Aktorzy, mitomani, normalni

  1. Sportowe upadki są bolesne. Dosłownie. Polski futbol zleciał na łeb i szyję, padło takie określenie z ust prezesa naszej piłki kopanej byle jak, że trener reprezentacji został… zaszczuty. O rany! Kuriozalne określenie obrońcy kolegi. Trener Adam Nawałka jako szef ekipy/ zresztą nie tylko on/ powinien widzieć i wiedzieć wszystko. Jeśli oświadcza na Mundialu, że piłkarze są przygotowani mentalnie, fizycznie bardzo dobrze, to ktoś kłamał. NIE zabiera się zawodnika, który jeśli przewróci się, łapie kontuzję. NIE funduje atrakcyjnego wyjazdu do pracy piłkarza, bo robi dobrą atmosferę. Czy nie lepiej wziąć kabareciarzy? Trener odpowiedzialność, za jedną z największych wpadek polskiego sportu wziął na siebie i nie miał wyboru, bo miliony Polaków zostało zawiedzionych lukrowanymi wypowiedziami, pysznymi zgrupowaniami nad Bałtykiem i w Bieszczadach, gdzie tłumy ludzi przelewały się pod oknami supermenów. Niemiecki “Kicker” napisał, że Robert Lewandowski przypominał bezzębnego wilka w rosyjskim zoo. Ostro, dosadnie. Widzieliśmy. Najgorsze w sporcie jest mydlenie oczu. Trener znaczy wiele; on ustawia zespół, sam chyba wie najlepiej/powinien/, ponieważ czym więcej doradców, tym gorzej. Jeśli nie ma się pomysłu, to posiłkuje mitomanami, którzy chętnie pojadą last minute na każdą wyprawę za cudze pieniądze.
  2. HANS NIELSEN był wybitnym zawodnikiem. Jego mentor OLE OLSEN jeszcze lepszym, gdyż ma zmysł organizacyjno – biznesowy. Obaj jeździli w parze i zdobywali medale. Olsen jest ojcem wielkich sukcesów duńskiego żużla, twórcą stadionu w Vojens, gdzie organizowano finały światowe. Małe miasteczko stało się głośne i znane, duńska reprezentacja zdobywała medale mistrzostw świata a indywidualne glorie pięknej urody łupem Hansa Nielsena, Erika Gundersena, Jana O. Pedersena, Tommy Knudsena, potem Nickiego Pedersena. Duńczycy mieli Ole Olsena, który jak Mojżesz przeprowadzał swoich rodaków od mistrzostwa do mistrzostwa, od medalu do medalu. Po zakończeniu bogatej kariery zajął się dyrektorowaniem serialu Grand Prix. Ile można być w napięciu a młodość ucieka? Olsen, owszem krzepko się trzyma a jego sukcesorem na arenie międynarodowej został młodszy syn Torben. Nie sądzę, żeby był lepszym od ojca jako działacz – urzędnik, ojciec jest żywotnym przykładem człowieka znającego od podszewki tajemnice żużlowego rzemiosła z instynktem wyłapywania myśli wirujących pomiędzy motorami. Duńczyków prowadził przez jakiś czas poturbowany przez los Erik Gundersen, wielokrotny mistrz świata z Esbjergu, jednak nie dał chłopina rady, podobnie jak starszy syn Olsena Jacob, który jeździł na żużlu, acz bez sukcesów. Nie zawsze syn jedzie śladem ojca w wymiarze o jakim marzą rodzice. Duńczycy zostali wyraźnie osieroceni trenersko, menedżersko po odejściu Ole Olsena.

Od jakiegoś czasu teamem narodowym Danii zajmuje się ze spokojem na twarzy Hans Nielsen. Chyba ma problemy, męczy się, nie ma wyczucia zmian, nie potrafi przekazać zespołowi “gry” i bywa bezradny. Nie można mieć do niego pretensji, taki jest. Duńczycy powinni poszukać nie tyle sławnego, co czytelnego menago dla reprezentacji. Czyli co? Szkoleniowiec wielkie słowo a jeszcze darem intuicja. Osamotnieni zawodnicy często gubią w ogniu walki pomysł, bez podpowiedzi tracą koncepcję. Ot, co. A decyzje na chłopski rozum muszą być trafnie podejmowane natychmiast.

