1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Różny smak łez, wybaczcie…

682c52897f02bc2cd423e8bbec6b8d6eNo tak. Jeśli szczęśliwe, nie są słone. Gorzkie, kiedy bezradność zamienia się w porażkę. ŚWIAT przeżył i nadal komentuje wydarzenia, które były jak bajki. Nie tylko dzieci je lubią, gdy idą spać. Dorośli też mają swoje baśnie, które pozwalają przenieść się w inny świat bez złudzeń, choć na chwilę piękny i niepowtarzalny. Kiedy mężczyźni płaczą –  jest wielkie święto, mówi się czasami. Życie nie dla wszystkich jest baśniowe ale nawet , kiedy nie jest, to chcemy być w scenerii, która pozwala zapomnieć o codzienności.

Poruszam zwykle w swoich felietonach od lat /nie pamiętam ilu/ wydarzenia nie tylko żużlowe. SPORT jest częścią życia, speedway odłamkiem sportu. Jego wpływ na życiowe zjawiska jest potężny, nie może być lekceważony.

Wybaczcie mi Drodzy Czytelnicy dygresje, refleksje spoza żużlowych aren, są naszymi dniami i nocami, i pomagają zrozumieć co jest ważne, jakim warto być, jakie zapisać karty dla potomności. Ciągle dokonujemy wyborów, jakże często emocjonalnych.

*  W angielskim Windsorze odbył się ślub księcia Harry’ego i księżnej Meghan Markle, Amerykanki o pochodzeniu nie królewskim. Było ślicznie, baśniowo, tłumy z całego świata oglądały orszak, młoda para zachwycała bezpośredniością a rudy Harry ma charyzmę po niezapomnianej mamie księżniczce Dianie. Wybrał małżonkę jaką chciał i nie interesowały go opinie pałacu Buckingham. Charakter nie tylko na księcia ale i króla.

*  Daleko od Windsoru w Turynie, Juventus świętował siódmy tytuł mistrza Włoch, zdobyty rok po roku. Ostatni raz zagrał w drużynie Juve, która była jego dotychczasowym, drugim domem Gianluigi BUFFON, bramkarz, który pokochał futbol, sport i jest zaraźliwie charyzmatyczny. Charakterność potrzebna jest sportowi, jak tlen człowiekowi. Buffon jest postacią na filmową opowieść, która jeśli zostanie kiedyś zrealizowana będzie złotą księgą dla pokoleń. W Windsorze było słońce, w Turynie odwróciło się na koniec plecami i deszcz rozmywał łzy kibiców, którzy chcieli uścisnąć Gigi. Wspaniały facet, nie krył łez, wzruszenie ogarniało wszystkich na stadionie i przed ekranami TV. Takich chwil nie zapomina się do końca życia i warto żyć, by temu świadkować.

*  Andres INIESTA, piłkarz serdeczny, skromny, znakomity sportowiec, zaczął grać 22 lata temu w Barcelonie i tam zakończył karierę. Barca jest mistrzem Hiszpanii, klubem z Nou Camp, stadionu, który jest relikwią Katalonii, symbolem upartej walki o zwycięstwo. Uroczystość związana ze zdobyciem trofeów Barcy połączona była z zakończeniem kariery Iniesty. Cóż za człowiek! Koledzy z drużyny zjawili się po meczu z dziećmi, wielka rodzina a stadion wypełniony po brzegi. Łzy piłkarzy i kibiców, ogromne wzruszenie bohatera, esencji Barcy, najlepszego piłkarza hiszpańskiego w historii. Andres Iniesta człowiek tak skromny, jak i szczery ze łzami w oczach powiedział kibicom, że będzie wszystkich miał w sercu. A oni jego! Uroczystość w Barcelonie była balsamem dla duszy. Bajka do powtarzania, jak wyżej wymienione wydarzenia. Świat może czasami być zwyczajnie piękny, elegancki i normalny.

