Wirus i odlot na Wembley

2020 rok, przestępny, mój ojciec zawsze mówił, że taki rok niesie nieszczęścia, przestrzegał: “oby trwał tylko miesiąc”, zapamiętałem frazę jako dziecko, dziś powtarzam swoim bliskim. Historia nie kłamie. Przeklęty wirus, który szaleje na naszej planecie oblepiony jest strachem i tragediami. Profilaktyka była lekceważona, obawy nie zmyją brudu. Trzeba złamać stereotypy i spojrzeć prawdzie w oczy. Żyć należy nie w strachu a w realiach świata, który zakręcił nami globalnie.

Zostawiam decyzje w sporcie żużlowym rozsądkowi decydentów, do sezonu coraz bliżej, cisza nie może być złowroga. Myślę, że bagatelizowanie tego, co się dzieje może być zgubne. Czeka nas przecież otwarcie sezonu z tłumami fanów. Nie ma żartów z diabłem.

****

Odskakuję o tych smutnawych refleksji. Zostawiam na boku bieżące zacierki klubowe, personalne przepychanki, bo życie weryfikuje ten “kocioł” skutecznie. Warto mieć wyobraźnię. A życie jest także umiejętnością przewidywania. Wyobraźnia powinna być.

Przerzucam zatem kartki pamięci, sięgam do tego, co w żużlu było kilkadziesiąt lat temu. Lecę nad Tamizę.

Londyńskie WEMBLEY było stadionem, który budował historię speedway’a, sprowadzonego przez Johnnie Hoskinsa na Wyspy z Antypodów. Historyczny transfer.

W 1936 roku pierwszy finał światowy wygrał Australijczyk Lionel Van Praag, za nim ulokował się Anglik Eric Langton, trzeci był Blue Wilkinson, czwarty Amerykanin Cordy Milne. Te nazwiska będą potem się przewijały w kronice mistrzostw świata. Dziesiąty był Jack Milne, brat Cordy’ego. Anglicy zdominowali listę startową, poza grupą wyspiarzy i Australijczyków, wbił się jako 11. Duńczyk Morian Hansen. Finał rozegrano na początku września, i długo tak się utrzymywało, rodziła tradycja. Finały indywidualne MŚ miały więc daty pierwszych dni wrześniowych. Wembley było dla żużla przyjazne, atmosfera wyjątkowo emocjonalna na trybunach, speedway śmiało wjeżdżał w mentalność nie tylko wyspiarzy. Mityczny stadion dla futbolu, żużla.

Za rok wygrał na Wembley Jack Milne, mocny zawodnik, zaliczył komplet pkt, podium całe dla Yankesów, drugi Wilbur Lamoreaux/ nota bene takie imię ma nastoletni syn Grega Hancocka, który jedzie śladem ojca i trenuje w Kalifornii/, trzeci Cordy Milne. Za podium Anglik Jack Parker, a siódmy złoty medalista z roku 1936. Dwunaste miejsce Duńczyk Hansen, ani śladu poza tym żużlowców zza kanału La Manche. Anglicy w dominacji, podium dla Amerykanów. Rewanż w 1938 roku zakończył się glorią “Błękitnego” Wilkinsona, za nim cienie USA: Jack Milne,/ ur. w Buffalo, zm. w Pasadenie 1995 /poznałem go w 1975 roku na Wembley, gdzie uhonorowano byłych żyjących mistrzów świata, brązowy medal dla Lamoreaux’a. Na liście startowej zabrakło Hansena, rezerwowym natomiast był… Kanadyjczyk Jimmy Gibb.  To było w roku 1938; kanadyjski speedway nie rozwinął jednak skrzydeł, jakoś w ostatnich latach ani z FIM, ani z BSI nikomu nie przyszło do głowy by dokonać resetu, namówić usportowionych Kanadyjczyków/ mają m.inn. tor F – 1 w Montrealu, gdzie wygrał ongiś Robert Kubica/ a igrzyska olimpijskie, letnie, zimowe/ Calgary, Monteral/ były wspaniałymi wydarzeniami dla sportowego świata, rywalizacją niezapomnianą, polskimi medalami z Mazurkami Dąbrowskiego. Hokej na lodzie z Liściem Klonowym w herbie jest zjawiskiem kultowym; gwiazdorska liga/ NHL/ z najwyższymi notowaniami/ grał tam przecież Mariusz Czerkawski, 12 sezonów/, NHL podobnie czczona, jak amerykańska koszykówka NBA, w której występował/ również chyba 12 lat/, niedawno zakończył barwną karierę –  Marcin Gortat! Może, kiedy stacja TV Discovery za dwa sezony przejmie władzę nad światowym żużlem, odżyje symboliczny, “klonowy liść” na torze. Były dawno temu próby Roberta Słabonia/ korzenie Lublin, starty Wrocław/, lecz zabrakło w Kanadzie kreatywnego lobby tego sportu. Szkoda, bogaty kraj.

