Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

Orzeł na motorze leci po złoto

Tekst z 29/09/2020 r.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza świata Szwed Ove Fundin/ ur. 1933 w Tranas/ trzymał w swoim sejfie długo, aż zrównał się z nim dorobkiem Nowozelandczyk Ivan Mauger/ ur. 1939/. Tak się stało na Ullevi w Goeteborgu w 1977 roku. W przedzień mocno lał deszcz, następnego dnia tor był ciężki i w takich warunkach Ivan dojechał medalowo do słynnego Ove. Szwed serdecznie/ byłem przy tym/ pogratulował złota nowozelandzkiemu asowi, który w 1979 roku na Stadionie Śląskim zdobył szósty złoty medal; fenomenalny sukces w świetnej atmosferze na polskim torze. Zenon Plech był wtedy drugi. Mauger/ uczeń legendarnego Jacka Younga/ został królem nad królami. Zdobyć tyle medali nie jest łatwo, konkurencja jest czujna, sprzęt opracowany szczegółowo, w tym sporcie decydują czasem okruchy nie tyle szczęścia, co brak pecha. Ivan Mauger/ honorowy obywatel Gniezna/ panował długo, aż pojawił się kolejny kolekcjoner medali Tony Rickardsson/ur.1970 Avesta, klub Masarna/, udane dziecko szwedzkiego żużla, z pokolenia wybrańców cocha o wybitnej osobowości Bo Wirebranda. To on po wstrząsie wywołanym tragicznym wypadkiem nadziei “Trzech Koron” Tommy Janssona zebrał grupę utalentowanych młodych żużlowców, doskonalił ich w test – meczach na brytyjskim rynku i doczekał się medalodajnego Rickardssona, który wiedział, że techniczne możliwości mogą uskrzydlić jego zdolności. Tonny był uparty w ambicjach, stworzył team mechaników, kupił “dom” na kółkach, który stał się symbolem jego sukcesów na torach europejskich. Team samowystarczalny na stadionach; imponowali, nikt nie dorównał im w wizerunku jakości stylu bycia. Model wzorowany na teamach wyścigowej F -1. Tony razy sześć, pierwsze złoto w 1994 w duńskim Vojens a ostatnie 2005 roku w Lonigo na stadionie Marina. Wiedział, kiedy zakończyć karierę /2006/, w pełni sił i perspektywy dalszego żywota. Let’s Dance na parkiecie TV.

Mauger zmarł /2018/, Tony/honorowy obywatel Tarnowa/ ma życie przed sobą, sędziwy Ove Fundin cieszy się dobrym zdrowiem, uwielbia turystyczne jazdy na motocyklu. Przypomnę, że czterokrotny mistrz świata Barry Briggs/ ur. 1934/ z Nowej Zelandii, który wymyślił deflektory nie stroni od bacznej obserwacji żużla. A trzykrotni mistrzowie świata Duńczyk Nicki Pedersen i Anglik Tai Woffinden ścigają się skutecznie, ten drugi ma apetyt w GP na kolejne złoto. Czy da radę? No właśnie. Wisła i Toruń miasto kultowych pierników, smakowitych jak i prince polo. Dojechałem do Motoareny, bo tam tradycyjnie od lat kilku, rok temu też, nastąpi ceremonia kreowania nowego mistrza świata sezonu 2020, szczególnego, pośpiesznego, popędzanego wirusem COVID – 19. Tytułu broni sprzed roku gorzowianin Bartosz ZMARZLIK, który ostatnie dwa turnieje w Pradze błykotliwie wygrał w stylu mistrza świata. Jest liderem klasyfikacji Grand Prix, serialu, który w tym wyjątkowym czasie składa się z czterech podwójnych mityngów. Ostatnie dwie rundy mamy 2/3 października w Toruniu, mieście genialnego odkrywcy Mikołaja Kopernika. Miasto sprzyja oryginałom życiowym.

Czy Bartosz Zmarzlik poruszy “ziemię” żużlowych serc?

Jazdy na praskim Marketa były popisem nad popisami, finezyjnym, brawurowym ściganiem, które miało urodę fantazji, odwagi, umiejętności technicznych i przygotowaniem sprzętu wzorowym. Bartosz wcześniej, przed Pragą wygrał raz na swoim, klubowym torze w Gorzowie GP. Fruwał w swoim stylu, jednak w Pradze dał koncert o czym przekonał się w ostatnim wyścigu na finiszu Woffinden. Tak “latać” umie tylko BZ. W sumie Bartek zwyciężył trzy razy w GP’20. Nabrał mocy…

Historia indywidulanych mistrzów świata rodem z Polski jest krótka. Pierwszy złoty medal zdobył na Stadionie Śląskim w 1973 roku Jerzy Szczakiel, niedawno zmarły. Długo czekał na rodaka na tronie ozłoconym, gdyż dopiero w 2010 roku we włoskim Terenzano Tomasz Gollob był pierwszy. W roku 2019 Bartosz Zmarzlik mający już brąz i srebro na koncie w tej konkurencji wjechał triumfalnie na szczyt speedway’a. Niebywały wyczyn, wykonany niemal w desperackim stylu, widzowie wówczas w komplecie na Motoarenie osłupieli z wrażenia. Pojechał fantastycznie! Tak jak pokonał w Pradze prowadzącego Tai’a. On tak potrafi, bezceremonialnie, pewny sprzętu i władczego opanowania motocykla. 25 lat sobie liczy, od dziecka “ćwiczony” na motorze, zgrany z maszyną jak cyborg. Jego sprinty są zmartwieniem przeciwników.

Gorzowianin ma 7 pkt przewagi nad Szwedem Fredrikiem Lindgrenem i 10 pkt nad Woffindenem. Jest faworytem, przeciwnicy lubią odcinać skrzydła liderom. Taka istota sportu, ba! Nawet sól życia naszego doczesnego. “Bić” mistrza? Spoko, gorzowski mistrz jest mocny i ma autorytet w tym towarzystwie. Ono wie, co potrafi Bartek, również obserwatorzy, fachowcy, komentatorzy, mechanicy, zawodnicy i fani. Zmarzlik wjeżdża z furią na swoje żużlowe Himalaje, nie odrywa się do ściany, wie czego chce, kocha speedway a on jego.

