Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Ferajna ze szklanego ekranu

W czasach rozbuchanych medialnie i skomercjalizowanych totalnie, zdominowanych przez zagraniczny kapitał na polskim rynku, warto czasem zastanowić się jak to było dawniej a jak jest dziś. Nie ukrywam, że jako młody reporter katowickiego “ Sportu”, potem już dojrzewający redactor, byłem pod wpływem oblatanych działaczy, którzy reprezentowali polski speedway na forum Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Bogdan Matuszak, Władysław Pietrzak, Zbigniew Flasiński, Lech Baran byli znaczącymi postaciami z symbolem Polskiego Związku Motorowego kierowanym przez nieodżałowanego prezesa Romana Pijanowskiego. Inżynierowie, znający języki, niemal dyplomaci mieli wielki autorytet na arenie międzynarodowej. Elita działaczy wiodła za sobą garstkę dziennikarzy, redaktorów na imprezy światowe. Wyjazdy miały swoje limity, imprezy żużlowe nie były hołubione, toteż wspomagał reporterskie eskapady PZM. Tygodnik “Motor”, dzienniki sportowe “Przegląd Sportowy” i “ Sport” z doskakującym raz po raz  “Sztandarem Młodych”  wiodły prym na rynku medialnym w prasowym przekazie krajowym i międzynarodowym w obszarze żużla. Grupa była nie duża, wspomagana przez Polską Telewizję, która” kupowała” informacje, komentarze. Sprawozdawcą sztandarowym był Jan Ciszewski, pod którego byłem, nie ukrywam tego wcale, urokiem. Imponował mi barwą głosu i zaangażowaniem a także tym, co mówił z wielką swadą a zbierał te wartości jako spiker na rybnickim  stadionie. Podczas kilku pobytów na finałach światowych, choćby na Wembley liczyłem mu punkty na stanowisku sprawozdawczym i miałem okazję być w “kotle” wydarzeń. Potęga TV zawsze była i monopolistycznie elektryzowała.

A jak jest dziś? Potęga mediów elektronicznych jest olbrzymia, prasowa nieco opadła w tej przestrzeni.

Prowadziłem 10 biur prasowych na finałach światowych na żużlu, wtedy proporcje zagranicznych wysłanników do krajowych miały się tak, jak jak 4:6. Dziś zalew polskich reporterów, głównie fotografujących jest olbrzymi. Przyjeżdżają, oglądają, tylko posiew tego potem jest nikły. Mamy teraz jeszcze aktywne internetowe portale. I tak się kręci karuzela żużlowych imprez z tłumem polskich reporterów, których często w biurach medialnych kłopotliwie redukują.

Od jakiegoś czasu nowością jest cykliczna obsługa transmisji telewizyjnych z ligowych meczów, co dawniej było niemożliwe a dziś jest normą. Kiedyś jeśli do czegoś takiego dochodziło emitowano w TV relację z poślizgiem żeby więcej ludzi było na stadionie.  Ligowe mecze transmitowano jak na lekarstwo, najczęściej w regionalnych stacjach TV. Nie można pominąć radiowych rozgłośni, regionalnych na Pomorzu czy Śląsku, które pilnowały wydarzeń żużlowych jak oka w głowie. Do dziś radio rozpala serca.

Czasy jednak się zmieniły i dziś mamy internetowy boom. Wielkie bum! Kibice wybierają domowe fotele, “ browary” na deser i siedzą w domach. Paliwo drożeje, stadiony pustoszeją, interesy drepczą w miejscu. Prezesi mają parcie na szkło, bo reklamy wypełniają pustkę. Co się bardziej opłaca: ryk tłumów czy marna kasa?

Od czego mam zacząć, bo środowisko jest uczulone, zazdrosne i bardzo … śledcze. W prasie prym wiedzie bez konkurencji “ Tygodnik Żużlowy” i nie ma dyskusji.

