Rozcieńczona kariera MD jr.

Hm, to coś tak jak otwarta przez rok whisky… trochę wietrzeje, dolejesz innej, nowej i jest mocniejsza. “ Aplikacja game stop?”… parafrazując giełdowe sytuacje? Nie. Jeden z moich przyjaciół zwrócił uwagę, bo napisałem, że polski żużel ma się dobrze…  – “Zobaczysz co będzie w połowie  roku”. Dyskutowaliśmy chwilę, nadeszła wiadomość o karze dla Maksyma Drabika nałożona przez POLADĘ. Sprawa długa i stara, 23 – letni częstochowianin, który w 2015 roku zadebiutował w Ekstralidze w barwach Sparty Wrocław. Odpowiadał za przekroczoną infuzję niedozwolonego środka w prestiżowym meczu pomiędzy Unią Leszno a wrocławskim klubem. “Nie wiedział co robi”, sam sobie nie wstrzyknął, ma swoich mocodawców, którzy przecież ściągali go ongiś do stolicy Dolnego Śląska. Jest jeszcze lekarz klubowy i adwokat, który sprawę prowadził na zlecenie opiekunów Drabika jr. Zawodnik jest synem Sławomira Drabika, byłego reprezentanta Polski, mistrza kraju, szkoleniowca Włókniarza Częstochowa. Jak głosi echo spod Jasnej Góry relacje ojca z synem uległy zamrożeniu. Nic nowego, takie sytuacje w rodzinnych kręgach się zdarzają. Ubolewam. Sprawa Drabika jr. ciągnęła się długo, rozprawy, odwołania, trybunały, kluczenia, incydent miał miejsce w 2019 roku, kara jednego roku biegnie od 30 października 2020, czyli żużlowiec z laurami, dwoma złotymi medalami mistrzostw świata juniorów oraz innymi cennymi zdobyczami  różnego koloru, w ubiegłym sezonie przestał jeździć, odciął się od klubu a czekanie na wyrok spaliło jego system nerwowy. Sezon 2020 nijaki, końcówka zmarnowana poza torem i kolejny sezon “w plecy”. Kto odpowiada za taki stan? Mówi się głośno o dalszym ciągu tej afery; o lekarzu klubowym Bartoszu Badeńskim. Medyk miałby paść jedyną ofiarą? Dziwne. Maksym nie wiedział, klubowi bossowi też niczego nie wiedzieli, nie słyszeli? W bajki już dawno przestałem wierzyć. Serial drabikowy cdn?

Problem jest poważny, bo 23 – letni zawodnik, przyzwyczajony od dziecka do ścigania, od dziecka przyprowadzany na stadion Włókniarza przez rodziców speedway ma we krwi. On tym sportem żyje, on go karmi, i ładuje emocjonalnie. Psychika w oczekiwaniu na wyrok organu powołanego do tropienia niewłaściwych postępowań w sporcie wysiadła. Za długo to trwało, klub mocno liczył, że obroni powstałą sytuację. Nic błędnego a życie jest umiejętnością przewidywania. Gdyby uderzono się w piersi od razu, byłoby mądrze, zdrowiej psychicznie dla młodego zawodnika. Ile kosztuje ta sprawa klub? Ile? Faktury adwokackie wymierne, zaś straty moralne trudno wycenić. Były dziwne echa wrocławskie, że WADA, POLADA, gonią za sensacjami i ścigają sportowców jak… CBA. Tak. Do tego są powołane i mają odwagę/ WADA/ w skali światowej wyrzucić za olimpijską burtę potęgi np. lekkoatletyczną ekipę Rosjan. Lekceważnie olimpijskich zasad uczciwości, branie dopingu jest piętnowane i tak być powinno, inaczej sport stanie się domeną zakompleksionych szulerów, co w różnych dyscyplinach było faktem a dziecinne tłumaczenia, że pasztecik zjedzony zawierał “zło” ośmieszało kiedyś polskie środowisko olimpijskie. Ciągle mamy próby oszukiwania normalnej rywalizacji w sporcie, w różnych obszarach.

