Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Czarny tor

Ale zaraza, “pajęczyna” COVID – 19, uśmierca tysiące osób, jedna doba w Italii przyniosła prawie 800 zgonów. Dramat globalny otwiera i zamyka serca. Jednak chyba nie upośledza rozsądku? Tak by się wydawało, przykłady/ widzimy, słyszymy/ są inne. Pisałem w poprzednim felietonie, że serial Grand Prix nie ma szans w takiej konstrukcji. Optymistycznie zakładałem ewentualne 3 – 4 turnieje. Agresja wirusa zmienia jednak tragiczną sytuację. Jeśli jesienią dojdzie do złagodzenia tego śmiertelnego zagrożenia, proponuję absolutnie jeden turniej jako finał przykrego sezonu na otwartym stadionie z dobrą infrastrukturą, bezpieczeństwem higieny etc. Jaki to może być stadion? Tylko jedno wg mnie jest takie miejsce: VOJENS, w Danii  z bardzo przemyślaną liczbą publiczności. Fantastom różnego pokroju polecam lód na głowę, jestem polskim patriotą, lecz nie widzę innych szans na ochronę zdrowia, życia ludzkiego, a także kontynuacji procesu ratowania żużla. Polska strona tego sportu, lider na globalnym rynku, powinna zasugerować Międzynarodowej Federacji Motorowej/ prezydent Jose Viegas – Portugalia/ drogę ocalenia. Piszę te słowa z końcem marca 2020, po przykrych doniesieniach z całego świata. Nie ma jednak takiego jasnowidza, który przewidzi, co będzie za miesiąc, latem albo później. Brońmy się razem z empatią skutecznie, aby kiedyś cieszyć się wspólną obecnością na stadionach. Jutro, pojutrze… Przekładanie Grand Prix w Warszawie/ Stadion Narodowy/ z 16 maja na 8 sierpnia jest absurdem.

Kursowało ongiś/ nie wiem kto jest autorem/ takie powiedzenie: Polski Związek Motorowy/ PZM/ –  pożyteczny jest i zdrowy. Dedykuję żużlowej sztucznie podzielonej od dawna władzy, która “zamroczona” w utrzymaniu swojego bytu, jest liczona w narożniku. Jak utrzymać siebie kosztem zawodników i kibiców? Trzeba ratować życie a nie twarz. Wirus jest bezwzględny. Doświadczamy, że osłabia nie tylko płuca… Gorzej.

 

Czas zarazy, marzec 2020

Madsen, lew

Lubię Danię, kieszonkowy kraj, ładny, zadbany, wciśnięty w morza, w małym, kolorowym Esbjergu, gdzie urodził się Erik Gundersen jedna z ikon żużlowych świata,  jest możliwy wyjazd autem przez plażę kilometr do wody, zimnej, piasek wciska się w szpary samochodu, ziarenka wypadają jak śruby na autostradzie. Plaża, auta, wydmy i słomiane dachy, nastrój filmowy i brakuje tylko Jane Fondy i pięknych narowistych koni. Poniosło mnie znów? O nie, moje poznanie Danii zaczęło się dawno temu od Haderslev, Vojens i Ole Olsena. Końcówka lat siedemdziesiątych, to erupcja talentów duńskich pod wodzą Olsena, trzykrotnego mistrza świata, urodzonego w cichym Haderselv, gdzie kaczki na stawie przed hotelem Norden pływają majestatycznie. A dalej port i marina, żaglówki wpływające, wypływające. Pachnie świeżością, piwo Tuborg w przystani smakuje wybornie. I jest w Danii takie miasto Vejle, kiedyś byłem i może jeszcze odwiedzę. Żużlowe królestwo duńskich władców obejmuje Jutlandię i było w latach osiemdziesiątych na ustach koneserów. Olsen prowadził swoich następców, jak kiedyś Mojżesz przez Morze Czerwone. Złote medale zbierali do worka, indywidualnie, drużynowo, parami też. Mali chłopcy ścigali się na mini torach i mieli frajdę, pyszną zabawę ze skutkami, gdy zaczęli uprawiać sport dojrzały. Każda hossa ma potknięcia, bessy wkalkulowane są w giełdy, w życie. Wypadki na żużlu wytrącają z rytmu, wstrzymują sukcesy, nie dają poszaleć wodzie sodowej. Danię nie ominęły dramaty, lecz pozostał smak żużlowej przygody. Jak nie Erik Gundersen, Hans Nielsen, Jan Ove Pedersen, Tommy Knudsen to Nicki Pedersen, który nie jest lirycznym spadkobiercą chwały duńskiego speedway’a. On wie jak tyrknąć tylnym kołem, ile zostawić miejsca przy bandzie albo nie zostawić wcale. Sport jest walką, obojętnie czy pchasz kulę, czy pędzisz na motocyklu. Albo kopiesz piłkę. Dania mały kraj ale usportowiony. No i ten speedway podsycany z końcem lat siedemdziesiątych w Vojens przez Olsena, który razem z Aage Sondergardem wybudował stadion i organizował światowe turnieje. Miasto nijakie ale stadion stricte żużlowy, wymyślony na potrzeby tego sportu. Made in Denmark. Speedway i goście odmienili miasto, zaczęło ono inaczej  pulsować życiem gospodarczym, nie tak za wiele a jednak. Nazwisko Olsen jest popularne w Danii, ale dodając imię i lokując je w sporcie znaczy legendę, która wyniosła speedway na podium rangi światowej bardzo znacząco. Ole!

