“Szoł” prezes

Decorating-Easter-Eggs-SBS-3-CMS

Mamy święta i pierwszy dzień tych bardzo radosnych dni znaczony jest Prima Aprilisem. Robi się w tym dniu różne psikusy, dla hecy. Kiedyś napisałem, że do hotelu “Katowice” przejazdem Mercedesem do Moskwy zjawi się francuska aktorka Marina Vlady, która romansowała namiętnie z rosyjskim bardem Włodzimierzem Wysockim. To była miłość od pierwszego wejrzenia nie tylko tych dwóch osób ale także mariaż Wschodu z Zachodem. Wysocki zachrypniętym głosem był zakazaną ikona artystyczną w trudnym czasie politycznym na świecie. Zjawił się przed hotelem tłum fanek, fanów, władza miała z tym problem na szczęście ja nie, bo obronił mnie “immunitet” primaaprilisowy.

Nie ukrywam, często w tym miejscu przywołuje cytaty, wspomnienia, szperam w swojej głowie i staram się aby Czytelnikom było dobrze. Obserwuj scenę sportu od wielu lat. I nie tylko tę scenę. Kiedyś spotkałem w Zielonej Górze człowieka, który mnie zobaczył i palnął jak łysy o beton, to pan jeszcze żyje. Sparowałem jak bokser , to pan nie czyta Tygodnika Żużlowego? Ano nie, żegnam pana i kątem oka widziałem, jak przypatruje mi się z niedowierzaniem. Człowiek jest istotą ułomną. Mówi się, że popularność jest jak opalenizna, szybko schodzi…

W historii żużla mamy osoby wybitne, zawodników, szkoleniowców, prezesów, którzy razem stworzyli i tworzą rozdziały tego sportu. Etapy znaczone walką o przetrwanie i ozdobione laurami, które dla słabych charakterów są niebezpieczne. Po prostu “odbija im

palma”. Znacie? No na pewno! Zawodników cierpiących, żużlowców świetnych, bogatych, biednych I takich, co kiedyś bralki tzw. bezzwrotne pożyczki/ jest taki nawet rekordzista i niech każdy sobie przypomni lata tzw. komuny/. Jedni mają, drudzy stracili samo życie kreśli historie, które nie zawsze są racjonalne. Nie lansuję hasła słynnego Jana Himilsbacha, artysty, aktora/ film Rejs/, który mawiał przy barach różnych knajp, że w życiu treba pić i jeb… żeby z nędzy się wygrzebać. Co jest dobre a co złe niech Czytelnicy sobie pomyślą, najlepiej w oparciu o swój życiorys. W czasach, kiedy na stadionach telewizja była wydarzeniem o którym się mówiło potem dlugo i z emocjami, osoby funkcyjne na stadionach nie były jeszcze opętane parciem na szkło. “Telwizyjne szkło” coraz bardziej wchodziło na arenę żużlową i rasowało charaktery. Pokazać się gdzieś, choćby na ułamek minuty, było na miarę imponowania. Z biegiem lat TV mościła sobie miejsce w żużlu i bardzo dobrze, bo nie tylko upowszechnia ten sport ale równocześnie wspomaga finansowo dzięki reklamowym ofertom. Biznes jest wielokierunkowy. Dziś żużlowe środowisko skażone pozytywnie telewizyjnymi przekazami nie wyobraża sobie życia bez obecności kamer TV na stadionach, pokazywania się na antenie i to różnych stacji. Nie lokuję towaru, więc zostaję bez marek.

Obserwuję sporty różne, speedway uwielbiam, lecz on nie jest osamotniony w miłości. Jakoś sobie nie wyobrażam, by prezesi wielkich piłkarskich klubów latali po murawie, odwiedzali szatnie. Obecni na stadionie w lożach władcy Realu, Barcelony, Bayernu, angielskich oraz włoskich klubów nobliwie śledzą, jak “ miliony dolarów” na boisku wykonują robotę. Nikt nie leczy kompleksów przez wbijanie się w oko kamery.

