryształowe kule, słowiki.

I jeszcze ruletka, i jeszcze hazard kasyn od Las Vegas po Hongkong. Wenecja, Berlin, Sztokholm, Hollywood, Warszawa, Gdynia, Leszno. Loterie mieszają się ze szczęściem. Gramy, wybieramy, uzależnia hazardowanie bez opamiętania. Brniemy, wygrywamy, przegrywamy, kochamy plebiscyty czyli rodzaj zabawy, czekamy na filmowe Oscary.  Królewska, szwedzka ekipa pod wezwaniem Nobla wskazuje wybitne osoby w poszczególnych przedziałach życia od literatury a na naukach ścisłych kończąc. Prestiż jest potrzebny światu, ta szalona brand, marka, szacunek za osiągnięcia  w sporcie koronują najlepszych asów. Celebracja niebiańska, kreacje, nerwy, zapach blichtru. Normalność zostaje w toalecie. Ceremonie niecodzienne, strojne z poniżaniem ubóstwa.  Budujemy autorytety, krytykujemy, godzimy się na wybory a laureaci przeżywają  swoje najlepsze dni. Blask potrzebny od czasu do czasu, barwa uroczystości, gdzie skromni ludzie kreowani są na bohaterów naszych czasów i następnych lat dla potomności. Niepokonani. Także przegrani. Zwycięstwa i porażki mają smak marcepanu i piołunu.

Łatwo czasem wejść do historii, trudniej z niej wyjść. Nie zawsze udawanie palenia cygar nobilituje, raczej lans taniego pozerstwa i opera mydlana za 3 grosze. Elegancja miesza się ze słomą, zapach perfum z wytryskami szampana. Twardziele na miękko.

Wybieramy człowieka roku i sportowca roku, złote myśli i brudne powiedzenia. Pisma, regiony chcą mieć liderów minionych miesięcy. Wybieramy najlepsze balkony i domy,  samochody i marki najbardziej trwałe. Najlepsza rola aktorska i zwyciężczyni festiwalu piosenki bez granic. Każdy przełom roku karmi nas wyborami różnej fascynacji, kontrowersji. Emocje i przygryzanie warg są oznakami ambicji, arytmii serc.

Przez blisko 30 lat byłem świadkiem wyborów w opiniotwórczej wtedy, ogólnopolskiej sportowej gazecie, najlepszych sportowców. Byłem blisko tych wyborów. Konkurencja stołeczna miała plebiscyt z bogatą historią. Różnica pomiędzy plebiscytem a wyborem redakcyjnym, sugestiami czytelników była taka, że w tym pierwszym przypadku dawniej listami, kartkami/ po ileś tysięcy przychodziło np z jednej miejscowości na jednego idola/ a dziś smsami wybiera się tych najlepszych. Wybory przez Jury czy Kapitułę mają inny charakter, nie grzeją się telefony. Nie ma ustawki, decyduje potrzebny w upiornej fascynacji rozum. Nie ma populizmu, może notujemy mniejszą adrenalinę a więcej oferujemy racjonalizmu. 85 lat istnienia firmy plebiscytowej urosło w uwielbianą tradycję balu nad bale warszawskiej gazety sportowej nr 1 na polskim rynku. Szapoba.

Ten felietonowy wstęp przygotowałem w kontekście wyboru Bartosza ZMARZLIKA sportowcem roku 2019 w 85 Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Z wyraźną przewagą wygrał gorzowski mistrz świata przed Robertem Lewandowskim, wybitnym, światowego formatu bramkostrzelnym, technicznym, piłkarzem Bayernu Monachium. Różnica pomiędzy tymi sportowcami polega nie tylko na wzroście i odmienności sportu. Futbol jest w świecie popularny, Lewandowski znany i uwielbiany; Zmarzlik został trzecim polskim żużlowcem, który brawurowo zdobył mistrzostwo świata. Kiedy pracowałem we wspomnianym dzienniku sportowym i prowadziłem wiele lat speedway, patrzono na mnie jak na desperata, szanowano z przymrużeniem oka, bo wtedy żużel PL nie błyszczał, walczyłem uparcie ale nie skrycie/ z sukcesami wspominam nieskromnie/ o rangę tego sportu, lecz każde niepowodzenie było radością obozu oponentów w stosunku do sportów motorowych. Z zazdrością kwitowano statystyki o dużej liczbie widzów na stadionach żużlowych, większej, niż na futbolowych meczach. Spotykałem się z opiniami, że kibice przychodzą ”tylko” na… wypadki żużlowe. Szpile wbijano, bolało. Wytrzymywałem. Kto mnie zna, nie dam się tak łatwo podeptać. Więc ciągle jestem, sam się dziwię czasami, respondenci “reanimują”.

