Vojens Ole!

Szkoda tego miejsca i żal, że speedway światowy traci Vojens dla dużych wydarzeń. Vojens znaczy… Ole Olsen. Kto przed 35 laty słyszał o takiej miejscowości?! Kiedy w 1975 roku guru duńskiego żużla zdobył drugi tytuł mistrza świata na klasyku postanowił zainwestować w stadion. Urodził się w Haderslev, kilkanaście kilometrów od Vojens, w rodzinnym domu sprzedawał z drugiej ręki samochody Honda i BMW. Mały domek, także niemal muzeum wyposażone w trofea Ole. Bywałem tam zanim przeniósł się do okazałego domu niedaleko Haderslev i Vojens. Olsen miał przyjaciela Aage Sondergaarda i razem obmyślili stadion stricte żużlowy w małej miejscowości, liczącej kilka tysięcy mieszkańców/ dziś jest kilkanaście tysięcy/. Pierwsze zawody na nowym stadionie odbyły się w 1977 roku i były to mistrzostwa Europy juniorów w których zwycieżył Duńczyk Alf Busk. Nie było jeszcze głównej trybuny, projekt realizowano w etapach. Lubiałem jeździć do Vojens, długa droga przez dawne NRD, potem skok przez Hamburg, Flensburg i zaraz za niemiecką granicą było duńskie żużlowe królestwo, które przez niektórych polskich malkontentów nazywane było… wsią. Jakby nie byli często ze wsi, polskiej.

W Haderselv w hotelu “Norden”, małym i przytulnym nad stawem z dzikimi kaczkami, w hallu obok recepcji stał pozłacany motocykl Jawa, który dostał duński internacjonał Ole w Czechach.  Wygrywał tam “ Zlate Prilby” w Pardubicach, przyjeżdżał na polowania do Czech. Vojens szybko robiło karierę, było nowością zarządzaną przez mistrza, w 1978 roku Olsen zdobył trzecie mistrzostwo świata na Wembley w Londynie i był to cudowny finał, gdzie mistrzowi na podium towarzyszyła nie tylko żona Ulla ale i miss świata Mary Stavin. Zostawmy urodę turnieju oraz pań. Polećmy do Vojens. W 1979 roku w finale mistrzostw świata par polski duet Edward Jancarz i Zenon Plech zdobywają brązowy medal a wygrywają Duńczycy Olsen z Hansem Nielsenem, srebro dla Anglików, piąte miejsce z 14 punktami zdobyła wschodząca gwiazda żużla Amerykanin Bruce Penhall, który w solowej jeździe ogrywał rywali jak chciał i rozdawał punkty. Kelly Moran doznał kontuzji na treningu. Bobby Schwartz nie doleciał, zawody zostały przesunięte o dzień , bo lało jak z cebra. W ogóle pogoda lubi tam kaprysić. Byłem na tym turnieju, badano motocykl Plecha. Polacy pojechali medalowo. Dotarłem na zawody czerwonym “ Maluchem” i była to wyprawa, której nie zapomnę ze względu na blisko 3000 kilometrów i nie tylko z tego powodu. Wróciłem. Było głośno na trasie a kręgosłup trzeba było masować fachowo.

Vojens “zaskoczyło” w kalendarzu FIM, organizowano na przemian finały interkontynentalne drużynowe oraz indywidualne MŚ. Sędziował tam często torunianin Roman Cheładze. Turnieje były zazwyczaj przedwczesnymi finałami światowymi, ich dramaturgia była wyczerpującym widowiskiem dla fanów, którzy stawiali się w liczbie kilkunastu tysięcy. Dziś  może ten stadion pomieścić ponad 20 tysięcy. Polakom wiodło się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, narzekano zwykle na tor a moim skromnym zdaniem w erze polskich torów “lotnisk” były kłopoty z geometrią. Stadion Olsena i Sondergaarda mocno zaktywizował senne Vojens, ożywił gospodarczo to miasteczko. Nie przypuszczałem, że dojdzie kiedyś do konfliktu z gminą i Vojens w 2012 pożegna się z żużlem, choć nie wierzę w taki obrót sprawy i może po krótkiej przerwie znów będzie tam gorąco podczas prestiżowej imprezy. Na razie wieści z południa Danii nie są najlepsze i miejscem pewnym dla Grand Prix będzie stadion Parken w Kopenhadze ze sztucznym torem.