A speedway? Słaby musi a mocny może…

Nie neguję zachowań, każda osoba publiczna zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności pokazywania swojej twarzy. W każdym razie ewolucja, głównie prezesów, zmierza ku pozyskiwaniu popularności przez pokazywanie się na stadionach wszędzie i nie koniecznie w potrzebnym czasie. No tak, istnieje pewne ryzyko, że facet może być wygwizdany, publicznie obrzucony słowami, którymi obecnie wybrukowane są ulice. Popularność jak opalenizna szybko schodzi, powtarzam, ale serwuje sukcesy polityczne, awanse, które często jeszcze bardziej umacniają bohaterów klubowych w dążeniu do jeszcze większej aktywności bycia tu i teraz. Sława przemija jak każda powódź.

Na plecach sportowej kariery można wywindować się wysoko. Tak, tak…

Od dłuższego czasu umacniana jest tradycja prezentacji drużyn przed sezonem. Dobry pomysł dla kibiców, mają okazję atrakcyjnie zobaczyć swoich idoli, nowych zawodników i snuć rozważania, jaki będzie kolejny sezon. Niektóre prezentacje zamieniają się w kabaretowe występy prezesów, zawodnicy są pretekstem, tłem. Leczenie kompleksów jawne i powstaje pytanie po co wydawać pieniądze na prezentację szalejącego prezesa?! Środowisko jest dobrze zorientowane w słabościach klubowych władców. Przyjdzie czas na weryfikację takich postaw, na obnażenie słabości męskich. Pieniądze moi kochani nie lubią rozgłosu, to prawda od wieków.

Speedway z jednej strony buduje wizerunek bogatej dyscypliny, z drugiej mamy ścianę pod którą stoją potrzebujący każdej kasy. W blasku jupiterów tracimy nie tylko w sporcie rozsądek. Nie każdy jest Kamilem Stochem, który poprawi i moich kolegów jak wymaga tego sytuacja. Pycha jest zgubna, truizm, zarozumiałość jest wrogiem skromności.

Mamy początek sezonu, jednak pogoda tak łagodna w środku zimy, pokazowo dała kopa na swoje ostatnie dni. Damy radę? Słońce już daje znać. Turnieje indywidualne a potem liga, która rozbudzi emocje. Szansa dla latających prezesów, popychających motocykle zawodnikom, miotających się śmiesznie od kamery do kamery, od mikrofonu do mikrofonu. Bez dystansu. Lepko. Bezkrytycznie.

Garnitur Armaniego nie powstrzyma zapędów, wręcz odwrotnie, jak katalizator rozpali złe emocje. To w przypadku słabości charakterów. Trudno. Niech się dzieje.

Przed nami nie tylko wielkanocne uczty, tenże dowcipkujący Prima Aprilis i śmigus dyngus. Wiadro zimnej wody przydałoby się na głowy niektórych, by zrozumieli, że kabaret wymaga prawdziwych artystów. I jeszcze jedno, przypominam jednego z pisarzy Izaaka Babla, który napisał, że żadne żelazo nie może wejść w ludzkie serce z tak rażącą siłą, jak kropka w porę postawiona. Alleluja!

Prawdy, fałsze, fantazje: Kefir z maślanką

 