Przyjemnie patrzeć na sportowców, którzy kompletują laury, budują dom z medali, obraz nienaganności w tej dziedzinie i rozsławiają krainę, w której wyrośli. Ten dom jest twój i mój… Zmarzlik wyrósł konekwencją, uporem, taki musi być sportowiec, który nałogowo spieszy do ZWYCIĘSTW. Medale, miejsca na podium, wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego. Hymn narodowy jest wpisany w scenariusz widowisk, łzy szczęścia spadające w tym przypadku z niebieskich oczu mistrza. Kochamy reżyserię takich turniejów nie tylko na żużlu; na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata, Europy – w licznych konkurencjach na różnych stadionach i halach. Adrenalina i atmosfera łamią serca. Emocje wyciskają łzy bez pardonu, nikt nie wstydzi się tego.

Czy Bartosz Zmarzlik da radę na Motoarenie stanąć po raz drugi, aby odebrać złoto IMŚ? Do odjeżdżenia są dwa turnieje, dużo może się wydarzyć, bo speedway funkcjonuje jako extrema. Piątek/ sobota, ten pierwszy dzień ustawi drugi. Odpukuję w niemalowane drewno, tylko jakaś zła moc może udaremnić cel Polaka. Rywale za jego plecami znają swoją wartość, wiele potrafią i nie zapominajmy, że to jest finał Grand Prix, koniec mistrzostw świata anno 2020 i najcenniejszy prestiżowo tytuł do zdobycia. Czy polska Motoarena/ w Pradze były pustki/ może być pomocna? Nie będzie tym razem kompletu, bo wirusowa pandemia wyklucza kibiców, więc siła dopingu osłabiona, lecz gorzowianin jest silnie zmotywowany do wyczynu, jakiego nie dokonał na żużlu jeszcze nikt z jego rodaków. A więc? Toruńska brama szczęścia jest otwarta.

Cień wiatru

 

Processed with VSCO with acg preset
Barcelona F. MJ

Uff. Gorąco się robi, niemal środek lata. Tytuł zaczerpnąłem od pisarza Carlosa Ruiza Zafona, Katalończyka, urodzonego w Barcelonie. Powieść przetłumaczono na 45 językow, sprzedano ponad 10 milionów egzemplarzy. Zafonomania. Przerzucam “Cień Wiatru”, autor pisze – “Ludzie będą gadać i wszystko rozgrzebywać. Człowiek nie pochodzi od małpy, tylko od kury. “La sombra del Viento”, cień wiatru… ZAFON zmarł w wieku 56 lat na raka w czerwcu 2020 w Los Angeles.

Dopadł mnie czas różnych refleksji. Burzliwy czas. Nie jest łatwy, bo pandemia i reszta zrobiły wyrwy w różnych dziedzinach. Egzamin na przetrwanie trwa…

Wystartował SEC: mistrzostwa Europy, indywidualne. Organizatorzy zdecydowali, że przygotują kontynuację pomysłu sprzed lat i już odjeżdżono dwa turnieje: w Toruniu i Bydgoszczy, następne “w drodze”. A zatem poznamy mistrza Europy, broni tytułu Duńczyk Mikkel Michelsen, chyba nie popuści, a chrapkę na medal ma lider klasyfikacji, były mistrz ME jego rodak Leon Madsen/ ur. 1988/, jeżdżący we Włókniarzu Częstochowa. Zgrabny człowiek z tego Madsena, pół Polak, żona z Wejcherowa. A jego rodak Michelsen lgnie do Polski, jeździ w Motorze Lublin. Odważny, coraz lepszy, 6 lat młodszy od Leona. Jeszcze miesza między Duńczykami, ich rodak weteran, trzykrotny mistrz świata lat 43. Taki oto mamy wiatr z Danii. Pretendentów do mistrzostwa jest jeszcze kilku. – “Uwidim” mówi Grisza Łaguta. Polska strona zalicza  “kratki’. Faktycznie uwidim…

A nie widzę wiatru z FIM, czyli Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Fatalna sprawa, wstyd, nie będzie mistrza świata anno 2020?! Rzecz bez precedensu.

Polacy dali szansę zagranicznym zawodnikom, zatem podłączyli ich do swoistego, żużlowego respiratora. Ekstraliga wystartowała udanie, teraz następne ligi, etapami. Brak decyzji w przypadku FIM jest świadectwem bezradności. Polska strona powinna już dawano temu oprotestować np. likwidację drużynowych mistrzostw świata. NIE wystartować w jakimś dziwnym tworze w postaci Pucharu Narodów. Polaków stać na dyktat, bo moi rodacy dają pracę dużej grupie zagranicznych zawodników a tym samym łożą na utrzymywanie żużla na świecie, głównie na Starym Kontynencie. Nie można dopuszczać do upadku żużla poza Polską; trzeba sprzeciwiać się brakowi kreacji tej dyscypliny, absencji promocji tam, gdzie speedway notuje drastyczny regres. Pamiętam czas, kiedy Polacy budowali tory na Węgrzech i dlatego Madziarzy mogą pochwalić się nie tylko zdolnym Zoltanem Adorjanem, niegdyś uczestnikiem MŚ. W jakiej sytuacji są teraz Bratanki? Trenowali ich także polscy szkoleniowcy. Upadek żużla na południu Europy jest wyraźny. W Italii, skąd pochodzi  pseudoguru żużla, który jest a jakby go nie było, speedway zginął. Cień bez wiatru.

Brak decyzji w sprawie IMŚ’20 / już w połowie roku/ jest wielką grandą. Mało mnie obchodzą straty BSI, która dostatecznie dużo wydoiła z organizatorów GP od 1995 roku, m.in. dzięki służalczości naszych prezesów, którzy wydzierali sobie organizację turniejów Grand Prix. Była to sytuacja psująca rynek, pozbawiająca szans tym, którzy powinni promować speedway tam, gdzie upada.

A więc jak będzie z rokiem 2020? Miesiące uciekają szybko, problem może być uratowany jednym turniejem, jeśli ten czas zostanie złapany w sieć i nawet późną jesienią taki event światowego formatu przygotuje WARSZAWA na Stadionie Narodowym, byłoby fantastycznie. “KONCERT” żużlowy. Nie wiem, jak z terminami na tym obiekcie, ale warto dołożyć występ gwiazdy estrady a takowe wydarzenie może być dziełem znanej firmy PRESTIGE, która ma na koncie serię kontraktów na polskim rynku  z gwiazdami światowego formatu. Nota bene Prestige ma “żużlowe korzenie” z Ostrowa Wielkopolskiego. Wyłonienie mistrza świata  w roku 2020, w szczególnym ze względu na pandemię i przyznanie organizacji Polskiemu Związkowi Motorowemu należy się jak psu kość. PZM powinien zadbać o taką szansę. Świat zna połączenia sportu z estradą, w tym przypadku głośny short event, warto dedykować ofiarom pandemii!