  1. Debiutującym piłkarzem młodego pokolenia na Mundialu był zawodnik niegdyś poznańskiego Lecha, teraz Sampdorii Genua. 21 lat, talent, ambitny, nie zepsuty zgniłym światem piłkarskich wygórowanych kontraktów, DAWID KOWNACKI urodził się w Gorzowie i uwielbia speedway, jak futbolówkę. Rzadka przypadłość. Kownacki na Mundialu skromnie zrobił co mu kazano, wprawdzie nie za dużo mu polecono a szkoda. On jednak nie stracił zębów, inni szybko. Kownacki wrócił po MŚ do Polski i nie wyjechał na plaże Jamajki. Był dwa dni po powrocie już przy motocyklach żużlowych. W Ostrowie Wielkopolskim jeździ jego kolega Kamil Brzozowski, który już poznał trochę klubów, obaj znają się, wspierają. Kownacki ma pasję strzelania bramek /pamiętam jak ”szurał” w Lechu, aż kupili go Włosi i cenią/, ale kręci go speedway. Chłopcze zapomnij o bolesnym Mundialu, jeszcze kiedyś zagrasz i na pewno bez butnego nadęcia jakie było udziałem reklamowo – piłkarskiego sztabu szkoleniowego Wielkiej Wyprawy na rosyjski Mundial. Jurata – Arłamów – Soczi – wstyd. Frazesy nie grają. A kto grał? Dostaliśmy mocny pressing.
  2. “Aktorstwo” w sporcie. Bez cudzysłowu. Sport jest grą, wyczynem. Kibice lubią fantazję, walkę od początku do końca. Dużo mówi się o upadkach Duńczyka Nickiego Pedersena, zresztą zawsze o nim się gadało różnie, przede wszystkim jako o rozrabiace na stadionach. A jednak został bez cudów trzykrotnym mistrzem świata. Nicki ma pecha do lansu na swój temat. Jest zawodowcem, wie na czym polega ten sport, nie raz leżał i leczył przykre kontuzje. Jeśli w kolizji bierze udział, to właśnie jemu najczęściej przypisuje sie winę a nie rywalowi. Komentatorzy natychmiast widzą winnego, sędziowie bywają ostrożniejsi. Nicki ma pecha ale czy w wieku 41 lat człowiek bez powodu, symulacyjnie kładzie się na tor? Nicki Pedersen jest człowiekiem impulsywnym, kiedy stres go złamie wyładowuje swoje emocje, energię “sprzedaje” widowiskowo. Kamery TV rejestrują i dobrze, że jeszcze nie ma podsłuchów. Podpatrujmy zatem wszystkich: jak i gdzie się skrobią. Najlepiej w szatniach ku uciesze podglądaczy, którzy publicznie wykrzykują ile mają siły. Ciszej a będzie lepiej.

Brazylijczyk NEYMAR da Silva Santos Junior/ 1992/ jest najdroższym piłkarzem. Paryski Saint Germain kupił go za prawie 37 milionów euro! Kolosalna kwota świadcząca o tym, że finansowo sportowy świat nie zna umiaru a przecież wreszcie musi być tej eskalacji granica. Neymara pilnują goście na boisku jak walizkę złota. Jak nie dają rady kopią po kostkach, depczą lekkie buty i ranią nogi. Neymar jakże często wyje z bólu; brazylijska gwiazda ma świadomość swojej rynkowej ceny i myślę, że czasami przesadza. Z drugiej strony jeśli przeciwnik stanie mocno butem na stopę w “pantoflu”, ból jest straszny z konsekwencjami. To “zjawisko” w innej oczywiście skali dokucza żużlowcom. Sędziowie mają żółte i czerwone kartki, więc karzą i symulantów, i stadionowych gangsterów. SPORT musi być fair – play, oczywiście! Jednak bez talentu, pracy, aktorstwa, fantazji, finezji, doskonałości wykonawców nie istnieje w globalnej wiosce.

Jaka jest cena żużla?