0

Wiosna, ach ta wiosna. Wkrótce Wielkanocne Święta, śmigus dyngus i żużel bez dachu. W telewizji mecze piłkarskie najwyższego lotu, wygraliśmy z Czarnogórą i jesteśmy już jedną nogą na MŚ w kraju Putina. Towarzysko Francja zagrała z Hiszpanią i przegrała 0:2. Cudowny mecz. Niemiecki arbiter skorzystał z video, trochę to trwało ale skorygował swoje decyzje. A gdyby nie, wynik byłby inny. Wreszcie sędziowie korzystają z takiej video sprawiedliwości, a ile było wcześniej wypaczonych wyników, zepsutych meczów? Sporo. Speedway także powinien korzystać z takich “zapisów” i sędzia spojrzeć na sytuacje na ekranie, nie po kumotersku w TV, lecz na urzędowych monitorach. Człowiek jest omylny, ale pomyłki psują wysiłek wielu ludzi, niszczą ambicje, drażnią kibiców. Fura kłopotów i sens sportowej rywalizacji traci swoją atrakcyjność. Dno. Elektroniczny sprzęt pomaga wszystkim, dlatego sport nie może zostać w tyle. Nawet pięciu sędziów nie wyjaśni sytuacj tak, jak rejestrująca kamera zdarzenia na boisku, torze. W całym galimatiasie podejmowanych decyzji mnoży się zwiększanie kontroli przez nowe kadry obsługujące widowiska. Nikt nie pracuje za dramo, koszty rosną. W żużlu mamy JURY, które obraduje i obraduje, nie ma czasu obejrzeć treningu, wyciągane są dla… pozorowanej pracy, drobiazgi. Andrzej Grodzki, emerytowany, długoletni i zasłużony działacz międzynarodowy, który dostrzegał złe oczko w siatce okalającej tor, sceptycznie odniósł się na łamach “ TŻ” do obsady ludzi obsługujących mecze, turnieje. Dawniej był sędzia i on był “carem”, panował nad wszystkim, a jeżeli nie zapanował, wpadał w kłopoty, czuł presję i jak sięgnę pamięcią w historię sędziowie dawali radę a byli odpowiedzialni za niemal wszystko. Owszem był delegat Międzynarodowej Federacji Motocyklowej z którym można było skonsultować trudne sytuacje. Przed laty było mniej ludzi funkcyjnych i mniejsze koszty. JURY w żużlu, to taka “rada nadzorcza”, tylko nie wiem po co i dlaczego. Torem zajmował się jeden człowiek, sędzia sprawdzał i koniec. Czy teraz jest lepiej z nawierzchniami przy komisarzach torów? To samo. W nieskończoność można mnożyć funkcje kontrolne. Tor ma być na cacy i koniec dyskusji, a jeśli spreparowany, wówczas kara tak wysoka, że nie opłaca się kombinować. Ranga sędziego poprzez rozmywanie odpowiedzialności zmalała, oficjeli coraz więcej a błędy były i są. Bezczelny potrafi udawać skromnego, lecz skromny nigdy bezczelnego. Aluzje chyba czytelne. Włączam inny kanał.

Otóż połączył się ze mną Pavel Ondrasik, który jest kierownikiem turnieju Grand Prix w Pradze z pytaniem, skąd w Polsce taki pesymizm dotyczący przyszłości tego serialu. Licencja prażan z angielską BSI kończy się w tym roku. Kłopoty są i będą nieodłącznym elementem naszych planów. Pavel i jego tata Petr robią wszystko, żeby utrzymać w Pradze tradycję turniejów Grand Prix. Toczą się rozmowy z primatorem, czyli jakby naszym prezydentem, miasta Pragi o fundusze i podpisanie umowy na kolejne lata. Determinacja Ondrasików jest duża i monituję raz jeszcze, aby władze międzynarodowe pomogły prażanom w sfinalizowaniu przedsięwzięcia na następne lata. Pardubice mają swoją Zlatą Prilbę od klilkudziesięciu lat, pilnują tradycji jak oka w głowie. Dzień po pardubickich jazdach mamy w Pradze na stadionie Marketa Memoriał Lubosa Tomicka, rewanż za Zlatą Prilbę. Oba turnieje owiane bogatą tradycją, mam nadzieję, że nic się nie wykruszy na czeskim rynku i turnieje Grand Prix tam się umocnią, bo kibice z Polski chętnie przyjeżdżają nie tylko na piwo. Gospodarze zawsze liczą na biało – czerwonych.

