ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

Bermudy tak daleko i tak blisko

Ile trafnych haseł wpadło mi do głowy w ostatnich tygodniach? Dużo i mądrych, dowcipnych. Do zbierania i publikowania dla potomności. W kobietach jest moc, one nagle wyrzuciły z siebie boleści serc. Przekornie przypomnę, co one /a jedna z nich dała jabłko w raju, mojemu imiennikowi/ mówią o nas. Mężczyźni? – Są jak zabawki, bardzo prości w obsłudze. Tak jest? Nie zawsze. Uprawianie dominacji prowadzi na manowce, bo jak obserwujemy nasze życie codzienne władza nad ciałami ponosi porażkę. A więc? Powtarzam z autopsji, ma ta płeć siłę tajemną. Kto wie, to wie. No, dziś taki wstęp, nie mogłem inaczej i mam nadzieję, że nikt tego nie skreśli. Oto panorama życia, naszego losu, dni, tygodni, miesięcy, lat… Cierpliwość jest cnotą. Rozum jeszcze większą.

Bardzo szanuję gorzowską miłość do żużla i dobrze pamiętam pierwszy pobyt w mieście nad Wartą; czasy były oszczędne w stacje paliw, więc jechałem z 20 litrowym kanistrem oleju napędowego, czyli “ropy”. Było może siermiężnie, lecz wesoło. Towarzysko luźnie, przyjaźnie i za każdym razem tak bywało; zwykle tam się pojawiałem na indywidualnych mistrzostwach Polski. Było bogato i emocjonalnie. Dziś już nie trzeba zabierać kanistra a Mastercard. Trenerem Stali Gorzów, która mianuje się dodatkowo “Moje Bermudy” /romatycznie, acz teraz nie bardzo pewnie w dobie koronawirusa/, jest  zasłużony wynikami Stanisław Chomski. Tam się wychował, ostatnio był także w Gdańsku, gdzie lepsze powietrze znad Bałtyku wieje. Stanley ma praktyczny “przebieg”  i rutyna go broni oraz tajniki wiedzy o speedway’u. Gorzów znany w żużlowym świecie z marek nazwisk Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. Brand tych sportowców ugruntował sławę miasta. Chomski opowiadał mi kiedyś, jak bywało ongiś ze szkółką, do której garnęło się około 300 adeptów. Żużlowy supermarket. Można było wybierać, bo talentów na tym obszarze nigdy nie brakowało, ziemia pachniała żużlem i młodzi chłopcy chcieli zostać znanymi, jak Plech, Jancarz, Bogusław Nowak czy Jerzy Rembas. Dobry warsztat i szkolenie dawały szanse. Po wielu latach hossy, nie ma takiej liczby chętnych, trzeba wyłuskiwać mozolnie w okolicy. Namawiać do ścigania, inna teraz mentalność młodzieży, zmieniły się parytety, tam gdzie zawsze rodzili się królewicze żużla. Ostatni na bogaty tron wjechał Bartosz Zamrzlik, który jako złoty, podwójny medalista mistrzostw świata jest idolem dla wyznawców extra ścigania. Stadion im. Edwarda Jancarza jest miejscem kultowym. Obecny prezes Stali Marek Grzyb zna się na interesach, dlatego oferuje Moje Bermudy. Podpisał dwuletni kontrakt ze Stanisławem Chomskim, chciał nawet na trzy. Szkoleniowiec potrafi czytać grę, ma autorytet u starszych i młodych oraz cenną w wielu momentach cierpliwość. Zimne nerwy. Lata pracy mu schłodziły, choć w środku na pewno gotuje się krew. W tym sezonie gorzowianie zaczęli mało optymistycznie, Zamrzlik rozkręcał się powoli, wiara jednak czyni cuda. Walczyli. I zdobyli srebrny medal Ekstraligi, kto o tym myślał na początku sezonu? Chomski! Już wieszali na nim psy. Znamy się i nie mam zamiaru oblewać lukrem, Stanley jest “prosty w obsłudze”. Kiedyś zanotowałem takie zdania, nie wiem kiedy, ani skąd: “Żeby mieć dobre życie, trzeba w nim zmieścić to, co przerażające i co piękne. Powiedzieć sobie “przetrwaliśmy” i poczuć smak zwycięstwa”. Tak? Ano tak.

Transferowy okres w żużlu, który rozpoczął się bardzo wcześnie przyniósł sporo rozterek tym, którzy nalegali i tym, którzy wybierali. Gorzowianie chcieli pozyskać talent z Tarnowa, Mateusza Cierniaka, syna Mirosława Cierniaka. Nie tylko Stal, która ma Bartosza Zmarzlika, kokietowała 18 –letniego tarnowianina, za którym stoi jego trener wspomniany tata, były żużlowiec, “porwany” kiedyś do Wrocławia/ a jak to się skończyło?/. Ostatecznie Mateusz wylądował w Motorze Lublin. Dlaczego nie w Stali? Otóż Stanley nie zgodził się na ofertę talentu ziemi tarnowskiej, gdzie też rodzą się zawodnicy pierwszej klasy non – stop. Trener Chomski, człowiek życiowo i sportowo doświadczony powiedział NIE. Towarzystwo tarnowskie odjechało, nie przyjęło oferty stosownej do wieku, do warunków klubowych i wyrastania obok Zmarzlika. Nie znam negocjacji aby nie mówiło się o pieniądzach.  Przypomniała mi się historia Bartosza Kapustki, piłkarza młodego, który utalentowany nadmiernie, szybko został reprezentatem Polski, strzelił w debiucie gola na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz z Cracovii rychło poleciał za duże pieniądze do angielskiego klubu, by siedzieć na ławce rezerwowej. Dziś gra w stołecznej Legii i jego przygoda była raczej zmarnowanym “rejsem” po Europie. A jaki jest aktualny los jednego z częstochowskich talentów, który skuszony ofertą opuścił okolice Jasnej Góry? Jest we Wrocławiu. Tamtejszy klub często przewija się w transferowych pajęczynach. Pouczające? Stanisław Chomski stanął na gruncie /…”nieetyczne pieniądze”/ udeptanym przez rzeczywistość, dlatego go ceni prezes Marek Grzyb. I ja też. Bermudy bywają realne… I koniec wieszania makaronu na uszach. Z Tarnowa wszak znacznie bliżej na Roztocze, czas ścigania pokaże komu było po drodze, bo przypomnę, że np. Jakub Jamróg błądził. Nie zawsze “time is money”. W Lublinie pracuje sprawny menedżer Jacek Ziółkowski, młody Cierniak ma ojca trenera. Motor nie jest też klubem, który sroce wypadł z gniazda. Pieniądze nie lubią rozgłosu ale muszą mieć solidną płynność i nie rozpuszczać młodych, bo casus niegdysiejszy Adama Łabędzkiego/Leszno – Wrocław/ jest wymownym tego przykładem. Talenty jeszcze nie wyrośnięte a wcześnie skuszone bywają w efekcie skruszone zmanierowaniem. Sport zna takie przykłady w wielu dyscyplinach. Przykre.

