Maleńczuk do żużla!

Może Maciej Maleńczuk albo wręcz europoseł z muszką pod szyją J. Korwin – Mikke, wtedy prominenci polskiego żużla usłyszą prawdę bez żadnej żenady. Prezes PZM Andrzej Witkowski dobry socjotechnik miałby niezły materiał do przemyśleń w 2015 roku, obchodów jubileuszu 65 – lecia tej organizacji zbudowanej przez poprzedniego prezesa Romana Pijanowskiego, który zebrał grupę ludzi, prawdziwych fachowców a sama marka PZM imponowała młodym ludziom. Czy dziś tak jest, czy młodzież wie, co oznaczają te trzy literki? Sumienia obecnych działaczy nie ruszam, sami muszą wiedzieć, chyba, że boją się wychylać z okna a prezes określi to nielojalnością wobec niego, bo nie można mieć swojego zdania i koniec, kropka. Nie ma wychylania, można wypaść.

W Pezetmocie nikt od dawna nie wychyli się poza swój kołnierzyk, bo wypracowany dryl pieszczony jest przez apologetów, którzy pamiętają jeszcze poprzedniego prezesa, lecz imponuje im herbatka z herbatnikiem u prezesa, ktory nie zamierza oddać korony. Taki charakter. Przyszłoroczna Grand Prix w Warszawie będzie służyć jubileuszowi PZM/ 65 lat/ i rokowi wyborczemu. Stolica zachłyśnie się blichtrem politycznego pędu na trybuny, by pokazać swoje twarze w towarzystwie kamer. Celebracja na amen.

Pisałem onegdaj o tym turnieju/ kwiecień 2015/ i osobiście cieszę sie bardzo, że stolica mojej ojczyzny przeżyje imprezę żużlową w atmosferze, jakiej nie będzie miała żadna stolica. Sny bywają jawą, kontestowałem.

Raduję się więc i zarazem troskam o pobocza warszawskiej GP. Oto dowiaduję się, że w kraju, gdzie jest wyjątkowa kultura żużlowa i ligowe rozgrywki karmią światową elitę nie ma materiału na zrobienie toru na Stadionie Narodowym. Materiał na nawierzchnię zostanie przywieziony z… Danii. Popłynie przez Bałtyk a potem pojedzie do stolicy państwa, gdzie ciągle robi się drogi, odcinki autostrad i infrastruktura komunikacyjna jest wielkim placem budowy. Szkoda, że nie ma już ministra S. Nowaka, który kocha duże zegarki na rękę, bo doradziłby prezesowi A. Witkowskiemu i celebrytom z BSI/ Paul Bellamy/, że paranoją jest wożenie nawierzchni zza Bałtyku. Polskie tory nie mają skandynawskich kamieni, mamy Strzegom, mamy śląskie hałdy, no i zawsze, i po dziś dzień dziwię się, że rybnicki stadion nie korzysta z kopalnianych dóbr, które są w tym górniczym regionie a wagonami mogą być szybko na stadionie. Strzegomska szarość na polskich stadionach lepsza, choć jak życie doświadcza w razie deszczu trudno ten materiał wchłania wodę. Nie mamy zatem torów o nawierzniach takich jak w Anglii czy Skandynawii. Ole Olsen zbawiciel BSI i gotowy na każde skinienie za odpowiednią fakturę zadba o tor na stołecznym Narodowym. Mocny policzek dla polskich działaczy a policzki ustawił w szeregu prezes PZM. No tak, nie będziemy brudzić się torem, mamy komisarzy, mamy fachowców ale zawsze lepszy ktoś z Zachodu. Stać na przemyślane kompleksy, „kompleksy“ chyba nie do uleczenia przez obecnie decydujących. „Rany Boskie“ – powiedziałaby osoba postronna a dramaturg Sławomir Mrożek, gdyby jeszcze żył, miałby pomysł na opowiadanie. Nie ma Mrożka, jest PZM, BSI i Olsen. Wątpię czy duński trzykrotny mistrz świata, dziś około siedemdziesiątki, sprowadzałby do Vojens na tor, gdzie rządzi i dzieli, materiał z podrybnickiej hałdy. Rachunek ekonomiczny jest decydujący ale nie dla polskich notabli, którzy chętnie wydają nie swoje pieniądze! Ciekawe co na to supereurodeputowany Ryszard Czarnecki, który lubi speedway, działał we wrocławskim klubie i ma ostry, opozycyjny język. Na GP w Warszawie, jeśli nie będzie miał eskapady na Wyspy Dziewicze, pewnie się zjawi i skonsumuje kanapki serwowane przez catering, no właśnie skąd? Ze Skandynawii? Kiedy byłem na finałach MŚ w siatkówce w Katowicach cateringowe stoły były przygotowane przez speców z…Wrocławia i Poznania. „ Fuck“, tyle kilometrów od Katowic – powiedział pewien Fin, kiedy mu powiedziałem, że ten łosoś został przyprawiony nie na miejscu tylko 300 kilometrów dalej. Paradoksy polskie na potęgę. Czym dalej, tym taniej? Muszę zapytać szefa Giekażetu Piotra Szymańskiego. A tak, a propos ciekawe kogo namaścił już na nowego przewodniczącego GKSŻ prezes Witkowski.

