Z podłogi pod sufit i wyżej

PIERWSZE dni listopada zaimponowały ciepłymi temperaturami. Można by śmiało jeździć na torach, dawno takiej pogody dla żużlowych bogaczy nie było. He,he, bogaczy…

W kulisach klubowych gabinetów wirują pomysły jak skompletować drużyny, kogo zbyć a kogo kupić. Giełda pracuje na pełnych obrotach. Największy wiatr wieje z Tarnowa, gdzie sponsor nie jest biedny ale wiadomo bogaty chce mieć jeszcze więcej i szuka tańszych rozwiązań. Nie będzie tam już dojeżdżał trener Marek Cieślak i trzykrotny mistrz świata Greg Hancock, ciekawe kto kupi Amerykanina. Trener reprezentacji czyli Cieślak już posprzątał w Tarnowie, dorobek medalowy jest w klubie. Kto zostanie nad Dunajcem? Tarnów czekają trudne chwile, by nie wspomnieć Częstochowy czy Gdańska. O ile w Unii dadzą sobie pewnie radę i Azoty ułożą stosunki, to w pozostałych dwóch klubach przyszłość jawi się fatalnie i nie pomoże żaden cudotwórca. Niestety spuszczono w dół zasłużone drużyny dzięki ludziom, których kibice już nazwali dosadnie grabarzami. Takie sprawy bardzo źle brzmią. Kluby wyleciały z elity i muszą zorganizować życie na nowo a taki czas po rozwodach jest trudny i albo obronią honor tradycji albo będą wegetować. Szkoda rządów nuworyszy, którym wydaje się, że interes w klubach jest łatwy do zrobienia. Nie. Wymaga szczególnej dyscypliny i poszanowania tych, którzy walczą na torach o wynik. Nie mogą oni jeździć za obietnice i marzenia. Wydane licencje tzw. nadzorowane pękły jak bańki mydlane i czas cierpliwości skończył się bezpowrotnie. Władza żużlowa okazała się wreszcie władzą.

MAREK CIEŚLAK zrobił w Tarnowie tradycyjnie swoje i będzie miał nowe miejsce w Ostrowie Wielkopolskim. Tamtejsze środowisko jest zakochane w żużlu od dawna, tradycyjne turnieje o “Łańcuch Herbowy” na zakończenie sezonu zawsze miały szacunek i choć w klubie bywało cienko, organizowano imprezy finalne sezonu. Historia ostrowskiego żużla jest historią polskiego speedway’a, stamtąd wywodzi się wiele sław. Dla miasta oraz dla okolicy, speedway był sportem kultowego zagospodarowania wolnego czasu. A bywało, że nie tylko wolnego. Atmosferę żużlowego ciepła w tym mieście można wyczuć wszędzie, tam rozmawia się o tym nie tylko w taksówce.

Przyjemnie zawsze być na stadionie w klimacie totalnego uwielbienia ścigania się na torze. Cieślak ma fart i znów dobrze trafił a gospodarze mają dobrego nosa, że tak wybrali. Wielkopolska kocha speedway ponad wszystko, jest energia i ambicje.

DRUŻYNY kompletują składy, układają marzenia, liczą na ile ich stać. Wycofanie z elity Włókniarza i Wybrzeża jest poważnym ostrzeżeniem dla innych w żużlu a np. w piłce nożnej za lekceważenie umów licencyjnych sypią się ostatnio bardzo surowe kary i prostowanie klubów w królestwie PZPN Zbigniewa Bońka biegnie bez pobłażania. Mamy kary finansowe oraz bolesne odejmowanie punktów od przyszłego sezonu. Nie ma żadnej litości i taki trend sugeruję żużlowej władzy dla oczyszczenia środowiska z osób toksycznych. Zero tolerancji dla pychy! Dość obiecywania i budowania wirtualnych budżetów, i niech wróci normalne klubowe życie. Mało tego w takim wydaniu.