No to teraz skok do TV, do serialu Grand Prix, gdzie monopol należy do stacji Canal+. Rozkręcał machinę Robert Rymarowicz, niestety ciężka choroba kilka lat temu nie dała mu szans przeżycia. Robert był fanem klanu Gollobów, sprawozdawcą niezwykle umiarkowanym, z fachowymi komentarzami. Zwolennikiem Rymarowicza był Edward Durda, charakterystyczny głos, który nie tylko żużlem jest wspomagany. Nie mogę nie wspomnieć Łukasza Płóciennika, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Pojawienie się Piotra Olkowicza zwiastowało dynamicznie wiele dobrego i Piotrek jako wiodący sprawozdawca, dobierający sobie do pomocy różne osoby, czasem ciekawe, czasem mniej czaruje z mikrofonem, zna od podszewki serial GP i swobodnie porusza się w tej przestrzeni. Potrafi wydobyć dramaturgię widowiska i pociągnąć za sobą towarzystwo oglądające turnieje w różnych miejscach. Wspomagająca grupa ekspertów ze studia dobierana jest przez opanowanego zawsze Grzegorza Milko, który miał przerwę, bo jego miejsce zajęła ówczesna reporterka szalejąca w parkingu Daria Kabała – Malarz /obecnie przepytuje Michał Łopaciński/ i Grzesiu miał więcej czasu na włoską piłkę, gdyż włada językiem rzymskiego cesarstwa. Daria K – M urodziła bliźniaki i na pewno wróci do gry. Studia mają swoją oprawę, bywają w centrum Canal + oraz na stadionach. Miałem przyjemność uczestniczyć w wielu takich forum, gdzie sprzedawałem swoją wiedzę kibicom.

Przez studio Canal + w serialu GP przewinęło się multum ludzi różnych profesji, którzy mają zakodowany speedway na zawsze jako typowy job, nie obrażając nikogo. Transmisje kreują ludzi ale i obnażają wady, więc karuzela gości/ estrada, scena, mistrzowie innych sportów/ kręci się jak ruletka. Niektórzy przebierają nogami, żeby tam być. A limity i koneksje decydują o losie.

Ligowe transmisje w TVP 1 z meczów hitowych obejmują Ekstraligę i tam guru jest Rafał Darżynkiewicz, zielonogórzanin, z charakterystycznym głosem, znający się na żużlu, wydawca pod egidą Włodzimierza Szaranowicza. Jego wspomagajacym ekspertem jest Krzysztof “ Metanol” Cegielski, którego życiowa kariera żużlowa została dramatycznie kiedyś przerwana tragicznym wypadkiem w Szwecji. Krzysztof postawił na mikrofon, toteż jest rozrywany pomiędzy Canal + a TVP 1.

Druga ligowa ekipa sprawozdawcza publicznej telewizji składa się z południa Polski; Robert Noga i Robert Wardzała mają rodowody tarnowskie. Noga dziennikarz, Wardzała syn trenera żużlowego Mariana i były zawodnik a teraz parlamentarzysta. I tak oto mamy transmisje z Ekstraligowych meczów, wywiady reporterów z parkingowych zaułków. Jest więc co oglądać i wybierać, chwalić i ganić. Stadiony pustoszeją, domowe kanapy trzeszczą.

Osobny rozdział przekazów z ligi angielskiej ma Polsat z Marcinem Feddkiem i Tomaszem Lorkiem, ten drugi zakochany po uszy w żużlu od dziecka.

Liga z Wysp uczy, niektórzy nasi  błyszczą wiedzą, znają język i swobodnie poruszają się jako Europejczycy. Można ciekawie posłuchać np. Dawida Stachyrę, Piotr Baron komentuje super. Jarek Hampel z angielszczyzną jest jak ambasador i kiedyś może być świetnym działaczem. Ale gdzie tam jeszcze do tego… przed nim miejsca na podium.

Obok lecą radiowe transmisje od Leszna po Pomorze, Lubuskie, Śląsk, Podkarpacie, lubelskie Roztocze. Szum faluje. Elektryzuje, podkręca spiralę speedway made in Poland.

Speedway jest jak magia, wciąga, elektryzuje. Tłum reporterów z Polski był “postrachem” organizatorów imprez zagranicą, kiedy Tomasz Gollob zwiastował cudne wyścigi i zwycięstwa. Dziś gazety mają speedway na należnym miejscu, choć nie wszystkie go preferują z tych głównych. Przekaz telewizyjny dociera na kanapy i fotele w domach, no i tłumi inne wydarzenia. Sfera medialna jest jakże inna od tej, kiedy do Londynu na Wembley leciałem spłoszony jak wróbel i wbijałem się w rodzimy rynek z relacją na siłę tu i tam, by zadowolić czytelników, słuchaczy i mieć satysfakcję, że przekaz odbierany jest jak skrawek czegoś niebotycznego. Dziś wystarczy spojrzeć na “plazmę” i kliknąć w compa. Wszystko jest. A jednak… chyba nie wszystko… Nie ma już niestety żużlowego, starego i mitycznego Wembley a ja sentymentalnie z jego królewskimi tajemnicami mam go w sercu i pamięci.