W EUROPIE, na kontynencie zbierały się coraz bardziej czarne, no… raczej brunatne chmury nazizmu. Wybuchła II Wojna Światowa, finał zaplanowany na 7 września nie odbył się a zakwalifikowali do turnieju m.inn. bracia Milne, Lamoreaux, złoty medalista z 1936 roku, dalej Kanadyjczyk Eric Chitty, Amerykanie w normie, także Anglicy, Australijczycy. Wojna skończyła się i w 1949 roku speedway pojawił na Wembley. Wyspiarze wzięli srogi rewanż za minione lata. Nie popuścili, mniej Australijczyków, tylko jeden “kowboj” Lamoreaux! Triumfował Tommy Price, za nim rodacy Jack Parker i Louis Lawson, czwarty Norman Parker, piąty wspomniany wyżej amerykański jedynak o imieniu Wilbur.

*****

Następne, powojenne finały indywidualnych MŚ miały arenę bez przerwy na Wembley aż do roku 1960. Niesamowite, prawda? Pierwszy finał poza Londynem odbył się dopiero w szwedzkim Malmoe w 1961 roku, gdzie obronił złoty medal z Wembley, z roku poprzedniego super as “Trzech Koron” Ove Fundin. Od jakiegoś czasu pięciokrotny mistrz świata gości z ciekawymi materiałami na stronach FB, trzyma się krzepko, jeździł multum razy w Polsce, był zawodnikiem prawie perfekcyjnym. “Pobił” go wpierw w ilości tytułów mistrzowskich nowozelandzki as Ivan Mauger/ 6 razy złoto/, a potem wyrachowany technicznie rodak Tony Rickardsson/ 6/.

WEMBLEY i LONDYN, 1949 – 1960. Pierwszy Polak pojawił się na tym nieregularnym torze, stadionie z wulkaniczną wprost ekspresją kibiców, głownie angielskich, w 1959 roku bydgoszczanin Mieczysław POŁUKARD. Wielki mag. Startował także na lodzie, zginął na macierzystym torze w wypadku, kiedy prowadził trening i poturbowany został na murawie przez motocykl. Głupi przypadek. Był pierwszym polskim żużlowcem na Wembley, zdobył 5 pkt, zajął 12 miejsce, wygrał z kompletem punktów, rewelacyjny Nowozelandczyk Ronnie Moore, przed Fundinem, Barry Briggsem/ NZL/ i Szwedem Olle Nygrenem. Ósmy był rudowłosy Anglik Peter Craven, gwiazda z Manchesteru, który zginął na torze. Za Połukardem uplasował się Niemiec Josef Hofmeister, z bawarskiego Abensbergu, tam jego dom i zdobycze, ikona, sygnatariusz solidnego, niemieckiego żużla. Rezerwowym, który jednak nie wystartował na Wembley był Florian Kapała, świetny polski zawodnik, późniejszy trener. Florek sympatyczny, podobnie jak Mieczysław –  tworzyli zręby polskiego żużla, który z czasem ozdobiły medale IMŚ i DMŚ. Wembley nie oddawało tronu stadionowego, po Malmoe było nadal miejscem, gdzie trudno wygrać i od 1962 z przerwami ten obiekt stał się nobilitującą areną o której marzyli wszyscy by wystąpić, zderzyć się z silną energią kompletu kibiców, którzy dają show na trybunach rzadkiej urody, choć miejsca na podium zwykle “rezerwowano” dla extra aniołów światowego żużla.

Drogie w sercu Panie!!! Życzę z okazji pięknego DNIA KOBIET – SATYSFAKCJI Z KAŻDEJ CHWILI ŻYCIA, KWIATÓW bez ograniczeń W RADOŚCI I SŁOŃCU!

Super Ole dobrze liczy

Zanim dojadę do Danii, rozejrzę się po Polsce, gdzie nie tak dawno odbyły się wybory nowych samorządów. Draka z ogłoszeniem wyników rozleciała się na cały świat, bo system informatyczny zawiódł nestorów sędziów i czekano długo na rezultaty, które niektóre ugrupowania nazwały sfałszowanymi. Polska nie schodzi z anten i szpalt medialnych, kłaniają się czasy rokoszów sejmowych, czyli dawnych wieków, gdzie Polacy dawali przykład pychy, swawoli i nie liczenia się z nikim. Czy to minęło z historią ? Nie. Pulsuje i nawraca jak grypa nie wyleczona. Zostawiam na boku polskie przywary, które raz po raz ośmieszają nas na światowej arenie.