Kursują wersje, że kiedy jest popyt to i podaż funkcjonuje świetnie, jak powiedziała onegdaj jedna z “błękitnych panienek”, która pieści życie towarzyskie. Dygresja. A mnie  intryguje moralny aspekt incydentu Drabika jr., jako byłego działacza motorowego, dziennikarza, który zajmuje się nie tylko sportem od lat kilkudziesięciu. I jako ojca dorosłych synów. Granica odpowiedzialności za czyny młodych leży w nas, dorosłych, te słowa dedykuję Sparcie Wrocław, z brandem w tytule Betard. To dobra firma, Sparta zaś zasłużona, z historią, dorobkiem, jednak przekraczanie granic za wszelką cenę w celu zdobycia punktu nie warte funta kłaków. Można kupić 100 silników, zaś organizm sportowca bardzo szybko wykruszyć. Fizyczne uszczerbki dają się naprawić, psychiczne potrafią zalegać i czasem zostają w okruchach na zawsze. O tym warto pamiętać od Wrocławia, przez Gdańsk, Bydgoszcz, Rzeszów, Rybnik po Częstochowę.  W ostatnich latach casus Patryka Dudka, Grigorija Łaguty świadczy, że bezczelne bimbanie z zasad przyjętych w sportowym kodeksie ma bolesne finały. I nie ma ucieczki od surowej kary. 

Kiedy zapadł wyrok w bulwersującej sprawie Maksyma Drabika komentarze obracały się  z treściami “jak to dobrze, że tylko rok, bo mogło być cztery”. Nie aż tyle, gdyż obostrzenia od nowego roku zostały nieco złagodzone, a poza tym czujna POLADA tropi dalej, wie, że zawodnik sam nie dokonał tego niedozwolonego czynu. Nie warto. Prezesi roztaczający parasol nie mają wyobraźni, kompleksy ich gniotą, powinni wreszcie grać czystymi kartami. Marnowanie młodych zawodników jest celem jednych, kiedy drudzy ciężko pracują nad kształtowaniem talentów. Łatwiznę buduje kasa, zysk jest fałszywką.

Dwa sezony zmarnowane dla częstochowskiego vel wrocławskiego fightera, który zebrał przykre doświadczenie. Czy MDjr. zostanie w klubie, w którym rozwinął skrzydła, pokazał talent? Zdobył medale, wjechał ostro w karierę i się poślizgnął? Duży koszt.

“Rozcieńczona” kariera przed nim, trzeba się Maksymie wziąć w garść mocno i udowodnić, że moc charakteru jest siłą gladiatorów. Wreszcie zawodnik wie, kiedy może zacząć trenować, kiedy zaliczyć come back na torze oficjalnie. Gdzie? Takie pytanie nurtuje kibiców, którzy trzymają kciuki za niego. Kuszenie klubowe z różnych stron podobno już się zaczęło, nie ważne zdrowie, ważny “towar”. Dewiza mało etyczna.

Tony nie był święty i częstochowskie oczy zielone

 

tony-rickardsson-805x452

I.

O kogo chodzi? O Tony Rickardssona, Szweda, sześciokrotnego mistrza świata. Tytułami zrównał się z nowozelandzkim asem Ivanem Maugerem/ zmarł w ub. roku w Australii wskutek długiej, ciężkiej choroby po wylewie/. Rickardsson, był nazywany gdy startował w Tarnowie swojsko Tośkiem. Tam też odbyło się polskie pożegnanie z jego karierą. Ciekawostką był fakt, że nie zjawił się na tym turnieju Tomasz Gollob.

Ale ad rem. Popełniłem onegdaj felieton, w którym poruszyłem skandaliczne  wypowiedzi prezesa ROW Rybnik pod adresem rosyjskiego zawodnika Grigorija Łaguty. Pseudo lans zmroził środowisko sportowe. Łaguta został zawieszony za stosowanie dopingu jako zawodnik ROW, kara się kończy, nie będzie jednak wierny Rybnikowi, wybrał lubelskiego beniaminka Ekstraligi. Prawdą jest, że team wypadł z gry przez incydent. Powietrze wokół Griszy zrobiło się “smogowe”. Podobno obiecał śląskiej drużynie starty, skusiła go jednak lepsza oferta. Prezes pokrzywdzony, który wcześniej walczył mocno o niewinność Rosjanina, oświadczył, że GŁ złamał słowo. Nie pierwszy on pewnie i nie ostatni na tym świecie. Bo…