W polskim żużlu startowało i jeździ wielu Duńczyków. Z rozmaitym skutkiem, w wieku różnym, lecz trudno sobie wyobrazić gdyby ich zabrakło na naszym rynku. Chyba Hans

Nielsen odcisnął swoje jazdy w pamięci naszych kibiców najbardziej…  Pierwszy, od Lublina po Piłę…  A jak jest dziś? Nie będę penetrował, jeden gość od jakiegoś czasu intryguje środowisko i jest nazywany przez pewien portal najlepszym złodziejem startów. Z tymi startami moim zdaniem jest afera, bo karze się zawodników za refleks. Paradoks.

LEON MADSEN urodził się w ponad 100 tysięcznym Vejle, “bombonierkowym” mieście duńskim. Pół godziny stamtąd do szaleństw w królestwie klocków LEGO w Billund. Lego jest magicznym towarzyszem zabaw dzieci na całym świecie. Madsen jest samodzielnym liderem w indywidualnych mistrzostwach świata, ma kilka punktów przewagi nad rywalami, Bartoszem Zmarzlikiem a następna edycja Grand Prix w niemieckim Teterowie. Duńczyk, nie za wysoki, jeździł w kilku polskich klubach/ od 2006/, teraz zakotwiczył się w częstochowskim Włókniarzu pod nadzorem trenerskim Marka Cieślaka. Obaj mają podobne hobby – jazdy na rowerach. Idolem LM jest Erik Gundersen. Nie dziwię się wcale.

Przy pechowej kontuzji trzykrotnego mistrza świata Anglika Tai’a Woffindena, rywale uzyskali szansę na podium. Leon może nie jeździ aż tak efektownie ale efektywnie. Ma extra refleks, niestety, co jest atutem w żużlu bywa obecnie skrupulatnie śledzone i karane. Leon potrafi walczyć, gdy przegra start. Szybki i uśmiechnięty.

Rodzinne Vejle jest nad morzem, ma śliczną marinę i uliczki do spacerów romantycznych, ciekawą architekturę i przykłady, że warto dbać o ekologię na tym świecie. Madsen pokochał Polskę, która zawodowo go zatrudnia w Ekstralidze, miłość ma różne oblicza, jazdy na torach to jedna bajka a druga jest taka, że osiadł w kaszubskim Wejcherowie, o połowę mniejszym od Vejle. Tam założył rodzinę z Magdaleną i cieszą się kilkumiesięczną córeczką Mariką. Wszystko wskazuje, że Madsen nauczy się polskiego a córka nadto duńskiego. Duńczyk ma szansę w wieku 31 lat być mistrzem świata, choć walka będzie zacięta aż do październikowego/ 5/ finału serialu GP w Toruniu, zatem jeszcze cztery turnieje i podium tegorocznych mistrzostw świata rozświetlą fajerwerki. Gdyby tak się stało, Duńczycy nawiążą do przebogatej tradycji medalowej. Rok temu na Stadionie Śląskim Madsen został mistrzem Europy, może powtórzyć z końcem września ten sukces. No a w Ekstralidze Włókniarz walczy o najwyższą pulę, trudna przeprawa, w sporcie wszystko możliwe, jeśli się uda, Duńczyk będzie miał wkład wielki a Magdalena okazję do negocjacji z prezesem Michałem Świącikiem na nowych warunkach. Jeszcze kilka tygodni emocji i zrobi się jasno. Cieszy, że narodziła się kolejna para z szyldem Polska – Dania.

A propos zawodników z Półwyspu Jutlandzkiego w lubelskim Motorze świetnie poczyna sobie Mikkel Michelsen, także jako dzika karta w serialu GP. Ojciec chrzestny duńskiej armady Olsen może być ukontentowany. Na jego torze w Vojens z początkiem września rozegrana zostanie kolejna runda GP, gospodarze mogą zrobić duży apetyt kibicom na piwo Faxe, jeśli wygrają. Będzie się działo! Vojens jest markowe.  W szwedzkiej Malilli wygrał ostatnio GP Szwed Fredrik Lindgren; ścigał się cudownie, zna ten tor, wybierał ścieżki jak lis, nadto popisał się refleksem niebywałym i śmiałym atakiem, i przeleciał nad leżącym Patrykiem Dudkiem. Co zrobił? Otóż podniósł motocykl i pofrunął jak ptak, ratując przed ciężką kontuzją Polaka. Niestety sam cierpi na uraz nogi. Ten wypadek jest kaskaderskim popisem doświadczonego Lindgrena, który startuje razem z Madsenem w Częstochowie. Fenomenalny skok nad leżącym zawodnikiem Dudkiem przejdzie do historii i zasługuje na top nagrodę nie tylko Międzynarodowej Federacji Motocyklowej w kategorii fair – play!!! Wielki kunszt, serce, skromność, profesjonalizm.