Poszczególne sportowe federacje zaplanowały imprezy, które zostały odwołane z powodu koronawirusa, FIM SPEEDWAY milczy; Anglicy spod znaku BSI siedzą w szufladzie bankowej i liczą funty. Ich czas dobiega zresztą końca, bo umowa kontraktowa z federacją skończy się niebawem, w sumie kończą fatalnie. W tym kontekście media nabrały wody w usta, zwłaszcza TV, klakierstwo beznadziejności źle wróży. Serwilizm zwykle przepada historycznie. Nadjeżdża walec i słabych gniecie. Można transmitować, bo to kontrakt, lecz w sytuacji awaryjnej warto pokazać charakter, mieć swoje zdanie. Kiwanie się na boki nic nie daje. Udawanie, że nic się nie dzieje, jest fałszywą grą.

Kto ruszy do boju? Front musi być jednością. Brak mistrza świata obniży rangę żużla.

Oto prężna ONE SPORT z Torunia dokończy mistrzostwa Europy. Tak być powinno. Bez obrazy, jednak ME nie mają takiego prestiżu jak indywidualne mistrzostwa świata. Tyle lat przeszłości/ od 1936, Wembley, Londyn/, lecz II Wojna Światowa przerwała organizację MŚ, dramat ludzkości i pauza. Ale teraz? Odwaga w działaniu, charaktery w sportowym świecie i nie tylko, hartują trudne sytuacje. Taką mamy, sądziłem, że w czerwcu strategiczna decyzja na forum FIM zapadnie i Bartosz Zmarzlik będzie bronił złotego medalu. Czyżby nie miał okazji a jego rywale szans walki? Nie wyobrażam sobie, martwi mnie mocno głucha cisza… Słabości w sporcie mają przykry zapach. A życie i czas uciekają szaleńczo, dlatego trzeba się spieszyć, gonić, walczyć. Wygrać.

Morricone

Zacząłem felieton od literatury światowej, teraz muzyka wielka jak ocean, oto w Rzymie zmarł/ 91 lat wybitny/ kompozytor ENNIO MORRICONE, twórca wyrafinowanych, subtelnych ścieżek dźwiękowych do ponad 500 filmów, z Oscarem za dzieła. Pamiętacie “Misję”,  “Dawno temu w Ameryce”, “ Frantica”, “Dobry, zły i brzydki”, “Niebiańskie dni”, czy “Nietykalnych”? Blisko 100 milionów sprzedanych płyt! Absolutnie postać ponad Oscarowa. Kiedy mi źle na duszy słucham filmowej muzyki Maestro… Twórcy odchodzą, dzieła zostają na pokolenia, dają nam wzruszenia, emocje w słuchaniu, oglądaniu. Jak w sporcie, chwile uniesień, doznań przenoszą nas w inną przestrzeń.

RANGA mistrzostw świata na żużlu jest podobna igrzyskom olimpijskim. Kto niszczy IDEE nie powinien być namiestnikiem wykonawców oraz milionów sympatyków.

Tak myślę, z cieniem wiatru.

 

Jadą i niosą “pola”, hej!

ducati-speedway-motorcycle-625x417

I zaczęło się; lepiej, gorzej, wspaniale i średnio. Premiera polskiej Ekstraligi, jedynej na tej planecie, bo gdzie indziej nie ma. Maski kryły mimikę. Był rechot z byle czego i wrzaski, po których dzieci uciekały sprzed telewizora, jakby któryś z polityków dał głosu do wiwatu. Krzyk jest dobry, ale w piwnicy. Dobrze, że m.in. redaktor Jan Ciszewski tego nie słyszał. Jak premiera, to premiera. Było “ślizgo” oraz inne dziwolągi, a na torze lało, wysychało, zawieszeni, nie zawieszeni ścigali się, bo hulaj dusza, gdy pozwalają dawać czadu. Fajnie. Deliberacje, czy można jechać na takim torze czy nie – zostawmy wreszcie arbitralnie sędziom, bez presji jakiejkolwiek, tak było przez długie lata, dziś mędrcy świata, monarchowie grzebią tam, gdzie nie powinni. Brakuje kibiców, bo oni organizują atmosferę, zawodnicy ciągle powtarzają, że jeżdżą dla nich, nie do końca, bo najważniejsze co innego. “Wyklęty fighter żużla” Piotr Pawlicki jr. dał popis w Gorzowie z Bartoszem Zmarzlikiem, w którym ostatnia solówka należała jednak do mistrza świata. Koncert jazdy na krawędzi zawału, lecz speedway nie jest dla tych, którzy liczą tylko na start albo demoniczne gonitwy pod bandą. Rosjanin Artiom Łaguta sześć razy szybko wygrywał w Częstochowie, w przemoczonym meczu. Artysta, mołodiec.

Żużel jest wielowarstwowy, mieszanka techniki, dojrzałości, fantazji, odwagi piekielnej. Takie ściganie jak tych dwóch pokazało w Gorzowie Wlkp. przechodzi do historii pojedynków. Jazda na cool torze, bez faulu, do wstrzymywania oddechu i szalonej radości na mecie. Można być happy.

“Manewry” na starcie znowu niestety były, obawiam się, że będą podpatrywane przez nudziarzy po aptekarsku: kto wcześniej mrugnie powieką?! Panowie opanujcie paranoiczne podejście do tego męskiego sportu. Niech powtórki nie psują widowiska i niech traktory nie robią na torach atrakcji na siłę.”Maglowanie” rozciąga mecze, turnieje. Tempo musi być cenne, cierpliwość ma granice.

 

Nowy układ tabeli wyścigów trafiony, jak udany prezent. Niektórym wydawało się, że mogą a niestety mecze pokazały, że przenoszona ciąża wymaga “technicznego” leczenia. OPERACJA polska Ekstraliga jest na obrotach i będzie dokazywać – gdzie tylko się da, lecz nie ma zgody na pomyłki, każdy punkt na wagę cito faktury. Młyn zaczyna mielić.