Uderzam się miarowo w piersi, gdyż ten felieton rozpocznę od futbolu, którego nie wszyscy fani żużla tolerują. O kochaniu nie wspomnę. Ale prawdziwy sympatyk sportu oprócz fascynacji jedną czy dwoma dyscyplinami nie omija przecież najważniejszych wydarzeń jakimi są igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata czy Europy. Kocha jedną dyscyplinę ale wciąga go mega wydarzenie, bo sport nie zamyka się w obrębie tylko jednej fascynacji a co piękne urzeka chyba wszystkich. Mundiale futbolowe są teatrem światowym, który ogniskuje emocje, wywołuje ekstazę, przynosi jednym szczęście a drugim go brutalnie odbiera. Słabe serca kibiców nie wytrzymują napięcia, więc pękają kruche aorty. Jakże fantastyczny musi być ładunek emocjonalny, który powoduje największe uniesienia ludzkiego organizmu! Futbol jest grą błędów, estradą, gdzie spiętrzenie nerwów kończy się euforią albo furią. Szepcze się, że dla niektórych nacji piłka nożna jest religią, która warta jest największego poświęcenia. Mamy dowody.

Kończy się piłkarskie święto w Brazylii; ten Mundial przejdzie  do historii jako turniej, który pogrążył faworytów, odkrył radosny futbol pozaeuropejski, zaoferował urodę goli. Zasłynął również od początku sędziowskimi pomyłkami, które wykoślawiły sens gry. Poseł Jan Tomaszewski, były znakomity bramkarz i uwodziciel oryginalnymi oraz radykalnymi wypowiedzimi oświadczył w kontekście Mundialu, że nasza piłka nożna jest 100 lat za murzynami. Coś w tym jest, bo tempo rozgrywania meczów, znakomite czytanie gry przez trenerów i zmiany korygujące taktykę zasługują na szczery szacunek. Europejski futbol jest nafaszerowany zawodnikami z Afryki i Południowej Ameryki. Kluby mają zakontraktowanych asów, którzy w czasie Mundialu odpływają do swoich narodowych reprezentacji. I tam dopiero zaczyna się koncert. Batutą jest piłka.

Brazylijski pisarz, dziennikarz Ruy Castro pisze, że: „Duzi chłopcy płaczą ale dopiero po meczu. Podczas meczu płaczą tylko płaczki, które moczą spodnie“. Ostro, bo Mundial  oprócz pudrowania niesie z sobą zawały serca i niebotyczną radość. Zenit emocji.

Kiedy ogląda się letnie czy zimowe igrzyska oraz piłkarskie mecze takie, jak na mistrzostwach świata nie sposób wyrzucić za siebie refleksje, które plączą się w głowie a dotyczą żużla właśnie. Zaczynam zatem prać myśli.

Speedway został od 1995 roku pozbawiony swojego skromnego Mundialu, jakim był jednodniowy finał indywidulany mistrzostw świata. Lobby biznesowe pod egidą FIM, czyli Międzynarodowej Federacji Motocyklowej wydzierżawiło pakiet na rozgrywanie MŚ pod nazwą Grand Prix. Słowa jak wytrych. Wszystko pod tym można ukryć. Była euforia i była zaraz wielka nuda, gdyż ponad czterogodzinne jazdy nie uwodziły kibiców. Zwodziły raczej. Łamał się pomysł, polska strona jak husaria pod Wiedniem przed wiekami broniła angielskich funtów. Urodziła się przy okazji gollobomania, która ratowała stadiony frekwencją wypełnionych trybun. Media piały z zachwytu, nie dostrzegając rozbicia tego, co było sednem. Rozmyto mistrzostwa świata do zenitu i raz po raz jakiś zbłąkany reporter donosił, że będzie jeszcze więcej turiniejów, bo 10 – 11 to za mało. Nie pozyskano od 1995 roku ani jednej dziewiczej federacji motorowej, nie wypromowano żużla poza wprowadzeniem go w w dawne rejony, takie jak Antypody, które lansują speedway, lecz przez swoich wysłanników do Europy. W międzyczasie obniżył się drastycznie poziom żużla w Anglii, w Skandynawii wegetuje, pracują respiratory żużlowych fanatyków w Niemczech i Czechach. Samotne białe żagle na torach są potwierdzeniem, że o pakietach drużyn nie ma mowy. Mamy turnieje Grand Prix rozgrywane od marca do października, raz lepsze raz gorsze. Ligi europejskie naszprycowane są polskimi zawodnikami, tyrają Rosjanie, single z innych krajów miotają się od Anglii poprzez Szwecję do Polski, która jest największym pracodawcą elit oraz im pochodnych młodych albo emerytalnych zawodników.