A wzorcami udanymi w treści emanują na ulicach hasła polskich kobiet w różnym wieku. Wartość ich spontanicznego gniewu nie ma ceny. Dygresja. Pisałem nie raz, ani dwa: tyle kobiet, młodych dziewczyn uwielbia speedway, chcą być również aktywne w tym sporcie nie tylko na trybunach a nie mogą się przebić przez męskie szlabany. Męski sport jakim jest żużel broni się przed płcią piękną. Kobiety biją się na ringach oficjalnie ale nie mogą ścigać na torach legalnie. Działaczki kobiety? Stać je na sędziowanie, udowodniły, także na arenie międzynarodowej. Mają wdzięk i refleks, potrafią okiełzać każdego krnąbrnego i budzą respekt. Nie pożądanie, bo to zupełnie inna gra… Kochają speedway a on ich nie! Dlaczego są tylko tłem? W żużlu, bo gdzie indziej imponują swoimi walorami, nie tylko pod taśmą startową. Żużlowcy nie są starymi kawalerami, fanki tego sportu zostają chętnie żonami, dzieci potem mistrzami czterech okrążeń. Takie są Bermudy “czarnego sportu”, który bez kobiet nie może żyć, lecz na zasadach patriarchatu. Tylko? Boję się, że panie mogą kiedyś protestować nawet na torach. I będą miały rację, jestem za…

Photo by Sandra Seitamaa on Unsplash

Zaglądanie do cudzej kieszeni nic nie kosztuje

 

Co najwyżej można nabawić się kompleksów. Ludzka rzecz, choć najgorszą jest bezinteresowna zawiść. A podobno brzydką sprawą jest chytrość i zakłamanie. Nie wnikam dalej w słowa i słówka. Żużlowcy jak każda grupa sportowa i społeczna ma różne żołądki i apetyty. I talenty owinięte w kariery; w szczęście oraz los. Nie każdemu dane być bogatym a biednym może być każdy. Jak mówią lekarze nie wszyscy muszą być ginekologami. Medale wiszą wysoko i trudno je zerwać.

Speedway od początku na gruncie polskim był uważany za dyscyplinę zawodową, gdyż płacono oficjalnie za zdobyte punkty. Było to kilkadziesiąt złotych zaledwie, w najwyższej lidze ciut więcej. Mit o żużlu zawodowym kursował w opiniach i nie ważne było, że pozostałe sporty miały inne bonusowe rozwiązania, wygodne w wojskowych klubach czy policyjnych /dawnej milicji/. Jeśli pojawił się talent mundurowe kluby mogły zawsze takiego gościa pojmać w kamasze. W żużlu zmiany klubowe były znikome do czasu, zanim ten” kod” został złamany przez nuworyszowskie rozwiązania rozbiórki zawodników. Szum był na cały kraj, kiedy Zenon Plech emigrował ze Stali Gorzów do gdańskiego Wybrzeża będącego w opiece policyjnych władz. Gorzowianie stawiali opór na wszystkie sposoby, lecz nic nie wskórali wobec mundurowych i Plech wystartował nad Bałtykiem. Transfer Marka Kępy z lubelskiego Motoru do Startu Gniezno opiewał na okrągły milion złotych, co było wtedy pestką wobec przejścia futbolisty Dariusza Dziekanowskiego za 12 “baniek”. Ale i tak skok Kępy, który w Starcie nie za wiele się nabrudził był odczytany przez środowisko za mega wyczyn.

Do interesów trzeba mieć głowę i odwagę. Speedway made in Poland w kaperownictwie trzymał się mocno i opierał jak panienka na pierwszej randce. Trener Ryszard Nieścieruk, gorzowianin i dr z AWF – u, gdy przeniósł się do Wrocławia, gdzie miał mocnych opiekunów w klubie, zaszalał jako pierwszy w Polsce. Nie fałszujmy pomnikami historii, tak było! Wychować a kupić zawodnika to dwie różne okoliczności bynajmniej nie łagodzące obyczajów. Ryszard mówił mi kogo chce mieć w klubie. Budował dream team i nastał czas kupowania zawodników. A kiedy otworzyła się furtka wjazdowa dla zagranicznych żużlowców towarzystwo nad Wisłą i Odrą oszalało. Polski żużel zaczął dobrze karmić przybyszów różnych nacji. Zrobił się boom bum! Stawki z dawnych lat: 60 i 40 złotych za punkt były humorystycznym wspomnieniem. Duńczyk Hans Nielsen otworzył depozyty a wyobraźnia zaczęła głupieć. Prezesi prześcigali się w kontraktach, oto w Zielonej Górze, w Rybniku 2 tysiące marek niemieckich/ takie były czasy monetarne/ za punkt było obłędem. Spirala nakręcała się niebezpiecznie. Skąd polski speedway miał pięniądze na dopieszczanie zawodników? Ano miał. Krążyły legendy o umowach podpisywanych w cztery oczy na stole i pod. Firmy wydawały krocie, prywatni biznesmeni w dobie gollobomanii nie liczyli się z niczym a żużlowcy nadal narzekali, że mają za mało. Ten swąd hipokryzji pokutuje do dziś a zdobycze finansowe i majątkowe świadczą wyraźnie, że były to mega tłuste lata. Wokół żużla zarabiało się i nadal zarabia, choć bardzo stopniały zasoby klubowych kas. Ojcowie zawodników tradycyjnie biadolili, że synowie narażają życie, które w każdej chwili mogą stracić, albo zostać kalekami. Nie każdemu jednak cegła spada na głowę. Czasem bywa tak, że w życiu sczęściem jest… nie mieć pecha. A wypadki kiedy zdarzają się w rozmaitych miejscach, mają różne odcienie wysokości ubezpieczeń do końca życia. I jeden może żyć za tysiąc złotych renty a drugi za tysiąc euro albo i więcej. Nie zaglądajmy do kieszeń, bo one mają dziwne rozmiary, podobnie jak domy czy auta bogatych, biednych, poszkodowanych i zdrowych, mądrych, głupich i nijakich.