Wszystko co piszę, poruszam w kontekście skromnej, lecz fantastycznej wygranej Bartosza. I frustracji zadufanych wielbicieli piłki nożnej. Jakby zatracili grunt pod nogami. Wojciech Kowalczyk, którego lubię słuchać, bo cechują go nieszablonowe opinie i gość wali prosto z mostu jak samobójca, były reprezentant Polski, olimpijczyk z medalem, mocno obraził w sieci laureata tegorocznego plebiscytu “PS”, postponując jego sukces a gloryfikując Roberta Lewandowskiego, jednego z najlepszych na świecie graczy  futbolowych. Radzę Wojciechowi Kowalczykowi by zrobił łyk zimnej wody i pojął, że to wierni kibice wybierają ulubionego sportowca a lobby żużlowe jest wielką, zgraną rodziną bez sierpów i młotów na stadionach czy “żyletach”. Nie grajmy na aferę.

Lobby piłkarskie jest inne od żużlowego, świat futbolu karmi się od dłuższego czasu transferami niebotycznymi, ryzyko… utraty życia na murawie jest prawie żadne, zaś na torze sekunda to wieczność i skazanie na udrękę. Speedway jest ekstremalny, wymaga umiejętności, zawodnik sam nie jedzie, dosiada motocykla. Wywyższanie jednych sportów nad drugimi przez ekspertów niektórych stacji TV czasami nabiera gatunku groteski. Przykra pycha i narcyzm wybujały. Nie wysilajmy się na oryginalność. Nic tak nie plami jak atrament, w przypadku obywatela W. K. to był chyba czarny i wylał się tam, gdzie mężczyźni zapinają spodnie. Paskudny pech. Sportowiec bruka sportowca. Czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem wielce sympatyczny fighter Paweł Fajdek, który jest wyluzowanym, inteligentnym facetem, wydał opinię, że nie jest motocyklem Bartosza Zmarzlika, w którym można wymienić jakąś część, gdy motor nie jedzie. On /czyli obywatel PF/ musi liczyć wyłącznie tylko na swoje zdrowie. Jasne jak księżyc w pełni. Dlatego trenuje od RPA po USA/ Chula Vista/, ma super trenerkę i rzuca. Daleko. Młociarz liczy na młot a hokeista na kij, piłkarz na podbicie kontraktu, tenis ma szlemy a F-1 szykany. Piłkarz może tygodniowo, bez narażania życia, zarobić furgon tysięcy euro, albo więcej. W tenisie za 7 dni milion $, z białym ręcznikiem. Jest fajnie, prawda?

Przełom roku cechuje atrakcyjna taśma rozmaitych plebiscytów a nie zrównoważonych wyborów przez Jury czy Kapituły, gdyż nadsyłanie SMS – ów jest korzystne finansowo dla organizatorów. Nie ma życia bez bankomatów. Inflacja nie ważna, dolce vita.

Jeśli Grupa Speedway skrzyknie się w konkretnej sprawie, dojedzie medalowo do celu. Walka o zwycięstwo w prestiżowym plebiscycie “PS” rozgrywała się ostro pomiędzy Robertem Lewandowskim a Bartoszem Zmarzlikim. Wygrał skromny mistrz świata, złoty medalista, ponadto zwyciężył niepokorny speedway made in Poland – Stal Gorzów Wlkp. Piłka nożna potężna w swojej strukturze z kontraktami milionowymi w euro i dolarach, rozpieszczana bajońsko potknęła się na ostatnim wirażu. Lewandowski jest światowcem, stać go na szczere poszanowanie lauru kolegi z toru. Gratulacje dla obu.

I jeszcze jedno: mówi się, że królową sportu jest lekkoatletyka a nie futbol. Mamy rok olimpijski, letnie igrzyska w Tokio, mamy też mistrzostwa Europy w piłce, będą medale w Japonii, zaś futbolistów czeka trudna batalia zespołowa. Kapitan Robert wie co robi.

No cóż, motocykl okazał się plebiscytowo szybszy od najpiękniejszego gola. Tak kibice wybrali, do nich należały minuty bez dogrywki. Kartek nie było ani gwizdka, każdy schował w sercu swojego zwycięzcę, obojętnie od miejsca na podium. I czy jest ściganie w Gorzowie albo miotanie w Chula Vista, fani mają swoje bajo bongo.

Zmarł Roman Matousek, czeski żużlowiec/ ur. Slany/, miał lat 55 i bujną karierę na torze i poza nim. Był żużlowcem, który jeździł szatańsko, zamykano oczy, rozstawiał rywali i pędził przed siebie. Kontrowersyjny diabelnie, reprezentant Czech ale i sportowiec, który miał problemy z prawem. “Rumcajs”, którego nie można zapomnieć za jazdy; ściganie na krawędzi życia i śmierci. Charakter do walki obojętnie gdzie i jak. RIP.