Jaka jest wartość, cena sportowa żużla, jego promocyjny brand? Marka jest niestety niszowa. Nie patrzmy na polskie stadiony, które są wyjątkiem, ale z roku na rok wyludniają się powoli bez samokrytycyzmu włodarzy klubowej egzystencji.

Sport jest promowany przez gwiazdy, ich jazdy, grę, charyzmę. Czy dziś mamy takich idoli jakimi byli Szwed Tony Rickardsson czy Tomasz Gollob? Nie sięgam daleko w historię. Rozwalenie mistrzostw świata mści się okrutnie i nie ma już święta, wydarzenia, które spinało sezon jak agrafka rozdartą koszulę. Potargano wszystko przy fanfarach telewizyjnych przekazów. Festyny trwają, ludzie jeszcze się bawią ale czy są szczęśliwi?

Obserwuję rutynę, brak świeżości, jesteśmy na etapie walki światowych rozgrywek z europejskimi. I jedne i drugie są ważne, lecz zawsze najważniejszymi będą MUNDIALE oraz IGRZYSKA. Ranga w sporcie jest clou wszystkiego i nie da się wmówić, że czarne jest białe!

Decydenci obecnego świata żużlowego żyją bez wyobraźni, zadowoleni z obsługi imprez, absurdalnych obrad jury, które nic nie wnoszą a trwają i kosztują. Tak jak nota bene polscy komisarze na polskim ligowym rynku. Bzdura do kwadratu. Rozmycie władzy, rozdrobnienie regulaminów i brnięcie w biurokratyczny zaułek może tylko służyć nieudacznikom, którzy w mętnej wodzie rozkoszują się apanażami i VIP – owskim czasem. No cóż, bolesna rzeczywistość i amnezja historyczna, brak wyobraźni i jasnej perspektywy, która z jednej strony podnosiłaby speedway tam, gdzie padał i pieściła, gdzie jest prawie raj. A jest gdzieś?

Cena poszatkowanych mistrzostw świata ekscytuje tych, którzy na tym zarabiają, jednak coraz bardziej obserwatorzy nie widzą w tym tego, co powinno być harmonijnym rozwojem. I wydarzeniową sceną, gdzie gra bywa mega popisem.

Zapamiętamy brazylijski Mundial anno 2014, jako widowisko uporządkowanego i zarazem „dzikiego“ futbolu z domieszką fantazji, szałem radości zwycięzców i gorzkimi łzami przegranych, kolorowymi, rozbawionymi fanami z całego świata, którzy z daleka i bliska przyjechali żeby dopingować i cieszyć się wydarzeniem, które ogląda cały świat.

A co speedway świętuje? Zjada tort po kawałku, co dwa tygodnie i chwali się, że może będzie jeszcze więcej turniejów Grand Prix. A za przeproszeniem kur… po co?!

Szef Crump mówi good bye GP

Nie tak daleko spada jabłko od jabłoni. Tak to jest moi drodzy, a więc po kolei. Ojciec Jasona Crumpa, trzykrotnego mistrza świata, Philip/ Phil/ urodził się w australijskiej Mildurze, gdzie był tor żużlowy/ stamtąd pochodzi inny słynny żużlowiec Leigh Adams/. Crump senior skończył 60 lat i jest dumny, że jego syn godnie zastąpił go na żużlu. Phil miał niespełna 20 lat, gdy zaczął startować w Anglii na torach. Mocny jak drwal, mało rozmowny ale solidny jako sportowiec. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie w 1976 roku zdobył brązowy medal indywidualnych mistrzostw świata, wygrał wtedy fenomenalnie jeżdżący Anglik Peter Collins. 80 tysięcy widzów oglądało te zawody, to był drugi finał IMŚ na „śląskim stutysięczniku“ po pamiętnym turnieju w 1973 roku, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel. Phil Crump był czołowym zawodnikiem reprezentacji Australii i startował w wielu finałach mistrzostw świata różnej kategorii. We wspomnianym roku 1976 w Londynie na White City Australijczycy zdobyli złoty medal a w ekipie jeździł Phil Crump. Srebrny medal w mistrzostwach świata par w Manchesterze wywalczył z Johnem Boulgerem w roku 1974 a wygrali Szwedzi. Crump senior jest czterokrotnym mistrzem swojego kraju. Wystarczy? Nie każdemu.