Polski speedway nadal żywi światową elitę, wyszkolił za psie pieniądze sporo młodych, zagranicznych zawodników. Teraz prezesi liczą pieniądze inaczej, niż dawniej. Sakiewka jest mniejsza: “ bo już nie dają”. Głupota odleciała, acz… Funkcjonuje niezmiennie zasada, mimo nalotów władzy motorowej, odwlekania wypłat, polska choroba dłużników i wielu musi upominać się o zaległości. Paskudna rzecz. Biedny pozostanie biednym a bogaty bogatym? Takie pojęcia mają czasem swoje idiotyczne, podwójne dno.

Prezesi z różną wyobraźnią odeszli, choć nie chcieli. Musieli? Krążą takie wersje zdarzeń, że ile by w speedway nie wpompować pieniędzy i tak zabraknie. Nikt nie odłoży na czarną godzinę w klubie, na przyszły sezon czy lepszy transfer. Mentalność fatalna, zgubna, obrosła w pychę i brak wyobraźni. Kiedy na pożegnalny turniej Szweda Tony Rickardssona w Tarnowie zjechali się niektórzy zawodnicy/ byli tacy co się wykręcili/, byłem świadkiem jak polski zawodnik vel celebryta żebrał u nieżyjącego prezesa Szczepana Bukowskiego pieniądze: “daj za przejazd chociaż”, choć tego nie miał w umowie. “Żebractwo” bez honoru funkcjonuje w głowach chyba od czasów, gdy w klubach udzielano tzw. bezzwrotnych pożyczek. Byli “bieda – rekordziści” zwłaszcza w obliczu ważnych meczów i prestiżowych turniejów. Straszyli prezesów a oni bali się władzy kacyków, zaś zawodnicy nie bali nikogo. Na zimno w11667494_10204516185604706_8526129785432921958_nykorzystywali koniunkturę,“kredyty” szybko umarzano. Luksusowe życie, prawda? No a kto inwestował mądrze nie liczy dziś na ZUS.

Świat żużla jest kolorowy i taki jak kilka cyrków razem wziętych. Narzekających nie brakuje i nie brakowało a życie weryfikuje postawy wobec kibiców. Chytry traci dwa razy zrzędzą bywalcy kasyn. Pieniądze raczej nie wyleczą kompleksów, mentalność ludzka bywa zagadką. Jak klimat…

Jest kapryśna wiosna i wielkanocne święta. Nigdy jajko nie będzie mądrzejsze od kury i nie wszystko jest do chrzanu. Moc przyjemności i słońca życzę wszystkim sympatykom, którzy często wiedzą więcej o zawodnikach ode mnie. Nie zazdroszczę nikomu, bo mam to, co mam. Wielkanocną babę.

Plech

 

Zenon_Plech_310376

Po prostu Plech. Zenon. Jest rok 1973. Zawodnik gorzowskiej Stali ma 20 lat i jest obok klubowego kolegi Edwarda Jancarza nadzieją w finale indywidualnych mistrzostw świata, w premierze żużlowej Stadionu Śląskiego, wypełnionego ponad 100 tysięczną widownią. Atmosfera wspaniała. Sport jest obdarzony bogactwem niespodzianek, które fascynują, radują albo pogłębiają w rozpaczy faworytów i kibiców. Władze śląskie „wypucowane“ na głównej trybunie, podobnie cały stadion i urozmaicony park, w którym usytuowany jest obiekt o którym zagraniczne media będą trąbiły, że oto: „narodził się gigant dla speedway‘a z wulkanem publiczności“. Wszystko układa się dobrze, kibice z całej Polski zadowoleni; do dziś wspominają pobyt na tej imprezie osoby, które wtedy były razem z dziadkiem albo ojcem. Czas szybko leci. W katowickiej telewizji po turnieju szok, bo jest nowy mistrz świata Jerzy Szczakiel, który doczeka się następcy dopiero w 2010 roku /Tomasz Gollob/. Niewiarygodnie długa „ciąża“… Opolanin jest rewelacją finału i wygrywa z legendarnym Ivanem Maugerem po barażowym wyścigu, w którym Nowozelandczyk przewraca się bezradnie na wirażu. „Wstawaj chłopie, już po imprezie“ mówi do niego po polsku jeden z wirażowych, Mauger rozumie tylko jedno, że nie będzie mistrzem świata. Nie odgrywa znaczącej roli Edward Jancarz ale zawadiacko walczy w tym turnieju ZENON PLECH, chłopak jak lebioda, chuchro panuje nad motocyklem. Zdobywa brązowy medal! Sukces w cieniu złota Szczakiela. Ten finał zapamiętałem jak „Pana Tadeusza“. Tak oto zaczyna się kariera gorzowskiego chłopaka w świecie żużla, który stał się niepowtarzalnym serialem, podziwianym i pamiętanym od Gorzowa, przez Gdańsk, od Wielkiej Brytanii po Antypody.

Za rok na stadionie w Chorzowie Polacy przegrywają wszystko w finale drużynowych MŚ. Prezes Polskiego Związku Motorowego Roman Pijanowski, zacna postać w naszej motoryzacji i na arenie międzynarodowej, nie ukrywa zażenowania. Organizatorzy ze Śląska i PZM walczą o następne imprezy na Stadionie Śląskim. W 1976 roku znów finał indywidualny MŚ. Nowozelandzki mistrz bez barier Barry Briggs jest zafascynowany obiektem, goście zagraniczni zadowoleni ze śląskiej gościnności. Imprezy towarzyszące finałowi przechodzą do historii jako barwne, huczne i zabawne. Mistrzostwo zdobywa w brawurowym stylu Anglik Peter Collins, Mauger jest czwarty a Plech piąty. Wcześniej na londyńskim Wembley w finale IMŚ Zenon Plech zdobywa tylko cztery punkty a wygrywa Duńczyk Ole Olsen. Byłem na Wembley w 1975, 1978 i 1981, pierwszy wiraż był wąski, taki przesmyk. Kto wygrał start pędził jak szalony do mety. W 1977 w Goeteborgu na Ullevi Mauger zdobywa kolejny tytuł mistrza świata, piąty, zrównuje się z legendarnym Szwedem Ove Fundinem, który gratuluje Ivanowi. Plecha w tym turnieju nie ma. Za rok na Wembley także, gdzie Jerzy Rembas był o krok od podium. Zabrakło gorzowianinowi rutyny, szczęścia. Nikt nie miał takiej szansy.