Wspomniałem o startach, proponuję nagradzać tych… co dłużej zostaną pod taśmą, za chwilę zapomnienia, bo ci, którzy imponują refleksem albo jak się uparcie powtarza “wstrzeliwują w start” są karani. Obłęd. Rozumiem ewidentny ruch zawodnika pod taśmą ale trzeba kaprawego oka/ jest taki jeden teleextra obserwator/ by zgnoić refleks, uznać jako “kradzież startu”! Jacy złodzieje, gdzie policja? TRWA upiorne polowanie na startowych złodziejaszków. Jak długo? Szukanie winnych pod taśmą jest chorobliwe /dżuma?/.

 

Ale… sędzia Remigiusz SUBSTYK w Lesznie dał postartować zawodnikom, pewnie znowu mu się oberwie od malkontentów procedur, nie szkodzi… Niech puszcza tych, co mają refleks! Tego uczą w szkółkach, a potem jest idiotyczna kołomyja pod taśmami.

WSZYSCY uczestnicy żużlowych meczów byli nienaganni w przestrzeganiu rygorów, obostrzeń regulaminowych nad którymi krąży groźny wirus w koronie. Nie ma zbliżeń, nie ma zdejmowania masek, brakuje tylko zbroi. Podobno zakazane nawet… myśli sexy. A piłkarze grają bark w bark, spływa pot, mamy wywrotki jeden na drugiego. SPEEDWAY PL wzorowy, nie wiem jak jest w szatniach ale sądzę, że sanitarni, klubowi komisarze wiedzą co robią. Mycie jest luksusem. A kibice przed ekranami TV, nie mogą się przewietrzyć w nadmiarze na stadionach, choć w galeriach handlowych ścisk, podobnie w świątyniach, na ścieżkach rowerowych, byle gdzie. Czegoś nie rozumiem: łażenie po sklepach dozwolone a siedzenie na stadionach w odległościach nakazanych, z obostrzeniami sanitarnymi, zagrożeniem?! Co lepsze: powietrze i wiatr czy brudy klimatyzacyjne w handlowych centrach? Głupota nie jest samotna. Pączkuje jak wesela. Teatr bez widzów jest tylko próbą dla aktorów. Brakuje adrenaliny, oddechu widza, kichnięcia, oklasków i wybuchów entuzjazmu. Oh, Rolling Stones grają, wyobraźcie sobie na pustym stadionie, w hali bez ludzi? Nie dajmy się ogłupieć w szaleństwie pandemicznym; zresztą epidemie mają różne oblicza: objawowe, bezobjawowe, dramatyczne, tragiczne, schizofreniczne, z oznakami grubych oszustw i cudownie ocalonych pacjentów.

Towarzystwo żużlowe PL zademonstrowało zdyscyplinowanie i… wygłodzenie po długiej przerwie. Ryba bez wody zbliża się do ości. Polski speedway pokazał organizację meczów z ładnymi, firmowymi maskami bez mimiki. Był dryl.

I jeszcze jedno, dlaczego tylko w żużlu przepytuje się w miejscu, jakby nie było intymności sportowej rywalizacji, czyli w parkingu osoby w emocjach a w innych sportach nie ma rozmów w szatniach, tylko przed zejściem z boiska, z parkietu tam, gdzie człowiek powinien czuć się swobodnie. Bez podsłuchu, bez oka kamery. Męska gra mało męska. Refleksja retoryczna, lecz ten “cyrk” wylansowany przed laty jako atrakcja reporterska mało wnosi w takim wydaniu do obrazu wydarzenia. Bywają nagłe głupie pytania i podobne w stylu odzywki. Człowiek/ zawodnik/ potrzebuje chwili wyciszenia, kilku minut oddechu, poskrobania się za uchem i nie ma ochoty na odpowiedzi.

KIBICE oczekują w domu naturalnego wytchnienia a tu ryk reportera ogłusza, TV czy radio? Przecież widzimy co się dzieje, bywa, że fani wyłączają krzyki i śmichy. Wystarczy obraz. Jak krzyczeć, to przy sztormie a nie do czułego mikrofonu… Modulacja głosem jest talentem, można nakręcić emocje nie tylko ryczeniem na pełny głos. Cichooooosza… Jaka ulga.

No i te pola… niosą, jadą, jakaś obsesja. W końcu kto jedzie zawodnik czy “pole startowe”? Slang – małej, dużej, pola, etc. jest trudny dla normalnego widza. Tłumaczenie tego wszystkiego komuś, kto pierwszy raz zasiada przed tv, rozprasza uwagę transmisji i zabiera czas. Proponuję zatem wydać słowniczek żużlowego obciachu. Autorzy są, zawodowcy etatowi oraz naturszczyki forever, słowa wstępne może od profesorów Jana Miodka i Jerzego Bralczyka. Będzie hit i jasna sprawa w obszarze tajemnic czarnego sportu. Czarne może okazać się białe. Znamy przecież takie szachy.

No właśnie, mój przyjaciel fan zagorzały żużla po felietonie, w którym proponuję dymisję szefa światowego speedway’a Włocha Armando Castagny, za brak pomysłu na rozwój tego sportu, podpowiada, że przecież jest wieloletni działacz struktur Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/, szef Rady Nadzorczej Ekstraligi, honorowy prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski, który może objąć ster światowego żużla. Nasz człowiek, szef ligi, która rządzi elitami, animator m.in. Grand Prix. Da radę, jak zawsze do tej pory, zatem do dzieła! Kto za, kto przeciw?  

Plebiscytowy himalaizm

Noble, Oskary, Globy, Orły, Lwy, Niedźwiedzie, plebiscyty, kryształowe kule, słowiki.