Tak jak pisałem kilkanaście tygodni temu prezes PZM zrezygnował na kongresie europejskiej unii w Krakowie latem tego roku z kandydowania i „wypchnął“ do tej cudacznej struktury P. Szymańskiego, bo dla siebie rezerwował fotel wiceprezydenta FIM. Nic nowego, wszystko po staremu. J. Korwin Mikke potrzebny na obrady zjazdowe PZM a M. Maleńczuk niech zaśpiewa tam nową swastę, jest w wybornej formie, jeszcze go nie zamykają, jeszcze mu pozwalają a mistrz, jak powiedział w TV, czeka cierpliwie, kiedy będzie mógł w Polsce zapalić swobodnie planta. I ja też. Ale do rzeczy.

Administracyjnie speedway w ciągu ostatnich 20 lat podrożał horrendalnie, a czy jest lepszy dzięki kosztownym obradom JURY na zawodach, czy jest lepiej na torach wskutek powołanym komisarzom na polskich torach?!

Nowe wypiera bezkrytycznie stare a kibice płacą.

Nie jestem czuły na płacz prezesów, którzy czasami wypuszczani są z kryminałów za poręczeniem i dalej działają. Wstyd. Polskie związki sportowe funkcjonują w przestrzeni statutów pamiętających niejakiego Gomułkę. Nie zdążyła zrobić nic ministra J. Mucha, nie zrobi tego jej następca, bo bardziej czuje bałtycki jod, niż swąd w związkach sportowych, gdzie młodzi działacze nie przecisną się przez bary starych, doświadczonych działaczy, którzy znacznie lepiej pracują głowami, niż sędziowie w państwowych komisjach wyborczych.

A skąd wziął się w orbicie PZM nadprezes A. Witkowski w latach siedemdziesiątych? Ano „komuna“ miała dobry pomysł by wstrzyknąć świeżą krew do sportowych związków i tak znaleźli się tam młodzi działacze, jak np. Nurowski/ lekka atletyka/, Dachowski/ tenis stołowy/, Maj/ piłka nożna/, Jeż/ koszykowka/. Bardziej udani czy nie, lecz powiało czymś nowym i niektórzy zrobili karierę, bo dyplomata Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w Smoleńsku, był prężnym szefem PKOl.

Jednak w narodzie coś się tli… i w przestrzeni żużla rodzi się nowa, mądra idea techniczno – organizacyjna w skali światowej pod szyldem NSF, której szefuje Sławomir Walczak. Życzę łódzkiemu lotnikowi z zamiłowania, pasjonatowi żużla aby pomysły miały lot pomyślny a lądowanie szczęśliwe, lecz o tym w pobliżu świąt, które skłaniają do życzliwości w każdej sytuacji.

Warszawa nie jest snem

Co znaczy prestiż nie trzeba tłumaczyć, kto nie wie, niech sięgnie do słownika. W historii żużla prestiżowymi finałami światowymi były te, które rozgrywano na londyńskim Wembley, dopóki… nie doszło do otwarcia toru na Stadionie Śląskim w 1973 roku. Wtedy obserwatorzy i fachowcy, kibice ze świata oniemieli z podziwu, bo śląski gigant przebił liczbą widzów londyńską świątynię nie tylko żużla ale i futbolu a w antraktach również gonitw psów. Wembley było kultowe i pretiżowe nie tylko dzięki niezwykłej atmosferze ale i Londynowi, który wiadomo stwarza dla przyjezdnych okazję do zwiedzania i odkrywania zawsze czegoś nowego. Jest trendy jak Paryż i Nowy Jork. Na Śląsku było w tym kontekście może i miło, acz siermiężnie. Koloryt i pokusy wielkiego świata były nad Tamizą. Katowice i okolice miały inne walory, zresztą podobnie było, gdy lokowano światowe finały w Lesznie czy we Wrocławiu, choć świat był łakomy na rozmaite atrakcje w historycznym mieście nad Odrą.