Uczestnicy wielkich turniejów w Vojens mieszkali w okolicznych miejscowościach, żelaznym punktem pobytu były wyprawy do Billund, gdzie usytuowany jest Legoland. Tamtejsze klocki symbolizują Danię, podobnie jak zamek Hamleta czy buty firmy Ecco. A duńscy żużlowcy nie potrzebują reklamy i Hans Nielsen/ Brovst/, Erik Gundersen  /Esbjerg/ czy Jan O.Pedersen albo Nicki Pedersen są symbolami jazd w lewo w mistrzowskim wykonaniu. Artyści na motocyklach i guru Olsen, były dyrektor cyklu Grand Prix od początku, jeden z inicjatorów, a teraz dyrektor sportowy na etacie Międzynarodwej Federacji Motocyklowej. Jest ikoną światowego żużla, charyzmatyczny, który swój pierwszy sukces na żużlu odniósł w wieku 17 – lat zostając mistrzem Danii. Jakże zmienił się styl jazdy chłopców z tamtych lat w porównaniu do dzisiejszych  czasów. Czarne kombinezony ze skóry bez reklam były diaboliczne, bo dziś na żużlu jest kolorowo w kevlarowo – reklamowym zestawie. Inne motory, inne ubiory. I styl jazdy.

W 1988 roku odbył się w Vojens finał indywidulany mistrzostw świata, który wygrał Erik Gundersen, przed swoimi rodakami Hansem Nielsenem i Janem O. Pedersenem i duńska armada święciła triumf bezapelacyjny. Wtedy też po tych zawodach doszło do rozłamu pomiędzy Olsenem a Aage Sondergaardem, który potem prowadził etnograficzne  muzeum pomiędzy Vojens a Haderslev. Poszło nie o kobiety a pieniądze.

Duńskie stadiony żużlowe charakteryzuje kameralność, o choćby takie Holsted położone w bezmiarze pól i łąk farmy. Hoteliki ze skandynawską dbałością o szczegóły i słynne piwa, których smak jest niepowtarzalny ze słynnym Tuborgiem na szczycie. W Vojens  Center króluje Faxe, sponsor wielu imprez i gaszenie pragnienia piwoszy, którzy jeśli przekroczą litraż kufli widzą zawody we mgle. Najgorzej nie jest, atmosfera cool.

VOJENS jest kultowe, wyrobiło sobie markę przez ponad 35 lat z Ole Olsenem w tle. I nie mówmy o wsi, co jest zwykłym obciachem i doprawdy mało takich miejsc, gdzie w historii tyle działo się na małej przestrzeni w światowej elicie na poziomie o jakim mogą inni pomarzyć, mimo atutu stadionowych kolosów. Małe bywa czasami piękne i to nie jest wcale frazes. Ole!

Gliniane imperium? Skok na Pragę!

Mamy grand podniecenie. Nadchodzi europejska trasa angielsko – amerykańskiej grupy BSI/ IMG, a pierwszy „ koncert” na torze praskiego Marketa. Szykuje się zatem premiera i praska wiosna. Rozbudzone pęki drzew, kwiaty i kaskada mostów na Wełtawie. Nad wszystkim panujący dostojnie czarno – złoty Hrad. Stolica Czech po niedawnym politycznym szczycie świata jest wypucowana i zaprasza na plochą drahę oraz na wino, piwo i na inne uciechy, które wiosną nabierają tam wyjątkowego kolorytu. Odżywa uliczkami Haszkowy wojak Szwejk i Hrabalowskie Bambini di Praga i żyje się w tym misterium 24 godziny na dobę.  Do Pragi jeszcze wskoczymy, popatrzmy przy okazji premiery Grand Prix na układ światowy a faktycznie europejski. Jaki szykuje nam się szczyt? Zerknijmy zatem na panoramę żużlowego placu. Plac nieliczny ale śliczny… jak mówią panie.