Rozmawiałem nie tak dawno z gorzowskim mecenasem Jerzym Synowcem, który był oburzony słowami nienawiści prezesa ROW. Mec. Synowiec ongiś prezes gorzowskiej Stali, działacz wytrawny, speedway wyssał, jak każdy miejscowy może nie z mlekiem matki, lecz z atmosfery żużlowej w tym mieście. Tam żyje się tym sportem a bywanie na stadionie im. Edwarda Jancarza jest po prostu obowiązkową modą. Otóż Jerzy Synowiec wspomniał mi o zdarzeniu z gorzowskiego gruntu, o którym wiedziałem, lecz zapomniałem. Było to za czasów prezesa Les Gondora; był taki, pamiętacie? Gorzowianie chcieli mieć w składzie Szweda Tony Rickardssona. Tony robił karierę, punktował. Wszystko było prawie dogadane. Tony w międzyczasie konferował jednak z gdańskim Wybrzeżem, widocznie skutecznie. Generalnie tego rodzaju akcja zmierza do wyłożenia odpowiedniej kasy. Rickardsson w ostatniej chwili zerwał umowę z Gorzowem i wybrał gdański klub. Co powiedział Gondorowi? Rzekomo tyle, że jest zawodowcem i zdecydował się na korzystniejsze warunki kontraktu. Oczywiście zawsze zostaje osad lojalności. Życie jednak jest podatne na pokusy finansowe, sport obraca się wokół coraz większych kwot a speedway ma extremalny charakter i jego uprawianie niesie ogromne ryzyko kontuzji, inwalidztwa, ba, utraty życia. Kulisy tego sportu są potężnym wyzwaniem dla startujących, gdyż teraźniejszość wymaga wyobraźni patrzenia w przyszłość kariery i życia. Oczywiście kompromis jest wyjściem z trudnej sytuacji. Respektowanie zasad dawno runęło w przepaść. Mecenas Jerzy Synowiec działacz mobilnego spojrzenia na speedway reaguje globalnie na drażliwe incydenty. Dzięki, że przypomniał, iż nie tylko Grigorij Łaguta zmienił układ sił w drużynie w której startował, kiedy łykał niedozwolony środek. Kibice trudno wybaczają zawodnikom zmianę “krwi”, czasem dozgonnie i mamy tego przykłady od Pomorza do Podkarpacia, od Roztocza po Lubuskie oraz śląskie obszary. Wszędzie kibice nie darują zdrady barw klubowych. Teraz o popisach estradowych.

II.

Pojechałem do Częstochowy na prezentację Włókniarza, która odbyła się w sportowej hali. Kilka tysięcy ludzi, szał, bo częścią artystyczną zawładnął wodzirej disco polo Zenon Martyniuk. Od jakiegoś czasu kluby żużlowe organizują prezentacje dla kibiców; pod dachem jest inaczej, niż na stadionie, fani mogą więc zobaczyć i usłyszeć swoich ulubieńców bez kevlarów i motocykli. Pod Jasną Górę przyjechał Martyniuk a pamiętam podobną galę sprzed lat w Tarnowie, gdzie publiczność zabawiał inteligentnie Maciej Stuhr. W każdym razie moda na takie wydarzenia przed sezonem panuje, bilety były po 15 i 30 złotych a w hali zjawiło się kilka tysięcy sympatyków jazd w lewo. Show w cieple. Włókniarz, teraz z szyldem bukmacherskim forBet, 60 lat temu zdobył po raz pierwszy mistrzostwo drużynowe Polski! Przypomniano z sentymentem byłych zawodników, którzy tworzyli przed laty kręgosłup zasłużonego klubu, część asów niestety już nie żyje. RiP. Zaprezentowano pod egidą Sławomira Drabika młodych adeptów tego sportu ze szkółki, sympatycznych “szkrabów”, którzy chcą być sławni. Pojawili się starsi od nich oraz ci, którzy będą walczyć o piąty tytuł drużynowego mistrza Polski. Kieruje klubem zgrabnie Michał Świącik, trenerem/ także reprezentacji Polski/ jest hołubiony Marek Cieślak, który powrócił do macierzystego klubu i cieszy się autorytetem. Żużlową “konwencję” Włókniarza prowadzili zawodowcy Tomasz Lorek i Ireneusz Bieleninik. Aktorami głównymi byli nie tylko zawodnicy, także klubowi działacze, mechanicy, sponsorzy, ludzie z urzędu miasta, które traktuje osiągnięcia żużlowców jako świetną promocję. Prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk bywa regularnie na stadionie, miasto wspomaga finansowo klub, interes się kręci. Były chude lata a mają być tłuste. Team przyjechał ze zgrupowania /narty, integracja, lux powietrze/ w Szklarskiej Porębie i trener Cieślak jest optymistą w kontekście nowego sezonu, “powalczymy jak lwy”. W Częstochowie speedway jest w życiorysie każdego, stadion jak Mekka przyciąga od małego. Bogata kronika klubowa obfituje w mistrzów, reprezentantów Polski. Grubo. Bogato. Jak pod Jasną Górą.