Historia żużla zna lokacje w dużych miastach i typowych “dziurach”, gdzie pobyty dla kibiców ograniczały się li tylko do stadionów. Gdzie było super?

Do dziś wspomina się dwudniowy finał IMŚ w Amsterdamie, czy jednodniowy finał w Monachium. Obie imprezy na olimpijskich przecież stadionach owianych legendą polskich sukcesów innych sportów. Szwedzki Goeteborg wyzwalał ekscytację, bo miasto piękne jak widokówka. Mamy Sztokholm, speedway zawitał do Kopenhagi. Wyprawy na Antypody ograniczają możliwości przeciętnych kibiców i dlatego nie bardzo jestem za takimi lokalizacjami, które promują w niszowym sporcie kibiców wybrednych i bogatych.

Niektóre miejscowości dorobiły się kultowego charakteru, choćby Vojens, gdzie Ole Olsen konsekwentnie wypromował od końca lat siedemdziesiątych małą duńską miejscowość do rangi prestiżowego miejsca dla speedway’a, czy to podoba się czy nie niektórym malkontentom określających Vojens… wsią. Niech zajrzą do swoich rodowodów. Amsterdam i Monachium zaistniały tylko raz. Pojawiło się kiedyś udanie włoskie Lonigo i zyskało od razu sympatię w różnym wymiarze gustów. Kiedy po przebudowie Wembley speedway przeniósł się na Wyspach Brytyjskich do walijskiego Cardiff ciągle czegoś brakuje na turystycznej mapie żużlowym kibicom. Nie chwyciło w międzyczasie angielskie Bradford, choć próbowano dać namiastkę kawałka Wembley. Niestety, nie ta półka, choć okolice Bradford z obrazami angielskiej wsi niezapomniane. Śliczne, lecz bez żużlowej charyzmy, więc stadion Odsal padł a otworzyło Cardiff.

Mamy Pragę Ondrasikowego Królestwa Plochej Drahy. Stolica Czech kusi nie tylko piwem i historią szwejkowych przygód w zaułkach ciasnych uliczek. Praski stadion Marketa przylepił się do żużla i mimo, że Pardubice ostro konkurują i mają inne super walory, to stolica wyzwala większe chęci zobaczenia w akcji zawodników serialu Grand Prix.

Kiedy sięgnę wstecz wpadam pamięcią do niemieckiego Norden i 30 tysięcznego stadionu na fryzyjskiej ziemi. Absurd. Był tam pamiętny finał IMŚ w 1983 roku, kiedy wygrał ekscentryczny Egon Mueller, niemiecka gwiazda żużlowego rocka. Lubię takie postaci, bo wnoszą nie tylko goły speedway do historii dyscypliny. Jest w historii bawarskie, kolorowe Landshut z ekologicznym torem daleko poza miastem i centrum historycznym, jak landszaftowy obraz. Panujący nad starówką zamek i historia polsko – niemieckiego wesela ze średniowiecza odnawianego dziś co jakiś czas w atrakcyjnej formie dla turystów.

Finały za Bugiem nie mają historii, lepiej jest na Bałkanach i nie można zapominać o Krsku nad groźną Sawą. Słoweńcy mają swoją historię w żużlu, czego dowodem jest szalejący w elicie GP Matej Zagar.

Speedway nie miał szczęścia zawitać do Hiszpanii, choć tamtejsi kochają motory jak corridę i futbolowe mecze nie tylko w ramach El Classico. Miałem kiedyś cichą nadzieję, że Irlandczycy kupią speedway od Anglików ale nie pomógł kiedyś jesienny Kongres FIM w Dublinie, który był wielką atrakcją, choć mniejszą niż parada żaglowców w tym niesamowicie przyjaznym dla ciała i ducha mieście. Ten kongres FIM wspominam nie tylko z powodu Chrisa de Burgha oraz innych artystycznych wrażeń.

Skandynawia gorąca jest żużlem tylko w Szwecji i Danii; Finlandia wprawdzie doszła do GP ale Norwegia mimo, że miała długo światowego sternika speedway’a Roy’a Otta, zawodników Gunnestada i Holtę nie zdecydowała sie na światowe wydarzenia.

I OTO NARODZIŁ się w kalendarzu HIT, bo polska stolica wchodzi na arenę Grand Prix ze Stadionem Narodowym. Mam nadzieję, że będzie sukces i może nie od razu ale wierzę, że Warszawa otworzy nową kartę w historii żużlowej klasyki. Nasza stolica pięknieje, są hotele do wyboru i koloru, można dobrze zjeść w atrakcyjnych miejscach i… zobaczyć nie tylko Pałac Kultury. Dojechać, dolecieć zewsząd. Serial Grand Prix anno 2015 otworzy się premierowym turniejem 18 kwietnia na Narodowym. Stadion jest komfortowy i kibice, którzy uprawiają żużlową monokulturę będą mieli okazję zapoznać się z obiektem zbudowanym na futbolowe EURO 2012.