A teraz o czymś, co może cieszyć. Co? Ano ruszyła z początkiem grudnia sprzedaż biletów na Grand Prix w Warszawie w kwietniu 2015 roku na Stadionie Narodowym. Prognozy były ostrożne, aczkolwiek organizatorzy spodziewają się, że będzie ponad 50 tysięcy ludzi na trybunach. I chyba do tego dojdzie, bo oto po trzech dniach uruchomienia sprzedaży biletów, fani zakupili blisko 30 tysięcy! Bosko. Mówi się, że rekord frekwencji cyklu GP jednak Warszawa pobije, bo najwięcej było do tej pory w Cardiff, ponad 40 tysięcy. I ile było zachwytów!

W tym kontekście przypomnę, że zanim w 1995 roku uruchomiono cudaczne turnieje GP a premiera odbyła się we Wrocławiu, rekordy widzów na finałach indywidulanych MŚ dzierżył Stadion Śląski w Chorzowie oraz londyńskie Wembley. Dziś angielski, historyczny stadion jest po gruntownym liftingu, dzieła polskiego architekta z Australii, natomiast „śląski stutysięcznik“ jest rozkopanym obiektem ciągle w monstrualnej budowie, gdzie utopiono wielkie pieniądze podatników. Władze doprowadziły do… ruiny stadion i wreszcie ktoś odpowiedzialny za taki stan rzeczy powinien patrzeć na świat przez kraty. „Śląski“ w 1973 roku podczas finału IMŚ zgromadził rekordową liczbę widzów, bo ponad 100 tysięcy. Wspaniałe było otwarcie toru i jeszcze wspanialsza wygrana Jerzego Szczakiela.

Wembley nie pobiło rekordu polskiego obiektu, gdyż londyński kultowy stadion zaliczał w porywach 90 tysięcy fanów. Kiedy byłem tam pierwszy raz doznałem… porażenia emocjonalnego. Pionowa budowa trybun powodowała, że doping kibiców kumulował się na murawie, na torze, tam na dole, potężny ryk z trybun wciskał uczestników ostro w glebę. Niesamowite uczucie, cudne i niezapomniane. Stadion Śląski był inaczej zbudowany, bez dachu a rozłożyste trybuny “uciekały“ daleko od toru, murawy i doping nie miał takiego natężenia, jak na Wembley.

Dziś stadiony nie mają aż tak dużej widowni, acz hiszpańskie obiekty piłkarskie wypełnione szczelnie dają upust niesamowitemu dopingowi, mimo“ tylko“ około 50 tysięcznej widowni. Brazylia czy Argentyna zakochane w futbolu mają stadiony, które dla europejskich fanów są olbrzymimi, fantastycznymi miejscami, podobnymi do Barcelony czy Mediolanu. Dzięki piłkarskiemu „ EURO“ w 2012 roku w Polsce powstały ładne obiekty a jednym z nich jest Stadion Narodowy, który zbudowano na dawnym, wyburzonym Stadionie Dziesięcielocia, kopii Stadionu Śląskiego, dzieła tego samego architekta. I o ile stolica ma obiekt na jaki zasługuje, to Śląsk jest pozbawiony godnego, historycznego miejsca, na którym odbyło się przecież wiele imprez o prestiżowym znaczeniu, zapisanych w annałach sportowego kalendarza.

Stadion Narodowy zaliczy w kwietniu żużlową premierę zapewne z kompletem widzów, co będzie wydarzeniem na miarę Wembley i „Śląskiego“ z dawnych lat. Poczekajmy.

W czerwcu 2015 roku finał drużowych mistrzostw świata rozegrany zostanie na 25 tysięcznym stadionie Ole Olsena w Vojens, w Danii. Vojens jest małe ale kultowe. Duńczycy zdobyli złote medale w finale MŚ w Bydgoszczy latem 2104, więc zasłużenie dostali organizację imprezy, która może im dać kolejne złoto. Ole Olsen, były dyrektor serialu GP trzyma rękę na pulsie i nie ulega wątpliwości, że jest liderem biznesowo – sportowym wśród byłych zawodników z podium mistrzostw świata. Był szefem serialu GP kilkanaście lat, od początku jako gorący zwolennik tego cyklu i swojego miejsca pracy, atrakcyjnego pod każdym względem. Polacy powinni uczyć się sprytu od Olsena, który zrobi nadto, przypominam, w przyszłym roku tor na GP w Warszawie. Nie żaden Polak, tylko Duńczyk, już pisałem o tym despekcie dla moich rodaków.