Zaraz, zaraz… nie daleko pada jabłko od jabłoni. Kiedy w 1976 roku Phil zaliczył udany rok na torach żużlowych, malutki syn Jason miał rok. Urodził się w Bristolu, jego dziadkiem był Neil Street, zawodnik, mechanik, świetny menedżer, który uwielbiał wnuka i bardzo chciał aby został żużlowcem. Marzenia nie zawsze się spełniają, lecz czasami mają realny kształt. Tak było z małym Jasonem. Dziadek uwielbiał wnuka a wnuk dziadka, pomiędzy nimi był ojciec, który oczywiście chciał mieć następcę. Czego nie dokonał tata, zrobił trzy razy syn. Został mistrzem świata. To piękne jak australijskie obrazy.

I ojciec i syn prezentowali, prezetują styl niezbyt finezyjny ale skuteczny, agresywny styl jazdy. Zodiakalny lew Jason zrobił swoje a mając bardzo udaną rodzinę postanowił ograniczyć bujną karierę. I ten sezon będzie ostatnim w serialu GP i nie tylko mnie jest szkoda, bo w żużlowym pejzażu brakować będzie solidnego Crumpa jr. na którego jego wierny mechanik Darek Sajdak mówi zawsze „mój szef “. A zatem bye szefie… Tylko w GP, bo po urlopie na Antypodach okaże się, gdzie jeszcze wystartuje Mr. JC.

Nie mogłem wspomnieć na wstępie tego felietonu jak spadają jabłka od jabłoni. Dziadek, ojciec, wnuk. Jason ma żonę Melody i córkę Mia – Lilly i syna Setha. Urodziwi, jeżdżący razem, rodzinnie, wspomagający głowę rodziny. Jest kogo pilnować i pilnowany ceni swoje “zaplecze“.

Dziadek zaszczepił u niego dbałość o sprzęt, gdyż był niezłym tunnerem. Neil był bardzo lubianym człowiekiem, zmarł nie tak dawno i pozostawił po sobie wspomnienie fachowca, uczynnego i zatroskanego o speedway nie tylko australijski. Jason uwielbia swoją rodzinę, lubi wypoczywać na Mauritiusie, w Australii, ojczyźnie ojca. Jeździ na GM a na czterech kołach Audi. Zaprezentował się bogato w serialu Grand Prix/ ponad 2000 punktów jak nikt/, triumfował, dawał szczerą satysfakcję widzom. Hymn australijski grano ponad 20 razy dzięki niemu właśnie. W jego boksie często można było spotkać znakomitego kierowcę Formuły – 1  Marka Webbera. Przyjaźnią się i wspomagają dwa różne moto światy.

Crump postanowił w pełnej chwale zakończyć jazdy na szczycie. W reprezentacji Australii pojawili się jego następcy, pierwszoplanową postacią jest rodem z Sydney 25 – letni Chris Holder, młody „kangur“, który śmiało kroczy mistrzowskim torem jak niegdyś król Crump.

Czy Jason mógł jeszcze jeździć w GP i satysfakcjonować kibiców? O tak, 37 lat to jeszcze nie tak dużo patrząc na Tomasza Golloba czy Amerykanina Grega Hancocka, którzy po czterdziestce śmigają w serialu GP jak gazele. Decyzja Crumpa jest jednak suwerenna i na pewno rodzinnie przemyślana, i jak znam żużlowe bractwo Jason nie odjedzie daleko, jeszcze mamy ligowe zmagania. Jaka będzie wiosna europejska?