Dzierżawca MŚ firma BSI zamierza negocjować z FIM prolongatę umowy do roku 2030. Myślę, że nie będzie przeszkód, bo FIM nie zabiega o konkurencyjność, przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza serial w takich ramach. Anglicy mają indywidualne mistrzostwa świata i drużynowe, pierwsze pod flagą GP, drugie jako Puchar Świata im. Ove Fundina. Dziwny zapis… już poruszałem ten niezrozumiały pomysł. Dlaczego Fundina, legendarnego Szweda ale NIE jedynego na żużlowym rynku o dorobku medalowym. W historii MŚ zawsze dużą popularnością cieszyła się rywalizacja par. BSI te rozgrywki zlekceważyła/!/ Toruńska firma ONE SPORT zaistniała na rynku i przy poparciu Eurosportu organizuje wyścigi par w cyklu turniejów. Pierwszy odbył się w Toruniu; zestaw par jest mieszany, Amerykanin z Australijczykiem, Szwed z Polakiem, Czech z Niemcem, taki “miszung” a pary ubrane w marki sponsorskie. Jeździ “kefir z maślanką”, kibice wolą jednak czyste reguły gry. BSI uważa One Sport za konkurenta, a toruński biznes chce się przebić na światowe czoło. Trudna batalia, bo międzynarodowy układ dominuje nad rozsądkiem. Kto traci? Kibice. Toruński turniej sponsorów o karkołomnych nazwach poza finałem toczył się niemal “gęsiego”. Zawody z przytupem Eurosportu otworzyły sezon w Polsce. Upadła zatem tradycja bydgoskiego Kryterium Asów im. Mieczysława Połukarda, świetnego zawodnika i szkoda, że bydgoska Polonia zaniechała tego turnieju. Bydgoszczanie marzą o Grand Prix na… Śląsku a “olewają” bogatą tradycję. A było dawniej zwykle tak: wpierw atrakcyjne, indywidualne Kryterium Asów a potem premiera ligowa. Czas zmienia ludzi i pieniądze zmieniają ludzi. Podziwiam więc praskich Ondrasików Petra i Pavla, którym nie wiele potrzeba i walczą ambitnie o utrzymanie tradycji turniejów na Marketa. A w Polsce kluby biją się o organizację serialu GP i panoszy międzynarodowa anomalia. Jedni mają nadmiar imprez i nie brakuje funduszy, drugim nie starcza do pierwszego. Rzecz w tym, aby rzucać koła ratunkowe i nie tracić tego, co nas tak mocno kręci tu i tam.

Wielkanocna spowiedź

Sour rye soup

Nie mogę doczekać się wielkanocnych pyszności na stole. Przypominam sobie sprzed wielu lat zapach wędzonych wędlin i przygotowywanie do wiosennych świąt, radosnych, z pękami narcyzów i baziami, drożdżowymi babkami i mazurkami. Post wyostrza apetyt a rachunki sumienia nie zawsze niosą z sobą pokutne szaty. No to co, spowiadam się z ostatniego czasu i poddaję dobrowolnie karze.

Gromiłem prezesa Polskiego Związku Motorowego Andrzeja Witkowskiego za zbudowanie monolitu pychy w przestrzeni sportu żużlowego. Kontroluje Ekstraligową Spółkę, której przewodzi człowiek znikąd Wojciech Stępniewski. No nie do końca znikąd, bo z Torunia. Człowiek wkręcony w tę strukturę jest urzędnikiem, który ma zaletę, że tam jest i bierze nietransparantne wynagrodzenie, jego wysokość pokrywa tajemnica poliszynela. Podobnie, jak i Rady Nadzorczej tej spółki, której przewodniczy guru Witkowski. I tak oto mamy sztuczną nabudowę, której kompetencje kiedyś społecznie wypełniali członkowie Giekżetu. Dziś nic nie robi się za darmo i nawet przejście po dłuższym korytarzu może być fakturowane? Nie żartujmy.

W tym roku w PZM mamy wybory i jak ćwierkają wróble prezes Witkowski przedłuży swoją długoletnią kadencję na stołecznej Kazimierzowskiej. A już zapowiadał, że ma dość. Władza jest narkotykiem oświadcza klasyk, ona bywa długowieczna i mało jest ludzi odpornych na lukrowane synekury. Wspomniane wróble zapowiadają zmiany w Giekażecie. Wódz Piotr Szymański jest zależny od PZM i tańczy w rytm orkiestry pod dyrekcją spec guru. Socjotechnika na medale. A doły głośno szepczą i bywa, że syczenie ludu rodzi gniew. Taki oto mamy obraz na progu sezonu, który wyłania się z mgły. Krążą cienie.

Spowiadam się dalej… struktura wspomnianej władzy nad klubami, których różnego rodzaju obciążenia rosną jest tak skonstruowana, że ktoś mający inne zdanie, niż szefowie jest odrzucany. Musi być “lojalny”, a co to znaczy dla wodza PZM wiem dobrze. Były prezes Stali Gorzów, przedsiębiorca Władysław Komarnicki został wciągnięty prominencko do władz tej spółki i punkt widzenia się zmienił. Polaryzacja poglądów nastąpiła szybko. Inne bywa spacyfikowanie społeczne a inne za honorarium korporacyjne. Rzecz w tym aby mieć charakter i nie zapominać o korzeniach.