Mamy rok 1979. Chorzów. Plech przyjeżdża z Anglii, gdzie startuje w londyńskim Hackney u Lena Silvera. Nie poznaję go, bo jest przygotowany jak nigdy. Rozdaje naklejki, uśmiechnięty i mówi w parkingu z pewnością w głosie: „Będę mistrzem świata“. Wierzyć, nie wierzyć? Z żużlowcami miałem migotania przedsionków serca nie raz i nie dwa. Motocykle Super Zenona lśnią, rywale nie od parady i znów ten nieobliczalny, czujny Mauger. Plech z nim przegrywa, spóźnia start. Ivan ucieka. Srebrny medal jest sukcesem Polaka, który wędruje na pierwsze strony gazet. Plech nigdy nie stronił od wywiadów, choć nie był łatwym rozmówcą, ma charakter, filozofię daleką od mizdrzenia się i udawania. Opuszcza rodzinne strony Gorzowa Wlkp. Afera wielka, bo dawniej nie tak łatwo zmieniało się kluby. Wybiera Gdańsk, lepsze powietrze; tam malaryczne nad Wartą a teraz Bałtyk atrakcyjnie pachnący nie tylko jodem. Po tym „sztormie“ transferowym szybko robi się spokojnie. Zenon jest etatowym reprezentantem Polski, razem od dawna w parze medalowej mistrzostw świata z Edwardem Jancarzem. W duńskim Vojens brąz, w słoweńskim Krsku srebro. I tak leci. Kocha Anglię i przygody. A one jego. Potrafi jechać do końca a potem wylewa z buta krew z poranionej nogi, jak było w Leningradzie w finale kontynentalnym DMŚ. I gdzie indziej podobnie. Męska gra, bez litości dla zdrowia. Bywałem i opisywałem w „Sporcie“ kawaleryjskie szarże i jego, i Jancarza. Było groźnie ale i czasami szalenie przyjemnie. Bez hipokryzji.

Cofam czas. We wspomnianym 1979 roku przed finałem w hotelu „Katowice“ w kawiarni klezmer grał na fortepianie pod palmą powojenne, sentymentalne szlagiery; kawa pachniała, herbata bez cytryny, leniwie ale owocnie: cinkciarze wypatrywali cudzoziemców a prostytutki swoje “ofiary“. Fani pilnie zbierali autografy uczestników turnieju. Samo południe. Oto naprzeciw mnie siedzi szwedzki mistrz, dystyngowany Anders Michanek a ja „robię“ wywiad dla macierzystego wówczas „Sportu“ i na koniec pytam o Plecha. –„ Będzie mistrzem świata, jeśli wcześniej się nie zabije“, mówi chłodno skandynawski mistrz jazdy technicznej i wyrachowanej. Zadumałem się a za kilkanaście godzin gratulowałem Zenkowi srebrnego medalu, który nie mógł przeżałować złota. Ivan okazał się raz jeszcze chytrym lisem. W Chorzowie zdobywa szósty tytuł mistrza świata! Niesamowity facet z Christchurch. Sprytny na startach, instytucja poza torem. Marka światowej promocji żużla owiana legendą niczym motocykle Harley‘a. „Ajwen“ nie do zdarcia; firmuje książki Petera Oakesa, robi interesy z alkoholowym koncernem Ricard.

W 1980 roku w niemieckiej, hanzeatyckiej, bogatej Bremie jest finał kontynentalny DMŚ. Polski team pod wodzą Plecha wygrywa. Zenek przyjeżdża srebrnym Fordem z Anglii razem z Romanem Jankowskim, który zalicza rewelacyjny debiut w Hackney. Plech z papierosem w ustach zasypia w aucie, koledzy budzą go a pet wypala dziurę w siedzeniu. Brema jak z obrazka jest fajnym epizodem drużynowym. Nie jedynym.

W tym samym roku w Krsku razem z „Eddym“ w finale par MŚ przegrywa tylko z Anglikami. Przyjechali razem autem z Anglii w ostatniej chwili a „wypruli“ z siebie wszystko. Na medal. I jak nie wybaczyć swobody życia, skoro za tym stoi podium?

1983 Rybnik, udany pod każdym względem finał „kont“ i premia do niemieckiego Norden. Plech zwycięża a potem przegrywa sromotnie w finale IMŚ; sprzęt ma źle przygotowany a złoto zgarnia Egon Mueller, niemiecki gwiazdor torów i dyskotek. Huśtawka Plecha. „Wolę z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać“ i wiem co piszę. Kiedyś z ligi angielskiej do polskiej zawodnicy, a było ich mało, jeździli samochodami i promem via skalisty Dover, śliczną jachtami Ostendę i nie było na trasie czasu na odpoczynek. Wariacka jazda i tuż przed Gdańskiem nad ranem Plech Mercedesem wylatuje z drogi. Kierowca jest niezniszczalny, ma szczęście i charakter. Fruwa na torach i poza nimi. Kontuzje go nie omijają, nie szanuje zdrowia, które nie lubi lekceważenia. Szarpie punkty, wygrywa, przegrywa, „firma“ godna reklamy wszędzie. Plech nie pech.

Czas nie jest przyjacielem człowieka, przypomina błędy i bywa w korektach bezlitosny. Zenon Plech w Trójmieście jest od dawna. Nigdy, powtarzam, nie dbał o zdrowie, liczył się zawsze sport, stadion, treningi, warsztat, wyścigi, objechał świat, nazbierał medali i laurów worek, nie podaję i pomijam obszerną statystykę, tylko Tomasz Gollob pobił go w zdobyczach mistrzostw Polski. Był jednak inny czas dla Plecha a inny dla Golloba. Inne mentalności, spryt, intuicja, inne charaktery sportowe, towarzyskie, biznesowe. Plech jest /byłym/ zawodnikiem fantazyjnie traktującym karierę sportową, pieścił go talent, rewanżował się walecznością na granicy ryzyka. Prezentuje fachową, gorzowską szkołę mocno podjaraną morskim klimatem. Teraz odzywają się rany, wspomnienia.