Pochylam głowę nisko.

Ole, jak to krótko powiedzieć?

 

ole_olsen_470

Ładne miasteczko na południu Danii. Haderslev. Cicho, spokojnie, przystań z której bezszelestnie wypływają w morze jachty. Obok hotelu “Norden”, który reklamował się pozłacaną Jawą, motocyklem żużlowym, który trzykrotny mistrz świata Ole Olsen, dostał od Czechów za zwycięstwa w kultowym turnieju w Pardubicach “Zlata Prilba”, duży staw na którym można podziwiać kąpiele kaczek. Haderslev, tu urodził się Ole Olsen, przytulny domek, w którym, zanim Ole nie przeprowadził się do Vojens, był w środku ozdobiony trofeami z triumfów Olsena, tam mieszkał i pilnował biznesu handlowego używanymi samochodami.

Ale to już było…

Ole, lat 71. Miał żyłkę do interesów, w Vojens wybudował stadion, niektórzy dziwili się, że w takim małym misteczku. Byli tacy w Polsce, którzy wyrażali opinię o stadionie na …wsi. Bzdura. A jednak tam jeździli. Olsen razem ze swoim przyjacielem do pewnego momentu prowadzenia interesów z Aage Sondergaardem, organizowali prestiżowe turnieje mistrzostw świata. Kilka imprez sędziował polski arbiter Roman Cheładze. Finały kontynentalne indywidualnych mistrzostw świata, drużynowe, zażarte ściganie się na czerwonym torze. Powiększano miejsca, kibiców przybywało, angielscy fani przylatywali na piwo Faxe i Tuborg, niemieccy entuzjaści mieli bliżej autami, a ich apetyty nie tylko na grilowane kiełbaski rozbudzał wówczas charyzmatyczny, blondwłosy Egon Mueller. Takich postaci potrzebuje każdy sport, gdyż bez idoli, rodzących się ikon sport po prostu marnieje. Vojens bogaciło się dzięki turniejom, no nie tak jak pobliski Legoland, który na kibicach żużlowych też zarabiał. Było optymistycznie i pięknie. Duński speedway na szerokie wody wyprowadził guru Olsen, armada żużlowych Hamletów z Hansem Nielsenem, Erikiem Gundersenem, Tomy Knudsenem, Janem O. Pedersenem zdobywała medale mistrzostw świata. Kiedy Ole zakończył karierę nie poprzestał na stadionowym interesie, razem z angielskimi promotorami narodził się nowy projekt pt. serial Grand Prix, który zastąpił strukturę rozgrywania MŚ. Początki były fatalne, długie turnieje, koncepcja była modyfikowana, przybywało turniejów, niektóre zaplanowane rynki nie przyjęły speedway’a. W żużlu można zawsze liczyć na polskich kibiców i sponsorów. Kompania piwowarska Lech Jana Kulczyka ratowała sytuację serialu na początku, bo groził krach. Anglicy mieli apetyty finansowe, drenaż organizatorów poszczególnych turniejów nie zawsze zapewniał stabilizację. Polacy psuli rynek, mieli z czego dawać, z frekwencji, ze sponsorów. Wszystko ma jednak swoje końce, nie tylko początki. Nie jestem zwolennikiem takiego nadętego rozgrywania mistrzostw świata. Ale ten projekt jest powielany, bo nie ma na razie alternatywy, nie ma takich co zaproponują modyfikację starego systemu z jednodniowym wielkim finałem wieńczącym sezon. Takie jednodniowe igrzyska, taki trzydniowy jazd wszystkich sympatyków żużla, którzy kochają ten sport. Olsen został dyrektorem serialu Grand Prix. Miał różne przygody, nie zawsze udawało się zrobić sztuczny tor, choćby wspomnieć Goeteborg czy Warszawę. Doświadczenia z ”materacami” psuły wizerunek turniejów rangi mistrzostw świata. Olsen ma dwóch synów, starszego Jacoba kreował na swojego następcę na torach, nic z tego nie wyszło, bo nie zawsze dzieci mają taki talent jak rodzice. Młodszy Torben, innego charakteru, jest teraz jednym z dyrektorów firmy BSI, która dzierżawi serial GP od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Tata już nie pełni funkcji dyrektora serialu, ma następcę, który nie jeździł na żużlu, ale senior Ole nie może żyć bez żużla, który jest jego treścią życia, był i będzie. Przyjął na “klatę” trzy lata temu wpadkę na Stadionie Narodowym z torem, który rozpadał się jak stara wykładzina, a maszyna startowa była nieposłuszna wyjątkowo i szwankowała raz po raz. Człowiek uczy się całe życie. Prawda bywa bolesna ale zawsze dla ambitnych lekcją do odrobienia. Pieniądz nakręca koniunkturę. Olsen nie robi niczego za darmo, podpisuje kontrakty, buduje tory. Czy na Stadionie Narodowym Polak nie potrafiłby? O…, odpowiedź na takie pytanie zostawiam sobie na inną okazję.