Speedway nie jest sportem, który notuje rozwój, wręcz odwrotnie trzeba koniecznie tworzyć projekty jak przyciągnąć adeptów do uprawiania drogiego i ryzykownego sportu. Fakty kurczenia się grupy zawodniczej w skali makro są niepokojące. Blask turniejów Grand Prix nie powoduje niestety rozwoju, a byli tacy, którzy już dawno przewidywali, że blichtr GP będzie powodował recesję. I stało się! Tylko praca organiczna w klubach może spowodować odbudowę chylącego się do upadku sportu. Sonda w klubowych szkółkach daje dużo do myślenia, notujemy spadek zainteresowania adeptów a z drugiej strony mamy pełne stadiony na hitowych turniejach czy meczach. Paradoksy. Obraz prawdy jest za kotarami, realny pesymizm ma dowody.

KOŃCZĄ się klubowe bankomaty bez limitu, fakt, Romana Karkosika będzie brakowało w polskim żużlowym krajobrazie, nie tylko w Toruniu. Wartością dodatnią jest przytrzymanie takich ludzi w sporcie. Wnioski są przykre i władza żużlowa powinna znajdować kompromisy w takich sytuacjach. Zniechęcić łatwo, trudniej przyciągnąć.

Wspomniałem o “bankomatach”, otóż Karkosik wydał kilkanaście milionów złotych na toruński klub, ściągnął gwiazdy i płacił. Nie wszyscy sprostali zadaniom. Zawiedli, bo nie każdy jest Gregiem Hancockiem.

Robert Lewandowski najlepszy nasz piłkarz, światowa gwiazda monachijskiego Bayernu zarabia rocznie 11 milionów euro! Futbol nijak ma się do żużla, lecz na polskim rynku, to nie jest tak do końca w przypadku niektórych głośnych zawodników. Tak jak w życiu są krezusi i biedniejsi oraz tacy, co czekają w kolejce na kasę. I są ambitni młodzi dla których sport jest żywiołem bez granic. Trzeba chcieć uczyć się za funty z fantazją.

RECESJA polskiego żużla polega na kurczeniu się budżetów, które zostały kiedyś sztucznie nadęte i na coraz mniejszej liczby chętnych do uprawiania tego sportu. Nie mam listopadowego, kiepskiego nastroju by pisać takie rzeczy, tylko od dłuższego czasu niepokoją mnie fakty, które obserwuję a mogą przynieść zgubne skutki w przyszłości. Mamy zdolnych juniorów na medale MŚ, utytułowanych seniorów i mamy nadal zainteresowanie kibiców, choć też notuje się spadki i… nie mamy wizji jak skutecznie zadbać o dopływ” świeżej krwi” do klubowego zaplecza.

Aby nie było tak minorowo, muszę podkreślić, że cieszy wspomniany fakt budowy nowej siły w Ostrowie Wlkp. No cóż, tam gdzie jest super ciśnienie na żużel inaczej się pracuje. Marek Cieślak and company mogą być na zapleczu polskiej ligi powiewem nadziei na lepsze jutro oraz wzorem dla innych w myśl hasła: z podłogi pod sufit. Fajnie. Realny optymizm jest bardzo cennym towarem i deficytowym, więc go trzeba szanować jak własne zdrowie. Tak? Chyba tak!

Wrzątek ligowy z/z

Image

Ach, te mecze na szczycie… Dobrze, że nie ma tych na dole. Kiedy sięgnę pamięcią zawsze adrenalina gotowała się na na maksa i mecze były na krawędzi sercowych zawałów. Pojechałem na półfinał do Częstochowy, gdzie stadion był napakowany jak hinduski autobus. Dominował zielony kolor, który przebijał biel a czerń wiła się między sektorami jak jadowita kobra. Mecz wysokiego ryzyka, przeciwnik nie byle jaki, bo z Torunia, skąd rozchodzą się w eterze fale radiowe znanej rozgłośni ojca Rydzyka. No a miejsce potyczki pod Jasną Górą. Wszyscy prawie święci. Spotykam w parkingu Krzysztofa Cugowskiego, fana żużla, dawno nie widzieliśmy się a lider rockowej „Budki Suflera“ przygotowuje razem z Markiem Kępą, który tradycyjnie jest naładowany żużlową energią, w połowie października w Lublinie hit na torze z udziałem samych mistrzów świata. Bomba. Polska kontra mistrzowie i wspomnienia z tamtych lat, kiedy na torze lubelskiego Motoru ścigał się udanie nie tylko wspomniany Kępa ale wielokrotny mistrz świata Duńczyk Hans Nielsen. Lublinianie działają, bo do tanga trzeba dwojga… Tak? Wyłącznie. 