Stadiony w Polsce zmieniły swoje oblicze, także żużlowe; mamy Toruń i Gorzów okraszone turniejami GP, gorzej ze stadionem w Lesznie, Bydgoszczy ale nie zapominajmy o gdańskiej bursztynowej Arenie, której życzę żużla, bo mieć światowe imprezy nad Bałtykiem i w stolicy, to podniesienie wspomnianego prestiżu speedway’a o dwie klasy. Czy WARSZAWA może stać się po jakimś czasie… Wembley? Nie. Dwa światy, inne stadiony, inne czasy, ale ze względu na polskie zainteresowanie żużlem kibiców, naszą ligę i sukcesy oraz urodę Warszawy, jej atrakcje turystyczne, może być Mekką dla przeciętnych kibiców oraz goldfanów. Warszawa da się lubić i sen o żużlowej arenie nad Wisłą jest jawą! O tym mieście napisano i wyśpiewano tyle cudownych wierszy, więc tylko się cieszyć, że wiosną 2015, podczas Grand Prix kibice przekonają się, że warto przyjechać i zobaczyć nie tylko speedway, zabawić się, poznać atmosferę oraz wspaniałą historię miasta, jego niezniszczalność. Warszawy po prostu nie zapomina się na pierwszym wirażu, o czym zapewnia Adam Jaźwiecki.

Moja Polska jest nie do podrobienia!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie myślałem o tym, nie spodziewałem się tego, uwierzcie. Polska na dni futbolowego EURO – 2012 zmieniła oblicze i nie chcę wyszukiwać tego, czego nie zdążono wykonać na imprezę, jakiej jeszcze w Polsce nie było, a raczej radziłbym popatrzeć co zrobiono. Jak odmieniła się np. Wieliczka na przyjazd włoskiej reprezentacji, jak wygląda Trójmiasto, stolica. Jak chwalą podpoznańską Opalenicę Portugalczycy, którzy wybrali to miejsce wyglądające jak bajka. Czy można się wzruszyć zmianami miast, widokiem biało – czerwonych flag, które powiewają na samochodach, paradnie prezentują się sprzedawcy w szalikach narodowych barw. I tak dalej, i tak podobnie. Pięknie. Polska zmieniła oblicze na  dworcach kolejowych, samolotowych terminalach by godnie przyjąć kibiców. Gościnnie, po polsku chlebem i solą. Restauratorzy i hotelarze postawili się w stan gotowości. Tysiące wolontariuszy. Mamy wydarzenie, które musi cieszyć, rozbudziło patriotyzm, który do tej pory w sportowej części naszego życia był kwitowany hymnem narodowym i medalami na podium. Na EURO – 2012 Polska dokonała swoistego liftingu i zbiorowej mobilizacji, wbrew malkontentom, przeciwnikom sportu i politycznym warchołom, którzy jakby źle życzyli i dopiero w ostatnim czasie przypinali się do sukcesów. Znam takie obyczaje z żużlowego placu i prominenckie maniery, oblicza działaczy uwiązanych niegdyś krawatami a teraz w  rozpiętych koszulach szpanujących na odmieńców. Jakby nie wiedzieli, że pamięć mają inni.

“ Spadającą gwiazdę schowaj do kieszeni przyda się w deszczowy dzień”… śpiewa Maja Kleszcz. A przede wszystkim: “ Nigdy nie daj wypaść jej”…

Rafał Stec w “ Gazecie Wyborczej” w analitycznym artykule “Smuda i Lato, koko i spoko” scharakteryzował trenera i prezesa. Napisał: “ Na chorobliwą niepewność zahukanego prowincjusza Smuda nigdy nie cierpiał. Śmiało rzuca wyzwanie większym i przenosi swoją pewność siebie na drużynę”. Pominę akapity poświęcone prezesowi Grzegorzowi Lato. Może tylko taki końcowy fragment: “ Słowem, Lato jest emanacją naszego środowiska piłkarskiego w każdym sensie, a Smuda byłby nią, gdyby nie ta jedna rysa na jego spójnym wizerunku. Brak kompleksu polskiego”.

Piszę ten felieton w przededniu wielkiego sportowego święta, które nie może nie radować każdego kibica sportowego. Fani mają swoje specjalności, jednak wielkie imprezy są jak spinacze i łączą wszystkich, którzy widzą sens w uprawianiu, oglądaniu i egzystencji w sportowym tyglu.