Oto Super Olsen z marką FIM i BSI umiejętnie i konsekwentnie wbija się w biznesowy nurt światowego żużla i mimo „siedemdziesiątki“ marketingowo umieszcza swój mały kraj tam, gdzie trzeba. Zazdroszczę i zarazem boleję, że polski speedeway, który dobrze karmi elitę światowego żużla i organizuje imprezy topowe, nie trzyma „łapy“ tam, gdzie należy. Desery uciekają a robota trzyma się naiwnych.

Jakby krążył jakiś kompleks, że to właśnie „Olseny“ zrobią lepiej za nas tu i tam.

Znam Mr. OO od lat dawnych i pamiętam ten finał na Wembley w 1975 roku, gdzie wygrał mistrzostwo świata i zapamiętałem dobrze świetną imprezę, kiedy w 1978 roku znów na Wembley był najlepszy w finale IMŚ. Znakomity zawodnik, umiejętnie promował swoich następców, zbudował zespół i wyprowadził swoich rodaków w finałach indywidualnych oraz drużynowych MŚ na same szczyty. Era duńskich Hamletów była wspaniała i nadal Super Ole dopilnowuje, żeby złoto świeciło się najmocniej w Danii. To on, trzykrotny mistrz świata w solowej jeździe OLSEN, stworzył w Vojens Speedway Center, który w towarzystwie Wembley i „Śląskiego“ był odskocznią na duńską prowincję, gdzie urodził się w małym Haderslev a w pobliskim Vojens pokazuje fartownie światu, że warto przyjechać i zobaczyć turnieje z najwyższej półki. Chylę więc czoła Ole, lecz z drugiej strony mam mieszane uczucie i jakby żal, że czasem nie rozdają 100 % kart moi rodacy, którym sporo zawdzięczasz w swojej bogatej karierze. No cóż, nie każdy może grać rolę Hamleta. Ole!

Jak długo bez imprezy nr 1?

Jakiej? Zaraz, nie tak szybko, dojedziemy do tego dylematu. Zakończyły się zimowe igrzyska w rosyjskim Soczi. Krytykowane za budżet blisko 50 miliardów dolarów i  chwalone za organizację, za obiekty, serdeczność gospodarzy. Wyśmiewane przed igrzyskami „bliźniacze toalety“ poszły już w niepamięć. Impreza pokazała światu wielkość Rosji, jej dorobek, kulturową wartość jaką historycznie wniosła do rozwoju ludzkości. Ceremonie otwarcia i zamknięcia były imponujące i niech malkontenci kiwają po swojemu głowami, ale mocny sygnał poszedł w świat. Postrzegamy Rosję politycznie, mało doceniamy jej ogólną mocarstwowość i czasem „kopiemy się z koniem“. Redaktor Włodzimierz Szaranowicz, dyrektor sportowej redakcji TVP, charyzmatyczny komentator, bywalec wielu igrzysk zarówno letnich, jak i zimowych powiedział w końcowej sekwencji telewizyjnej transmisji, że „lepiej zorganizować najdroższe igrzyska, niż najtańsze wojny“.

Soczi pokazało piękno gór i Morza Czarnego, było upalnie, słonecznie i była zimowa zadyma, mgła i ciężki śnieg. Dramaty i radości. A co najważniejsze sześć medali wywalczyła polska reprezentacja. Aż cztery złote!!! Świetny występ polskich łyżew! Tego jeszcze w historii nie było. Polskie panczenistki i panczeniści udowodnili, że nie mając w kraju przykrytego toru mogą sięgać po najlepsze medale, toteż Holendrzy dziwili się jak oni to zrobili. No cóż, Polak potrafi „skoczyć“ z Łowicza do Berlina.