No dobrze, jestem na stadionie częstochowskiego Włókniarza, gdzie trybuny tętnią a korona obiektu wypełniona po brzegi. Pogoda wymarzona. W parkingu były szef gabinetu, prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysław Wachowski rozmawia z Tomaszem Gollobem, dla którego zrobił w swoim czasie bardzo dużo dobrego i pomagał familii Gollobów rozwijać sztandary na świecie. Pogawędka mistrzów różnych specjalności.

Image

Temperatura na stadionie rośnie z minuty na minutę. Głośno, w boksach mobilizacja, zawodnicy obeszli tor, kopią, dyskutują. Wielki mecz o finał. Prezes gospodarzy Paweł Mizgalski na posterunku, jest także prezes toruńskiego Unibaxu Mateusz Kurzawski. Trenerzy z Torunia Jan Ząbik i Mirosław Kowalik spokojni, choć ten pierwszy jak zwykle podekscytowany, pilnuje toru. Grzegorz Dzikowski szkoleniowiec włókniarzy udziela ostatnich wywiadów reporterom, jego ludzie są przygotowani do jazdy.

Kto wygra? W Toruniu częstochowianie przegrali ośmioma punktami, trzeba więc odrobić straty. Publiczność w to wierzy kompletnie. Robert Kościecha zawodnik pogodny jak słońce mówi, że wszystko rozstrzygnie się w pierwszych trzech wyścigach. Tony Briggs mentor Ryana Sullivana obserwuje pole walki z brytyjskim spokojem. Ale w tym wszystkim nie ma spokoju, jest jakiś wewnętrzny dynamit, który drzemie na trybunach, we wszystkich zakamarkach stadionu, na który przyszło ponad 20 tysięcy widzów. Kasa niezła, nie spotykana frekwencja poza Polską na stadionach świata. Prezentacja mija jak mgnienie oka, jest wrzenie „kotła“ trybun, gwizdy i wyzwiska. W zespole gospodarzy brakuje kontuzjowanego lidera Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który „poległ“ na pierwszym meczu w Toruniu po kolizji z udziałem Adriana Miedzińskiego, więc kibice w Częstochowie uprawiają jazgot maksymalny, kiedy tylko w polu widzenia pojawia się toruński zawodnik. Gwizdy tak, jak dawniej w przypadku radzieckich żużlowców. Goście nie mają Australijczyka Chrisa Holdera, już dawno temu mocno poturbowanego na Wyspach. Obie drużyny mają zatem w składach z/z, czyli zastępstwo zawodnika i mogą kombinować z jazdami. Gdyby jeździli Emil i Chris widowisko miałoby smak ligowej gali. Jest jednak okaleczone. I jak się okaże dojdzie jeszcze do dramatów, jakie pod Jasną Górą historycznie miały również miejsce. Były minister stanu Mieczysław Wachowski, po długiej przerwie/ mówiono kiedyś o nim, że jest ministrem od… żużla/ znów zasiada na żużlowej trybunie i jak mi mówi, boleje nad tym jak roztrwoniono dorobek w jego rodzinnej Bydgoszczy w Polonii. Drużyna spadła z Ekstraligi, niekompetentni działacze ostro zdołowali drużynę, która zawsze miała duże aspiracje i należała do najlepszych w Polsce. A tyle dla dobra Polonii zrobiono wcześniej. Szkoda tego wszystkiego – stwierdza M. Wachowski. Dał serce i załatwił sporo dla dawnej Polonii, która legła w gruzach.