I jeszcze ruletka, i jeszcze hazard kasyn od Las Vegas po Hongkong. Wenecja, Berlin, Sztokholm, Hollywood, Warszawa, Gdynia, Leszno. Loterie mieszają się ze szczęściem. Gramy, wybieramy, uzależnia hazardowanie bez opamiętania. Brniemy, wygrywamy, przegrywamy, kochamy plebiscyty czyli rodzaj zabawy, czekamy na filmowe Oscary.  Królewska, szwedzka ekipa pod wezwaniem Nobla wskazuje wybitne osoby w poszczególnych przedziałach życia od literatury a na naukach ścisłych kończąc. Prestiż jest potrzebny światu, ta szalona brand, marka, szacunek za osiągnięcia  w sporcie koronują najlepszych asów. Celebracja niebiańska, kreacje, nerwy, zapach blichtru. Normalność zostaje w toalecie. Ceremonie niecodzienne, strojne z poniżaniem ubóstwa.  Budujemy autorytety, krytykujemy, godzimy się na wybory a laureaci przeżywają  swoje najlepsze dni. Blask potrzebny od czasu do czasu, barwa uroczystości, gdzie skromni ludzie kreowani są na bohaterów naszych czasów i następnych lat dla potomności. Niepokonani. Także przegrani. Zwycięstwa i porażki mają smak marcepanu i piołunu.

Łatwo czasem wejść do historii, trudniej z niej wyjść. Nie zawsze udawanie palenia cygar nobilituje, raczej lans taniego pozerstwa i opera mydlana za 3 grosze. Elegancja miesza się ze słomą, zapach perfum z wytryskami szampana. Twardziele na miękko.

Wybieramy człowieka roku i sportowca roku, złote myśli i brudne powiedzenia. Pisma, regiony chcą mieć liderów minionych miesięcy. Wybieramy najlepsze balkony i domy,  samochody i marki najbardziej trwałe. Najlepsza rola aktorska i zwyciężczyni festiwalu piosenki bez granic. Każdy przełom roku karmi nas wyborami różnej fascynacji, kontrowersji. Emocje i przygryzanie warg są oznakami ambicji, arytmii serc.

Przez blisko 30 lat byłem świadkiem wyborów w opiniotwórczej wtedy, ogólnopolskiej sportowej gazecie, najlepszych sportowców. Byłem blisko tych wyborów. Konkurencja stołeczna miała plebiscyt z bogatą historią. Różnica pomiędzy plebiscytem a wyborem redakcyjnym, sugestiami czytelników była taka, że w tym pierwszym przypadku dawniej listami, kartkami/ po ileś tysięcy przychodziło np z jednej miejscowości na jednego idola/ a dziś smsami wybiera się tych najlepszych. Wybory przez Jury czy Kapitułę mają inny charakter, nie grzeją się telefony. Nie ma ustawki, decyduje potrzebny w upiornej fascynacji rozum. Nie ma populizmu, może notujemy mniejszą adrenalinę a więcej oferujemy racjonalizmu. 85 lat istnienia firmy plebiscytowej urosło w uwielbianą tradycję balu nad bale warszawskiej gazety sportowej nr 1 na polskim rynku. Szapoba.

Ten felietonowy wstęp przygotowałem w kontekście wyboru Bartosza ZMARZLIKA sportowcem roku 2019 w 85 Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Z wyraźną przewagą wygrał gorzowski mistrz świata przed Robertem Lewandowskim, wybitnym, światowego formatu bramkostrzelnym, technicznym, piłkarzem Bayernu Monachium. Różnica pomiędzy tymi sportowcami polega nie tylko na wzroście i odmienności sportu. Futbol jest w świecie popularny, Lewandowski znany i uwielbiany; Zmarzlik został trzecim polskim żużlowcem, który brawurowo zdobył mistrzostwo świata. Kiedy pracowałem we wspomnianym dzienniku sportowym i prowadziłem wiele lat speedway, patrzono na mnie jak na desperata, szanowano z przymrużeniem oka, bo wtedy żużel PL nie błyszczał, walczyłem uparcie ale nie skrycie/ z sukcesami wspominam nieskromnie/ o rangę tego sportu, lecz każde niepowodzenie było radością obozu oponentów w stosunku do sportów motorowych. Z zazdrością kwitowano statystyki o dużej liczbie widzów na stadionach żużlowych, większej, niż na futbolowych meczach. Spotykałem się z opiniami, że kibice przychodzą ”tylko” na… wypadki żużlowe. Szpile wbijano, bolało. Wytrzymywałem. Kto mnie zna, nie dam się tak łatwo podeptać. Więc ciągle jestem, sam się dziwię czasami, respondenci “reanimują”.

Wszystko co piszę, poruszam w kontekście skromnej, lecz fantastycznej wygranej Bartosza. I frustracji zadufanych wielbicieli piłki nożnej. Jakby zatracili grunt pod nogami. Wojciech Kowalczyk, którego lubię słuchać, bo cechują go nieszablonowe opinie i gość wali prosto z mostu jak samobójca, były reprezentant Polski, olimpijczyk z medalem, mocno obraził w sieci laureata tegorocznego plebiscytu “PS”, postponując jego sukces a gloryfikując Roberta Lewandowskiego, jednego z najlepszych na świecie graczy  futbolowych. Radzę Wojciechowi Kowalczykowi by zrobił łyk zimnej wody i pojął, że to wierni kibice wybierają ulubionego sportowca a lobby żużlowe jest wielką, zgraną rodziną bez sierpów i młotów na stadionach czy “żyletach”. Nie grajmy na aferę.

Lobby piłkarskie jest inne od żużlowego, świat futbolu karmi się od dłuższego czasu transferami niebotycznymi, ryzyko… utraty życia na murawie jest prawie żadne, zaś na torze sekunda to wieczność i skazanie na udrękę. Speedway jest ekstremalny, wymaga umiejętności, zawodnik sam nie jedzie, dosiada motocykla. Wywyższanie jednych sportów nad drugimi przez ekspertów niektórych stacji TV czasami nabiera gatunku groteski. Przykra pycha i narcyzm wybujały. Nie wysilajmy się na oryginalność. Nic tak nie plami jak atrament, w przypadku obywatela W. K. to był chyba czarny i wylał się tam, gdzie mężczyźni zapinają spodnie. Paskudny pech. Sportowiec bruka sportowca. Czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem wielce sympatyczny fighter Paweł Fajdek, który jest wyluzowanym, inteligentnym facetem, wydał opinię, że nie jest motocyklem Bartosza Zmarzlika, w którym można wymienić jakąś część, gdy motor nie jedzie. On /czyli obywatel PF/ musi liczyć wyłącznie tylko na swoje zdrowie. Jasne jak księżyc w pełni. Dlatego trenuje od RPA po USA/ Chula Vista/, ma super trenerkę i rzuca. Daleko. Młociarz liczy na młot a hokeista na kij, piłkarz na podbicie kontraktu, tenis ma szlemy a F-1 szykany. Piłkarz może tygodniowo, bez narażania życia, zarobić furgon tysięcy euro, albo więcej. W tenisie za 7 dni milion $, z białym ręcznikiem. Jest fajnie, prawda?