Nie biję się w piersi za uwagi od adresem Giekażetu, bo ten organ nie taki mały, po pierwsze ma związane ręce a usta ściśnięte. “Ból” nie tyle dotyka Giekażetu, co klubowych dołów. One cierpią a krajobraz ligowy kurczy się niebezpiecznie.

Jest taki twór niby zawodniczy, bo w ich obronie, pod szyldem Metanol. Odzywa się od czasu do czasu w sytuacjach, które nie wymagają radykalności, głosy są odfajkowane a Metanol ma sumienie czyste jak najlepsze paliwo.Więc po co taki lipny szyld, który jest a jakoby go nie było? Widmo broniące zawodników nie straszy kogo trzeba. Odwaga bardzo potaniała w polskiej demokracji, a wydawało się, że pękną mury. Nic z tego, trzymają się i rosną. Dialogi bywają spektakularne na użytek telewizyjnych celebrytów.

Wyrządzam ciągle przykrości ludziom, którzy organizują turnieje Grand Prix i zapominają, że w tych rachitycznych MŚ solistów gubią jądra speedway’a. Rozdrobnili mistrzostwa jak bułkę w wodzie i mamy serial pokroju brazylijskiego melodramatu. Jedni się kończą, drudzy upadają, inni migają od jazd a ci, co zostają, walczą o prestiż. Markę. Gatunkowo to nie te same medale co dawniej, choć naharować się trzeba jak wół.

Dlatego walę w Międzynarodową Federację Motocyklową, która w1995 roku rozmieniła na drobne mistrzostwa świata. Ukatrupiła jazdy parami, single zamieniając w tasiemiec męki. Dzierżawa jest długoletnia i nikt nie zastanawia się nad jej przerwaniem. Obecny szef światowego żużla Armando Castagna, włoski były zawodnik, nie ma charyzmy duce by coś zmienić. Był lepszym żużlowcem, aniżeli działaczem formatu światowego. Nie ma pomysłu na rządzenie. Ubolewam. Poprzednicy mieli autorytet i dorobek. Szkielet indywidulanych mistrzostw świata w formule serialu już się zużył jak papier toaletowy.

Przepraszam tych, którzy grzmią, że speedway jest wielki jak piłkarska Barcelona. Speedway jest niszowy a polska odsłona zaciemnia obraz od czasów powojennych.

W Polsce kibice ”narkotyzują” się żużlem. Niebawem odbędzie się premierowy turniej Grand Prix w Warszawie a biletów już dawno nie ma. “Mogły być droższe” myślą organizatorzy, ponad 50 tysięcy ludzi zasiądzie na Narodowym, 3/4 dawnego Wembley czy Stadionu Śląskiego ale na obecne czasy, to rekord. Żużlowa bajka będzie pewnie śliczna jak obrazek. A za rok droższe bilety i mniej ludzi? Jak trafić w dziesiątkę? Nie ma mądrych. Więc biję się w piersi za innych. Słyszycie?

Żal mi ogromnie słabszych klubów, które cienko przędą i czy padną czy nie, mało to obchodzi decydentów. Takie jest odczucie. “Normalna rzecz” powiadają, “plajtowanie jest wkalkulowane w historię”. Powstaje pytanie a ile może być drużyn za rok, za dwa, trzy lata? Dwie polskie ligi jest chyba postulatem racjonalnym. Jak zrównać siłę zespołów by nie było meczów “do jednej bramki”? I również moc silników/ jest gotowy model NSF/, która zapewni walkę z mijankami na poziomie jak równy z równym, bez nudnych jazd gęsiego. A o co chodzi w sporcie? O emocje, pokaz walki łeb w łeb, bez kosmicznych teamów. Każda techniczna nowość jest traktowana jak odkrycie Kopernika przed wiekami. Wszystko lepsze, co wymyślą inni na Zachodzie. A karmią ich Polacy.