Dlaczego wracam felietonowo do rodziny Olsenów, bo senior “napisał” duży rozdział tego sportu. Być trzy razy mistrzem świata jest wielkim sukcesem, zostać animatorem po zakończeniu kariery, serialu i oblatywać stadiony, pilnować, pracować kilkanaście lat, jest także wyjątkowym rozdziałem. Nie każdy wielki sportowiec zachowuje taką kondycję, ma talent do robienia pieniędzy na tym, co było podstawą w sportowej karierze. Znam Olsena od 1975 roku, od pamiętnego zwycięstwa na Wembley. W 1978 roku znów tam wygrał. Był może nie tak efektownym zawodnikiem ale efektywnym! Podobnym jemu był Hans Nielsen, obaj spokojni, wyważeni, bez nałogów, sportowcy dla których kariera była fundamentem budowy dalszego ”domu”. W Vojens byłem wiele razy i w Haderslev, również w rodzinnym domu, gdzie pamiątki żużlowej kariery przyciągały wzrok. Było tego “towaru” sporo, a ile jeszcze bez prezentacji, bo dla wielkich mistrzów brakuje miejsca na trofea. Olsen ma jeszcze jedną pasję obok żużla, myślistwo. Polska nie była jednak dla niego łowieckim rajem, raczej Słowacja, Czechy. Ole Olsen był rodzinny, żona Ulla, dzieci, dom. Ma w Vojens pomnikowy stadion. Wykreował Torbena na dyrektora, nazwisko Olsen jest w obiegu międzynarodowym, senior działa w FIM. Nigdy tego nie wspominałem, ale był taki finał indywidualny na Stadionie Śląskim i po treningu razem jeszcze z Aage Sondergaardem zaprosiłem ich do siebie, do mieszkania w katowickiej Superjednostce. Była wtedy największym budynkiem w Polsce. Niestety, nie wszystkie windy w tym momencie były czynne, ale daliśmy radę a duńskim gościom bardzo smakował krupniok i tyskie piwo. Mieszkanie było małe, ale nie służbowe, jak… sądzili moi przyjaciele.

Takie to były fajne czasy, a ja bardzo lubię duńskie klimaty.

  1. Udał się tor przygotowany na Stadionie Narodowym w Warszawie na GP. Prawie idealny a jak na tor pod dachem, nawierzchnia układana, to świetny, do walki wszędzie, brawo!

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Vojens? Ole!

 

420618.501

Nie ma żartów, już teraz mamy sprawdziany na miarę medali. Sezon wjeżdża bez pardonu w strefę radości, żalu, spełnionych marzeń, niedosytu. Dla każdego coś tam! Proszę bardzo po kolei. Przelecieliśmy przez walijskie Cardiff, gdzie gorzowski mikrus Bartosz Zmarzlik wystrzelił jak rakieta obok Australijczyka Jasona Doyla, który wcześniej wygrał rewelacyjnie praską Grand Prix. Zmarzlik wykonał manewr, który można wybaczyć młokosowi, on ma szybki motocykl, lecz miał szczęście, bo nie raz takie numery kończą się karambolem. Nie wpadam w euforię przy takich mijankach, bo speedway to szczęście i nieszczęście w jednej kopercie. Darujmy sobie przykłady. Gorzowianin jest mały i lekki a motocykl pędzi z nim jak Pendolino. Warto aby młodzieniec z talentem jeszcze nauczył się angielskiego, lepiej poczuje się w gronie zwycięzców. W Cardiff unosiła się jeszcze atmosfera piłkarskich mistrzostw Europy, gdyż futbol brytyjski ratowała właśnie Walia z Garethem Bale’m na czele, zawodnikiem madryckiego Realu. Ale teraz mieliśmy skok w bok, czyli w Millennium Stadium 5. rundę serialu GP. Wygrał dredowy Antonio Lindbeack, który jest czasami szybki jak brazylijska piłka kopana przez legendarnego Pele. Z początkiem sierpnia mamy igrzyskowy szał letniej olimpiady w Brazylii, no i liczymy na medale głównie lekkoatletów, którzy niedawno w Amsterdamie wygrali klasyfikację medalową ME, a tego jeszcze nie było w historii. Za Lindbaeckiem ze Szwecji, stanął na podium amerykański weteran żużlowych wojen Greg Hancock, który też mieszka w Szwecji. Czy ten kraj lubi emigrantów z różnych stron świata? Trzeci na podium był wspomniany Zmarzlik i szkoda, że w finale zabrakło jeszcze bardzo dobrze jeżdżącego w Cardiff Piotra Pawlickiego. Rozkręca się pociecha familii Pawlickich, jeszcze robi błędy. Nie wjechał też do finału Maciej Janowski, który jeździ mało stabilnie. No zaraz, nie za duże apetyty żeby trzech Polaków znalazło się w finale? A tak się zanosiło, bo wygrywaliśmy na układanym torze rewelacyjnie, jednak przyszła zadyszka. Usłyszałem w TV, że Cardiff to Mekka brytyjskiego żużla… Nie przesadzajmy, historyczną Mekką speedway’a pozostanie na zawsze londyńskie Wembley, a walijska stolica po prostu urządza turnieje GP. Nie kryję zdziwienia, dlaczego dla wzmocnienia prestiżu żużla, właśnie tam nie lokuje się finału sezonu; miejsce jest wymarzone na takie wydarzenie pod dachem. A tu bęc trzeba w październiku po toruńskiej GP lecieć z bagażami do Melbourne. Antypody lepsze byłyby na otwarcie sezonu! Czy władza FIM ma coś do powiedzenia, czy tylko przyklaskuje, podobnie jak polska elita żużlowa, która modli się aby w takim towarzystwie być i bez wychylania przez okno, żeby nie wypaść. Mało odważnych w gierkach pod wodzą Włocha Armando Castagny, niemal sycylijska atmosfera pachnie niczym pizza prosto z pieca.