*  No a teraz SPEEDWAY, który wjeżdża już na właściwy tor emocji zarówno ligowych, jak i międzynarodowych. Jeden z żużlowców młodego pokolenia, zdolny, ambitny wyraził w TV taką opinię, “ jeśli nie jeździć w polskiej, szwedzkiej lidze, to gdzie?” Czyli jakie jest tło “najlepszej ligi żużlowej świata”, hasła lansowanego z nadęciem i uparcie. Najlepsza liga na gruzach światowego żużla… Trochę skromności bez chorobliwego zarozumialstwa.

W Ekstralidze UNIA LESZNO, broniąca tytułu mistrza Polski, nie daje szans nikomu, kierowana mądrze przez Piotra Barona, człowieka, który potrafi skomentować każdą sytuację czytelnie, jest scalonym zespołem, poukładanym i zdolnym do walki wszędzie.  “Baronowie” pokazali w Toruniu, co znaczy profesjonalizm i atmosfera w drużynie. Szkoleniowcy powinni mieć poczucie swojej wartości, jeśli jej nie mają i ulegają  skłonnościom do przyjmowania bezkrytycznie pochwał bywają prędzej czy później przegrani. Fałszywe ambicje nie grają. Szkoleniowiec, trener – zobowiązujące nie tylko etykiety, lecz: etaty, zarobki oraz konsekwencje. W innych dyscyplinach sportu, choćby w futbolu zagubiony trener jest zwalniany z niedzieli na poniedziałek. W żużlu taki zwyczaj decyzji nie funkcjonuje, bardzo często buduje się mity i ludzie, którzy powinni być np. kierownikami drużyn chcą “bawić” się w trenowanie. Śmiesznie bezradni otoczeni klakierami. Popełniają seryjne błędy mimo wysokich kontraktów znanych zawodników. Wojciech Żabiałowicz, który był kiedyś liderem toruńskiego zespołu, dosiadał jako pierwszy w Polsce maszyn z silnikami GM, patrząc na to co się dzieje w jego byłym klubie oświadcza, że obecny menago torunian powinien odejść. Już dość porażek, gołym okiem widać, że każdy w kapeli gra co innego. Gdzie dyrygent?

Od jakiegoś czasu obserwuję lobbowanie, kreowanie nazwisk i fałszywe wbijanie ignorantom, że potrafią. Pokora jest bezcenna. Honor. Speedway nie jest zabawą ludzików na motorkach, jest odpowiedzialnym sportem, niebezpiecznym, zobowiązującym na torze i na trybunach. Kibice często wiedzą więcej od nominantów.

Polskie ligowe hektary mają trzy części, różne pod każdym względem, dzieli je nie tylko suma pieniądzy w kasie. Od Ekstraligi do drugiej ligi jest tak daleko jak z Krosna do Gorzowa. Albo i dalej.

Supremacja polskiego żużla w Europie, nie piszę już o świecie… jest zjawiskiem bardzo niebezpiecznym w perspektywie. Nic tak nie uzdrawia jak konkurencja, jej brak jest demoralizujący w efekcie. Hegemonia ściemnia wyobraźnię. Światowi sternicy żużla eliminując drużynowe mistrzostwa zjadają swój ogon. Nowe opakowanie imprezy dwudniowej pod szyldem tych wyciętych MŚ jest mało przyswajalne, absolutnie mało marketingowe. FIM zapomina co składa się na markę, czym jest tradycja. Batonik nie zastąpi dobrej, dużej czekolady.

* I na koniec, warto cieszyć się, że SPEEDWAY jest sportem w Polsce popularnym i bezpiecznym dla kibiców. W meczu piłkarskiej Ekstraklasy w Poznaniu z Legią Warszawa/ stołeczni zostali mistrzami Polski/ poleciały na boisko super race, przerwano mecz, zawodnicy uciekali do szatni, stadion zasnuły ciemne chmury dymu, kibice vel bandyci mocno porządzili. Kluby bez pomocy państwa nie dadzą sobie rady z rozbujanym towarzystwem bandziorów podjaranych narkotykami. Kary nie odstraszają, watahy czują siłę i wygląda to groźnie. Poznańskie burdy są bodaj ostatnim ostrzeżeniem i czas na porządki, jeszcze surowsze kary, eliminację gangsterskiej bezczelności.