Imprezę przedsezonową wspomniałem ubarwił Zenon Martyniuk z szalikiem w barwach biało – zielonych, czyli klubowych Włókniarza. “Przez twe oczy zielone…”  przebój sztandarowy… “nie mogę jeść, nie mogę spać, przez te oczy zielone oszalałem”… Tak plus minus, fani dobrze się przy tym bawią. Jeszcze mocniej dopingowo będzie na stadionie; głosowe próby gremialnie ćwiczono w hali: WŁÓKNIARZ, WŁÓKNIARZ, WŁÓKNIARZ…

A na torze pojadą szaleńczo m.inn. pogodny idol polsko – duński Leo Madsen, bojowy Słoweniec Matej Zagar, błyskawiczny Szwed Fredrik Lindgren, toruńska rutyna Adrian Miedziński, wychowanek tego klubu bez manier Michał Gruchalski i ambitny ”Kopernik” Paweł Przedpełski… Uff. “Częstochowskie lwy” wybudzone, wyposzczone od jazd na torze czekają na huczną premierę Ekstraligi z kompletem widzów. Trwa odliczanie dni a bezlitosne mecze z każdego wycisną ostatnią “kroplę” adrenaliny. Na ciepło i zimno, na biało i zielono z lwami w herbie. Łał!

Wrzątek ligowy z/z

Image

Ach, te mecze na szczycie… Dobrze, że nie ma tych na dole. Kiedy sięgnę pamięcią zawsze adrenalina gotowała się na na maksa i mecze były na krawędzi sercowych zawałów. Pojechałem na półfinał do Częstochowy, gdzie stadion był napakowany jak hinduski autobus. Dominował zielony kolor, który przebijał biel a czerń wiła się między sektorami jak jadowita kobra. Mecz wysokiego ryzyka, przeciwnik nie byle jaki, bo z Torunia, skąd rozchodzą się w eterze fale radiowe znanej rozgłośni ojca Rydzyka. No a miejsce potyczki pod Jasną Górą. Wszyscy prawie święci. Spotykam w parkingu Krzysztofa Cugowskiego, fana żużla, dawno nie widzieliśmy się a lider rockowej „Budki Suflera“ przygotowuje razem z Markiem Kępą, który tradycyjnie jest naładowany żużlową energią, w połowie października w Lublinie hit na torze z udziałem samych mistrzów świata. Bomba. Polska kontra mistrzowie i wspomnienia z tamtych lat, kiedy na torze lubelskiego Motoru ścigał się udanie nie tylko wspomniany Kępa ale wielokrotny mistrz świata Duńczyk Hans Nielsen. Lublinianie działają, bo do tanga trzeba dwojga… Tak? Wyłącznie. 

No dobrze, jestem na stadionie częstochowskiego Włókniarza, gdzie trybuny tętnią a korona obiektu wypełniona po brzegi. Pogoda wymarzona. W parkingu były szef gabinetu, prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysław Wachowski rozmawia z Tomaszem Gollobem, dla którego zrobił w swoim czasie bardzo dużo dobrego i pomagał familii Gollobów rozwijać sztandary na świecie. Pogawędka mistrzów różnych specjalności.

Image

Temperatura na stadionie rośnie z minuty na minutę. Głośno, w boksach mobilizacja, zawodnicy obeszli tor, kopią, dyskutują. Wielki mecz o finał. Prezes gospodarzy Paweł Mizgalski na posterunku, jest także prezes toruńskiego Unibaxu Mateusz Kurzawski. Trenerzy z Torunia Jan Ząbik i Mirosław Kowalik spokojni, choć ten pierwszy jak zwykle podekscytowany, pilnuje toru. Grzegorz Dzikowski szkoleniowiec włókniarzy udziela ostatnich wywiadów reporterom, jego ludzie są przygotowani do jazdy.