W kontekście olbrzymiego budżetu na igrzyska w Soczi polskie starania o podobną imprezę w Krakowie i Zakopanem wyglądają moim zdaniem marnie. Następne igrzyska odbędą się w Południowej Korei, gdzie duża część infrastruktury już jest a co mamy dziś pod Wawelem i Giewontem?? Lobbujemy o imprezę w 2022 roku, kłopotów w kraju w różnych segmentach naszego życia mamy bardzo sporo. Bądźmy realistami! Żywię sympatię do posłanki, olimpijki Jagny Marczułajtis – Walczak, byłej znakomitej snowbordzistki, która walczy o XXIV Igrzyska Zimowe na polskiej ziemi. Może za wcześnie, jeszcze nie teraz… już przełknęliśmy spalone próby Zakopanego, które chciało mieć igrzyska razem ze Słowakami. Polska fantazja musi mieć realne zapędy. Mimo wszystko lobbystom życzę powodzenia! Patrząc jednak na Soczi zabrakło mi patriotyzmu znając infrastrukturę Zakopanego i Krakowa. Żeby mieć, trzeba jeszcze wybudować, wydać wielkie pieniądze. Zimowe Igrzyska Olimpijskie, to nie piłkarskie EURO. Słyszę, że polska edycja ZIO może kosztować tylko 6,5 miliarda dolarów, a Koreańczycy dołożą do tego, co już mają, około ośmiu. Jaką potęgą gospodarczą jest Korea Płd. a my?! Biedna Polska bogatych ludzi?

Nie wiem, skąd bierze się optymizm u poważnych ludzi. Co jest tanie, może okazać się drogie. Sympatycznymi wolontariuszami mogą być przecież także nasze emerytki i emeryci… Daswidania jak mówią Rosjanie… Bolszoje spasiba.

Obserwowałem wydarzenia w Soczi i dumałem o żużlowej rzeczywistości, polskiej, europejskiej i światowej. O rozdarciu na światowy i europejski speedway. O tym co wydarzyło się pod koniec sezonu w Polsce, o aferach, jakich nigdy przedtem nie było. I o tej mocy polskiego młodego żużla oraz reprezentacji seniorów ozłoconej na mistrzostwach świata pod batutą Marka Cieślaka.

Międzynarodowe rozgrywki zostały skutecznie rozdrobnione i tym samym nie mamy jednego wydarzenia, które kumuluje moc sportowych emocji, obfituje w ładunek niespodzianki jaka jest istotą i szansą zjazdu kibiców różnych nacji w jednym miejscu. „Event“, takie jedno wybitne wydarzenie jest okazją do zaprezentowania dorobku kraju, federacji, pokazania wartości kulturowych. W Anglii, Polsce, w krajach skandynawskich,  Niemczech, Czechach, ba, w całym świecie. Imprezy sportowe w różnych zakątkach globu są okazją poznawczą dla zawodników i kibiców. WYDARZENIEM na które czeka się co roku i które jest swoistym festiwalem towarzyskim. Niestety speedway został w 1995 roku wykastrowany i oklepane, oszczędnościowe imprezy serialu Grand Prix nie dają pełnej satysfakcji. Wcale nie marudzę w stylu retro, proszę pani, proszę pana…, wystarczy popytać kibiców i poznać ich odczucia, emocje, które biednieją z roku na rok.

Kiedy wydawało się, że Polacy /Konikiewicz – Lejman/ twórcy One Sport z Torunia ożywią  speedway, dostali kopa z Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która zakazuje zawodnikom startu w imprezach SEC czyli o europejskie medale. Konflikt jest bardzo poważny, będą procesy w obszarze reklamowych kosztów. Rozdarcie może kosztować krocie. Czy nie można było się dogadać i kompromisowo zagospodarować przestrzeń wydarzeń na najbliższe lata? Tydzień temu pisałem o targowisku pod szyldem FIM. Kto obudzi się najszybciej w tej sprawie przejdzie do historii. Armando Castagna, włoski przywódca światowego żużla jest w organizacyjnej śpiączce. Amen.

Sezon 2014 jest już stracony a następny? Polska strona ma ogromną szansę przejść do historii by połączyć zwaśnione strony, powstrzymać wreszcie eskalację serialu Grand Prix i zamienić ilość w jakość. Może nareszcie urodzi się wspólny projekt SGP i SEC, wydarzenia urządzanego co roku gdzie indziej na świecie, w postaci ŻUŻLOWYCH IGRZYSK, JEDNEGO WIELKIEGO INDYWIDUALNEGO FINAŁU MŚ. Jakże dużo zależy od mądrych działaczy z autorytetem, od potężnego medialnego wstrząsu, odwagi powiedzenia i napisania. I doprowadzenia do imprezy wieńczącej sezon, która przyciągnie tysiące fanów i będzie niepowtarzalną okazją do obejrzenia fantastycznych wyścigów w scenerii niezapomnianej.

Oj, ale mnie poniosło! A niesie nie od dziś, przecież wiecie. Kto szybszy ten najlepszy… nawet o jedną/ 0,003 sek./ „Bródkę“.