A SPEEDWAY nadal jest wzorem rodzinnego kibicowania na stadionach i przyjemnie patrzeć na familijne grupy. Podobnie było w Barcelonie, gdzie piłkarze z małymi dziećmi na rękach przeżywali razem z kibicami święto, w Turynie imponowała fantastyczna publiczność i w Windsorze było wspaniale. Niezapomniane majówki.

Ludzie normalni zwyczajnie pragną igrzysk, radości, bajkowych, wzruszających wydarzeń, które chowają z uwielbieniem w sercu do częstego wspominania.     

Adam Jaźwiecki      

Felieton na 3 czerwca 2018, pozdrawia AJ

  

Bryła, Oliver, Buffon

Zrzut ekranu 2018-04-17 o 09.52.15

Jak co roku, niezmiennie, mamy premierę ligową w Polsce z głowy. Była ona/ znaczy się głowa/ mocno naładowana emocjami. Mecze Ekstraligi na remisy, zacięte do ostatniego wyścigu i o to chodzi w sporcie, by trzymać w napięciu do ostatniej sekundy walki. Słyszę raz po raz słowa jak wytrychy, że speedway jest nieprzewidywalny, podobnie, jak i że, piłka nożna nieprzewidywalna… Nie używajcie do znudzenia tego pojęcia, bo jaki sport jest przewidywalny? Szachy? Brydż? Golf ? Całą zimę można było usłyszeć z terenów narciarskich, że skoki są nieprzewidywalne, powtarzał ten slogan i Adam Małysz. Nieprzewidywalny…Przewidywalny…

Istotą sportu jest niepodzianka, tego oczekują kibice, przychodzą na zawody i nie wiedzą kto wygra, jaki będzie wynik. Typują a bukmacherzy proponują. Kiedy na polskim rynku bukmacherskim pojawiły się zakłady tego typu, nie było żużla w zestawie, gdyż istniało przekonanie, że o ile nie bardzo wiadomo jaki wynik padnie w meczu piłkarskim, to w żużlu można było przewidzieć. Pamiętam czas w jednej ze sportowych gazet, kiedy śmiało i bez ceregieli funkcjonowało na rynku tzw. “fryzjerstwo”, wówczas przewidywaliśmy tytuły na pierwszą stronę i nie myliliśmy się; logistyka pracy była ułatwiona, zwłaszcza w niedzielne późne wieczory, kiedy do czasu zamknięcia produkcji gazety były dosłownie minuty, a harmonogram relikwią niemal. A tak zwane “fryzjerstwo” wzięło się od panów, którzy “ustawiali” wyniki meczów, nie wszyscy z czarnego ludu kupowali ten “towar”, inni nie mieli wyboru.

Na żużlu raz jeden zdarzył się incydent historyczny, nie chodziło o wygrane bukmacherskie a o układ tabeli i spadek, kiedy Unia Leszno sensacyjnie zremisowała w Rzeszowie ze Stalą. Skandal był wielki jak Pacyfik i kary, Unia straciła tytuł mistrzowski. Kibice w Rzeszowie rzucali pieniądze na tor, oni nie lubią, gdy robi się ich w konia. Incydent jest już historią, trudno było wtedy zremisować na żużlowym torze, zawodnicy hamowali wtedy rozpaczliwie nogami przed metą, żeby spełnić obietnice. Za ile? Nadal mamy dziwne przypadki nawet na światowym forum, otóż dwa lata temu Greg Hancock w Melbourne, podczas Grand Prix Australi zrobił fiku miku dla Chrisa Holdera. Oj nieładnie było wtedy. Znam zdarzenia niekonwencjnalne z dawnych lat, gdy dogadywano się w parkingu a flaszka polskiej wódki była słabym atrybutem w chwilach decydujących o ważnych sprawach awansu, medalu… Funt brytyjski czy marka niemiecka miały wówczas cenę konkretną w bezszelestnych konszachtach. Kto wie, to wie… Coraz ich mniej.