Tata nauczył mnie żyć

 

Słodycze odstawił, choć je lubi. Teraz nie tylko żużlowy świat lukruje nowego mistrza globu. BARTOSZ ZMARZLIK. Lat 24 i perspektywy na kolejne tytuły. Ma w sobie coś, co predestynuje go do kolejnych laurów najwyższej wartości w sporcie. Skromny ? Tak. Utytułowany bardzo, bo przecież wcześniej już zgarnął brązowy medal i srebrny MŚ. Gorzowianin, który postawił dom na placu, gdzie ojciec Paweł wybudował maluchowi tor. Tam Bartosz postawił dom. Uczył go jazdy na żużlu Bogusław Nowak, zawodnik Stali Gorzów, który wskutek wypadku na rybnickim torze korzysta z wózka inwalidzkiego. Od początku wierzył w karierę wychowanka, bardzo zdyscyplinowanego, sumiennego. “Na niego nie trzeba krzyczeć, on wie co robić i podporządkowuje się sytuacjom ekstremalnym” – mówi Bogusław Nowak. A nowy mistrz świata podkreśla rolę ojca Pawła w teamie i akcentuje tata “nauczył mnie, jak żyć”. Rola mamy Doroty jest bezcenna, trzyma rękę na pulsie żużlowej rodziny. “Zawsze rodzina była dla niego najważniejsza oraz speedway” mówi Stanisław Maciejewicz były mechanik Stali Gorzów, reprezentacyjny “majster” przez długie lata. Doświadczony jak mało kto.

Wyjątkowy zawodnik. Gorzów na żużlowej mapie Polski i świata znaczy ogromnie dużo, tam rodzą się talenty a sława Edwarda Jancarza czy Zenona Plecha podbija cenę tego miasta i regionu. Tm chodzi się na żużel, tam kocha się ten sport i tych, którzy ścigają się po medale. Speedway jak stal, jak Gorzów…Talenty z mini toru we Wawrowie.

Bartosz Zmarzlik zdobył tytuł najlepszego żużlowca świata roku 2019 w ostatnim turnieju serialu Grand Prix na toruńskiej Motoarenie. Był liderem przed zawodami, a najwięksi konkurenci byli bardzo blisko; drugi na liście Rosjanin Emil Sajfutdinow miał 7 pkt straty a trzeci, Duńczyk Leon Madsen 9 pkt. Mało, trzeba dużo odporności, żeby wytrzymać presję, odeprzeć ataki przeciwników, którzy moc potrafią, mają sprzęt nienaganny. Bartek trzymał w napięciu komplet widzów na stadionie toruńskim, przed telewizorami oraz swój team. Nie od razu było wiadomo, kto rządzi na Motoarenie, wybijał się z ”tłumu” Madsen, zwinny jak kot, szybki na starcie, uciekający przed siebie jak zranione zwierzę, tracący pozycję i odzyskujący grunt po kołami. Leon zawodowiec. Emil Sajfudinow na pewno liczył na lepszy medal, jaki ostetcznie przypadł mu w udziale, bo brązowy to on już ma w domu. Duńczyk był świetnie dysponowany i nie musiał niczego… tylko mógł. Posrebrzył siebie ładnie.

A Polak jechał z presją na plecach ale i poparciem gorących serc sympatyków. Udało się? Nie udało, tylko wywalczyło po mistrzowsku. Zmarzlik pokazał styl złotego medalisty i mimo, że Madsen zbliżał się do niego jak torpeda, dwoma punktami sięgnął po trofeum, które będzie teraz symbolem jego już bogatej kariery. Duńczyk wygrał wszystko, był w furii, ścigał się jak na skrzydłach. Polak w finale po zapewnieniu sobie tytułu pojechał wyluzowany i patrzył jak rywale stoją na podium ostatniej rundy, on był myślami gdzie indziej, przy podium ostatecznym, najważniejszym, najcenniejszym dla niego. Jakie to wspaniałe uczucie być mistrzem świata – podkreślają zawsze zawodnicy ze złotymi medalami. Tak, bo to oznacza ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem wielu lat a czasem tylko łutu szczęścia. Bartosz Zmarzlik zasłużył na sukces bez żadnych komentarzy zbytecznych. Rok temu szarżą wygrał przed nim Anglik Tai Woffinden w Toruniu, teraz tam właśnie Polak nie dał szans rywalom i awansował do finału po wspaniałym wyścigu. Mistrz pojechał jak mistrz! Uśmiechnięty, szczęśliwy, rodzinny do bólu, talent udoskonalany przez lata. W wyścigach ligowych, w gonitwach turniejowych tu i tam, wzór sportowca, który ma charakter bycia sobą wszędzie. Imponuje.

Trzeci Polak w historii tego sportu został mistrzem świata; po Jerzym Szczakielu/ 1973/ i Tomaszu Gollobie/ 2010/. Ten pierwszy triumfator długo był samotnym mistrzem, ten drugi szybciej doczekał się kolejnego polskiego zawodnika w koronie światowego czempiona. Mistrz z Gorzowa bez nałogów, błyskotliwy naturszczyk, który kocha speedway a ten sport pieści jego bez granic. Miłość obopólna, na dobre i złe.