Zawsze kiedy gwiazda sportu zjeżdża ze szczytu robi się żal. Czegoś będzie brakowało, bo nazwisko zrosło się z elitą bardzo mocno. Postać, charyzma, bez sportowej złości, choć na początku Jason wcale nie pobłażał. Zna swoje rzemiosło i warsztat, na ten temat Darek Sajdak może powiedzieć soczyście, rozumie się z szefem doskonale.

Familia Crumpów poznała Polskę dobrze, ostatnio Jason dojeżdżał na moje ulubione Podkarpacie do Rzeszowa. Koleżeński? O tak. Każdy zawodnik jest nieco inny na początku kariery a inny kiedy ma za sobą doświadczenie. Wsiąka się powoli, smakuje, walczy, speedway nie jest dla mięczaków i takim Jason nie był. Choćby z postury. Ma charakter mieszańca australijsko – angielskiego „kangura“. Gdzie jego serce? Przy żużlu? Rodzinie? Przypomina mi świetnego aktora amerykańskiego Johna Wayne‘a z westernów; mówi co trzeba i jeździ szybko, bo… „kto pierwszy strzela żyje dłużej“.

Ostatni turniej GP dla Jasona w Toruniu na okazałej Motoarenie. No cóż, dobry aktor nie schodzi ze sceny tak szybko, bo publiczność go kocha, bisuje, nie brakuje kwiatów i szprycy szampanów, fajerwerki na niebie jak kolorowe gwiazdy, piękne załączniki, których nigdy się nie zapomina. Puchary na podium są jak kontuzje, towarzyszą wszystkim, w różnych okolicznościach. Jason miał tego wszystkiego po trochu; nie brakowało mu złota, srebra i brązu, bo szczęście drepcze uparcie z bólem pod rękę, taki  jest ten speedway, któremu czasem trzeba powiedzieć good bye! I zjeść spokojnie  jabłko.

Ach Shakira !

„Waka Waka“ – oficjalny hymn afrykańskiego Mundialu zaśpiewała na zakończenie tej imprezy brawurowo, świetnie i skąpo jak zwykle ubrana Shakira, niesamowity występ tak jak i finałowy mecz w którym Hiszpanie fantastycznie pokonali Holendrów. Takie mecze zapadają w pamięci, takie popisy shakirowskie też. To wszystkie dane jest imprezom wyjątkowej urody, tradycyjnym i ekscytującym świat. Kreować sportowo mundiali, igrzysk olimpijskich nie trzeba ale ozdabiać i wbijać w pamięć artystycznie jest niemal koniecznością dla potomności. W tym momencie odnoszę się do żużlowego serialu Grand Prix, który w swojej mnogości turniejów nie ma spoiwa, poza sportową stroną, które mogło wiązać całość, utrwalać wydarzenie, pobudzać wyobraźnię. Nie wszyscy organizatorzy turniejów mają odpowiednie finanse i artystyczny smak aby kreować wydarzenie. Do tego potrzebny jest kreator z ramienia głównego zleceniodawcy, wymyślenie spotu z jednej strony uniwersalnego dla tego cyklu, z drugiej uwzględniającego lokalne i charakterystyczne cechy. Tak sobie wyobrażam od samego początku organizację serialu i wtopienie w sport dawki artystycznych akcentów może tylko wzbogacić pozytywnie serial. Aktualnie wybija się na czoło turniej w Cardiff w hali, kultowa brytyjska impreza, przygotowywana medialnie przez rok. Reszta turniejów jest satelitarna i „ boska“, czyli co Bóg da… Żużla na Shakirę nie stać, nie wiem co zaśpiewałaby Doda, która lubi ekstremalne sytuacje, sport i potrafi wydobyć z siebie nie tylko głos. Na każdym „majdanie“…

We wspomnianym Cardiff wygrał młody Australijczyk, sympatyczny Chris Holder, który następnego dnia w Zielonej Górze dał kompletnego „ciała“. Czy tego oczekujemy od zwycięzcy poważnego turnieju? To świadczy o klasie ale i traktowaniu pracodawcy z polskim paszportem. Podobnie zachował się Duńczyk Hans Andersen. Irytują mnie takie postawy, mało poważne i powinny być traktowane po męsku, bez żadnego pobłażania jak sytuacje w westernach. Odjazd.