Przypominam sobie polskie finały światowe, dekoracyjne elementy imprezy na Śląsku, Lesznie i Wrocławiu. Też była wspaniała atmosfera zbliżającego się szczytu żużlowgo. Plansze reklamowe, rande vous z byłymi mistrzami toru, pamiątki i zlot kibiców. I późne biesiady; coś do zjedzenia i coś do wypicia mocniejszego jakże ostro pobudzały do żarliwych wspomnień i rozważania szans. Pamiętacie?!

Z wielką przyjemnością słuchałem ostatnio piłkarskich felietonów Stefana Szczepłka w radiowej “Jedynce” czytanych przez Marka Kondrata, tamże emocjonalnie barwnego głosu radiowca Tomasza Zimocha, gościnnego i eleganckiego w extra studio TVP Włodzimierza Szaranowicza. Nagromadzenie medialnego “towaru” z okazji piłkarskiego festiwalu może zaimponować i jest dla mnie argumentem bynajmniej nie ostatecznym, że wydarzenie nr 1 kumuluje w sobie siłę promieniującą na wiele ośrodków, natomiast rozmycie wydarzenia poprzez jego rozbicie powoduje szarość, która prowadzi do znudzenia i pospolitości czegoś, co mogło być przeżyciem zapamiętanym na zawsze. Takiej imprezy jak EURO’ 2012 w Polsce nie było i chyba nie będzie długo, bo olimpiady raczej nam nie grożą. A zimowe wydarzenia z naszymi super gwiazdami odlatują szybko z żalem.

Futbolowe święto na Starym Kontynencie z udziałem gwiazd rozsławia Polskę na wszystkie strony świata. Jestem zazdrosny o speedway w tym oczywiście kontekście.

EURO’ 2012 organizacyjnie na polskiej i ukraińskiej ziemi zbliżyło również oba narody nie tylko sportowo. Ciekawe przeżycie i doświadczenie, że można jedną imprezę rozbić na dwie z pożytkiem dla całości. Osoby mniej zaangażowane w atmosferę piłki nożnej i sportu mimo wszystko zostały wciagnięte w wir “festiwalu”, bo trudno uciec od informacji, od telewizyjnych przekazów. Robią atmosferę. Czadowo.

Przy takiej imprezie jaką są finały piłkarskich ME każda dusza sportowa musi przeżywać emocje ściśniętego serca. Wzruszenia ogarniają nas serdecznie i robią w głowach zawrót przyjemnych doznań. Polska doładowana jest tysiącami zagranicznych kibiców, cały świat śledzi co dzieje się na boiskach EURO.

Kalendarz żużlowy nie jest paraliżowany przez ME, choć przecież futbolowe mecze wygrywają z tym, co robią żużlowcy w ligach i jakie jazdy mają w GP Tomasz Gollob oraz Jarosław Hampel. Co zatem będzie ważniejsze czy bramka Roberta Lewandowskiego, asysta Jakuba Błaszczykowskiego i gol Łukasza Piszczka czy podium Grand Prix wspomnianego duetu?! Przyjmuję tylko szczere odpowiedzi. W GP jest cienko. W Kopenhadze Hampel odniósł przykrą kontuzję, Gollob jeździł bez siły motocykli. Dlaczego takie tyły? Zostaje zatem piłka i nadzieje, że… No? Z Grekami starczyło siły tylko na pierwszą połowę, trener nie dawał zmiany. A Rosja została rozmontowana i mamy kolejny remis, który jest jakby zwycięstwem. Szalenie ważne wydarzenie. A to co się działo w Warszawie widziałem na własne oczy. Teraz przed nami Czechy i musimy wygrać, a co to oznacza w sporcie? Musimy…

Mamy teraz Polskę w innych barwach i nastrojach, mamy życie zdominowane przez piłkarskie gwiazdy, gole i pojedynki niezapomniane. Jestem dumny, że tak jest, a do żużla wrócimy mentalnie przecież w swoim czasie. Warto jednak na serio pomyśleć co zrobić, żeby speedway miał również takie wyjątkowe święto, które pozytywnie wywróci nasze życie i wszyscy będą mieli motory w głowach a Polska jak długa i szeroka zamieni się znów w gościnny i radosny biało – czerwony dywan. Seriale są bowiem dobre ale na ekranie TV. A nam się marzy wielkie wydarzenie sezonu na torze!!!

Z Leszna do stolicy? O tak!