[

USA. Greg Hancock Były mistrz świata, bliski czterdziestki. Kto za jego plecami? Nie ma Billy Hamilla, „Bullet” już ma dość żużla. Kto za nimi? Kalifornijscy zawodnicy mają wrodzoną charyzmę słonecznych chłopców dla których sport jest ważny ale nie najważniejszy stąd ten kapitalny luz, uśmiech i radość ze zwycięstwa ale nie rozpacz z przegranej. Amerykanie nie mają zaplecza, takie czasy i o mistrzostwo świata młodzież będzie walczyć nie wiadomo kiedy. Nie wyobrażam sobie kiedyś serialu SGP bez perlistego uśmiechu Grega. 

 
AUSTRALIA. Solidny Leigh Adams zapowiada swój ostatni sezon w serialu, chce odpocząć od presji. Swoje już zrobił, nie był mistrzem świata, zawsze coś psuł choć jest rzemieślnikiem godnym zaufania. Będzie dobrym coachem, lecz na razie taką funkcję ma ten, co Tomaszowi Gollobowi na londyńskim Hackney dał po głowie czyli Craig Boyce. Rodzinny Jason Crump zawsze jeszcze może być mistrzem świata, jeszcze raz i jeszcze raz. Siłowa perfekcja, dziadka oraz ojca opatrzność. Nadzieja „kangurów”, rozwojowy Chris Holder nie dostał niestety przepustki na salony SGP. Szkoda, wnosi powiew australijskiego wybrzeża i torów jakich trudno znaleźć w Europie. Z Australijczykami jest tak, że wychowują się na rodzinnym kontynencie, uczą w Europie i tu odbierają emerytury po udanej karierze.
 
DANIA. Nicki Pedersen jest niekwestionowanym liderem następców i jego, i Hansa Nielsena, Erika Gundersena, JanaO. Pedersena i samego Ole Olsena, który na pewno na emeryturze nie będzie się w Vojens nudził, zadbał tam o swoje życiowe hobby. Nie mam na myśli myślistwa oczywiście. Hans Andersen potrafi pojechać ostro, elegancki Niels – Kristian Iversen jest rezerwowym, ale w pace serialowej uparty na torze do bólu Kenneth Bjerre. Nicki będzie chciał swój czarny team przyzwyczaić do zachowań imperatorskich. Dobrze. Niech gwiazda świeci coraz jaśniej i spokojniej/ niedawno został ojcem/. Nicki chce przejść do historii swoich duńskich protoplastów. I przechodzi. W polskiej lidze też.
 
ANGLIA. Królowa nie rozpacza, bo chyba speedway jest daleki od pałacu Buckingham chyba, że wręczane są tytuły MBE, dla Briggsa, Maugera…Anglicy mają wyraźny regres, nie pamiętam takiego stanu drużynowego. Scott Nicholls jest chimeryczny jak tulipan. Chris Harris miał debiut udany, lecz potem zagubił się na zakrętach i w ubiegłym roku uprawiał jazdy w wyboistym stylu. Gdzieś zatracił płynność, rytm i zaufanie swoich fans.
 
ROSJA. Emil Sajfutdinow. Następca Igora Plechanowa? Tak to widzę, nabrał dobrych manier w Bydgoszczy, tam trzymają w towarzyskich ryzach, jest swoista subkultura i jak się trafi talent obrabiają go jak jubilerzy diamenty w Amsterdamie. Rosja w serialu, to nowość i dobra nowina dla żużla w perspektywie eskapad na wschód. Spolszczony Emil jest wyjątkowym zawodnikiem, sprytnym w tej grze i pojętnym jak rosyjski szachista. Może zechce być Polakiem?! Ładnie mówi po naszemu, jeździ skutecznie, może być przebojem serialu.

Już taki podobny jest: Norweg Rune Holta. Nieobliczalny w każdym calu. Ma na sumieniu indywidualne zwycięstwa, na komplety jakoś go nie stać, brakuje jakby konsekwencji, acz na pewno marzy mu się w karierze być super Vikingiem znad fiordów. Jego jakby wytrącam specjalnie z naszej ekipy, bez podtekstu. Ma polskie obywatelstwo, ma tytuły mistrza Polski i z narodową drużyną medale. Norweg na polskiej roli posiał dużo urodzajnego ziarna.
Polski team zostawiam na finał tekstu.
 