Były prezes gdańskiego Wybrzeża i były minister zarazem, HENRYK MAJEWSKI, postać barwna i finezyjna, powiada, że takich sportowców jak Zenon Plech trzeba chronić, dbać i szlifować jak bałtycki bursztyn. No i co mam powiedzieć na takie dictum? Minister Majewski ze sportową, mentorską duszą i życiowym doświadczeniem ma „niestety“ rację, niczym filmowy James Bond. No tak, Plech dla Wybrzeża i Polski jest marką nie do podrobienia. Koledzy z londyńskiej “Speedway Star“ uwielbiali naszego „diabełka“. Towarzyski, filozoficzny i dowcipny. Miał armię kibiców na świecie. Mówili Zeno albo Plek, włóczyli się za nim angielscy i polscy fani, doceniali klasę i brawurę. Sport jest też i swoistym „aktorstwem“ nie do podrobienia. „Zatańczyć“ na torze nie każdy umie i przenieść adrenalinę poza stadion. Kibice kochają takie balety.

Przypomniałem wyrywkowo, może trochę zbyt emocjonalnie i chaotycznie, zdarzenia z udziałem ikony światowego i polskiego żużla, choć mógłbym jeszcze przywoływać „ku pamięci“ wiele innych zdarzeń i przygód, które były zwykle pożytecznym fermentem /radością a czasem i kłopotem/ dla mojego, skromnego dziennikarskiego żywota. Bywałem w tym „kotle“ nie od parady. No cóż kochani, jak mówią Czesi, to „se ne vrati“. Kończę więc i idę napić się czegoś mocniejszego, już po historycznej godzinie 13.00. A kto zresztą tę magiczną, „Wyborową“ godzinę z PRL – u pamięta? Dziś godziny nie grają już żadnej roli i panuje luz blues. Cześć.

Billy nie był sam

291272

Życie nie każdego pieści. Pieszczochy niech się cieszą pod niebiosa, że nie mają większych kłopotów. Łaskawość losu jest dla nich darem, który nie zawsze jest doceniany. Sport przynosi z sobą stresy, które drążą ciało i umysł bezceremonialnie. Nie każdy wytrzymuje i pęka albo na chwilę, dłuższy czas lub na zawsze. Stany depresyjne bywają silniejsze od chęci życia. Wygrywa najgorszy wybór i kończy się wszystko na mecie po raz ostatni. Mieli po dwadzieścia kilka lat i świat dla nich urwał się na zawsze. Rybniczanin Łukasz Romanek/23 lat/ i zielonogórzanin Rafał Kurmański/22/ targnęli się na swoje życie, trochę starszy od nich rodem z Lublina, mistrz świata juniorów Robert Dados/27/ był ratowany w podobnej sytuacji, lecz niestety lekarze nie dali rady. Wszyscy trzej byli nadziejami polskiego żużla, młodzi, Romanek miał na koncie tytuł mistrza Europy juniorów, mistrz świata juniorów Dados trochę innego charakteru, który po ciężkim motocyklowym wypadku na grudziądzkiej ulicy borykał się z problemami, których już nie poznamy nigdy, Kurmański targnął się w hotelu na życie skutecznie. Talenty, fajni ludzie, świat tańczył przed nimi a jednak sami dokonali tragicznych, ostatecznych wyborów. Nie tylko oni w polskiej rzeczywistości, byli też inni.

Walczący w światowej elicie Anglik Kenny Carter/25/ z Halifaxu, talent, buzia aniołka, nagle na swojej farmie Grey Horse w Bradshaw bierze fuzję i strzela do żony Pameli a potem do siebie. Dramat na miarę zabójstwa Edwarda Jancarza, który w Gorzowie został celnie trafiony nożem przez żonę. Niedawno minęło 23 lata od śmierci Jancarza.

Australijski zawodnik /Billy/ William Robert SANDERS/ ur. 1955/ był czołową postacią narodowego teamu. Utytułowany, jeździł w parze w MŚ z Garym Grahamem Christopherem Guglielmim/ur. 1958/, obaj pochodzili z Sydney. Znacznie lepszego Billy Sandersa nazywano “Czarną strzałą”. Gary w 1985 roku został ukarany za stosowanie narkotyków i zakazano mu startów. W światku żużlowym były takie ”mody” na branie “trawki”, casus Anglika Mike Lee czy rozbrykanych na europejskim gruncie Amerykanów braci Moranów. Jazdy nie tylko w lewo, czasem ostro pod prąd.

Billy Sanders ma bogaty dorobek sukcesów. Przyleciał do Anglii i jeździł w Ipswich, Birmingham, Hull, King’s Lynn. Przyjeżdżał do Polski na mistrzostwa świata i poznałem go na Stadionie Śląskim. Sympatyczny, przystojny, przede wszystkim waleczny i skuteczny. Pamiętam jego udział w finale drużynowych MŚ na londyńskim White City. Startował tm w klubowej drużynie nb. Marek Cieślak…Dziś już nie ma tego stadionu a szkoda, był w centrum Londynu. Australijczycy na White City zdobyli złoto z 31pkt., w składzie: Phil Crump/ ojciec Jasona/ 11, Billy Sanders 7, Phil Herne 7 i John Boulger 6. Srebrny medal wywalczyli POLACY/!/ 28 pkt., Edward Jancarz 9, Marek Cieślak 7, Zenon Plech 6, Jerzy Rembas 5 i Bolesław Proch 1. Brązowy medal dla Szwedów 26 pkt /m.inn. Anders Michanek 11,/ a czwarte miejsce pod szyldem ZSRR 11/ bracia Gordiejewowie, Chłynowski, Paznikow i Trofimow, głównie Ukraińcy/. Gospodarzy brak, odbili sobie za rok we Wrocławiu, gdzie jeździli jak w transie po złoto a Polacy znów ze srebrem /Jancarz, Rembas, Cieślak, Bogusław Nowak, Ryszard Fabiszewski, czyli trzon Stali Gorzów/. Australijczyków w Polsce zabrakło i na długie wypadli z historii DMŚ. Ciekawe, prawda? Trudno im było skompletować skład 4 – 5 zawodników. Odrodzili się po latach i pojawili się m.inn. Todd Wiltshire, Craig Boyce, Ryan Sullivan, Jason Lyons, Leigh Adams, Shane Parker, Jason Crump, Chris Holder, Darcy Ward, Troy Batchelor, Rory Schlein, Davey Watt, Jason Doyle. Medalowe stado” Kangurów”. Ach!

