Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Charakter deficytowym towarem

 

PamBennett-150221-RCJonesPhoto-0823

Miłość bywa ślepa, wytarte powiedzenie, choć prawdziwe, znajdujące potwierdzenia w życiu, od dawien dawna. Mamy żużlowe wakacje, ostatnie zapinanie guzików, zamków błyskawicznych, które czasem się zacinają. Jaka jest kondycja polskiego żużla na tle ogólnego kryzysu? Polska specjalność żużlowa karmi się nadal popularnością, przyciąga zawodników tam, gdzie musieli by uprawiać ten sport dla przyjemności za własne pieniądze, być amatorami, którzy dostarczają incydentalnie wrażeń. Kilkadziesiąt lat istnienia speedway’a w Europie, dokąd został przeniesiony z Australii do Anglii, na północ od Londynu, zrobiło karierę, która złote czasy niestety ma za sobą. Dziś podniecamy się polską przestrzenią żużlową, która przygarnia wszystkich, sportowych emerytów, uczniów; żywi, ubiera i szkoli do zdobywania medali. Przekonywanie kogoś, że speedway na świecie jest marionetką, mija się z celem. 57-letnia Amerykanka Pam Bennet, która ściga się na kalifornijskich torach z mężczyznami w różnym wieku a jej partner po pięćdziesiątce towarzyszy jej w hobby z powodzeniem amatorskiego wyczynu, jest dowodem na trwanie żużla na poziomie bajek nie z tej ziemi. A jednak! Uprawiający nadal żużel, z kalifornijskimi korzeniami, czterokrotny mistrz świata Greg Hancock ma 47 lat i pewnie dociągnie do Abrahama w ściganiu. Pani Bennett, matka 6 dzieci i 7 wnucząt jest ewenementem. W USA ani Szwecji, gdzie mieszka Hanocock nie wpadli na pomysł 500 plus. A jednak mają rodziny liczniejsze od polskich. Jak oni to robią? Zostawmy na boku dywagacje na temat kto, gdzie, kiedy, za ile.

SAMSUNG

Polską specjalnością jest m.in. SPEEDWAY. Na początku lat 90 – tych rozbudzone zostały imperialistyczne zapędy i płacono zawodnikom na oślep; za jazdy, za bycie żużlowcem. Zwariowane stawki za wstępne kontrakty, pamiętam nawet 2 tysiące niemieckich marek za punkt. Dziś ile? Standartowo 3 – 4 tysiące złotych a bywało, że gwiazdy kontraktują dwa razy więcej.Tak będzie dalej? Ile trzeba mieć budżetu na sezon by wytrzymać finansowe piekiełko? Prezesi dawali radę, nie pękali, zagranicznych asów nie skubano, gdyż byłby strajk, więc można odraczać płatności swoim. Powszechna praktyka. Cichosza. O podpisywaniu kontraktów mówiło się nie tylko szeptem, że… kasa leżała na stole i pod nim, a nawet w szufladzie. Dzwonię do jednego działacza, pytam jak to jest? Milczenie jest złotem, pieniądze nie lubią rozgłosu. W żużlu od początku jak wsiąknąłem w niego mówi się prosto w oczy tylko poza nimi. Najlepiej plotkuje za plecami. Taka oto moralność utarła się od kiedy WIELKI PIENIĄDZ zawirował tym światkiem, przyciągnął sponsorów nie tylko do paliw, nie tylko od gorącej kasy. Z jednej strony mamy popularność, komplety na trybunach, parcie na szkło a z drugiej finansowe pranie kolorów, bo białe już zostało wytarte. Mówiło się i dalej mówi, że to ekstremalny sport w którym można stracić życie, zostać kaleką do końca życie i trzeba mieć zabezpieczenie, toteż część zadbała, więc nieruchomości, interesy, firmy pracują na pokolenia. W żużlu jest sporo tragedii, proponuję aby centralnie i sprawiedliwie zainteresować się wszystkimi poszkodowanymi, bez tych lepszego i gorszego sortu, bo nieszczęście nie powinno być kategoryzowane. Każdy przypadek jest dramatem, smutnym fragmentem kariery. I jedni proszą o wsparcie na nowy wózek, drudzy zwątpili po dostaniu 1000 złotych rocznej zapomogi albo 2000 zł. A dla innych innych, to koszt na przycięcie trawnika w ogrodzie.

Każda prawda kole w oczy, lecz brakuje mi w tym męskim sporcie normalnych rozmów, bez ogródek, charakterów bez wazeliny, twardych ironmanów. Godności.

W ogólnym kryzysie żużla Polska zdobywa cenne medale, szkoli, finansuje i nadal hołduje wyświechtanym sloganom, że zamiast edukować swoich rodaków, przyjmuje emigrantów żużlowego rzemiosła. Polska młodzież powinna wjechać w układ, aby posadzić na ławie weteranów a nie każdy wybitny sportowiec zdaje egzamin jako szkoleniowiec. Mity schowajmy do szuflady. Medalista MŚ nie ma glejtu trenera*****.