Wypisywanie laurów na temat Bartosza Zmarzlika w zasadzie mija się z celem, bo cechy dodatnie ma we krwi, jakby tak musiało być, czy mu strzeli woda sodowa do głowy mocno wątpię, więc odnotowuję nie pierwszy raz jego silny charakter bycia najlepszym. Wygrywa jak szaleniec czasami ale myślę, że teraz uporządkuje jazdy, tytuł dał mu wiarę, że nie wypada na tym poprzestać. A jest wierzącym człowiekiem, co pomaga mu w wielu przypadkach nie tylko na torze. Mój Boże tylko 24 lata, ile przed nim startów? Kondycyjnie mocny, charakterny podkreślam i zmobilizowany na trudy walki w różnych warunkach. Jeśli podsumować lata startów i pomyśleć o przyszłości, jasno klaruje się sytuacja z dalszymi sukcesami. Nie może być inaczej, szczęście sprzyja lepszym, gorzowski matador wie, że nic nie spada z nieba, on uwielbia ściganie żużlowe, zna smak zwycięstw i dyskusji przy motocyklach, silnikach sposobionych przez Ryszarda Kowalskiego. Brat Paweł wierzy w brata, sam startował kiedyś ale rodzinna scheda przypadła Bartkowi i familijne wspomaganie uskrzydla mistrza anno 2019.

Na wiosnę kolejne rundy mistrzostw świata i Polak będzie bronił złota. Organizatorzy mają w planie pewne zmiany, zobaczymy co to za nowości… Dominacja Polaków jest wyraźna, do serialu awansowali Maciej Janowski i Patryk Dudek. Mistrzem świata juniorów na pardubickim torze został Maks Drabik. Juniorzy są mistrzami świata i Europy. Jak powstrzymać polski huragan? Radzę federacjom szkolić talenty, polskim władzom wypieszczać takich jak Zmarzlik. Boję się, że światowi włodarze żużla nie bardzo wiedzą jak odbudowywać stracony grunt tam, gdzie speedway był ceniony. Odrzucenie drużynowych MŚ jest sabotażem. Armando Castagna /FIM/, Paul Bellamy/BSI/ nie uniosą ciężaru renowacji tego sportu, toteż polska strona powinna narzucić swoje warunki, gdyż dominacja w życiu nie sprzyja rozwojowi. Tak nie może być, żeby nami rządzili inni, a Polacy jako mistrzowie byli dla nich utrzymaniem. Gdzie sprawiedliwość dziejowa? Gdzie? Takie dziwactwo do odrzucenia. O tym kiedy indziej.

BARTOSZU, gratuluję złota, byłeś kiedyś mały, dziś jesteś wielki. Tata nauczył ciebie, jak żyć… piękna fraza i niech tak zostanie do końca.

Niebieskie oczy 95!

22894

Jedzie, walczy, uśmiecha się, dziękuje wszystkim, srebrny i brązowy medalista indywidualnych mistrzostw świata. BARTOSZ ZMARZLIK. Nr 95, taki sobie wybrał do startów, urodził się w 1995 roku w Szczecinie. Startuje w Stali Gorzów. Chłopak świadomy swojego życiowego wyboru, od dziecka. Uparty, ambitny, głodny wygrywania, pracujący nad sobą i marzący, aby zostać nie tylko raz mistrzem świata, być najlepszym wśród najlepszych w elitarnym klubie pn. SPEEDWAY. Kariera sportowa brukowana rozmaitymi chwilami. Ale nigdy nie było zwątpienia. Błędy korygowane, sukcesy znaczone ciężką pracą. Młody Bartosz fruwał jak niespłoszony ptak, czasami ludzie zamykali oczy z przerażenia, zmieniał tor jazdy, ocierał się o bandy, wjeżdżał tam, gdzie mało kto by potrafił. On śmigał i wychodził na swoje. Nr 95, Zmarzlik, Bartosz.

 

Nie srebro, nie brąz ale złoto jest największym marzeniem każdego sportowca, Mazurek Dąbrowskiego wyciska łzy szczęścia, tarmosi serce, chce się wyć nie po cichu. W żużlu, sporcie pozbawionym pięciu kół olimpijskich podium z nr 1 to nie tylko szampan, nie tylko fajerwerki, lecz i narodowy hymn. I gratulacje, i szczęśliwa twarz, na której jest wymalowany wysiłek oraz satysfakcja. Kiedy patrzę na finalne zakończenia wielkich imprez sportowych przeżywam wzruszenia razem z aktorami tego widowiska, którzy stoją na podium. Tak, wzruszam się bez wstydu żadnego, to jest miłe i zostaje na zawsze w sercu. Napompowana adrenalina, rozkosz, choć ma różne smaki.

Czy piszę hymn pochwalny zawodnikowi, który nie kupuje szczęścia, tylko wykuwa je przez długi czas? Nie, to radość, że taki zawodnik znów wojuje w polskim żużlu na najwyższym poziomie. Nic nie spadło mu z nieba, wyjeździł kilometry ścigania jak kierowca TIR – a na trasach trudnych i łatwiejszych, na torach, gdzie uciekał do mety jak orzeł do gniazda, by potem wzlecieć wysoko, pod chmury i “wylądować” w ciepłym, rodzinnym gniazdku. Zdobyć medal brązowy mistrzostw świata jest sukcesem ogromnym, zwłaszcza w wieku, który rokuje następne medale. Talent. Wywalczyć srebrny medal MŚ po brązie jest prognozą wzbudzającą respekt rywali. Radość i satysfakcja. Nie zawsze świeci słońce, nie zawsze pada deszcz. Obok syna jest wszędzie ojciec Paweł, trener, menedżer. Rodzinna para, nie każdemu to się udaje w labiryncie kariery. Czuwa nad nimi jakaś boska siła. Zmarzlikowie team do wygrywania.