Sanders startował… wszak były na wokandzie atrakcyjne wyścigi MŚ par. W 1983 roku na “Ullevi” w Goeteborgu Sanders z Guglielmim ulegli tylko Anglikom /Carter oraz Peter Collins/ i sięgnęli po srebro. Był w sztosie. Pięć razy uczestniczył w finałach IMŚ; w 1979 roku, gdy na Stadionie Śląskim wygrał Nowozelandczyk Ivan Mauger a Zenon Plech był drugi, Billy zajął piąte miejsce. Na skopanym torze w niemieckim Norden w finale IMŚ, gdzie spektakularne zwycięstwo zaliczył z kompletem punktów ekstrawagancki Egon Mueller, Sanders był drugi, odniósł największy sukces a na trzecim miejscu znalazł się Anglik Mike Lee. W 1980 roku wywalczył brązowy medal IMŚ w Goeteborgu a wygrał długonogi Lee, przed swoim rodakiem Dave Jessupem, czwarty był miejscowy żużlowiec/ dziś tuner/ Jan Andersson a piąty wschodząca gwiazda Bruce Penhall z USA. Byłem wtedy na modnym Ullevi, niestety Plech zdobył tylko jeden punkt i był przedostatni; tajemniczo testował silniki, był w turnieju bez mocy.

Pięć razy startował Sanders w MŚ par a udział z Guglielmim najlepszy, bo srebrny. Pięć razy zwyciężał w mistrzostwach Australii w 1980,81,82,83 i 1985. Uśmiechnięty, czarnowłosy Billy stracił jednak sens życia. Partner z teamu “Kangurów” Gary związał się z jego żoną. Billy nie mógł sobie z tym poradzić. Na progu sezonu 1985, po zwycięstwie w Australii, gdzie Gary/srebro/ przegrał z nim, powziął samobójczą myśl i zatruł się spalinami w aucie. Szok w środowisku! Miał 30 lat i jeszcze sporo startów przed sobą. W tym roku mija 30 lat od jego tragicznej śmierci. A Guglielmi ożenił się z wdową po zmarłym. Samo życie. W Ipswich zainicjowano Memoriał Sandersa. Kariera znalazła koniec zbyt wcześnie i miała dramatyczny finał. Nie pierwszy i nie ostatni.

DLACZEGO tak się dzieje, dlaczego uciekają w nicość? Samotność zabija, otoczenie w decydujących chwilach jest ślepe i głuche. Milkną wiwaty fanów, złowroga cisza paraliżuje i wywołuje ból. Rodzą się więc pytania DLACZEGO… Trudno rozwikłać tajemnice duszy wydawałoby się twardzieli, którzy mają trudne problemy i rozterki. Wjeżdżają ryzykancko w życiowe wiraże i nie potrafią się czasem z karamboli emocjonalnie wydostać. Podejmują okrutne decyzje, które łamią nasze serca, kiedy wspominamy jakimi byli. Miota nami żal i wściekłość, gdy nagle, brutalnie przerwana zostaje nić życia. Tak, ot, bez sensu i zwykle jesteśmy bezradni. Zostajemy zwykle z dręczącymi pytaniami, szukamy odpowiedzi i nie znajdujemy. Niestety!

Tai jak Adele

TaiWoffinden

Jadę autem i słucham właśnie angielskiej gwiazdy Adele, która nie śpiewa przeboju Skyfall, lecz Water and a Flame. Głęboki głos uwielbiany na całym świecie wprowadza uspokojenie i zachwyt. Jest dobrze. A polska droga jak wezbrana rzeka, niesie z sobą niebezpieczeństwo. Jest strasznie. Słucham i uważam, wyłączam Adele. Myślę o tym, co widziałem w Wolverhampton podczas finału brytyjskiego. Ten turniej był popisem o dwa lata młodszego od Adele Taia Woffindena. Jeździł na swoim torze Wolverhampton, czyli „.Wilków“, 22 – letni angielski żużlowiec wygrał wszystko i zaprezentował kapitalne starty, walkę z przestrzenią i popisy na jednym kole. Publiczność była urzeczona i zadowolona z takich jazd, bo fani kochają artystów.

Tak jak śpiewa Adele, jeździł Tai.

Anglicy mają swojego idola, który budzi respekt i nie dał mu rady weteran brytyjskich finałów Scott Nicholls. Podziwiał go jeszcze większy weteran tych mistrzostw na Wyspach Andy Smith. O ile Tai wywalczył koncertowo pierwszy tytuł mistrza Wielkiej Brytanii, to Scott i Andy mają wspólnie na swoim koncie kilkanaście takich laurów.

Angielski, brytyjski speedway jest w regresie od wielu lat i czeka na powrót do okresu świetności kiedy wyspiarze mieli mistrzów świata, charyzmatycznych zawodników, wygrywali indywidualnie, drużynowo i parami. Liga angielska była znakomitym terenem do nauki  żużlowych jazd nie tylko ze względu na różne geometrycznie tory. I o ile na kontynencie szlifowano stadiony z torami szerokimi jak lotniska, to wyspiarze mieli zasady ze swoimi konserwatywnymi regułami. Tam ścigano się wspaniale i tam rośli na żużlowych uniwersytetach mistrzowie świata z różnych stron globu. Londyńskie Wembley było świątynią stadionową,  gdzie rozgrywano finały mistrzostw świata na torze o łukach odmiennych od kontynentalnych, ściśle regulowanych przepisami. Anglicy konsekwentnie uprawiali swoją sztukę i speedway traktowali rytualnie z fascynującym urokiem. Prawda Zenonie Plech, Romanie Jankowski?

* Nic nie trwa jednak wiecznie i choć speedway na Wyspach nie jest sportem numer 1 ani 5, to dla reszty świata i Europy był urzeczywistnieniem marzeń startowych, uczestnictwa w wyjątkowych festiwalach jazd podrasowanych reflektorami. Taki to był lans! Bajka na ostro, nawet babcie piszczały.