Ostatnio w Polsce zawodnicy ekstraligowi zbuntowali się na nowe reguły gry, doszli jak było do przewidzenia do porozumienia, choć im grożono /podobnie anonsowali Szwedzi/, że liga może być zamknięta na rok. Dramatyczna wiadomość, nierealna, bo czy Polska w sportowym krajobrazie może być pozbawiona ligowych rozgrywek? Absolutnie. Już na pooczątku nowego roku tęsknota i nostalgia będzie budzić w nocy zagorzałych fanów ścigania się i liczenie dni do ligowego startu będzie miało tradycyjny rytuał. Przetargi pomiędzy żużlową centralą a zawodnikami dowodzą, że maszyneria się zaciera, bankomaty mają “przerwy techniczne”, nadal nie ma przejrzystości finansowej, reguł z wyobraźnią na przyszłość. Pożar został ugaszony i karawana jedzie dalej. Władza żużlowa PL nie jest transparentna, światowe zarządzanie kręci się wokół serialu Grand Prix bez koncepcji nowej wizji, akceptuje się urzędniczo powielany schemat. Pasuje taki plan gry funkcjonariuszom FIM i pozostałym klakierom a kibice oczekują czegoś nowego, zawodnicy także. Nic konkretnego nie płynie z obrad międzynarodowego towarzystwa, które bez udziału Polski na arenie sportowej i organizacyjnej byłoby zdartym winylem. Jako ratujący prestiż nie narzucamy polskich innowacji, brakuje koncepcji. Marazm. Polska jest potentatem na ściernisku Europy ale też kolosem na glinianych nogach. Extraliga to elita oraz ledwie zipiący “pacjenci” pierwszej i drugiej ligi. Borykają się z kolosalnymi kłopotami finansowymi i cudem utrzymują speedway w regionach. Szkoda klubów z bogatymi tradycjami, szukający wsparcia jak żebracy. Świetny bramkarz reprezentacji Polski Artur Boruc żegnał się niedawno z barwną karierą w Meczu z Urugwajem na Narodowym. On potrafi mówić prawdziwie, szczerze; w karierze jak film tracił, zyskiwał, stawał się człowiekiem charyzmatycznym w tym, co robił. Nietuzinkowy w swoim realiźmie ocen sytuacji, nie był dwulicowy na boisku i poza nim.

Soccer - UEFA Champions League - Play Offs - Second Leg - Arsenal v Celtic - Emirates Stadium

Charakterny bramkarz dobrego myślenia. Każdy sport potrzebuje takich osobowości, które dostarczają wrażeń, wzruszeń, emocjonalnych doznań bez fałszu.

 

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

Hamillowe „nie“

maxresdefault

Amerykański speedway uprawiany jest na zachodnim wybrzeżu USA. Wschodnia część jest obca temu sportowi. W Kalifornii na krótkich torach, niemal cyrkowa jazda wywołuje ekscytację widzów. Organizatorzy robią show, który raczej nie jest znany europejskim fanom. Urządzane są mistrzostwa USA a wyjątkowe talenty przylatują na Stary Kontynent do Anglii i tam doskonalą swoje umiejętności. Zadziwiały kiedyś koneserów, piszę “zadziwiały“, gdyż speedway rodem z Kalifornii jest w dużym impasie i tylko mieszkający w Szwecji Greg Hancock, mistrz świata niekwestionowany, jest dowodem, że o żużlu made in USA jeszcze się mówi. Rzeczywiście. Greg jest trzykrotnym mistrzem świata, zawodnikiem niezwykle charyzmatycznym, przykładem dla innych, pracowitym i ambitnym do bólu. Ożenił się ze Szwedką i zakochał nie tylko w niej ale i Skandynawii, nie zapominając wakacyjnie skąd pochodzi. Jednak nie Greg Hancock będzie bohaterem tego felietonu, lecz jego przyjaciel, równie sympatyczny Kalifornijczyk z irlandzkimi korzeniami/ ze strony ojca/ Billy William Gordon HAMILL, pseudonim Bullet /pocisk/.

W 2014 roku mój bohater z Brianem Burfordem wydali książkę pt. „No Bull“, która traktuje życie i karierę sportową mistrza świata z roku 1996/ drugi cykl Grand Prix/. Billy Hamill w 1997 roku został wicemistrzem świata i powtórzył srebrny sukces w 2000 roku.

Urodził się w Arcadii w 1970 roku 23 maja, więc za niedługo obchodzić będzie 45 Happy Birthday. Dlatego chcę wrócić do mobilnej kariery jubilata, który jako pierwszy z elity miał odwagę powiedzieć organizatorom serialu Grand Prix: „Mam dość i kończę z taką zabawą w MŚ“. To było przed serią Grand Prix 2003 roku, w jego miejsce wskoczył wtedy Duńczyk Hans Andersen. Amerykanin wprost oświadczył, że koszty uczestnictwa w serialu są za duże. Karierę ostatecznie zakończył jesienią 2008 z powodu kontuzji, mając lat 38, może ciut za wcześnie, lecz nie miał takiej determinacji jaką ma jego przyjaciel nie tylko z toru, Hancock, który jest z tego samego rocznika i będzie obchodził w czerwcu także 45 lat. I jeszcze chce być mistrzem świata! Fenomen? Najstarszy mistrz świata na żużlu czuje się świetnie i nie rezygnuje z kariery, tryska humorem, zadowolony z rodziny i wyboru miejsca na ziemi.