Kto zatem zrobi plan żużlowej matrycy, która będzie pokoleniowym wydarzeniem na lata? No kto? ONE, two, three…

Warszawa da się lubić

Gdzie lepiej robić eliminacje mistrzostw świata na żużlu? Na małych stadionach, ba! Stadionikach, w mieścinach czy metropoliach? Jest już zaliczona eskapada do Nowej Zelandii, którą można odnotować, że odbyła się w Auckland. Mamy to już za sobą; organizatorzy, zawodnicy, reporterzy i nieliczni fani. Daleka podróż dała raczej efekty takie sobie; bo kogo pozyskuje taka impreza na rubieżach świata?

Zawsze byłem zwolennikiem finałów mistrzostw świata na żużlu w oprawie miasta efektownego, gdzie promocja daje widoczne skutki. Londyn był unikalny a jeszcze do tego kultowe Wembley! To były czasy, wryły mi się, i chyba nie tylko mnie, w serce na zawsze. Urok miasta, omszały tradycją stadion i organizacja wynosząca speedway na wyżyny. Wembley przeszło do historii. Na Wyspach Brytyjskich zastąpione zostało sztucznym torem na ładnym walijskim stadionie w Cardiff. Zawsze co sztuczne, to sztuczne, blichtr nigdy nie zastąpi piękna natury. Anglicy próbowali jeszcze ćwiczyć, zanim wpadli na pomysł imprezy w Cardiff,  turnieje MŚ w Bradford na stadionie Odsal. Yorkshire, gdzie leży Bradford ma chwytliwe dla oka obrazy regionu, z prawdziwą Anglią a jeszcze w wiejskim wykonaniu rajcują nie tylko koneserów widoków.

Poszukiwanie miejsc dla eliminacji mistrzostw świata pod nazwą Grand Prix trwało i trwa, rzecz w tym, że nie jakość a ilość jest ideą właścicieli serialu pt. „Grand Prix Na Żużlu“. Toteż robili i robią gdzie popadnie. Wspominam zatem tęsknie Amsterdam czy Monachium, także Stadion Śląski w Chorzowie, gdzie uczestnicy „rządzili“ Katowicami. Te czasy się skończyły i nie ma w kalendarzu FIM malowniczego Amsterdamu, nie ma stolicy Bawarii z oryginalnym Stadionem Olimpijskim. No i  „Śląskiego“ dla żużla.

Nie powalczono o Rzym czy Barcelonę… Moskwę albo Paryż. Koniec kropka. Promocja utknęła w martwym punkcie, choć może uda się powrócić do Kalifornii.

Dobrze, że ostał się Goeteborg z Ullevi i Kopenhaga z Parken. Postawiłem już przysłowiowy krzyżyk na Stadionie Śląskim, bo jak na razie trwają przepychanki z dachem, który musi być pewnym dla widzów „parasolem“, bo już jedną tragedię niepodal tego obiektu na Śląsku przeżyliśmy, podczas wystawy gołębi.

Strategia organizatorów, dzierżawców serialu GP jest mało ekspansywna i mało porywająca. „Co ma być to będzie“ taka chyba dewiza pokutuje w zarządzaniu ludzi od wielkiego żużla w małym świecie.

Polska dzierży prym w organizacji imprez GP, bo ma ich aż trzy, czyli dominacja, która przecież nie zawsze jest dobra i mimo patriotyzmu wolałbym by turnieje były rozsiane po świecie a nie z powodów finansowych kumulowane w jednym kraju. Pokutuje przekonanie, że Polska przyjmie wszystko, bo speedway jest u nas jak narkotyk. Ciągle go mało, choć są symptomy, że może znudzić się wszystko, co jest w nadmiarze. Czy tak może być z żużlem w Polsce? Nie przewiduję na razie takiej wizji, bo kibice permanentnie są głodni tego „narkotyku“. Jak słabnie Tomasz Gollob, mamy Jarka Hampela i udanych juniorów, mamy złotą drużynę mistrzostw świata i ligę „ oblepioną“ kibicami na meczach. Fenomen popularności tego sportu na gruncie polskim nie ulega dyskusji. Polska specjalność od zawsze ale czy na zawsze?

W tym sezonie po raz ostatni organizatorem turnieju Grand Prix będzie Leszno.  Warszawa ma Stadion Narodowy, który po tegorocznym futbolowym EURO będzie szukał imprez. Ostatnio posłowie z branżowej komisji poparli pomysł organizacji żużla na tym obiekcie w ramach oczywiście Grand Prix.