W sezonie 2018 złoty medal MŚ był bardzo blisko, toruński tor elicie jest znany jak własne karty kredytowe. Atakiem imponującym, śmiałym, inteligentnym złoto wyszarpał Anglik Tai Woffinden. Gracz z najwyższej półki, charakterny, mający ambicje dorzucić jeszcze do trzech tutułów mistrza świata następne. Hazardzista? Mistrzowie tacy są, mają swoje poczucie wartości. Woffinden w tym sezonie odarty został przez ciężką kontuzję z walki o podium MŚ. Szkoda, bo walka jego z Bartoszem byłaby dokumentem w historii żużla na moc osobowości, które zamieniają pospolitość na sztukę, na jazdy brawurowe splecione umiejętnościami technicznymi. Atrakcyjne fajerwerki na motocyklach, które legitymizują mistrzów. Może nawet arcy…

Jest fantastycznie, Bartosz Zmarzlik jest liderem serialu Grand Prix i ma przed sobą dwa turnieje: Cardiff i Toruń. Zamiast Woffindena jest za plecami w tym sezonie Emil Sajfutdinow, zawodnik z rosyjskiej ziemi, sympatyczny, który na koncie ma już jako mołodiec brązowy medal IMŚ. Emil potrafi dużo, ma charakter żołnierza, który nie składa broni i poddaje się rywalowi. Millennium Stadium w Cardiff będzie areną bitwy a może już tam poznamy mistrza świata anno 2019? Tego nie wie nikt. Może wygrać ten turniej ktoś przypadkiem, lecz stawka turnieju jest prestiżowa dla lidera GP, który rok temu właśnie na tym obiekcie sprawił, że zagrano głośno, kryształowo “Jeszcze Polska…” Cudownie, Wyspy Brytyjskie przygarnęły kilkadziesiąt lat temu speedway i nadały mu królewskie insygnia. Teraz speedway tam jest w kryzysie ale kibice spragnieni ścigania wierni są sportowi i wierzą, że będzie reanimowany na poziom zwycięstw w mistrzostwach świata. Byli potęgą a Polska uczyła się od nich wszystkiego, co żużlem pachniało. Dziś Polacy są nauczycielami; tak się zmienia w życiu, że uczeń jest lepszy od profesora. Belfer, mentor szanuje najczęściej utalentowanego wychowanka.

Po Cardiff jest finał w Toruniu /5 X/. Szkoda, że nie na Narodowym w Warszawie! Obiekt stołeczny i większy. Będzie się działo, będzie zabawa, jednak trzeba zaliczyć wyścigi, wypracować punkty. Fascynująca gra mistrzów na torze, skąd przez okno dachu widać gwiazdy na niebie. Toruń jest miastem Kopernika, choć niektórzy mówią, że kogoś innego dzisiejszych czasów; pierwszy ruszył ziemię, drugi rusza co innego.

Ubiegłoroczny finał serialu GP był w Toruniu polsko – angielski, Woffinden wcześniej potracił punkty, odrabiał zaległości jakie mu nałożyli sędziowie, Zmarzlik ocierał się o złoto, jednym atakiem Tai nie dał sobie wydrzeć ostatecznego sukcesu, wpisał do historii trzeci medal najwyższej próby. Gość jest wyluzowany, rodzina udana, kompletny zawodnik angielskiej marki. Trzyma fason. Ale… w tym roku jeden wypadek w Lublinie okaleczył go na wiele tygodni, Anglik jednak pozbierał się konsekwetnie. Jest w elicie, wprawdzie poza ósemką, lecz może być pewny, że dostanie “dziką kartę” od organizatorów GP, bo takiego charyzmatycznego żużlowca ciężko znaleźć nie tylko na wyspach Brytyjskich. Tacy zawodnicy jak on, budują atmosferę, podnoszą rangę, oglądalność. Widowiska euforyczne, finały urodziwe są wpisane w kronikach na zawsze.

Tak jak Bartek, który fruwa na torze, opanowuje cyrkowo motocykl, wyjeżdża z opresji karkołomnych. Nie zamykajmy oczu, on dojrzewa na torach, w ściganiu w tym sezonie już nie szarpie, nie ma gonitw chaotycznych, elastycznie odstawia daleko w tyle rywali. Ojciec Paweł czuwa w parkingu, miłość Sandra jest blisko. Szlifuje lider polskiej reprezentacji angielski; taki gość musi być komunikatywny, światowy. Swobodny w poruszaniu się w parkingu, kręgach towarzyskich. Młodzieniec ambitny do bólu, od czasu tej niezapomnianej licencji, którą zdobywał w Gorzowie. Tamtejszy płacz zamienił na szczęśliwe zwycięskie chwile. I tak ściganie trwa w coraz lepszej kondycji, opakowaniu dla kibiców, którzy dostają ”towar”  z symbolem *****.