Kto wygra? W Toruniu częstochowianie przegrali ośmioma punktami, trzeba więc odrobić straty. Publiczność w to wierzy kompletnie. Robert Kościecha zawodnik pogodny jak słońce mówi, że wszystko rozstrzygnie się w pierwszych trzech wyścigach. Tony Briggs mentor Ryana Sullivana obserwuje pole walki z brytyjskim spokojem. Ale w tym wszystkim nie ma spokoju, jest jakiś wewnętrzny dynamit, który drzemie na trybunach, we wszystkich zakamarkach stadionu, na który przyszło ponad 20 tysięcy widzów. Kasa niezła, nie spotykana frekwencja poza Polską na stadionach świata. Prezentacja mija jak mgnienie oka, jest wrzenie „kotła“ trybun, gwizdy i wyzwiska. W zespole gospodarzy brakuje kontuzjowanego lidera Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który „poległ“ na pierwszym meczu w Toruniu po kolizji z udziałem Adriana Miedzińskiego, więc kibice w Częstochowie uprawiają jazgot maksymalny, kiedy tylko w polu widzenia pojawia się toruński zawodnik. Gwizdy tak, jak dawniej w przypadku radzieckich żużlowców. Goście nie mają Australijczyka Chrisa Holdera, już dawno temu mocno poturbowanego na Wyspach. Obie drużyny mają zatem w składach z/z, czyli zastępstwo zawodnika i mogą kombinować z jazdami. Gdyby jeździli Emil i Chris widowisko miałoby smak ligowej gali. Jest jednak okaleczone. I jak się okaże dojdzie jeszcze do dramatów, jakie pod Jasną Górą historycznie miały również miejsce. Były minister stanu Mieczysław Wachowski, po długiej przerwie/ mówiono kiedyś o nim, że jest ministrem od… żużla/ znów zasiada na żużlowej trybunie i jak mi mówi, boleje nad tym jak roztrwoniono dorobek w jego rodzinnej Bydgoszczy w Polonii. Drużyna spadła z Ekstraligi, niekompetentni działacze ostro zdołowali drużynę, która zawsze miała duże aspiracje i należała do najlepszych w Polsce. A tyle dla dobra Polonii zrobiono wcześniej. Szkoda tego wszystkiego – stwierdza M. Wachowski. Dał serce i załatwił sporo dla dawnej Polonii, która legła w gruzach.

Wreszcie renomowany sędzia Marek Wojaczek daje sygnał do walki, stadion szaleje, akcesoria klubowe są jaskrawo widoczne i kłują w oczy, atmosfera na trybunach od początku sięga zenitu. Sektor gości jest kroplą w oceanie. Zespoły walczą i jadą „łeb w łeb“. Rafał Szombierski pada pod bandą na drugim łuku i nie podnosi się, za późno sygnalizuje sędzia przerwanie wyścigu, obsypany żużlem rybniczanin wstaje i dostaje czerwoną kartkę. Szok, fani wpadają w furię, lecą „fucki“ na lewo i prawo, słońce zachodzi, lecz na stadionie robi się gorąco jak w piekle. Raz na wozie, raz pod wozem. Sędzia obrywa najgorsze kalumnie. Ch… kur…złodzieje… Dzieci słuchają, niebiosa nie grzmią, kibole wpadają w trans.

Gospodarze nie żałują wody na tor, „Anioły“ protestują. Mamy przerwy, mamy jazdy. Mamy gwizdy i harmider straszny, czym to się zakończy? Szanse włókniarzy maleją na odrobienie straty. Nadzieja umiera ostatnia, „Lew“ Holta odzyskuje swój wigor, jednak czerwona kartka „Szuminy“ odbija się czkawką na trybunach i u sędziego chyba także. Żółć byłaby może bez zgagi. Kartka ustawiła trochę mecz i robi się duszno.