Kwiecień plecień, co przeplata dużo żużla mało lata. Ta ostatnia sobota kwietniowa będzie bardzo ważna dla Leszna, kiedy odbędzie się Grand Prix Europy. Ważna impreza dla działaczy Unii, bo ostatni raz w kontrakcie, a czy w ogóle ostatni, nie wiem, bo nigdy nie mów nigdy; być może Leszno wróci jeszcze na arenę turniejów o mistrzostwo świata mając Jarosława Hampela i braci Pawlickich. Stadion Unii przed wejściem jest ozdobiony i upamiętniony pomnikiem Alfreda Smoczyka, legendarego szybkiego jak rakieta zawodnika, który zginął przed kilkudziesięciu laty, mistrza Polski a dramat rozegrał się na zwykłej drodze. Stadion wybudowany w epoce Edwarda Gierka na tradycyjne dożynki nosi imię Smoczyka, tamże rozgrywane są regularnie Memoriały Alfreda Smoczyka. W Lesznie wszystko zatem toczy się wokół „Smoka“ i niech tak będzie. Żużlowa kultura w tym mieście ma niepodważalny autorytet, podtrzymywana nie tylko przez „ Tygodnik Żużlowy“.

Interesy toczą się w Lesznie wokół speedway’a, podobnie jest w innych miastach wielkopolskich w Ostrowie Wlkp., Gnieźnie, Rawiczu, Pile. Kochanie żużla jest tam wpisane od wczesnych lat w życiorysy mieszkańców regionu. Przekonałem się niejednokrotnie o tym przebywając w różnych zakątkach Wielkopolski. Żużel jest tematem  sportowym nr 1. Kto nie lubi żużla lepiej niech nie dyskutuje o sporcie przy piwie w pubach Leszna, Rawicza, Gniezna czy Ostrowa Wlkp. Można dostać przy okazji ignorancji kopa tam, gdzie kończą się plecy.

Z tym lubieniem żużla jest podobnie w innych cześciach Polski, na ziemi lubuskiej, Podkarpaciu czy Pomorzu. Uwielbienie żużla duże i tak jest od wielu lat. Kolekcjonowanie miłości do tego sportu w rodzinach jest pielęgnowane, stąd od małego bakcyl wysysany bywa z mlekiem matki i pilnowany po ojcowsku. Futbol, gdzie jest kult żużla cierpi na niedopieszczenie, choć nie brakuje także obojniactwa sportowego i kibice  chodzą zarówno na speedway, jak na piłkę nożną.

Leszno żegna się z serialem Grand Prix; tam też były złote czasy w drużynowych turniejach o mistrzostwo świata. Czy rozstanie się z wielkim żużlem wyjdzie na dobre i za jakiś czas zapanuje głód na speedway? W przeszłości organizowano tu przecież finały mistrzostw świata par i drużynowe, nie wspominając eliminacji MŚ. Działacze dali radę za każdym razem a uczestnicy wywozili miłe przygody i wspomnienia.

Jak będzie tym razem? Miejscowy pupil Jarosław Hampel poobijany jest  po gorzowskim turnieju podczas konfrontacji polskiej drużyny narodowej z „resztą świata“. Dziką kartę dostał Przemysław Pawlicki i napewno da czadu na „ Smoku“, który zna od dziecka. Jest jeszcze Tomasz Gollob, który powinien dać sygnał dla konkurentów o swojej formie. Drugi turniej i początek sezonu daje nadzieję na jazdy może jeszcze nie tak sprawne, co przepełnione ambicjami i wolą pokazania się za każdą cenę. W premierze serialu w Nowej Zelandii wygrał obrońca tytułu mistrza świata Amerykanin Greg Hancock, drugi zameldował się  Hampel, trzeci były mistrz świata Duńczyk Niki Pedersen. A teraz? Gdyby Hampel załapał się na podium byłoby cudnie. Następny turniej GP jest w Pradze na Markete. Formę i emocje będą nakręcały ligowe mecze.

Mamy początek sezonu, jazdy bez zmęczenia i z siłą zaistnienia w elicie. Leszno oczekiwane jest z niecierpliwością, bo miejsce jest kultowe, choć sam stadion wymaga modernizacji. Są przecież inne stadiony spełniające wymagania wybrednych kibiców. Wielkość trybun nie oznacza jakości oglądania. Kibice jednak nie wymyślają, bo dla nich jazdy i emocje są priorytetem. Ważna oczywiście i pogoda, bo parasole na starych obiektach przeszkadzają w oglądaniu zawodów, nadal dach nad głową jest luksusem i dużo zależy od pogody na torze i na trybunach.