Bartosz Zmarzlik na torach; niebieskie oczy jak chabry i tego koloru kevlar. Coś mam jeszcze dodać na plus, minus? Spokojnie, czeka nas walijski turniej i toruński. Sport jest dziedziną życia oplecioną niespodziankami, pewne nie zawsze bywa pewne, więc nie zapeszajmy, los jest loterią, która wywija numery. Spooooort. Nr “95” na niebiesko, no i biało – czerwono, gdzie tylko spojrzeć, zaś hymny narodowe podniośle wieńczą dzieła. Spektakl, rewia, balet, teatr – wiatr unosi wzruszenia pod niebo gwiazd.

Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.

Prawdy, fałsze, fantazje: Nie tylko Boniek!

 

platini-boniek-juventus

Mamy wielkanocne święta, wiosenne, radosne. Burze na niebie i w głowach, rusza sezon żużlowy, który ligowymi rozgrywkami rozpala serca na kilka miesięcy. Po kolei.

Bywają sportowcy posłuszni i pokorni, bywają również tacy, którzy nie są posłuszni wobec życia i niepokorni zdobywają medale. Różne charaktery i zachowania. Prezes polskiego futbolu Zbigniew BONIEK został wybrany członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA, europejskiej centrali piłkarskiej. Funkcja odpowiedzialna i wysoka. Gratulacje! Boniek był wybitnym piłkarzem, bramkostrzelnym, reprezentantem Polski. Kopał piłkę po mistrzowsku w łódzkim Widzewie i Juventusie Turyn. Gość. Nie da sobie w kaszę dmuchać. Pamiętam, kiedy bronił bramkarza Józefa Młynarczyka, reprezentanta Polski w aferze towarzyskiej. Piłkarze “szczekali” hau, hau, hau na dziennikarzy. Ktoś to wymyślił. Prezes PZPN pochodzi z Bydgoszczy a każdy stamtąd ma gen żużlowy. I Boniek też. Kibicował aktywnie Tomaszowi Gollobowi i można go było spotkać nie tylko na stadionie Polonii ale na innych polskich torach. Kiedy Gollob miał makabryczny/ nie jedyny, np. w Sztokholmie w 2013 z Tai Woffindenem/ wypadek we Wrocławiu w 1999 roku, który praktycznie odebrał mu mistrzostwo świata, Boniek prędko przyjechał do kliniki we Wrocławiu. “Zibi” figura w sporcie nie byle jaka.

Speedway ma duże lobby rozmaitych, ciekawych ludzi.

Fenomenalna młociarka Anita Włodarczyk pochodzi z Rawicza, gdzie nie sposób wykręcić się od meczu żużlowego na torze Kolejarza. Z Kalisza pochodzi aktor kabaretowy Jerzy Kryszak, który lubi speedway, a słowo “lubi” jest delikatnym określeniem tej pasji. Na czym polega fenomen interesowania się żużlem? Ta dyscyplina sportu fascynuje mnie od dziecka. I tak jest z innymi. Speedway miał zawsze dużą frekwencję a początek sezonu wzbudzał zazdrość fanów innych dyscyplin, w tym futbolowych. Około 10 tysięcy widzów, średnio na meczach najwyższej rangą ligi było szeroko komentowane z kończącym słowem, dlaczego? Przez długi czas zapach spalanej mieszanki oleju Castrol z metanolem było przyjemnym odczuciem czegoś niebanalnego i podniecało niemal jak afrodyzjak. Zapach z żużlowych stadionów stał się legendarny jak western “W samo południe”albo filmowa “ Casablanca”. Stadiony odwiedzali i chętnie przychodzą nie tylko artyści ale i politycy, vide turnieje Grand Prix. Bydgoszcz była zwykle miejscem spotkań znanych ludzi. Nieżyjący światowej klasy przedsiębiorca Jan Kulczyk nie pożałował na modernizację stadionu Polonii, do szkoły chodził w mieście nad Brdą, podobnie jak sekretarz stanu w gabinecie prezydenta Lecha Wałęsy, Mieczysław Wachowski. Ten drugi był bodaj najczęściej widywanym na stadionach nie tylko, gdy startował Tomasz Gollob, z urodzenia też bydgoszczanin, mieszkający tam nadal. Żużlowy świat jest mały; prezydent Aleksander Kwaśniewski, który zna się na sporcie jak mało kto z prominentów, speedway oglądał nie tylko z racji patronowania światowym imprezom. “Bo do tanga trzeba dwojga”… kto tak śpiewa? Krzysztof Cugowski z “Budki Suflera” nie uratował żużla w Lublinie, ale współorganizował atrakcyjne imprezy. Ogląda podobnie, jak i Wachowski speedway w światowym wydaniu na ekranie TV. Przyjemnie mieć takich lobbystów, że nie wspomnę byłego prezesa wrocławskiej Sparty, dziś wiceprzewodniczącego Europejskiego Parlamentu Ryszarda Czarneckiego, którego często widywałem z rodziną, również na zagranicznych stadionach. Senator Robert Dowhan, który jako zielonogórzanin rozdawał karty jako prezes Falubazu, miał zwyczaj zapraszania na mecze i turnieje ludzi znanych z gazet, pism i ekranu. Aktor Tomasz Karolak miał ze stolicy “blisko” na zielonogórski obiekt, wprawdzie urodził się w nie żużlowym Radomiu, lecz korzystał z zaproszeń senatora Dowhana. Bywali tam również inni celebryci ze świata mody, ekranu, estrady. Speedway ma lobby, które wzbudza zazdrość innych sportów. Trudno… taka jest szalona miłość do sportu, który przy obecnych sukcesach polskich zawodników na międzynarodowej arenie jeszcze bardziej koloruje image dyscypliny niszowej w skali światowej, lecz w polskiej przestrzeni czołowe miejsce.