Wreszcie renomowany sędzia Marek Wojaczek daje sygnał do walki, stadion szaleje, akcesoria klubowe są jaskrawo widoczne i kłują w oczy, atmosfera na trybunach od początku sięga zenitu. Sektor gości jest kroplą w oceanie. Zespoły walczą i jadą „łeb w łeb“. Rafał Szombierski pada pod bandą na drugim łuku i nie podnosi się, za późno sygnalizuje sędzia przerwanie wyścigu, obsypany żużlem rybniczanin wstaje i dostaje czerwoną kartkę. Szok, fani wpadają w furię, lecą „fucki“ na lewo i prawo, słońce zachodzi, lecz na stadionie robi się gorąco jak w piekle. Raz na wozie, raz pod wozem. Sędzia obrywa najgorsze kalumnie. Ch… kur…złodzieje… Dzieci słuchają, niebiosa nie grzmią, kibole wpadają w trans.

Gospodarze nie żałują wody na tor, „Anioły“ protestują. Mamy przerwy, mamy jazdy. Mamy gwizdy i harmider straszny, czym to się zakończy? Szanse włókniarzy maleją na odrobienie straty. Nadzieja umiera ostatnia, „Lew“ Holta odzyskuje swój wigor, jednak czerwona kartka „Szuminy“ odbija się czkawką na trybunach i u sędziego chyba także. Żółć byłaby może bez zgagi. Kartka ustawiła trochę mecz i robi się duszno.

I nagle staje się cud w ostatnim wyścigu, oto Rune Holta z Tomaszem Gollobem mają groźną kolizję i leżą na torze długo, wyjeżdżają ambulanse, wyciągają nosze. Gollob zostaje wykluczony i na starcie pojawiają się: młody „kangur“ Darcy Ward, szalejący Australijczyk oraz nieobliczalny Holta z Duńczykiem Michaelem Jepsenem Jensenem. Gospodarze jadą na 5:1 a wynik jest 44:40 dla częstochowian. Kibice padają sobie w objęcia, euforia niesamowita i nagle motocykl Norwega cichnie, i już nie jedzie dalej… Straszliwy pech. A ta niepokorna, szatańska, żużlowa dusza Ward wygrywa!!! Cisza bywa czasem zbawieniem ale też potrafi być pogrzebem.

Epilog. Cichnie stadion, kocioł gaśnie. Jest badanie motocykli, pada podejrzenie czy aby Ward był trzeźwy. Nie sprawdzono. Poszalał następnego dnia w lidze angielskiej na piekielnie trudnym torze. Darcy jest talentem brylantem. Włókniarz oprotestował wynik meczu. W drugim półfinale Ekstraligi Falubaz Zielona Góra ograł Unię Tarnów i o złoto powalczy z Unibaxem, natomiast o brązowy medal jadą Częstochowa z Tarnowem pod egidą częstochowianina Marka Cieślaka. Włókniarze polubią chyba brąz.

Wyjeżdżam gęsiego spod dramatycznej Jasnej Góry, gdzie cuda zdarzają się czasami, a stojący w tasiemcowym korku taksówkarz mówi do mnie: „redaktorze takich „jaj“ to dawno nie widziałem“. I ja też. Hm, bo do tanga trzeba dwojga. Jak mówi łacińska sentencja „Kropla szczęścia znaczy więcej od beczki mądrości“. Mecz zawierał w sobie: radość, żal, gniew, chamstwo, jazdy na krawędzi i… wspomnienie o pojedynkach, gdzie fair play było niemal religią. Gdzie nam ten czas uciekł, gdzie?! Uciekł jak ten szalony Ward.

Już jutro w Tarnowie „ Szybkość nie wybacza nikomu“!

W niedzielę, 22 kwietnia wielki mecz o godz. 17.00 pomiędzy Unią Tarnów a Włókniarzem Częstochowa! Będę tam z moja książką i podpiszę dedykację każdemu! 160 stron opowieści i kulis żużlowego życia dostępne będą w klubowym sklepie. Do żobaczenia!