Pomysł i ja popieram z całą moją skromną mocą, bo upatruję w tym szansę promocji żużla w stolicy, która kiedyś na Skrze miała nawet drużynę. Nadal w Warszawie istnieją zwolennicy żużla i podtrzymują intencje tego sportu w stolicy. Szanse są duże i może Warszawa podsyci ambicje innych stolic Europy by wjechać z hukiem żużla na salony. I w przyszłym roku obok Pragi z małym stadionem być może Warszawa będzie gospodarzem turnieju GP. Byłoby zajebiście. Pokazać stolicę uczestnikom GP, zaprezentować fanom. Komunikacja naszej stolicy ze światem bezproblemowa, świetne hotele, uciechy kulinarne oraz inne też w nadmiarze. I stadion chyba byłby najbardziej okazały w całym serialu SGP. Zaplanujmy, że w przyszłości mamy Warszawę z turniejem GP, mamy Toruń i… Gdańsk. Zawsze jeszcze będzie spuścizna po futbolowym EURO i czekają stadiony w Poznaniu, Wrocławiu. A może Ukraina skusi się na speedway w wydaniu makro? Marzy mi się również i taka wizja.

A na razie mamy przed sobą Leszno po raz ostatni w wydaniu GP, choć nigdy nie mów nigdy. Drugi zatem turniej GP 2012 po nowozelandzkim Auckland. Hampel będzie jeździł u siebie i mam nadzieję, że nie opuści podium. Ma ogromne szanse w tym sezonie na mistrza; ma już srebro i brąz mistrzostw świata i dojrzał razem z teamem na złoty medal. Eliminacji jest kilkanaście, sezon długi i trzeba mieć nie tylko kondycję ale i szczęście aby wjechać na ostateczne podium. Konkurentów ma zacnych. Jest przecież z rutyną Tomasz Gollob i jest niezmordowny obrońca tytułu Amerykanin Greg Hancock. I rozbudzony Rosjanin Emil Sajfutdinow, który już w debiucie miał przecież medal mistrzostw świata. A inni? O tak, są tacy/ Andreas Jonsson, Jason Crump…/ i myślę, że zmiana pokoleniowa na tym rynku jest przesądzona. „ Zabawa“ dopiero się zaczyna a koniec jesienny jawi się daleko na horyzoncie z emocjami, które wprawdzie trudno wiosną przewidzieć, lecz na pewno nie będą one obojętne dla serc. Adrenalina zaczyna pulsować!

Agresja XXL

Ogarnia nas zewsząd, politycy opluwają się słownie na antenach telewizyjnych, wygadują niecenzuralnie historyjki. Intelektualne spustoszenie głów. O elegancji zapomnijmy, młodzież świetnie jest edukowana przez ludzi z pierwszych stron gazet i pism oraz najbardziej popularnych telewizyjnych programów czy radiowych audycji. Groza. Areny sportowe  coraz bardziej przypominają sceny brutalnych zachowań i trwałych okaleczeń zawodników. Sprawozdawcy komentują i chwalą, że dobrze iż ktoś zagrał faul, bo uratował drużynę od karnego czy wolnego/ to w futbolu/. Słynne uderzenie „ z byka“ piłkarza włoskiego przez znanego Zidane’a przeszło do historii. Od tego czasu mieliśmy również fakty mrożące krew w żyłach.

Oto na ringu bokserskim w nie tak dawnej walce pomiędzy Ukraińcem Witalijem Kliczką a Brytyjczykiem Derekiem Chisorą doszło do kuriozalnych precedensów. Oto już przed walką pobudzony bokser spoliczkował przeciwnika, potem opluł jego brata Władimira. Po walce szukał zwady delikatnie mówiąc i wszyscy drżeli, kiedy przegrany kogoś zaatakuje. Coś okropnego prawda?  Chisora wszczął bijatykę ze swoim rodakiem Hayem. Bokserska federacja nałożyła na niego wysokie grzywny, kilkaset tysięcy dolarów ale co dalej z tym „ fantem“. Kto następny do wyczynów?

Piłkarze ręczni faulują, hokeiści, żużlowcy wypychają w bandy, a jak coś im się nie podoba dochodzi do rękoczynów. Bywało tak? A jakże by nie wspomnieć Australijczyka Craiga Boyce’a, który na stadionie londyńskiegoi Hackney uderzył Tomasza Golloba. Długo wtedy jury obradowało nad tym incydentem, a dlaczego tak długo? Jest wina, powinna być kara, tylko, że w życiu zakończenia są różne i zazwyczaj piekielnie długo czeka się na wyroki.