Sport jest grą nieprzewidywalną? Byli tacy zawodnicy, którzy umiejętnie szachowali, robili wszystko na torze by nie zawieść promotorów. Kiedy istniał wyraźny podział na Zachód i Wschód, strefa zachodnia miała przebicie bardzo kuszące. Czy teraz krąży “diabełek”? Pokusy były, są i będą, dopóki pieniądz w grze. Niestety. Trzeba być bardzo czujnym.

W tym kontekście wyrósł inny poważny problem środków dopingujących, “po drodze” klasyczny alkohol został wyeliminowany. DOPING, to zmora, która nie daje spać tym, którzy stosują oraz tych oszukujących czysty sport. Mimo surowych kar, odbierania medali, tytułów, nadal usilnie szkoleniowcy próbują wzmocnić organizmy podopiecznych by osiągnąć cel. Brudna robota jest tropiona a jednak wypadki snują się po arenach. Dyskwalifikacje są ryzykiem a jednak mamy walkę zła z dobrem.

KURTYNA LIGOWA w górę, było gorąco, tory w miarę dopisały, pogoda także a wszyscy udziałowcy imprez wyposzczeni na wyścigi. Było więc co oglądać i tak już zostanie. Show, wyścigi, gryzienie paznokci i rzuty. W stronę Krzysztofa Kasprzaka w Gorzowie poleciało wyrwane krzesełko na tor, lecą także butelki. Na szczęście nie szklane. Klatki ZOO dla kibiców przeciwnych drużyn są chyba monitorowane, ten kto rzucił powinien mieć wyrok i zakaz wstępu na mecze. Kibole, bandyci, bez wyobraźni i zasad moralnych. ZŁE emocje biorą górę i buzuje zwierzęca krew. Kiedyś na żużlu tego nie było…

Nie było też komisarzy od torów. Kursują odmienne zdania; jedni chwalą, drudzy ganią. Tory wcale nie są lepsze ani gorsze niż dawniej. Wzrosły tylko koszty utrzymania meczów. Mam nadzieję, że nie zostaną powoływani kontrolerzy komisarzy, choć władza lubi wydawać nie swoje pieniądze. Toromistrz i sędzia ongiś wystarczali, bywały tory jak kartofliska i gładkie jak płyty lotnisk. Co się zmieniło? Nie ma ideałów i trudno zrozumieć, że nadal mówi się o nawierzcniach a temat nie został zamknięty przez komisarzy. Trwa bitwa o takie funkcje, które często są zajmowane przez dziwnych “fachowców”. Z jednej strony gość mówi pozytywnie o komisarzach a potem za chwilę jakby stracił pamięć i oświadcza, że gospodarze przygotowali tory pod siebie. Przypadki podobne jednemu ministrowi “specowi” od katastrof lotniczych.

Oberwało się w Grudziądzu sędziemu z dużym stażem Ryszardowi Bryle. Tak, nie był bez winy w tym meczu, potępienie zewsząd spadło ostre. Nie wiem dlaczego ARBITER z takim doświadczeniem podejmuje błędne decyzje, klarowne przy obejrzeniu sytuacji na ekranie. Z sędziami ciągle jest problem, jeszcze komputery nie podejmują decyzji za ludzi. Liczy się człowiek ale potrzebuje technicznej pomocy i taką ma, a jednak zdarzają się błędne oceny wypaczające sens walki, siejące ferment. W futbolu już pięciu arbitrów pracuje podczas meczu, jest system Var /powtórki na ekranie/ i nadal mamy horrendalne pomyłki. Kontrowersyjna w ostatniej chwili decyzja angielskiego arbitra M. Olivera/ bez VAR/ w meczu LM pomiędzy Realem Madryt a Juventusem Turyn, obnażyła jego bezduszność i ukarała boleśnie heroizm Włochów, pogrążyła piękno sportu. Trzeba mieć serce i patrzeć w serce, mimo paragrafów. Krzywda zostaje raną na całe życie. Biorę w obronę wyrzuconego bramkarza Juve, GL Buffona i jego gorące słowa na temat sędziego. Może nie popieram wszystkich słów ale rozumiem wiadro goryczy.