Przełom roku cechuje atrakcyjna taśma rozmaitych plebiscytów a nie zrównoważonych wyborów przez Jury czy Kapituły, gdyż nadsyłanie SMS – ów jest korzystne finansowo dla organizatorów. Nie ma życia bez bankomatów. Inflacja nie ważna, dolce vita.

Jeśli Grupa Speedway skrzyknie się w konkretnej sprawie, dojedzie medalowo do celu. Walka o zwycięstwo w prestiżowym plebiscycie “PS” rozgrywała się ostro pomiędzy Robertem Lewandowskim a Bartoszem Zmarzlikim. Wygrał skromny mistrz świata, złoty medalista, ponadto zwyciężył niepokorny speedway made in Poland – Stal Gorzów Wlkp. Piłka nożna potężna w swojej strukturze z kontraktami milionowymi w euro i dolarach, rozpieszczana bajońsko potknęła się na ostatnim wirażu. Lewandowski jest światowcem, stać go na szczere poszanowanie lauru kolegi z toru. Gratulacje dla obu.

I jeszcze jedno: mówi się, że królową sportu jest lekkoatletyka a nie futbol. Mamy rok olimpijski, letnie igrzyska w Tokio, mamy też mistrzostwa Europy w piłce, będą medale w Japonii, zaś futbolistów czeka trudna batalia zespołowa. Kapitan Robert wie co robi.

No cóż, motocykl okazał się plebiscytowo szybszy od najpiękniejszego gola. Tak kibice wybrali, do nich należały minuty bez dogrywki. Kartek nie było ani gwizdka, każdy schował w sercu swojego zwycięzcę, obojętnie od miejsca na podium. I czy jest ściganie w Gorzowie albo miotanie w Chula Vista, fani mają swoje bajo bongo.

Zmarł Roman Matousek, czeski żużlowiec/ ur. Slany/, miał lat 55 i bujną karierę na torze i poza nim. Był żużlowcem, który jeździł szatańsko, zamykano oczy, rozstawiał rywali i pędził przed siebie. Kontrowersyjny diabelnie, reprezentant Czech ale i sportowiec, który miał problemy z prawem. “Rumcajs”, którego nie można zapomnieć za jazdy; ściganie na krawędzi życia i śmierci. Charakter do walki obojętnie gdzie i jak. RIP.

Tata nauczył mnie żyć

 

Słodycze odstawił, choć je lubi. Teraz nie tylko żużlowy świat lukruje nowego mistrza globu. BARTOSZ ZMARZLIK. Lat 24 i perspektywy na kolejne tytuły. Ma w sobie coś, co predestynuje go do kolejnych laurów najwyższej wartości w sporcie. Skromny ? Tak. Utytułowany bardzo, bo przecież wcześniej już zgarnął brązowy medal i srebrny MŚ. Gorzowianin, który postawił dom na placu, gdzie ojciec Paweł wybudował maluchowi tor. Tam Bartosz postawił dom. Uczył go jazdy na żużlu Bogusław Nowak, zawodnik Stali Gorzów, który wskutek wypadku na rybnickim torze korzysta z wózka inwalidzkiego. Od początku wierzył w karierę wychowanka, bardzo zdyscyplinowanego, sumiennego. “Na niego nie trzeba krzyczeć, on wie co robić i podporządkowuje się sytuacjom ekstremalnym” – mówi Bogusław Nowak. A nowy mistrz świata podkreśla rolę ojca Pawła w teamie i akcentuje tata “nauczył mnie, jak żyć”. Rola mamy Doroty jest bezcenna, trzyma rękę na pulsie żużlowej rodziny. “Zawsze rodzina była dla niego najważniejsza oraz speedway” mówi Stanisław Maciejewicz były mechanik Stali Gorzów, reprezentacyjny “majster” przez długie lata. Doświadczony jak mało kto.

Wyjątkowy zawodnik. Gorzów na żużlowej mapie Polski i świata znaczy ogromnie dużo, tam rodzą się talenty a sława Edwarda Jancarza czy Zenona Plecha podbija cenę tego miasta i regionu. Tm chodzi się na żużel, tam kocha się ten sport i tych, którzy ścigają się po medale. Speedway jak stal, jak Gorzów…Talenty z mini toru we Wawrowie.

Bartosz Zmarzlik zdobył tytuł najlepszego żużlowca świata roku 2019 w ostatnim turnieju serialu Grand Prix na toruńskiej Motoarenie. Był liderem przed zawodami, a najwięksi konkurenci byli bardzo blisko; drugi na liście Rosjanin Emil Sajfutdinow miał 7 pkt straty a trzeci, Duńczyk Leon Madsen 9 pkt. Mało, trzeba dużo odporności, żeby wytrzymać presję, odeprzeć ataki przeciwników, którzy moc potrafią, mają sprzęt nienaganny. Bartek trzymał w napięciu komplet widzów na stadionie toruńskim, przed telewizorami oraz swój team. Nie od razu było wiadomo, kto rządzi na Motoarenie, wybijał się z ”tłumu” Madsen, zwinny jak kot, szybki na starcie, uciekający przed siebie jak zranione zwierzę, tracący pozycję i odzyskujący grunt po kołami. Leon zawodowiec. Emil Sajfudinow na pewno liczył na lepszy medal, jaki ostetcznie przypadł mu w udziale, bo brązowy to on już ma w domu. Duńczyk był świetnie dysponowany i nie musiał niczego… tylko mógł. Posrebrzył siebie ładnie.