I nagle staje się cud w ostatnim wyścigu, oto Rune Holta z Tomaszem Gollobem mają groźną kolizję i leżą na torze długo, wyjeżdżają ambulanse, wyciągają nosze. Gollob zostaje wykluczony i na starcie pojawiają się: młody „kangur“ Darcy Ward, szalejący Australijczyk oraz nieobliczalny Holta z Duńczykiem Michaelem Jepsenem Jensenem. Gospodarze jadą na 5:1 a wynik jest 44:40 dla częstochowian. Kibice padają sobie w objęcia, euforia niesamowita i nagle motocykl Norwega cichnie, i już nie jedzie dalej… Straszliwy pech. A ta niepokorna, szatańska, żużlowa dusza Ward wygrywa!!! Cisza bywa czasem zbawieniem ale też potrafi być pogrzebem.

Epilog. Cichnie stadion, kocioł gaśnie. Jest badanie motocykli, pada podejrzenie czy aby Ward był trzeźwy. Nie sprawdzono. Poszalał następnego dnia w lidze angielskiej na piekielnie trudnym torze. Darcy jest talentem brylantem. Włókniarz oprotestował wynik meczu. W drugim półfinale Ekstraligi Falubaz Zielona Góra ograł Unię Tarnów i o złoto powalczy z Unibaxem, natomiast o brązowy medal jadą Częstochowa z Tarnowem pod egidą częstochowianina Marka Cieślaka. Włókniarze polubią chyba brąz.

Wyjeżdżam gęsiego spod dramatycznej Jasnej Góry, gdzie cuda zdarzają się czasami, a stojący w tasiemcowym korku taksówkarz mówi do mnie: „redaktorze takich „jaj“ to dawno nie widziałem“. I ja też. Hm, bo do tanga trzeba dwojga. Jak mówi łacińska sentencja „Kropla szczęścia znaczy więcej od beczki mądrości“. Mecz zawierał w sobie: radość, żal, gniew, chamstwo, jazdy na krawędzi i… wspomnienie o pojedynkach, gdzie fair play było niemal religią. Gdzie nam ten czas uciekł, gdzie?! Uciekł jak ten szalony Ward.

Zdzichu

Często do mnie pisze, mój dobry przyjaciel Zdichu Jałowiecki. Kawał historii, niezapomnianych przeżyć wokół ‚czarnego toru’ i nie tylko!

Zdzichu do zobaczenia niebawem!

A dla tych, co nie pamiętają 🙂 … Zdzisław Jałowiecki przez 39 lat związany z klubem Włokniarz Częstochowa, jako zawodnik, trener i prezes: – Blisko czterdzieści lat byłem bardzo blisko związany z Włókniarzem, najpierw jako zawodnik, później trener, a na końcu prezes. Stąd moja obecność na jubileuszu i medal, który wręczył mi dzisiaj prezes. Cóż teraz przyszedł czas zbieranie pamiątek, skądinąd bardzo miłych. Ja wciąż jestem sympatykiem klubu, śledzę to co się dzieje i cieszę się z każdego sukcesu. A wspominam najczęściej wydarzenia z 1959 roku, kiedy zdobyliśmy pierwszy w historii złoty medale. Inaczej być nie może, takie przeżycie zostaje w pamięci na zawsze. Ja nie musiałem długo czekać na ten tytuł. W 1952 roku zacząłem uprawiać sport, a siedem lat później mieliśmy złoto. Mam też tą satysfakcję, że wychowałem dwóch trenerów, którzy teraz zdobywają tytuły. To Marek Cieślak i Marian Wardzała, z którym przez dwa lata pracowałem w Unii Tarnów.

Znajomość fizyki…

To list, który dostałem od przyjaciela Zdzicha Jałowieckiego, byłego świetnego zawodnika, trenera i prezesa częstochowskiego Włokniarza. Niebawem zobaczymy go w pojedynku z Gregiem Hancockiem. Twardy facet 🙂

 

zdzichu

 

„Czołem Adam! Gratuluje Ci za ocenę wykluczenia Pedersena w Grand Prix w Goeteborgu. Syn Andrzeja powinien więcej zdobyć wiedzy o technice prowadzenia motocykla na łuku toru żużlowego. Każdy sędzia powinen być zobowiązany do przeszkolenia. Wiedzieć coś o nauce jaką jest fizyka. Już każdy sympatyk tego sportu wie żeby pokonać łuk toru trzeba motocykl wprowadzić w tzw. ślizg kontrolowany umożliwiający obrone przed siłą odśrodkową i jazde po łuku z maksymalną szbkością. Głupotą i niewiedzą było „przyklejanie” przedniego koła motocykla Sajtfudinowa do tylnego koła Pedersena po zewnętrznej stronie. Tego pan sędzia Grodzki nie wie. Miałem wspólny język na te tematy z Z. Flaśińskim. Dlatego byłem wykładowcą i egzaminatorem kursów trenerów i napisałem trochę na te tematy. Niestety jest mnóstwo ludzi niedouczonych w różnych dziedzinach wiedzy, tacy niekiedy są autorytetami – takie jest życie.”