Nowa gwiazda polskiego żużla Bartosz ZMARZLIK, fruwający na torach medalowy koliber z Gorzowa, jest po Tomaszu Gollobie, postacią mocno przyciągającą uwagę. Drużynowe sukcesy reprezentacji Polski, zbieranie złota, medali indywidualnie budują wizerunek niemal doskonały. I wokół celebryci. Jest przyjemnie.

Każdy sport potrzebuje fanów zróżnicowanych zawodowo, mentalnie, oryginalnych ale przede wszystkim wiernych. Speedway nie jest ekscentryczny, ma urodę i jego ekstremalność bynajmniej nie odrzuca, fascynuje i przyciąga. Zapach z motocykli już może tak nie rajcuje, ale nadal jest mitycznym “dezodorantem”, który utrzymuje się od meczu do meczu, od turnieju do turnieju. Przykleja i jest! O, fajnie, wzdychają liczne fanki, które tłumnie i namiętnie dopingują swoich idoli.

W połowie maja mamy w stolicy na “Narodowym” drugi z cyklu Grand Prix’17 turniej, który wzbudza zainteresowanie jakby grała piłkarska kadra Adama Nawałki. Robert Lewandowski i reszta reprezentacji wystąpią tam kilkanaście dni później przeciw Rumunom. Ale wpierw mamy Grand Prix Lotto, stadion pełny, będzie święto. Nie ominą tego wydarzenia celebryci, którzy na speedway w Warszawie mają przecież blisko. I jest lider polskiej ekipy, wspomniany Zmarzlik, który powoli tworzy trudną do wymawiania “zmarzlikomanię”. Można połamać sobie język. Zanim jednak podniesie się kurtyna na warszawskiej scenie żużlowej, mamy premierę ligową, która zawsze jest bliska sercu wszystkim kibicom. A prezydent USA Abraham Lincoln powiedział kiedyś tak:” Ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile sobie pozwolą”. Koniec, życzę dobrej pogody na święta.

“Szaleństwo na Jancarzu”

Gorzow-Wlkp-tor-zuzlowy-IV

Tak wykrzyczał sprawozdawca NC+ z turnieju Grand Prix w Gorzowie Wlkp., “szaleństwo na Jancarzu”… Stadion tamtejszy nosi od dawna w nazwie pamięć Edwarda Jancarza, legendarnego żużlowca Stali. Euforia na gorzowskim stadionie była wielka, gdyż 19 – letni Bartosz ZMARZLIK “wbił się” w finał w stylu dojrzałego zawodnika. Gorzowianin nie dał szans rywalom w powtórce finałowego wyścigu a na podium stanęło trzech zawodników miejscowego klubu, drugi był Słoweniec Matej Zagar a trzeci Krzysztof Kasprzak. Spektakularny sukces klubu, tamtejszego środowiska zakochanego po uszy w żużlowych gonitwach. Speedway w mieście nad Wartą jest od wielu lat kultowym sportem, wyznacznikiem pewnej obyczajowości z regularnym pokazywaniem się na stadionie, kiedy wyją motory. Atmosfera wokół żużla jest nie tylko sympatyczna ale nadaje miastu koloryt i lokuje cząstkę tego sportu w herbie. Ba, cząstkę… Każde miasto taką chciałoby mieć, jeśli kocha speedway obojętnie na jakim poziomie. Bartosz wywinął rzadkiej urody numer i jest autorem sensacji, mimo, że nieco wcześniej jako członek polskiej reprezentacji juniorów w duńskim Slangerup zdobył z kolegami złoty medal MŚ.