A Polak jechał z presją na plecach ale i poparciem gorących serc sympatyków. Udało się? Nie udało, tylko wywalczyło po mistrzowsku. Zmarzlik pokazał styl złotego medalisty i mimo, że Madsen zbliżał się do niego jak torpeda, dwoma punktami sięgnął po trofeum, które będzie teraz symbolem jego już bogatej kariery. Duńczyk wygrał wszystko, był w furii, ścigał się jak na skrzydłach. Polak w finale po zapewnieniu sobie tytułu pojechał wyluzowany i patrzył jak rywale stoją na podium ostatniej rundy, on był myślami gdzie indziej, przy podium ostatecznym, najważniejszym, najcenniejszym dla niego. Jakie to wspaniałe uczucie być mistrzem świata – podkreślają zawsze zawodnicy ze złotymi medalami. Tak, bo to oznacza ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem wielu lat a czasem tylko łutu szczęścia. Bartosz Zmarzlik zasłużył na sukces bez żadnych komentarzy zbytecznych. Rok temu szarżą wygrał przed nim Anglik Tai Woffinden w Toruniu, teraz tam właśnie Polak nie dał szans rywalom i awansował do finału po wspaniałym wyścigu. Mistrz pojechał jak mistrz! Uśmiechnięty, szczęśliwy, rodzinny do bólu, talent udoskonalany przez lata. W wyścigach ligowych, w gonitwach turniejowych tu i tam, wzór sportowca, który ma charakter bycia sobą wszędzie. Imponuje.

Trzeci Polak w historii tego sportu został mistrzem świata; po Jerzym Szczakielu/ 1973/ i Tomaszu Gollobie/ 2010/. Ten pierwszy triumfator długo był samotnym mistrzem, ten drugi szybciej doczekał się kolejnego polskiego zawodnika w koronie światowego czempiona. Mistrz z Gorzowa bez nałogów, błyskotliwy naturszczyk, który kocha speedway a ten sport pieści jego bez granic. Miłość obopólna, na dobre i złe.

Wypisywanie laurów na temat Bartosza Zmarzlika w zasadzie mija się z celem, bo cechy dodatnie ma we krwi, jakby tak musiało być, czy mu strzeli woda sodowa do głowy mocno wątpię, więc odnotowuję nie pierwszy raz jego silny charakter bycia najlepszym. Wygrywa jak szaleniec czasami ale myślę, że teraz uporządkuje jazdy, tytuł dał mu wiarę, że nie wypada na tym poprzestać. A jest wierzącym człowiekiem, co pomaga mu w wielu przypadkach nie tylko na torze. Mój Boże tylko 24 lata, ile przed nim startów? Kondycyjnie mocny, charakterny podkreślam i zmobilizowany na trudy walki w różnych warunkach. Jeśli podsumować lata startów i pomyśleć o przyszłości, jasno klaruje się sytuacja z dalszymi sukcesami. Nie może być inaczej, szczęście sprzyja lepszym, gorzowski matador wie, że nic nie spada z nieba, on uwielbia ściganie żużlowe, zna smak zwycięstw i dyskusji przy motocyklach, silnikach sposobionych przez Ryszarda Kowalskiego. Brat Paweł wierzy w brata, sam startował kiedyś ale rodzinna scheda przypadła Bartkowi i familijne wspomaganie uskrzydla mistrza anno 2019.

Na wiosnę kolejne rundy mistrzostw świata i Polak będzie bronił złota. Organizatorzy mają w planie pewne zmiany, zobaczymy co to za nowości… Dominacja Polaków jest wyraźna, do serialu awansowali Maciej Janowski i Patryk Dudek. Mistrzem świata juniorów na pardubickim torze został Maks Drabik. Juniorzy są mistrzami świata i Europy. Jak powstrzymać polski huragan? Radzę federacjom szkolić talenty, polskim władzom wypieszczać takich jak Zmarzlik. Boję się, że światowi włodarze żużla nie bardzo wiedzą jak odbudowywać stracony grunt tam, gdzie speedway był ceniony. Odrzucenie drużynowych MŚ jest sabotażem. Armando Castagna /FIM/, Paul Bellamy/BSI/ nie uniosą ciężaru renowacji tego sportu, toteż polska strona powinna narzucić swoje warunki, gdyż dominacja w życiu nie sprzyja rozwojowi. Tak nie może być, żeby nami rządzili inni, a Polacy jako mistrzowie byli dla nich utrzymaniem. Gdzie sprawiedliwość dziejowa? Gdzie? Takie dziwactwo do odrzucenia. O tym kiedy indziej.

BARTOSZU, gratuluję złota, byłeś kiedyś mały, dziś jesteś wielki. Tata nauczył ciebie, jak żyć… piękna fraza i niech tak zostanie do końca.

Niebieskie oczy 95!

22894

Jedzie, walczy, uśmiecha się, dziękuje wszystkim, srebrny i brązowy medalista indywidualnych mistrzostw świata. BARTOSZ ZMARZLIK. Nr 95, taki sobie wybrał do startów, urodził się w 1995 roku w Szczecinie. Startuje w Stali Gorzów. Chłopak świadomy swojego życiowego wyboru, od dziecka. Uparty, ambitny, głodny wygrywania, pracujący nad sobą i marzący, aby zostać nie tylko raz mistrzem świata, być najlepszym wśród najlepszych w elitarnym klubie pn. SPEEDWAY. Kariera sportowa brukowana rozmaitymi chwilami. Ale nigdy nie było zwątpienia. Błędy korygowane, sukcesy znaczone ciężką pracą. Młody Bartosz fruwał jak niespłoszony ptak, czasami ludzie zamykali oczy z przerażenia, zmieniał tor jazdy, ocierał się o bandy, wjeżdżał tam, gdzie mało kto by potrafił. On śmigał i wychodził na swoje. Nr 95, Zmarzlik, Bartosz.

 

Nie srebro, nie brąz ale złoto jest największym marzeniem każdego sportowca, Mazurek Dąbrowskiego wyciska łzy szczęścia, tarmosi serce, chce się wyć nie po cichu. W żużlu, sporcie pozbawionym pięciu kół olimpijskich podium z nr 1 to nie tylko szampan, nie tylko fajerwerki, lecz i narodowy hymn. I gratulacje, i szczęśliwa twarz, na której jest wymalowany wysiłek oraz satysfakcja. Kiedy patrzę na finalne zakończenia wielkich imprez sportowych przeżywam wzruszenia razem z aktorami tego widowiska, którzy stoją na podium. Tak, wzruszam się bez wstydu żadnego, to jest miłe i zostaje na zawsze w sercu. Napompowana adrenalina, rozkosz, choć ma różne smaki.