W Cardiff Tomasz Gollob miał pecha najwyższego  stopnia, bo na prowadzeniu w półfinale zdefektował mu motocykl. Można się wściec? Tak. Następnego dnia na angielskim torze w Silverstone Robert Kubica na trzeciej opozycji odstawia bolid z powodu awarii! Można się wściec? Można.

Tam gdzie człowiek uzależniony jest od maszyny musi liczyć się z defektem, złośliwością rzeczy martwych, to są oczywiście truizmy, od pecha nie ucieknie nikt, szczęście jest nieprzewidywalne, mówi się o uroku i niespodziance, dobrze, lecz kiedy brakuje szczęścia, reszta wysiłków nagle marnieje, zupełnie staje się bezużyteczna. Bezradność ubiera zawodnika w nicość.

Mamy teraz w serialu Grand Powtórek trochę wakacji, cazs na analizy i przystąpenie do drugiej rundy w innym moxe nastroju. W tej przerwie najlepsze drużyny będą się ścigały o zespołowy Puchar Świata. Bitwy jakże interesujące, taki mini żużlowy mundial z finałem na torze Ole Olsena w Vojens. Czy Polacy okażą się tacy jak Hiszpanie w RPA? Zdeterminowani do końca choćby na jeden gol. Nie tylko ja chciałbym…

Upały dają się we znaki żużlowcom, fala gorącego powietrza atakuje, wspomniane mundialowe atrakcje zmusiły organizatorów do wczesnego rozgrywania meczów, fatalnie, w tropiku i dla wykonawców, i dla fanów. Czy tak musi być? Wcale nie, wystarczy analizować kalendarz sportowy i uciekać od imprez najwyższej rangi. Przypominam sobie jak to kiedyś rozgrywano finał mistrzostw świata na Stadionie Śląskim w tym czasie, kiedy grano o medale na mundialu, toteż nie kryto zdziwienia, że frekwencja jest słaba. Futbol jest wszechwładny, nawet gdy speedway szczytuje. Nie ma rady. Waka Waka… RPA i mistrzostwa miały swój hymn, który dobrze , że nie zaśpiewała Edyta Górniak tylko Shakira. Rewelacja. Speedway nie dorobił się jakoś mimo głoszonej jego wielkości przez wieszczów polskiego rodowodu oryginalnego hymnu, kawałka muzycznego motywu miłego dla ucha. Mamy 11 turniejów i nie ma wyraźnego, oryginalnego przeboju na miarę popularnego sportu. Szkoda. Muszę zatem namowić jedną z firm na taką kompozycję i niech leci w świat. Tak jak Waka Waka… Co to byłby za szał gdyby za rok do Torunia przyleciała jakaś gwiazda pop światowego formatu i premierowo zaśpiewała. Co wy na to? Zostawmy jednak marzenia. Cieszmy się, że na starcie w Cardiff polskie dziewczyny i ich uroda zwracała uwagę koneserów rzeźby ciał. Nie pierwszy raz, bo już na wstępie historii serialu Grand Prix były przed  „startowymi stringami“ atrakcyjne dziewczyny z Wrocławia, które robiły furorę na stadionach, gdzie rozgrywano turnieje GP. Mamy teraz powrót do polskiej urody dziewczyn i mam nadzieję, że nie odpuścimy eksportu. Jakby powiedział jeden z prominentnych, polskich działaczy „ w tym zakresie pany“.

Środek lata i sezonu, i nadziei, wpierw gorzowski półfinał drużynowych mistrzostw świata, no a potem pierwsze rozdania medalowe w Vojens. Tam zawsze było ciasno i niebywale ostro, bo i tor do walki oraz atmosfera nakręcona do zenitu. Tam speedway ma swój smak, jeździ się na maksa i nikomu nie odpuszcza. Tor w Vojens bywa dobry dla najlepszych, tam trzeba mieć szczęścia trochę a pech zgubić gdzieś po drodze. Tak, zgubić pecha i posłuchać agresywnej na każdej estradzie Shakiry.