Jedźmy jednak do Vojens, gdzie na torze Ole Olsena w półfinale drużynowych mistrzostw świata startuje polska reprezentacja obok Duńczyków, Rosjan i Czechów. Ci ostatni będą pewnie ostatnimi. A reszta? W 2010 roku, kiedy solowym mistrzem świata został Tomasz Gollob, w duńskim Vojens Polacy zdobyli złoty medal, przed Duńczykami i Szwedami. Tego polskiego złota w DMŚ trochę było i może przyda się jeszcze na… 500 plus. Baraże i finał anno 2016 są lokowane na nowym stadionie w Manchestrze, gdzie sędziował nie tak dawno Marek Wojaczek młodzieżowe zawody. Stadion robi wrażenie. Manchester futbolowy to drużyny ze światowej elity United i City a żużlowy, to Belle Vue z legendą Petera Colinsa, mistrza świata a wcześniej rudego Petera Cravena, który tak jak Zmarzlik śmigał po torze niczym Szkot z dowcipu po darmową szklaneczkę whisky. Coach Duńczyków, multimedalista Hans Nielsen słusznie pominął w kadrze “rozklekotanych” – Nickiego Pedersena i Petera Kildemanda. Gospodarze będą jednak na pewno groźni i bez odstawionej pary. Rosjanie pojadą “wpieriod” z Emilem Sajfutdinowem i braćmi Łagutami; oni mają ambicje być w finale i nie można ich lekceważyć.

Zwycięzcy półfinałów automatycznie wjeżdżają do angielskiego finału, drudzy i trzeci trafią do barażu. Nie ma co kombinować, warto więc wygrać i mieć czas a odnowę. Finał imprezy 30 lipca, wcześniej baraż a jeszcze przed tym półfinały: wpierw w Vojens / 23 lipca/ a trzy dni później w szwedzkim Vastervik.

Rok temu na torze w Vojens Polacy wywalczyli brązowy medal a wygrali dobrze zgrani Szwedzi przed Duńczykami. Zabrakło Anglików, którzy teraz mają udział zapewniony jako gospodarze i pod wodzą Tai’a Woffindena będą groźni jak… piłkarze Manchesteru United albo City. Manchester jest miastem, gdzie od futbolu i speedway’a trudno uciec.

Drużynowe MŚ sygnowane jako Puchar Ove Fundina mają swoją historię bardzo polską i znaczoną medalami, co jednak w sporcie niczego nie gwarantuje. Ceni się wczoraj ale liczy dziś! Mamy nową ekipę już bez Tomasza Golloba i Jarosława Hampela, jednak zmiennicy mogą wszystko, co pokazali w ostatniej GP w Cardiff, choć zabrakło hymnu narodowego, co jest zawsze patriotycznym momentem wzruszenia. Sport bywa piękny w uczuciach, lecz nieprzewidywalny w skutkach. Speedway szczególnie, bo znaczony wypadkami, które kaleczą wizerunek a smak łez bywa jakże różny.

Ledwie zakończy się drużnowa przygoda MŚ, już 13 sierpnia w szwedzkiej Malilli mamy kolejne zawody Grand Prix. Nie ma więc oddechu, trzeba “orać” tory ku zadowoleniu dyrygentów serialu, który stanowczo jest za długi i wyciska z wszystkich nie tylko pot ale czasem coś gorszego, gdyż zmęczenie jest przykrym towarzyszem kontuzji i wypadków.