Czy piszę hymn pochwalny zawodnikowi, który nie kupuje szczęścia, tylko wykuwa je przez długi czas? Nie, to radość, że taki zawodnik znów wojuje w polskim żużlu na najwyższym poziomie. Nic nie spadło mu z nieba, wyjeździł kilometry ścigania jak kierowca TIR – a na trasach trudnych i łatwiejszych, na torach, gdzie uciekał do mety jak orzeł do gniazda, by potem wzlecieć wysoko, pod chmury i “wylądować” w ciepłym, rodzinnym gniazdku. Zdobyć medal brązowy mistrzostw świata jest sukcesem ogromnym, zwłaszcza w wieku, który rokuje następne medale. Talent. Wywalczyć srebrny medal MŚ po brązie jest prognozą wzbudzającą respekt rywali. Radość i satysfakcja. Nie zawsze świeci słońce, nie zawsze pada deszcz. Obok syna jest wszędzie ojciec Paweł, trener, menedżer. Rodzinna para, nie każdemu to się udaje w labiryncie kariery. Czuwa nad nimi jakaś boska siła. Zmarzlikowie team do wygrywania.

W sezonie 2018 złoty medal MŚ był bardzo blisko, toruński tor elicie jest znany jak własne karty kredytowe. Atakiem imponującym, śmiałym, inteligentnym złoto wyszarpał Anglik Tai Woffinden. Gracz z najwyższej półki, charakterny, mający ambicje dorzucić jeszcze do trzech tutułów mistrza świata następne. Hazardzista? Mistrzowie tacy są, mają swoje poczucie wartości. Woffinden w tym sezonie odarty został przez ciężką kontuzję z walki o podium MŚ. Szkoda, bo walka jego z Bartoszem byłaby dokumentem w historii żużla na moc osobowości, które zamieniają pospolitość na sztukę, na jazdy brawurowe splecione umiejętnościami technicznymi. Atrakcyjne fajerwerki na motocyklach, które legitymizują mistrzów. Może nawet arcy…

Jest fantastycznie, Bartosz Zmarzlik jest liderem serialu Grand Prix i ma przed sobą dwa turnieje: Cardiff i Toruń. Zamiast Woffindena jest za plecami w tym sezonie Emil Sajfutdinow, zawodnik z rosyjskiej ziemi, sympatyczny, który na koncie ma już jako mołodiec brązowy medal IMŚ. Emil potrafi dużo, ma charakter żołnierza, który nie składa broni i poddaje się rywalowi. Millennium Stadium w Cardiff będzie areną bitwy a może już tam poznamy mistrza świata anno 2019? Tego nie wie nikt. Może wygrać ten turniej ktoś przypadkiem, lecz stawka turnieju jest prestiżowa dla lidera GP, który rok temu właśnie na tym obiekcie sprawił, że zagrano głośno, kryształowo “Jeszcze Polska…” Cudownie, Wyspy Brytyjskie przygarnęły kilkadziesiąt lat temu speedway i nadały mu królewskie insygnia. Teraz speedway tam jest w kryzysie ale kibice spragnieni ścigania wierni są sportowi i wierzą, że będzie reanimowany na poziom zwycięstw w mistrzostwach świata. Byli potęgą a Polska uczyła się od nich wszystkiego, co żużlem pachniało. Dziś Polacy są nauczycielami; tak się zmienia w życiu, że uczeń jest lepszy od profesora. Belfer, mentor szanuje najczęściej utalentowanego wychowanka.

Po Cardiff jest finał w Toruniu /5 X/. Szkoda, że nie na Narodowym w Warszawie! Obiekt stołeczny i większy. Będzie się działo, będzie zabawa, jednak trzeba zaliczyć wyścigi, wypracować punkty. Fascynująca gra mistrzów na torze, skąd przez okno dachu widać gwiazdy na niebie. Toruń jest miastem Kopernika, choć niektórzy mówią, że kogoś innego dzisiejszych czasów; pierwszy ruszył ziemię, drugi rusza co innego.

Ubiegłoroczny finał serialu GP był w Toruniu polsko – angielski, Woffinden wcześniej potracił punkty, odrabiał zaległości jakie mu nałożyli sędziowie, Zmarzlik ocierał się o złoto, jednym atakiem Tai nie dał sobie wydrzeć ostatecznego sukcesu, wpisał do historii trzeci medal najwyższej próby. Gość jest wyluzowany, rodzina udana, kompletny zawodnik angielskiej marki. Trzyma fason. Ale… w tym roku jeden wypadek w Lublinie okaleczył go na wiele tygodni, Anglik jednak pozbierał się konsekwetnie. Jest w elicie, wprawdzie poza ósemką, lecz może być pewny, że dostanie “dziką kartę” od organizatorów GP, bo takiego charyzmatycznego żużlowca ciężko znaleźć nie tylko na wyspach Brytyjskich. Tacy zawodnicy jak on, budują atmosferę, podnoszą rangę, oglądalność. Widowiska euforyczne, finały urodziwe są wpisane w kronikach na zawsze.

Tak jak Bartek, który fruwa na torze, opanowuje cyrkowo motocykl, wyjeżdża z opresji karkołomnych. Nie zamykajmy oczu, on dojrzewa na torach, w ściganiu w tym sezonie już nie szarpie, nie ma gonitw chaotycznych, elastycznie odstawia daleko w tyle rywali. Ojciec Paweł czuwa w parkingu, miłość Sandra jest blisko. Szlifuje lider polskiej reprezentacji angielski; taki gość musi być komunikatywny, światowy. Swobodny w poruszaniu się w parkingu, kręgach towarzyskich. Młodzieniec ambitny do bólu, od czasu tej niezapomnianej licencji, którą zdobywał w Gorzowie. Tamtejszy płacz zamienił na szczęśliwe zwycięskie chwile. I tak ściganie trwa w coraz lepszej kondycji, opakowaniu dla kibiców, którzy dostają ”towar”  z symbolem *****.

Bartosz Zmarzlik na torach; niebieskie oczy jak chabry i tego koloru kevlar. Coś mam jeszcze dodać na plus, minus? Spokojnie, czeka nas walijski turniej i toruński. Sport jest dziedziną życia oplecioną niespodziankami, pewne nie zawsze bywa pewne, więc nie zapeszajmy, los jest loterią, która wywija numery. Spooooort. Nr “95” na niebiesko, no i biało – czerwono, gdzie tylko spojrzeć, zaś hymny narodowe podniośle wieńczą dzieła. Spektakl, rewia, balet, teatr – wiatr unosi wzruszenia pod niebo gwiazd.

Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.