Kończę, nazbierało się trochę grzechów. Wiecie co? Brakuje w żużlu boskiego autorytetu a w tym tym bajzlu są przecież aktorzy widowisk, zawodnicy bez których nie byłoby nic. Oni właśnie oferują ”pokarm”, którym żywią się nadprezesi. Oni jednak myślą, że nikt niczego nie widzi i nie rozumie, otóż mylą się diabelnie, bo wcześniej, czy później wszystko ma swój kres. I spowiedź też! Amen. Moją pokutą jest nadal pisanie o drzazgach sportu żużlowego nie tylko od święta.

Na zdrowie!

Z okazji świąt oczywiście też. Nie tylko tak wielkanocnie. Okazjonalnie życzymy sobie przede wszystkim szczęścia no i zdrowia, 100 lat na dodatek. Kiedyś jednemu z hierarchów kościelnych życzono szczerze właśnie stu lat, jakby zapominając, że jubilat dobija do dziewięćdziesiątki, tenże dowcipnie sparował życzenia „ nie ograniczajcie woli boskiej”.

easter_eggs

Ale do rzeczy. Święta, świętami a kariery zawodników znaczone są wypadkami z mniejszymi lub większymi kontuzjami. A bywa w przypadku żużlowców i nieszczęściami. Odpukać. Początki sezonu bywają różne, bardzo dużo zależy od pogody czy w porę umożliwia treningi na torach i pozwala na elastyczny wjazd w mecze i turnieje. Z pogodą nikt nie wygrał, ani z losem. Słucham i oglądam w TVN interesującego reportażu o naszej mistrzyni biegów narciarskich Justynie Kowalczyk autorstwa dociekliwej Dagmary Kaczmarek. Mówi bohaterka i mówią lekarze, trener, opiekunowie skromnej biegaczki, która dzięki swojemu hartowi ducha zdobyła złote medale mistrzostw świata i Kryształową Kulę Pucharu Świata. Wspaniale. Zawodniczka z Kasiny Wielkiej przyznaje, że jej wydolność płuc jest duża. Te swoiste żagle pozwalają jej biec szybko i skutecznie. O jedną trzecią większe niż normalnie. Przypomnę zakopiańczyka Józefa Łuszczka, który ponad 30 lat temu w Lahti zdobył mistrzostwo świata i też był fenomenem o wielkiej wydolności płuc. Nie tylko jednak to pozwala, choć ułatwia organizmowi skutecznie walczyć. Pani Justyna mówi o dużych wyrzeczeniach. Jaka jest recepta na sukces. Są trzy, trening, trening i trening. Talent. W międzyczasie posiłki, jeszcze taki „ drobiazg” jak studia na katowickiej AWF. I zasypia zmęczona. Polska mistrzyni biegów mówi także o tym, że ma kręgosłup 70 – letniego człowieka. Przypominam sobie kiedy cudowne rumuńskie dziecko Nadia Comaneci było gimnastyczną, perfekcyjną/ same dziesiątki/ światową rewelacją i zdobywało olimpijskie medale. Nastoletnia dziewczynka miała układ kostny bardzo zużyty przez cierpliwe treningi. Twarz uroczej Nadii bez uśmiechu, była potwornie zmęczona. Cena zwycięstw i medali była zdrowotnie kosztowna. I jest nadal wysoka. O, zapytajcie byłego skoczka narciarskiego Stanisława Bobaka, który mieszka na Zrębie, na Gubałówce w Zakopanem. Jak cierpi z powodu kręgosłupa, stawów i aby walczyć o zdrowie musiał nawet pozbyć się sportowych trofeów. Przykre. Bolesne.