A zatem nie ma żartów a to dopiero środek sezonu i wszystko przed nami, jak na plażach Bałtyku; ścisk, drogo, pogoda różna a do domu daleko. Ole!

Super Ole dobrze liczy

Zanim dojadę do Danii, rozejrzę się po Polsce, gdzie nie tak dawno odbyły się wybory nowych samorządów. Draka z ogłoszeniem wyników rozleciała się na cały świat, bo system informatyczny zawiódł nestorów sędziów i czekano długo na rezultaty, które niektóre ugrupowania nazwały sfałszowanymi. Polska nie schodzi z anten i szpalt medialnych, kłaniają się czasy rokoszów sejmowych, czyli dawnych wieków, gdzie Polacy dawali przykład pychy, swawoli i nie liczenia się z nikim. Czy to minęło z historią ? Nie. Pulsuje i nawraca jak grypa nie wyleczona. Zostawiam na boku polskie przywary, które raz po raz ośmieszają nas na światowej arenie.

A teraz o czymś, co może cieszyć. Co? Ano ruszyła z początkiem grudnia sprzedaż biletów na Grand Prix w Warszawie w kwietniu 2015 roku na Stadionie Narodowym. Prognozy były ostrożne, aczkolwiek organizatorzy spodziewają się, że będzie ponad 50 tysięcy ludzi na trybunach. I chyba do tego dojdzie, bo oto po trzech dniach uruchomienia sprzedaży biletów, fani zakupili blisko 30 tysięcy! Bosko. Mówi się, że rekord frekwencji cyklu GP jednak Warszawa pobije, bo najwięcej było do tej pory w Cardiff, ponad 40 tysięcy. I ile było zachwytów!

W tym kontekście przypomnę, że zanim w 1995 roku uruchomiono cudaczne turnieje GP a premiera odbyła się we Wrocławiu, rekordy widzów na finałach indywidulanych MŚ dzierżył Stadion Śląski w Chorzowie oraz londyńskie Wembley. Dziś angielski, historyczny stadion jest po gruntownym liftingu, dzieła polskiego architekta z Australii, natomiast „śląski stutysięcznik“ jest rozkopanym obiektem ciągle w monstrualnej budowie, gdzie utopiono wielkie pieniądze podatników. Władze doprowadziły do… ruiny stadion i wreszcie ktoś odpowiedzialny za taki stan rzeczy powinien patrzeć na świat przez kraty. „Śląski“ w 1973 roku podczas finału IMŚ zgromadził rekordową liczbę widzów, bo ponad 100 tysięcy. Wspaniałe było otwarcie toru i jeszcze wspanialsza wygrana Jerzego Szczakiela.

Wembley nie pobiło rekordu polskiego obiektu, gdyż londyński kultowy stadion zaliczał w porywach 90 tysięcy fanów. Kiedy byłem tam pierwszy raz doznałem… porażenia emocjonalnego. Pionowa budowa trybun powodowała, że doping kibiców kumulował się na murawie, na torze, tam na dole, potężny ryk z trybun wciskał uczestników ostro w glebę. Niesamowite uczucie, cudne i niezapomniane. Stadion Śląski był inaczej zbudowany, bez dachu a rozłożyste trybuny “uciekały“ daleko od toru, murawy i doping nie miał takiego natężenia, jak na Wembley.

Dziś stadiony nie mają aż tak dużej widowni, acz hiszpańskie obiekty piłkarskie wypełnione szczelnie dają upust niesamowitemu dopingowi, mimo“ tylko“ około 50 tysięcznej widowni. Brazylia czy Argentyna zakochane w futbolu mają stadiony, które dla europejskich fanów są olbrzymimi, fantastycznymi miejscami, podobnymi do Barcelony czy Mediolanu. Dzięki piłkarskiemu „ EURO“ w 2012 roku w Polsce powstały ładne obiekty a jednym z nich jest Stadion Narodowy, który zbudowano na dawnym, wyburzonym Stadionie Dziesięcielocia, kopii Stadionu Śląskiego, dzieła tego samego architekta. I o ile stolica ma obiekt na jaki zasługuje, to Śląsk jest pozbawiony godnego, historycznego miejsca, na którym odbyło się przecież wiele imprez o prestiżowym znaczeniu, zapisanych w annałach sportowego kalendarza.

Stadion Narodowy zaliczy w kwietniu żużlową premierę zapewne z kompletem widzów, co będzie wydarzeniem na miarę Wembley i „Śląskiego“ z dawnych lat. Poczekajmy.