Zaraz po gorzowskim triumfie zaczęły się spekulacje czy aby nie powinien być w składzie seniorów, podczas bydgoskiego finału Pucharu Świata, gdzie Polacy przegrali złoto z Duńczykami. Gdybanie jest polską cechą nie od dziś, bo jak “wypomina się” Zmarzlika to i Piotra Pawlickiego dodajmy. Marek Cieślak miał dylemat czy zbudować skład złożony z weteranów, czy radykalnie odmłodzić drużynę. Pech, że seniorzy wcześniej ścigali się o złoto mistrzostw świata. No a presja na zdobycie pierwszego miejsca przed własną publicznością była ogromna, jakby zapominając, że rywale mogą zrobić wszystko, bo startując w polskiej lidze znają tor i nie obca jest im atmosfera na naszych stadionach. Tak czy owak skład srebrnej drużyny z DMŚ albo jak kto woli PŚ, jest już historią. Jak sięgnę pamięcią w odmładzaniu reprezentacji nigdy nie mieli problemów Szwedzi czy Duńczycy z dobrymi wynikami. Presja presją ale Skandynawowie nie mieli żadnych obaw przed pokłosiem wielkich turniejów, wypuszczali więc w bój najmłodszych, dając szansę takim właśnie Zmarzlikom, Pawlickim. Sport celebruje i faworyzuje młodych bez dwóch zdań.

Sukces Bartosza i gorzowian jest potwierdzeniem, że żużel w niektórych miejscach Polski nie ginie. I wprawdzie w obecnej dobie konkurencji sportów wygodniejszych, mniej brudnych i przede wszystkim bezpieczniejszych nie ma już takiego boomu do szkółek klubowych, to speedway nie zniknie tak prędko, choć w skali europejskiej, światowej jest sportem niszowym. Wywołuje on nadal silną ekscytację, jest rodzinnie kultywowany i mocno pielęgnowany.

W gorzowskim turnieju GP przykry wypadek zaliczyli Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk Niels Kristian Iversen. Kontuzja Duńczyka jest bardziej bolesna, “Herbie” utrzymał fotel lidera GP i zapewne 13 września w duńskim Vojens pojedzie, weteran ma niepowtarzalną szansę na trzeci tytuł mistrza świata. Potem mamy jeszcze GP w Sztokholmie i Toruniu; okazję na medal ma Krzysztof Kasprzak i nie powinien jej zmarnować.

W tym “ szaleństwie na Jancarzu” kompletnie zagubił się wraz ze swoim teamem Jarosław Hampel. Trochę miał pecha, lecz tylko trochę. Inteligentny zawodnik był ostatnim w klasyfikacji z zerowym dorobkiem! Nie pamiętam sytuacji by zdrowy zawodnik z elity wypadł tak beznadziejnie. Medialni obserwatorzy jakoś nie dociekali tej trudnej sytuacji, przymykając oko na kompromitujący występ. Środowisko czasem milczy oficjalnie a dostaje odwagi w kuluarach, co nie jest uczciwą zagrywką wobec zawodników. Obserwuję takie sytuacje od dawna i nawet ikon nie stać na prawdziwe oceny a wpadki zdarzają się przecież najlepszym. Hampel będzie musiał spinać się ostro, żeby zmieścić w premiowanej ósemce GP i zabezpieczyć udział za rok. Coś niedobrego dzieje się w towarzystwie Jarosława Hampela, on nie może zjeżdżać z pewnego pułapu na który kiedyś wjechał fantastycznie .

I z jednej strony mamy młodego wilczka Zmarzlika, z drugiej błądzącego, rutynowanego Hampela a w środku jest marka: KASPRZAK.

VOJENS 13 września w ramach Nordyckiego GP będzie zatem ekstremalną próbą dla elity, z pokiereszowanym Hancockiem, Anglikiem Taiem Woffindenem po kontuzji. A kto wie czy nie wystartuje jeszcze Iversen. Żużlowa medycyna czyni cuda z twardzielami zaś Vojens Ole Olsena ma szczęście do walecznego toru i jazd na krawędzi. Będzie się tam tradycyjnie dużo działo!

I teraz na koniec o bulwersującej sprawie Patryka Dudka, który na pewno patrzył jak dzielnie śmiga po torze Bartosz. Sprawa nabrała od początku tempa ślimaka. Adwokaci mają co robić a w świecie sportu nie ma ulg na dopingowe nadużycia. Rozwlekanie nie służy żużlowi i atmosferze wokół niego. Zawodnik zasłania się niewiedzą, zresztą zwykle tak bywa. Jedno jest pewne, że niewłaściwy specyfik znalazł się w organiźmie żużlowca a pokora w pewnych sytuacjach jest bezcenna.

Polska władza żużlowa znana jest z długotrwałych obrad w sprawach oczywistych, vide blamaż/ rejterada karkosikowego Unibaxu na zielonogórskim stadionie rok temu. “Kto szybko daje dwa razy daje” mówi przysłowie. Jasne, że bywają sprawy, które wymagają czasu; dopingowe problemy w żużlu są rzadkością. Alkohol jest już rozpracowany, narkotyki też ale substancje, które wzmagają “apetyt” na jazdy nie tak bardzo. Dudek chciał się wzmocnić, czuł się słaby, ktoś mu doradził, nie sprawdził, wyszło jak wyszło i teraz trzeba z bólem pocierpieć. Dopada ostro FIM Darcy Warda za wybryk z alkoholem, który traktowany jest jak doping. Dylemat Australijczyka może być kuriozalny i ten młodzieniec przez głupotę może pogubić karierę. Straci asa i światowy speedway.

Jak więc widać… różne bywają cierpienia żużlowców, bo gwiazdy spadają czasem nie tylko z nieba.