Sporo dyskutowano ongiś o cudownych nastoletnich pływakach i pływaczkach, którzy nie wychodzą od dziecka z basenów treningowych. Koszmar. Życie wykastrowane z normalności wczesnego i późniejszego dzieciństwa. Speedway jest sportem z natury narażonym na niebezpieczeństwo. Człowiek igra z motocyklem i dziurami na torze. I rywalami. Jak może być miedzy rywalami widzieliśmy podczas Grand Prix Australii Formuły – 1.Robert Kubica został „ żużlowo” załatwiony przez niejakiego Sebastiana Vettela z Niemiec, który nie zostawił mu miejsca i obaj pokiereszowali bolidy a Polak rozpędzony, kto wie czy nawet nie na pierwsze miejsce, został wyhamowany drastycznie nie fair. Nie ukończył jazdy a atakował z czwartej pozycji. Fatalnie. Mamy analogie do żużla? Ano. Ile razy ktoś przedłuża chamsko prostą, nie zostawia miejsca pod „ płotem”. Byli jeszcze i tacy, którzy przymykali gaz i eliminowali konkurenta jadącego z tyłu. Niebezpieczna gra, przykre upadki i kontuzje nie tylko na poziomie złamanego obojczyka. No właśnie obojczyki w żużlu, to kontuzje tak częste jak urazy nóg u piłkarzy. Sezon, terminy mistrzostw i ligowe nie czekają, kontuzje obojczyków leczone są błyskawicznie a ich „spawanie” powoduje szybki powrót na tor. Ile jednak razy tak można i walczyć z naturą, wbrew normalnemu zdrowieniu. Gwałty na naturze muszą się kiedyż zemścić. Nie ma zawodników żużlowych, którzy by nie leczyli urazów, nie jechali karetkami ze stadionów na sygnale. Takich szczęśliwców można policzyć na palcach. Ręce, uda, głowy mimo kasków również cierpią. Po sezonie odnawianie organizmów jest konieczne. Proszę sobie zrobić rachunki sumienia i szczerze popatrzeć w lustro, ile szybko zaleczonych kontuzji jest na kontach? No ile? Kiedy jest się młodym i silnym liczy się szybkie wyzdrowienie i wyskakiwanie z łóżek, nawet gdyby gorączka sygnalizowała inne rozwiązanie. Nie ma silnych i niezłomnych do stu lat. Kiedyś zawsze odezwie się natura i przypomni zawodnikowi na sportowej emeryturze o ekspressowym leczeniu czegoś tam, bo była ważna liga czy turniej z dobrymi nagrodami. Szanujcie zdrowie póki jest.

Były reprezentant Polski pozostający anonimowo, twierdzi, że teraz już nie popełniłby takich błędów. Teraz, kiedy już mija 60 lat. Czas szybko leci, w tym wariackim okresie kariery, napędzania koniunktury, jazd szaleńczych, upadania i uciekania ze szpitalnego łóżka kiedy tylko się da, chociaż zdrowy rozsądek nakazuje coś innego, pośpiesznego łatania organizmu, faszerowania lekami na siłę i ładowania dopalaczami ile można gubi się cenne zdrowie. Gubi. Współczesny sport wymaga wyrzeczeń ogromnych, jego chemia i wyzwania bezlitośnie eliminują pierwiastki zdrowego rozsądku. I ja to czasami rozumiem. Rozumiem także presję i „spawanie” obojczyków. Kości niektórych żużlowców są podrutowane i całość uformowana, jak rzeźba przez artystę. Wypadki groźne wizerunkowo powodują niemal zawały kibiców. Gladiatorzy żużlowych torów wychodzą jakże często z makabrycznych opresji bez szwanku, choć widownia stadionów cichnie na długie chwile. Ta cisza jest kłująca serca fanów jak bagnet. Zamienia się w podziw i szczerą burzę braw dla wstającego zawodnika o własnych siłach. Ambulans odjeżdża z areny. Znów damy radę. Poszanowanie rywala w ostrej walce, jazda fair w każdej sytuacji, przygotowanie nawierzchni toru bezpiecznej dla wszystkich powinno być kanonem przestrzeganym zawsze i wszędzie. Czy tak jest? Czy szkoleniowcy wpajają od małego sentencje szczęśliwego przetrwania na torach, kiedy w ferworze walki łatwo zapomnieć się na sekundę, gdy motocykl pociągnie nie tak jak trzeba i karambol utrwala klinicznie bezlitosna historia. Dość tego nastroju. Na zdrowie. Tak. Mamy kolejny sezon, tradycyjne ściganie się w wielu odmianach i na pewno nie obędzie się bez kraks.

Bo taki to sport, taka jego struktura i dramaturgia. I piękno zarazem. I adrenelinowe emocje, i jeszcze wiele walorów przy… gdzieś tam oczywiście istniejącej w podświadomości grozie sytuacji, jeśli szczęście zostanie brutalnie wypchnięte na bandę.