Każdy polski weekend przynosi smutne statystyki przyłapanych pijanych kierowców, którzy piją i jadą. I tak w kółko, mamy więc dramaty topione w morzu łez. I gromada winowajców, recydywistów. Jak długo?

Poseł PiS Jan Tomaszewski, który walczy konsekwentnie z futbolową centralą, korupcyjnymi przewałami pozwala sobie na słownictwo nie licujące z parlamentarną legitymacją. Legendarny bramkarz owiany sławą tego, który zatrzymał Anglików w 1973 roku na londyńskim Wembley dopuszcza się frazeologii, która chyba umyka jego partyjnemu szefowi. Onegdaj w rozmowie  z Moniką Olejnik w „Kropce nad i“ nie miał żadnego zahamowania by powiedzieć dowcip, który prowadząca program skwitowała krótko: „ordynarny“. Wiecie jaki to był „dowcip“?! Proszę bardzo… „Jak zapłodnić krowę? Postawić ją na lodowisku a sama się wypie…“ I tak na żywo poleciało. Straszne.

Arogancja, agresja, prymitywizm. Groźna eskalacja.

Futbolowe faule kończą się kontuzjami leczonymi miesiącami, wprost słychać jak trzeszczą kości. Wijący się z bólu piłkarz, zawodnik innego sportu, grymasy bólu, nosze i sygnały karetek odjeżdżających ze sportowych aren towarszyszą incydentom, które z natury wywołuje los ale i świadoma ingerencja przeciwnika, który z premedytacją wjeżdża ślizgiem w nogi konkurenta. Brutalna walka na murawie, torze, tafli, parkiecie, tenisowych kortach nawet.

Z jednej strony mamy publiczne życie wzbogacane o agresję, gdzie rozmówca bezceremonialne przerywa drugiemu, jakby nie słyszał co mówi, jakby nie zdawał sobie sprawy z oglądającego gremium, często bardzo milionowego. Takie czasy?

Korupcja, ustawianie meczów, procesy i nie kończące się sprawy prokuratorskie. Przykłady idą zazwyczaj z góry i doły karmią się padliną.

Wspomniany poseł Tomaszewski oświadczył, że nie będzie oglądał meczu reprezentacji Polski z Portugalią na otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, gdyż grają tam przestępcy. Monika Olejnik indagowała, naprawdę nie będzie pan oglądał? Nie –  odpowiedział Jan Walczący. Ma prawo… Jako legenda, ikona i człowiek dający przykład w roli posła.

Kto kogo ma uczyć patriotyzmu, honoru, czystego sportu pozbawionego jakichkolwiek brudów korupcyjnych?

Speedway nie jest pozbawiony pokus, mieliśny przed laty remisowy mecz w Rzeszowie z Unią Leszno, gdzie zawodnicy by dotrzymać umów hamowali przed metą nogami. Kibice rzucali pieniądze na tor a wstyd było słychać na kilometry. Posypały się kary i Unia odcierpiała. Kuriozalny mecz można zapisać w księdze rekordów.

Nie dawanie miejsca po starcie i wypychanie na bandę jest w żużlu pewnym zwyczajem stosowanym raz po raz w ogniu walki najczęściej ligowej ale nie jest wolna od takich incydentów i ranga mistrzostw świata. Czym grozi taka jazda faul, na aferę, oglądana przez kibiców i telewidzów nie trzeba dokumentować, ponieważ konsekwencje są aż nadto przykre i bolesne w leczeniu ran. Kończyły się  przecież także trwałym kalectwem.

Mecze reprezentacji narodowych warto oglądać i być dumnym, to wręcz patriotyczny obowiązek. Co też wygaduje poseł Tomaszewski…

Oczywiście krytyka korupcji, walka z nagannymi sytuacjami jest potrzebą chwili, lecz konsekwencji w tym niestety nie ma. Jest wina a nie ma kar. Takie sytuacje bardzo źle wpływają na kariery młodych zawodników.

Piszę o tym w przededniu kolejnego sezonu żużlowego. Speedway ze względu na swój charakter jest kontuzjogenny. Trzeba szanować więc każdego przeciwnika i traktować jazdy z szacunkiem, bo dziś w karambolu uczestniczy ten a jutro inny. Gdzie człowiek dosiada motocykla może zdarzyć się wszystko ale trzeba zdawać sobie sprawę, że od kierującego zależy wiele i musi sobie zdawać sprawę z faktu, że na torze nie jest sam.