EXCLUSIVE: TRABANT ZA GIPS – rozmowa z Markiem Cieślakiem

Trener  reprezentacji polskich żużlowców Marek Cieślak/ rocznik 1950/ jest jednocześnie  szkoleniowcem Atlasu Wrocław, z którym poprzednio zdobywał mistrzostwo Polski. Pod jego wodzą Polska zdobyła rok temu złoty medal mistrzostw świata, w 2008 srebrny medal. Jest byłym zawodnikiem Włókniarza Częstochowa, mistrzem Polski, zdobywcą wielu trofeów i uczestnikiem  finałów światowych, jeździł w londyńskim klubie White City. Talent spełniony jako zawodnik, jako trener z sukcesami ceniony przez  swoich podwładnych. Nie pali, czasami wypije coś mocniejszego ze szwagrem.

Tego na PUDELEK.pl nie przeczytacie 🙂

z3561816z

Nie przeciągajmy, Marek Cieślak ma głos…

       Na żużel jako dziecko chodziłem z dziadkiem Stefanem, ojciec nie bardzo tam bywał, na stadion Włókniarza w Częstochowie, mieszkaliśmy niedaleko na Zawodziu. Podobało mi się bardzo. Wciągało. Temat żużlowy przewijał się w domu bez przerwy, zawodnicy tacy jak Stefan Kwoczała czy Marian Kaznowski z Włókniarza byli ciągle na ustach. No cóż, wstyd przyznać ale podrobiłem podpis rodziców i zostałem przyjęty do szkółki. Koledzy jeździli na co dzień na motorach WFM, SHL, miałem skuter marki OSA.  Pierwsze treningi, pierwsze jazdy na torze. To był rok 1966, trenowali mnie Witek  Jastrzębski, Zdzisław Jałowiecki, Zygmunt Gołębiowski. Na czym startowałem? Ano na JAP – ie, zdobyłem licencję w 1967 roku… Bardzo chciałem, udało się i tak zostałem żużlowcem na dobre i złe.

 

No i poszła wiadomość w Polskę, że pojawił się w Częstochowie talent, mały zwinny Cieślak, który zawojuje świat…

       W pierwszym debiucie z Bydgoszczą nic nie zdobyłem na torze ale w II LO im. Traugutta, gdzie chodziłem pan z fizyki, który był na meczu dał mi w poniedziałek czwórkę „ za odwagę”. Pamiętam ten dzień dobrze. Częstochowa dała mi bardzo dużo, nauczyłem się ligowej jazdy. Zdałem maturę, na politechnice niestety nie miałem już czasu. Zostałem reprezentantem Polski, pamiętam pierwszy wyjazd do Szwecji, siermiężne lata, stałem długo przed wystawą sklepu sportowego w Ystad i gapiłem jakie tam cuda mają.

Dziś zawodnicy podpisują milionowe kontrakty, nawet ci przeciętni mają luksusy…

       Czasy zmieniły się kolosalnie. Nie można porównywać tamtych 70 i 80 lat do tego, co dziś mamy na żużlowym rynku, zwłaszcza w Polsce. W pierwszej lidze przez długie lata płacono 80 złotych za punkt, 60 w drugiej. Dużego Fiata można było zdobyć uzyskując w lidze 2000 punktów! Złamałem kręgosłup, trzasnął mi krąg lędźwiowy i pół roku leżałem z gipsem, kupiłem wtedy za odszkodowanie Trabanta. Taki numer, ale jeszcze większy był z wypadkiem. Otóż miałem kolizję ze Stanisławem Kasą w Bydgoszczy, tamtejszy lekarz  stwierdził, że to nic groźnego, boli brzuch, to poboli. Wróciłem autem do Częstochowy w niedzielę, byłem cztery dni  w domu, bolało. Mocno. Na Stadionie Śląskim miało być przed finałem światowym w Chorzowie zgrupowanie kadry, a ja cały czas jak się później okazało poruszałem się ze złamanym kręgosłupem. Pojechałem na Śląsk i nie wytrzymałem, przewróciłem się na torze po 10 metrach, zawieźli mnie natychmiast do Piekar Śląskich i zostałem już unieruchomiony na pół roku. Jak mi później zeznano groziło mi sparaliżowanie. Strach pomyśleć ale stał się jednak cud. No, i zarobiłem na wspomnianego Trabanta.