SZWECJA. Kiedy odjechał Tony Rickardsson można śpiewać „ nie płacz kiedy odjadę”. Wraca Tony jako coach na tory żużlowe, długo w domu nie posiedział. Antonio Lindbaeck ma nabrać sił za jego sprawą, także wspomniany Emil. Reprezentanci „Trzech Koron” to niespełniony Andreas Jonsson, urazowy bez przerwy o dużym potencjale. Potrafi pojechać ostro, skutecznie i gdyby nie „padaczki” byłby sprawniejszy i zdrowszy, i może już medalowy. Fredrik Lindgren jest typem myśliciela, umie sporo, jeszcze musi być bardziej zorganizowany i konsekwentny w zbieraniu punktów. Z piekła do nieba nie może być dewizą. Unormuje swoje jazdy  na pewno, ambitny i ma z czego czerpać wiedzę.
 
POLSKA. Już o Holcie wspomniałem. Tomasz Gollob, statua światowego żużla. Wieczny idol nadal rozpościera flagi biało – czerwone na każdym stadionie. Do kolekcji brakuje mu tytułu mistrza świata. Czy zdobędzie złoty laur w wieku, kiedy ojciec już wie jak wychować córkę?!  Chyba i najwięksi rywale pogodziliby się z takim aktem mistrzostwa. Sebastian Ułamek już zakosztował serialu SGP, wtedy były szybkie prysznice, teraz już spokojnie można się chlapać. Ułamek jeśli nie będzie oszczędzał a dopisze mu szczęście może spełnić swoje marzenia, bo stać go na regularność i trzymanie się kupy. Grzegorz Walasek udowodnił nie raz, iż jego miejsce powinno być w elicie. O to taki szwedzki Lindgren, choć bardziej doświadczony, ma już za sobą ściganie w SGP. Czego mu życzę? Równości. I determinacji bycia w elitarnym gronie.
Nie mamy na stałe Czecha w gronie szesnastki BSI/IMG pod flagą FIM. Tak to się zakręciło. Nie mamy Słoweńca, brakuje Mateja Zagara. Te nacje będą  miały „dzikie karty” w Pradze i Krsku. Inne „dk” wypełnią luki w pozostałych turniejach. I tak to już poleci. Czasami na sztucznym torze, a w większości na naturalnych. Stadiony te same, atmosfera podobna.
 
Zaczynamy jazdy od Pragi. Nominację gospodarzy dostał utalentowany 20 – letni junior Matej Kus/ Unibax Toruń/ z praskiego Olympu. Czeskie debiuty w GP nie były rewelacyjne. Olymp Praga, dawna Ruda Hvezda jest bardzo zasłużonym klubem, stąd wywodzą się familie Spinków, Kasperów, Stanclów, innych /Kudrna/ świetnych mistrzów i reprezentantów Czech, uczestników mistrzostw świata we wszystkich gatunkach wyścigów motocyklowych.

Na Markete ma być odświętnie i wiosennie, oby tylko nie padało czyli jak mówią Czesi  „pryszczyło”. Tam turnieje bywają zażarte i nie brakuje upadków. Plocha draha jest już rychtowana od dawna, tradycyjnie towarzystwo, przeważnie z Polski, lubi przyjeżdżać nad Wełtawę. Miasto daje konieczny przy imprezach światowych koloryt, ma charakter i smak kolacji ze śniadaniem. W piwiarniach, każdej gospodzie i na stadionie jest sielsko, anielsko i swojsko. PRAGA, urbanistyczna bombonierka, jest malownicza, urzeka zawsze zwyczajnością oraz kameralnością i podobnie jest na tym stadionie, na górze Breznova, na „Markete”, gdzie rządzi niepodzielnie od lat dr Petr Ondrasik i jego niezmordowana skupina. Liczą prażanie na polskich kibiców bardziej, niż na swoich, więc kokietują niespodziankami. Bez Golloba i dopingu  polskich, kolorowych fanów nie ma imprezy. Jak miło to słyszeć od Pepików.

A co do glinianego imperium, proszę sobie samemu szczerze odpowiedzieć na takie pytanie przy kuflu Staropramena, bo warto. Chyba odpowiedź nie zrównoważy smaku. Grand ahoj!