Serial GP napędzi się więc tradycyjnie szybko. A gdzie tam do października, daleko, wpierw jednak…

Z początkiem czerwca mamy wydarzenie sportowe w Polsce największe w historii, futbolowe mistrzostwa Europy. Wyzwanie niesamowite. Kiedy tylko skończą się wrażenia w piłce nożnej z końcem lipca mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Duża zatem porcja emocji latem i trzeba zadbać by speedway nie zginął w natłoku szumu medialnego, bramek i medali olimpijskich. Dużo zatem zależy od postawy polskich zawodników, którzy powinni w tym trudnym roku wbić się w elitę innych tuzów sportowych aren.

Wspomniałem w tytule o Lesznie i stolicy. No tak, bo po futbolowym EURO – 2012 warszawski Stadion Narodowy może w przyszłym sezonie zająć pozycję Leszna i zorganizować turniej GP. Wszystko jest możliwe i warto zadbać o taką lokalizację, spektakularną i wizytówkową dla polskiego sportu. Z jednej strony żal, że takie kultowe Leszno żegna się z żużlowym szczytem, z drugiej satysfakcja, że można pokazać stadion piękny jak bombonierka i zaprezentować uroki stolicy bliskiej każdemu Polakowi.

Tak sobie myślę, jakże ogromny jest kalejdoskop lokalizacji turniejów GP; bo oto mamy dalekie, dziewicze nowozelandzkie Auckland i dużą Kopenhagę, eleganckie Cardiff,  urokliwą Pragę i elegancki Goteborg. Kiedy dojdzie Warszawa zrobi się jeszcze bardziej zróżnicowanie, ciekawiej na mapie serialu Grand Prix, który jednak zupełnie niepotrzebnie powiększa się o nowe miejsca, zamiast zadbać o wygodę i elegancję dla widzów. Czy to się komuś podoba czy nie… po prostu o zwyczajny lans.

Szaleństwa szyte na miarę

Eleganckich asów… Szał ciał. Glamour. Kolejny plebiscyt i bal „Przeglądu Sportowego“ i TVP w Teatrze Polskim z bankietem w stołecznym „ Hiltonie“ miał żużlowe akcenty. To kultowa impreza, która dzięki kilkudziesięcioletniej tradycji wyrobiła sobie rangę niebagatelną. Te pierwsze w hotelu „ Europejskim“ miały inny przebieg, zmieniały się epoki, ludzie, estradowe popisy. Została tradycja i poranna jajecznica dla wytrwałych, którzy o brzasku chcą dopiero powrócić do domów. Pamiętam takie czasy włącznie w zabraniem butelki mleka sprzed mieszkania, które leczyło kaca. Bywało, minęło. Mleka pod mieszkaniami nikt nie rozstawia a szkoda, kace nadal są groźne, bo wszystko zależy co się pije i jak przekąsza. I tańczy. Maleńczuka w rytmie Wysockiego? Ciałowo.

77 lat tych imprez nadało im prestiżowy wymiar godny zadzdroszczenia. Znakomity, złoty medalista olimpijski skoczek wzwyż Jacek Wszoła powiedział, że kiedyś te bale gromadziły więcej polityków, prominentów a dziś proporcje się zmieniły i uczestniczy więcej sportowców. Jeden z byłych czempionów wyraził opinię, że przyjemnie popatrzeć na dzisiejszą młodzież, która zjawia się na tych imprezach, dorodna i elegancka. Jak minister sportu Joanna Mucha. Zresztą żużlowe nazwisko. Prawda? Mucha nie siada.

Trenerem roku został wybrany w plebiscycie Marek Cieślak, żużlowy czarodziej polskiej reprezentacji, także świeżo upieczony szkoleniowiec tarnowskiej drużyny. Duży sukces speedway’a, wszak reprezentacja Polski zdobyła trzy razy z rzędu złoty medal. Dlatego mówi się, że intuicyjny trener rodem spod Częstochowy jest najlepszym w swoim fachu na świecie. Czy może nie wygrać w kolejnej próbie plebiscytowej „ Tygodnika Żużlowego“ w lutym? Pytanie retoryczne. Zdobył z zielonogórskim Falubazem mistrzostwo Polski. Był na gali w Warszawie Tomasz Gollob, również szef polskiego żużla Piotr Szymański a przede wszystkim był laureat na ósmym miejscu wicemistrz świata Jarosław Hampel. Żużla zatem nie zabrakło w pierwszej dziesiątce najlepszych polskich sportowców 2011, jak i na parkiecie „ Hiltona“. Bywały chude lata, bywały i takie, że wśród najlepszych wybierano Tomasza Golloba. Ale to już było.

Plebiscyt Przeglądu Sportowego 2011

Impreza jest prestiżowa i liczy się bardzo w rankingu karnawałowych bali warszawskiego establishmentu. Full glamour. Tak, teraz więcej sportowców, lepsze programy artystyczne, splendor telewizyjnych kamer i kreacje kobiet. Od La Manii?