W czerwcu 2015 roku finał drużowych mistrzostw świata rozegrany zostanie na 25 tysięcznym stadionie Ole Olsena w Vojens, w Danii. Vojens jest małe ale kultowe. Duńczycy zdobyli złote medale w finale MŚ w Bydgoszczy latem 2104, więc zasłużenie dostali organizację imprezy, która może im dać kolejne złoto. Ole Olsen, były dyrektor serialu GP trzyma rękę na pulsie i nie ulega wątpliwości, że jest liderem biznesowo – sportowym wśród byłych zawodników z podium mistrzostw świata. Był szefem serialu GP kilkanaście lat, od początku jako gorący zwolennik tego cyklu i swojego miejsca pracy, atrakcyjnego pod każdym względem. Polacy powinni uczyć się sprytu od Olsena, który zrobi nadto, przypominam, w przyszłym roku tor na GP w Warszawie. Nie żaden Polak, tylko Duńczyk, już pisałem o tym despekcie dla moich rodaków.

Oto Super Olsen z marką FIM i BSI umiejętnie i konsekwentnie wbija się w biznesowy nurt światowego żużla i mimo „siedemdziesiątki“ marketingowo umieszcza swój mały kraj tam, gdzie trzeba. Zazdroszczę i zarazem boleję, że polski speedeway, który dobrze karmi elitę światowego żużla i organizuje imprezy topowe, nie trzyma „łapy“ tam, gdzie należy. Desery uciekają a robota trzyma się naiwnych.

Jakby krążył jakiś kompleks, że to właśnie „Olseny“ zrobią lepiej za nas tu i tam.

Znam Mr. OO od lat dawnych i pamiętam ten finał na Wembley w 1975 roku, gdzie wygrał mistrzostwo świata i zapamiętałem dobrze świetną imprezę, kiedy w 1978 roku znów na Wembley był najlepszy w finale IMŚ. Znakomity zawodnik, umiejętnie promował swoich następców, zbudował zespół i wyprowadził swoich rodaków w finałach indywidualnych oraz drużynowych MŚ na same szczyty. Era duńskich Hamletów była wspaniała i nadal Super Ole dopilnowuje, żeby złoto świeciło się najmocniej w Danii. To on, trzykrotny mistrz świata w solowej jeździe OLSEN, stworzył w Vojens Speedway Center, który w towarzystwie Wembley i „Śląskiego“ był odskocznią na duńską prowincję, gdzie urodził się w małym Haderslev a w pobliskim Vojens pokazuje fartownie światu, że warto przyjechać i zobaczyć turnieje z najwyższej półki. Chylę więc czoła Ole, lecz z drugiej strony mam mieszane uczucie i jakby żal, że czasem nie rozdają 100 % kart moi rodacy, którym sporo zawdzięczasz w swojej bogatej karierze. No cóż, nie każdy może grać rolę Hamleta. Ole!

Vojens Ole!

Szkoda tego miejsca i żal, że speedway światowy traci Vojens dla dużych wydarzeń. Vojens znaczy… Ole Olsen. Kto przed 35 laty słyszał o takiej miejscowości?! Kiedy w 1975 roku guru duńskiego żużla zdobył drugi tytuł mistrza świata na klasyku postanowił zainwestować w stadion. Urodził się w Haderslev, kilkanaście kilometrów od Vojens, w rodzinnym domu sprzedawał z drugiej ręki samochody Honda i BMW. Mały domek, także niemal muzeum wyposażone w trofea Ole. Bywałem tam zanim przeniósł się do okazałego domu niedaleko Haderslev i Vojens. Olsen miał przyjaciela Aage Sondergaarda i razem obmyślili stadion stricte żużlowy w małej miejscowości, liczącej kilka tysięcy mieszkańców/ dziś jest kilkanaście tysięcy/. Pierwsze zawody na nowym stadionie odbyły się w 1977 roku i były to mistrzostwa Europy juniorów w których zwycieżył Duńczyk Alf Busk. Nie było jeszcze głównej trybuny, projekt realizowano w etapach. Lubiałem jeździć do Vojens, długa droga przez dawne NRD, potem skok przez Hamburg, Flensburg i zaraz za niemiecką granicą było duńskie żużlowe królestwo, które przez niektórych polskich malkontentów nazywane było… wsią. Jakby nie byli często ze wsi, polskiej.