* Nic nie trwa wiecznie, każdy sport przeżywa wzloty i upadki i nawet wydawałoby się legendarna piłkarsko Barcelona dotknięta została kryzysem. Każda wielkość potrafi podnieść się z kolan i Duma Katalonii też wyprostuje się światowo, bo w Hiszpanii jest nadal mistrzowska. Żużlowa Anglia oddała przewodnictwo ligowe Polsce, której sponsorzy, promotorzy wywindowali gratyfikacje za jazdy niebotycznie. I jeszcze nie tak dawno kluby  egzystowały sezonowo za milion złotych a dziś potrzebują ich kilkanaście! Na opłacenie światowej elity, która swoją egzystencję wiąże od dawna ze startami nad Wisłą.

* Nic nie trwa wiecznie i budżety też mają swoje końce. Szwedzka liga obcina koszty jak człowiek paznokcie. I już mamy tam absencje mistrzów, którzy nie chcą jeździć za niższe pieniądze i jeśli ich nie znajdują w Szwecji mają bogate zaplecze w Polsce. Jak długo?! Od dawna prezesi uprawiają gremialny płacz przedsezonowy a potem chowają chusteczki  mokre od łez do kieszeni. I swoje żale na ten „piep… speedway made in Poland“. Słuchamy tego niezmiennie od lat i jakoś karuzela się kręci i budżety wspniałomyślnie rosną jak trawa na wiosnę. Wszystko puchnie, bieda także wyziera obok bogactwa.

Czy Polska liga jest najlepsza? Otóż nie jest taka, jak angielska w okresie świetności, choćby przez atmosferę oraz techniczne warunki torów, które zmuszały do jazd cyrkowych. Na pewno polska liga jest nadal frekwencyjnie najlepsza, choć kurczy się gwałtownie widownia z roku na rok. Zadziwia wierność mimo konkurencji TV. I jest najlepsza pod względem honorariów nie tylko dla wybitnych zawodników, bo karmi jak dobra matka dzieci.

Mistrz Wielkiej Brytanii Tai Woffinden wyrósł w rodzinie żużlowej, ojciec był zawodnikiem, nie tak dawno zmarł. Był dla syna wzorem. Tai jeździ teraz we Betardzie Wrocław i od początku sezonu sygnalizuje duże aspiracje, umiejętności, sprawność sprzętu i ambicje w stylu dawnych brytyjskich mistrzów pokroju Petera Collinsa. Jest świetny i daje popalić innym. Nie wpadam pochopnie w zachwyt; Taiowi niepotrzebny jest tani aplauz, po prostu on wie co umie i zdaje sobie sprawę, że musi się jeszcze nauczyć sporo by zostać najlepszym na świecie. On to zrobi szybciej, niż się wydaje.

Nabiera rutyny na polskich torach, w lidze, która nie oszczędza kości nikomu. W polskiej lidze trzeba liczyć z wszystkim i z każdym. Woffinden ma 22 lata i wszystko przed sobą, potrafi pojechać na każdej szerokości toru, wystrzelić spod taśmy jak pocisk. Budzi już respekt i nadzieje brytyjskich promotorów na lepsze czasy, królewskie. Czego nie dokonał Scott Nicholls i nie nadążył za Markiem Loramem, mistrzem świata ostatnich lat, czego nie zrobił Chris Harris w serialu Grand Prix chyba wykona dla odnowy angielskiego żużla właśnie Tai Woffinden, niewątpliwa gwiazdka nie tylko dla wyspiarzy ale i dobry znak dla światowego speedway’a, że wschodzi na horyzoncie as, który podniesie poprzeczkę dla rywali i wzmocni konkurencję na ubogim rynku żużlowego jestestwa.

Nie tak dawno minęła pierwsza rocznica tragicznego wypadku na torze we Wrocławiu Anglika Lee Richardsona. Finaliści finału brytyjskiego uczcili rocznicę „Rico“ a najbardziej ją uwznioślił Tai Woffinden swoimi koncertowymi jazdami i mistrzostwem o którym marzył i które nie będzie jego ostatnim wyczynem. Dlaczego tak myślę? Oj, nie tylko ja… Poczekajmy. Włączam znów radio i jadę, i słucham królewskiej, boskiej Adele. Anglicy mają raz po raz szczęście do gwiazd. Skyfall bez granic.

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Ikona z czerwonego Mercedesa

Jest styczniowa sobota, karnawał, ludzie rozbawieni, polska transformacja polityczna i gospodarcza 1992 roku daje upust przedsiębiorczości. Rosną nadzieje na lepsze jutro. Gorzów Wielkopolski żyje żużlem od lat, tam rodzą się talenty, panuje zdrowa atmosfera sportowej rywalizacji i w kulisach codziennego życia mówi się o żużlu otwarcie i szczerze. Nie ma tajemnic. Każdy temat zaczyna się i kończy jednakowo. Speedway.

Idolem gorzowskiej społeczności sportowej jest były zawodnik, reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata, wprost legenda za życia Edward Jancarz. Kiedy kończy karierę  ma za sobą bogaty dorobek, opinię solidnego żużlowca w Polsce i na świecie. Startował dosłownie wszędzie od Antypodów przez brytyjskie tory aż po Kalifornię, legendarne Los Angeles. Kibice londyńskiego Wimbledonu uwielbiali Jancarza, doświadczał tego i jego skromny mechanik John. Gorzowski „ majster“ Edward Pilarczyk znał Edka na wskroś, jak syna, przejechał z nim tysiące kilometrów. Pracowali w pocie czoła, kiedy była okazja balowali.

„Eddy“. Miałem okazję być na dziesiątkach turniejach z udziałem mistrza znad Warty, uczesniczyć z nim  na zawodach i towarzyskich party. Związał się z Haliną, żona była odporna przez długie lata na uciążliwe życie żużlowca tej klasy, wówczas nie było takiej tradycji wojażowania razem jak dziś. Nie mieli dzieci. Jancarz wybudował jako bodaj pierwszy ze środowiska żużlowego okazały dom w centrum Gorzowa, miał za co, gdyż jego zdobycze punktowe dobrze transferowały się na angielskie funty i złote. Sympatyczny i lubiany przez kibiców obu płci. Ta druga płeć nie była mu obojętna. „Eddy“ był  zawodnikiem o ładnej sylwetce, technicznie jeżdżącym, znającym się na sprzęcie. Nie był artystą, był mocnym fachowcem w żużlu i takim został zapamiętany w rodzinnym kraju, na wyspach brytyjskich. Obciach był mu obcy, jak trzeba było pomagał na Wembley sprzętowo ziomalowi Jerzemu Rembasowi, gdy ten walczył o podium.