Kreacje, garnitury, krawaty, muszki, zegarki, precjoza, modne buty i atrybuty zabaw. Włosy na żelu. Moda na Palikota? Przyznam, że jeśli kogoś buty gniotą, bezceremonialnie są ściągane i tańczy się boso. Moda na Cejrowskiego?  „Szpile“ nie dla wszystkich. Frywolnie. Odkryć skrawek siebie i wzmocnić pożądanie. Ach te kobiety.

Co się pije? Co kto lubi i na ile kogo stać. W portfelu i do gardła. Kuchnia pierwszorzędna, obsługuje mistrzów po mistrzowsku. Zresztą w siermiężnych czasach, w tych pierwszych w hotelu „Europejskim“ nie było źle. Oprawa? Baloniki nie zmieniają się nawet w kolorach, szlagiery mijają i powracają a nowe zawsze w modzie. Żwawa harmonia, jeszcze w rękach Marcina Wyrostka zrobi atmosferę, do jakiej dołoży się śpie z erotycznym śpiewem Kayah. Stroje wieczorowe black tie oraz business dress. Ach, nie tylko garnitury od Armaniego, zapach seksownych perfum i suknie z gołymi plecami. „Niech żyje bal“ śpiewa Maryla Rodowicz. Szaleństwo szyte na miarę. Jak zegarki Barta „ Timex“ Szlązkiewicza. I marynary Rodrigo De La Garza. Powiśle po meksykańsku.

Powiedziano, że teraz młodzież jest ładna, modna, szykowna. Jak na zdjęciach „I like Photo Group“. Szyk z Manhattanu i niebanalne foty Marcina Kempskiego. Łał!!!

Zostawiam salony, patrzę na stadiony, warsztaty i bankiety w żużlowym środowisku. Takie mnie oto naszły reminiscencje. Kto z kim jadł kolację ze śniadaniem.

Przed laty królowały w żużlu nieśmiertelne dresy, które lansowane były nawet przez wschodnich zawodników na przedimprezowych kolacjach. Zachodni zawodnicy wygalantowani, w garniturach a część w dresach, swetrach i klapkach na nogach. Zmieniły się czasy. Rewia mody kevlarova, wszędzie szpan, nie ma już paskudnych dresów, które królowały na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Już nie ma tego największego targowiska bodaj w Europie, nie ma też badziewia noszonego w sportowym świecie. Miło popatrzeć teraz na asów, kiedy zjawiają się na żużlowych imprezach, nie tylko asów na Boga, tylko zwykły regiment żużlowego światka.

Zmieniła się mentalność, kultura i możliwość kupienia markowych rzeczy. Jeśli ktoś ma gust i smak może poszaleć i ubrać się na miarę salonowych wybiegów. Dostęp do sklepów z modnymi rzeczami, zasobność i szeroki wybór stwarzają możliwości pokazania na co stać mistrzów i nie tylko mistrzów. Bez obciachu. Paryż i Odessa.

Wojażowanie po świecie stwarzało kiedyś możliwości kupienia oryginalnych towarów a dziś są one w zasięgu ręki, trzeba tylko mieć kasę i gust. Potrzebny Londyn, Paryż, NYC? Yes, no? Jak mawiają kumple kumpli ZARA muszę się napić.

Zatarły się różnice pomiędzy strefami Europy i świata w modzie, noszeniu się i pokazywaniu na sobie co jest szykowne. Dodam, że teraz obserwuję, że niektórzy zachodni zawodnicy mogą podpatrywać modowo naszych sportowców. Mają kogo. I co.

Karnawałowy czas jest stworzony na zabawy, na plebiscyty lokalne. Speedway odgrywa znaczącą rolę w tych wyborach, jest obecny, bo też zawodnicy tego sportu mają dużo do powiedzenia, pokazania. Jest więc miło wszystkim, którzy mają żużel w sercu.

Plebiscyt centralny „PS“ i TVP mamy za sobą, przed nami na koniec karnawałowych szaleństw rodzima impreza o laury  „Tygodnika Żużlowego“ i szef Adam Zając z dobraną ekipą spina się już od dawna, aby wszystko zagrało na 102! Czytelnicy nie próżnują i wybierają najlepszych. Kurtyna czeka na odsłonę. Jeszcze nie było tak, by w Lesznie nie zagrało i żeby jajecznicy o poranku zabrakło. A ku przestrodze… słynny felietonista Kisiel mawiał tak: „Pić można, trzeba tylko od czasu do czasu robić przerwę“.

Tygodnik Żużlowy Gala 2011