W Haderselv w hotelu “Norden”, małym i przytulnym nad stawem z dzikimi kaczkami, w hallu obok recepcji stał pozłacany motocykl Jawa, który dostał duński internacjonał Ole w Czechach.  Wygrywał tam “ Zlate Prilby” w Pardubicach, przyjeżdżał na polowania do Czech. Vojens szybko robiło karierę, było nowością zarządzaną przez mistrza, w 1978 roku Olsen zdobył trzecie mistrzostwo świata na Wembley w Londynie i był to cudowny finał, gdzie mistrzowi na podium towarzyszyła nie tylko żona Ulla ale i miss świata Mary Stavin. Zostawmy urodę turnieju oraz pań. Polećmy do Vojens. W 1979 roku w finale mistrzostw świata par polski duet Edward Jancarz i Zenon Plech zdobywają brązowy medal a wygrywają Duńczycy Olsen z Hansem Nielsenem, srebro dla Anglików, piąte miejsce z 14 punktami zdobyła wschodząca gwiazda żużla Amerykanin Bruce Penhall, który w solowej jeździe ogrywał rywali jak chciał i rozdawał punkty. Kelly Moran doznał kontuzji na treningu. Bobby Schwartz nie doleciał, zawody zostały przesunięte o dzień , bo lało jak z cebra. W ogóle pogoda lubi tam kaprysić. Byłem na tym turnieju, badano motocykl Plecha. Polacy pojechali medalowo. Dotarłem na zawody czerwonym “ Maluchem” i była to wyprawa, której nie zapomnę ze względu na blisko 3000 kilometrów i nie tylko z tego powodu. Wróciłem. Było głośno na trasie a kręgosłup trzeba było masować fachowo.

Vojens “zaskoczyło” w kalendarzu FIM, organizowano na przemian finały interkontynentalne drużynowe oraz indywidualne MŚ. Sędziował tam często torunianin Roman Cheładze. Turnieje były zazwyczaj przedwczesnymi finałami światowymi, ich dramaturgia była wyczerpującym widowiskiem dla fanów, którzy stawiali się w liczbie kilkunastu tysięcy. Dziś  może ten stadion pomieścić ponad 20 tysięcy. Polakom wiodło się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, narzekano zwykle na tor a moim skromnym zdaniem w erze polskich torów “lotnisk” były kłopoty z geometrią. Stadion Olsena i Sondergaarda mocno zaktywizował senne Vojens, ożywił gospodarczo to miasteczko. Nie przypuszczałem, że dojdzie kiedyś do konfliktu z gminą i Vojens w 2012 pożegna się z żużlem, choć nie wierzę w taki obrót sprawy i może po krótkiej przerwie znów będzie tam gorąco podczas prestiżowej imprezy. Na razie wieści z południa Danii nie są najlepsze i miejscem pewnym dla Grand Prix będzie stadion Parken w Kopenhadze ze sztucznym torem.

Uczestnicy wielkich turniejów w Vojens mieszkali w okolicznych miejscowościach, żelaznym punktem pobytu były wyprawy do Billund, gdzie usytuowany jest Legoland. Tamtejsze klocki symbolizują Danię, podobnie jak zamek Hamleta czy buty firmy Ecco. A duńscy żużlowcy nie potrzebują reklamy i Hans Nielsen/ Brovst/, Erik Gundersen  /Esbjerg/ czy Jan O.Pedersen albo Nicki Pedersen są symbolami jazd w lewo w mistrzowskim wykonaniu. Artyści na motocyklach i guru Olsen, były dyrektor cyklu Grand Prix od początku, jeden z inicjatorów, a teraz dyrektor sportowy na etacie Międzynarodwej Federacji Motocyklowej. Jest ikoną światowego żużla, charyzmatyczny, który swój pierwszy sukces na żużlu odniósł w wieku 17 – lat zostając mistrzem Danii. Jakże zmienił się styl jazdy chłopców z tamtych lat w porównaniu do dzisiejszych  czasów. Czarne kombinezony ze skóry bez reklam były diaboliczne, bo dziś na żużlu jest kolorowo w kevlarowo – reklamowym zestawie. Inne motory, inne ubiory. I styl jazdy.

W 1988 roku odbył się w Vojens finał indywidulany mistrzostw świata, który wygrał Erik Gundersen, przed swoimi rodakami Hansem Nielsenem i Janem O. Pedersenem i duńska armada święciła triumf bezapelacyjny. Wtedy też po tych zawodach doszło do rozłamu pomiędzy Olsenem a Aage Sondergaardem, który potem prowadził etnograficzne  muzeum pomiędzy Vojens a Haderslev. Poszło nie o kobiety a pieniądze.

Duńskie stadiony żużlowe charakteryzuje kameralność, o choćby takie Holsted położone w bezmiarze pól i łąk farmy. Hoteliki ze skandynawską dbałością o szczegóły i słynne piwa, których smak jest niepowtarzalny ze słynnym Tuborgiem na szczycie. W Vojens  Center króluje Faxe, sponsor wielu imprez i gaszenie pragnienia piwoszy, którzy jeśli przekroczą litraż kufli widzą zawody we mgle. Najgorzej nie jest, atmosfera cool.

VOJENS jest kultowe, wyrobiło sobie markę przez ponad 35 lat z Ole Olsenem w tle. I nie mówmy o wsi, co jest zwykłym obciachem i doprawdy mało takich miejsc, gdzie w historii tyle działo się na małej przestrzeni w światowej elicie na poziomie o jakim mogą inni pomarzyć, mimo atutu stadionowych kolosów. Małe bywa czasami piękne i to nie jest wcale frazes. Ole!