Multimedalista wszelkich mistrzostw, od Polski zaczynając a kończąc na światowych, prestiżowych turniejach. Fachura, solidny, dobrze zarabiający.

W 1984 roku podczas mityngu na gorzowskim torze dochodzi do incydentu z młodym, włoskim żużlowcem Valentino Furlanetto; wypadek wygląda makabrycznie, jeszcze uderzony motocyklami Jancarz cudem wychodzi z karambolu po długim i bolesnym leczeniu. Media brytyjskie bardziej interesują się stanem zdrowia Jancarza niż polskie. Wraca do życia, do rzeczywistości, do sportu, nie daje jednak rady. Wypadek zostawia na nim trwały ślad. Kończy karierę. Jestem z nim w długiej podróży aż do Edynburga, obserwuję jak kochają go brytyjscy fani. Polska reprezentacja zalicza mało udane test – mecze. Wracamy. Dostrzegam u mistrza zmiany w psychice. Trudno o tym pisać ale tak było. Po dwóch piwach już normalnie, wpierw nieznośny, potem radosny.

Zostaje cochem reprezentacji, trenerem w Gorzowie. Cieszy się jak dziecko, kiedy jego wychowanek Piotr Świst robi błyskawiczne postępy. Ma taką samą sylwetkę jak mentor. Mistrza jednak nie doścignie, mistrz jest tylko jeden.

Wyruszam na turniej mistrzostw świata w podróż do Lublany. Jancarz jako trener, po drodze do stolicy ma wypadek czerwonym Mercedesem GOE 28 82, pamiętacie to auto gorzowskiej ikony?

Jedzie do Słowenii „ maluchem“ z gorzowskim mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem w upale, z oponami na dachu. Zenon Plech awansuje do półfinału IMŚ, razem z zielonogórskim, młodym zawodnikiem Zbigniewem Błażejczakiem, który potem zostaje skazany za zbrodnię. Straszne zdarzenie. Błażejczak w Lublanie zachorowuje na ospę, wracamy w upale do domu z duszą na ramieniu.

Edward Jancarz zapisał w historii żużla światowego i polskiego bogaty rozdział. Startował w mistrzostwach świata par najczęściej z eks – gorzowianinem Zenonem Plechem, rozumieli się na torze i poza nim. Zdobywali medale, jeździli w Anglii i uwielbiali tamtejszą atmosferę. Rogate dusze ale zwycięskie, jak to się mówi: lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim.

„Eddy“ nie był łatwym człowiekiem, po zakończeniu kariery miał czas, mieli też czas dla niego inni. Życie towarzyskie nie patrzy na zegarek. Rozstaje się z żoną Haliną, która w pamiętnym roku 1984 trwała przy nim wiernie i czuwała aż wyzdrowieje. Znajduje nową, młodą towarzyszkę życia Katarzynę. Nie jest potulna jak pierwsza, a mistrz nie ten sam.

Stop. Zanim do tego doszło małe wspomnienie z roku 1980, kiedy to w słoweńskim Krsku Jancarz z Plechem zdobywają srebrny medal mistrzostw świata par. Przegrali tylko z angielską parą. Jechali autem z Anglii, Edward startował w Wimbledonie, Zenon w Hackney. Przyjechali późno, więc polska ekipa denerwowała się bardzo, koniec jednak był szczęśliwy. Ten duet był skazany na sukcesy i na porażki, na jazdy zapierające dech w piersiach, na walkę z kontuzjami i ból, ale zawsze z niesamowitą determinacją i wolą zwycięstwa. Byli wizytówkami polskiego żużla, amabsadorami Polski w lidze brytyjskiej. Kochali sport i życie.

Znalezienie drogi po zakończeniu kariery jest wyborem trudym i wymagającym twardego charakteru do końca. Nie każdemu się udaje, ważna jest rodzina, samotność bywa złym doradcą.

W czasie kariery Edwarda Jancarza bycie wizytówkowym żużlowcem było sztuką, utrzymywanie się na topie, kwalifikowanie do finałów mistrzostw świata. Zdobywanie medali. Nie można porównywać tamtych czasów do dzisiejszych. Dziś zawodnicy wolą mieć furę pieniędzy w polskiej lidze i rezygnują z walki o mistrzostwo świata.

Stop. Jest poranna niedziela 12 stycznia, telefony urywają sie w redakcji „ Sportu“. W sobotę został w Gorzowie Wlkp. pchnięty nożem przez żonę Katarzynę Edward Jancarz. Koledzy ze „ Speedway Star“ nie chcą w ten fakt uwierzyć, lecz po chwili muszą. Dociera do nich, tak jak do mnie dużo wcześniej, smutna wiadomość. Podczas rodzinnej sprzeczki w afekcie zginął idol żużlowego świata. Rodzinne miasto było w szoku. W świat popłynęły informacje o tragicznym wydarzeniu. Styczeń był zimny i początek roku zaczął się fatalnie. Nic nie jest w stanie zatrzymać jednak bieżących dni, bo jedni odchodzą a drudzy się rodzą. O jednych się zapomina, o drugich pamięta.

Edwardowi Jancarzowi w 2005 roku postawiono w Gorzowie pomnik, ma swoją ulicę a okazały stadion na którym kręcił pierwsze kołka nosi jego imię. Od 1992 roku na tym stadionie organizowane są memoriały Edwarda Jancarza, pierwszy wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Pamiętają i chyba będą pamiętać.

Dwa życia mistrza; sportowe i to zwykłe, codzienne. „EDDY“, dwa światy. Dramat wydarzył się 20 lat temu, nie pierwszy w tym sporcie i nie ostatni. Samobójcze akty, zbrodnie też oraz incydenty towarzyszą historii żużla. Ten sport jest ekstremalny, z silnymi emocjami, mający niemal fanatyczne środowisko, ciągle pobudzający wyobraźnię, nie dający dystansu wytchnienia poprzez swoją wyostrzoną dramaturgię. Speedway ma jasne strony i trochę ciemnych. Barwy życia nigdy nie płowieją. Odżywają. Lat nikt nie liczy, pamięć bywa zwrotna. Jest jak to nasze prozaiczne życie, które czasami wstrząsa do głębi serca. Trzeba jednak jakoś z tym żyć, no i jechać dalej.