Podobnie, tylko w innym wymiarze Hamill, który nadal kręci się wokół żużla i marzy żeby team USA znów stawał na podium. Na razie droga daleka, następcy muszą jeszcze się uczyć, potrzeba jednak czasu i szczęścia na światowej klasy talent. Żużlowa Akademia Hamilla robi konsekwentnie swoje a surowo weryfikuje młodzież rynek brytyjski oraz ligi: polska i szwedzka. Szczęście przychodzi zwykle znienacka.

Billy Hamill jest podobny w charakterze do Hancocka. Tworzyli zgraną parę na torze, bezwzględni fair play w jazdach i towarzysko, rodzinni, wychowani jak należy prezentują kulturę, która niestety jest obca wielu zawodnikom żużlowym. W 1996 roku został mistrzem świata, następnego roku wygrał Greg a Billy był drugi. Taki układ.

Towarzyszyła mu wiernie w karierze żona Christine, mają dwoje dzieci Margi i Kurtisa, Matka Gay była zawsze dobrą patronką w jego karierze. Dziadek Keith Stucki/ ?!/ wsadzał małego Billa na konia a ojciec Gordon, Irlandczyk z pochodzenia na rowerki, na małe motorki, do których miał od dziecka zawsze chęci i ścigał się po kalifornijskich pagórkach. Uśmiechnięty chłopiec patrzy ze zdjęć rodzinnych i takim jest po dziś dojrzały Billy. Pamiętam jego starty w rybnickiej drużynie i spotkania poza stadionem, przyjaźnił się bowiem z moim synem Maciejem. Kiedyś spotkaliśmy się z nim i Gregiem w Katowicach było miło i wesoło. Z nimi tak zawsze bywało.

Pardubice. 1990 rok, John Scott, menago reprezentacji USA przypominający urzędnika bankowego prowadzi team do złota. Hamill, Sam Ermolenko, Rick Miller i bracia Moranowie Kelly/ starszy/ i Shawn. Hamill ma 20 lat. Moranowie wesołkowie, spece od sytuacji do nie powtarzania. Ermolenko mistrz jazdy na krawędzi, Czeszki szalały za Millerem o urodzie aktora uwodziciela z Hollywood. Szampanów nie brakowało a złoto smakowało jak knedliczki i czeskie piwo. Amerykanie powtórzyli pardubicki sukces za dwa lata w szwedzkiej Kumli, wcześniej byli na trzecim miejscu a w 1993 roku w angielskim Coventry na stadionie Brandon znów w blasku złota! To były medalowe żniwa Jankesów, W 1994 roku w niemieckim Brokstedt tylko piąte miejsce, ale w Bydgoszczy, w 1995 już trzecie, a w 1998 roku w duńskim Vojens pierwsze, w latach 1999 i 2000 brązowe medale. Powyższe miejsca reprezentacji USA były udziałem efektownie i skutecznie jeżdżącego Mr. BH.

Wspomniałem o mistrzostwach USA, które nijak się mają w efekcie do europejskiego żużla. Karkołomne ściganie na krótkich torach, cyrkowe, najczęściej w Costa Mesa. Na innym torze w Auburn w 1999 roku wygrał Hamill, tamże był znów pierwszy w 2001 roku i w 2002 w Costa Mesa zwyciężył. Hamill był jeszcze potem trzy razy mistrzem USA po organizacyjnych zmianach i wprowadzeniu serii trzech rund. Pasuje mu atmosfera kalifornijskiej corridy, w świetle jupiterów i skąpo odzianych girls.

Zawsze „grzecznie“ uczesany i dobrze ubrany startował w polskich klubach; w Rybniku, Gorzowie, Grudziądzu, Zielonej Górze. Szwecja to Smederna Eskilstuna i Masarna Avesta, jeździł w lidze duńskiej, niemieckiej, włoskiej. W ukraińskim Równym chyba do dziś panuje jego rekord toru. No a uczył się rzemiosła po przylocie do Europy pod okiem znakomitego fachury Collina Pratta w Cradley Heath, szkole amerykańskich talentów. Coventry było dla niego przyjazne i Wolverhampton, gdzie 22 marca 2008 roku odbył się pożegnalny turniej. „Bardzo żałuję, że kończę wielką sportową przygodę…“ powiedział skoromnie, bo to również jego zaleta. Kiedy była konieczność pomocy dla reprezentacji USA wsiadł niedawno na motocykl w drużynowym Pucharze Świata. Pomaga jako coach i jest na bieżąco w świecie, który był jego wspaniałą, medalową młodością.