Na combi chociaż?

        Jakie combi, normalnego. A propos pieniędzy. W Anglii płacili za punkt 4 funty, za start 2,5 funta. Ale to był inny świat. Zagranica była dobra w każdej sytuacji. Koledzy radzieccy przyjeżdżali na zawody ciężarówką, takim „gruzowikiem”, długo nie wiedziałem dlaczego. Mieli tam wszystko co trzeba, nie tylko czarny kawior ale wozili na wschód np. peruki, były szalenie modne i u nas.Za 100 peruk damskich można było kupić Ładę! Za mój kontrakt do White City Włókniarz dostał 4 silniki Weslake. Takie czasy. Jak tu porównywać. Niedawno dzwonił do mnie Bob Dugard z Anglii, ówczesny mój promotor i powiedział, że na strychu swojego domu znalazł moje zdjęcia ze startów. Przyśle. Mieszkałem wtedy na południu Londynu, w Balham, gdzie żyją głównie kolorowi. Byłem tam razem z Edkiem Jancarzem. Jeździłem dwa sezony na White City, byliśmy mistrzami Anglii. Jancarz startował na Wimbledonie.

 cieslak1

Młodzi żużlowcy bardzo wcześnie się żenią, charakterystyczna cecha dla tego sportu…

       Zgadza się i ja ożeniłem się w wieku 20 lat. Żużlowcy różnią się od innych sportowców, bo żyją w ciągłym niebezpieczeństwie, taka jest prawda. Mam syna Kajetana w wieku 37 lat, drugi Tomasz młodszy. Nie jeżdżą na żużlu. Wybudowałem  blisko Częstochowy w Jaskrowie dom, blisko las, piękna natura, tam przebywa żona Barbara, mamy cztery psy. Trzy terriery rosyjskie i jednego szkockiego, moją ulubioną „ Landrynę’. Mam gdzie wracać, cieszę się, że moja kariera nie przyniosła  mi ułomności, jestem cały i zdrowy.

Kobiety w Polsce walczą o prawo startów na torze, będzie równouprawnienie?

       A niech spróbują, przekonają się jak to jest, byle nie przyniósł ten fakt  przykrych konsekwencji. Szkoda dziewczyn.

 

niedz4


Lubisz robić tory, wsiadasz na traktor i jazda, nie ma dziur?

       Kocham tory przyczepne, uważam, iż każdy zawodnik powinien umieć jeździć na takich torach. Własne tory powinny być zawsze jednorodne.

Dom pod Częstochową, praca we Wrocławiu, jeszcze z tego co wiem od roku 1994 hobby rowerowe, codzienny klub ligowy Atlas i niecodzienna reprezentacja, liczne wyjazdy, dalej hodowla pięknych rasowych psów, uff, dużo tego jak na jednego Cieślaka…

       Daję radę. Na rowerze potrafię zrobić 60 – 70 kilometrów, wypuszczam się aż pod Oleśnicę. Mam kondycję. Zawsze wożę w aucie rower. Może się przydać.

Jak dotarły się dwie osobowości, trener Marek  Cieślak i zawodnik wszechczasów Tomasz Gollob?

       Nie było łatwo, ale z czasem przekonałem kapitana reprezentacji do siebie, podobnie zdobyłem w klubie zaufanie australijskiego mistrza świata Jasona Crumpa, który też nie ma łatwego charakteru. Trener musi wygrywać. To buduje autorytet. Słuszne decyzje bronią się same. Nic więcej nie dodam.

Co w żużlu odgrywa największą rolę?

       Psychika, jeszcze trzeba mieć czucie motocykla, on musi zawsze mieć, jak mawiał mechanik Tadeusz Tumiłowicz, zapas mocy. Nie ma magii przełożenia. To wszystko.

129_cieslak

Z czego żyje dziś trener na dwóch stołkach?

 – Tak, jak i wczoraj z żużla.