Ryszard Bryła na pewno premiery ligowej nie zaliczy do udanej, pozostaje mu powrót do zapisu meczu i gonitwa myśli. Będzie lepiej? Nie wiem, bo jak się okazuje rutyna niczego nie zapewnia do końca. Nawet słynnej Barcelonie zdarzają się wpadki historyczne w postaci bolesnej porażki w Lidze Mistrzów w Rzymie! No, ale Grudziądz nie Rzym a futbol nie speedway. Jedziemy!

Baronowe Byki z tytułem hrabiów

final18-1024x682

Liga, to liga, a jeszcze w dodatku Ekstraliga. I finał! Ostatni mecz finalny o mistrzostwo Polski pomiędzy Lesznem a Wrocławiem, czyli Fogo/ Unią a Betardem/ Spartą, rewanżowy, na torze we Wrocławiu miał napięcie elektrowni atomowej. Gospodarze byli przygotowani na odebranie złotych medali, liczyli, że osiem punktów przewagi z Leszna jest do odrobienia. Jakie to życie przewrotne… Reżyseruje, robi aneksy, resetuje. Bajki czasem bywają prawdziwe, nie każdy film kończy się happy endem.

Otóż szkoleniowcem Unii jest Piotr Baron, startował we Wrocławiu, jest pojętnym trenerem, potrafi czytać “grę”, inteligentnie potrafi komentować zdarzenia na torze. Takie “coś” trzeba mieć w sobie, co najwyżej można się poduczyć, ale tzw. chłopski rozum nie jest do kupienia na szkoleniowym bazarze. Baron jest na dobrej drodze aby mieć jeszcze większy prestiż trenerski a to upoważnia do prowadzenia kadry narodowej. Jeszcze nie wszystko opanował, jest w połowie dorobku, nie sądzę by nie miał ambicji ponadklubowych. Umiejętność przekazywania w stresie rad zawodnikom jest zaletą niebywałą, dokonywanie zmian w decydującym momencie darem. Przypominam sobie “zamurowanego” na amen w czasie EURO’12 na Stadionie Narodowym Franciszka Smudę, który do końca nie potrafił podejmować, ani wtedy, ani potem zmian koniecznych. Nie każdy jest Guardiolą, Mourinho, Emerym, czarodziejami trenerskimi; bossowie znanych klubów piłkarskich od Madrytu po Londyn wiedzą, gdzie ich szukać i wybierają, kontraktują i płacą za rozum. Tego rozumu na świecie nie ma za wiele, bo gdyby był, może świat wyglądałby inaczej.

Wspomniałem o przewrotności losu. We Wrocławiu szkoleniowcem jest Rafał Dobrucki, wychowanek Leszna. Ojciec Zdzisław był ongiś mistrzem Polski, który zdobył na torze gorzowskim. Syn wdał się w ojca i pojechał ścieżką taty, jednak przykre kontuzje zadecydowały o końcu kariery obfitującej w sukcesy. Inna jest jednak mentalnie kariera zawodnicza a inna szkoleniowa. Rafał z zespołem, w którym jest dwukrotny mistrz świata Anglik Tai Woffinden i kandydat na podium mistrzostw świata anno 2017 Maciej Janowski, uczestnik serialu Grand Prix miał prawo nie spać w nocy i marzyć o tytule drużynowego mistrza Polski. I pewnie nie spał i przed meczem, i długo po. Taki bywa trenerski chleb, który piecze się i w ciągu dnia, i nocami.

Pełny ludzi wrocławski stadion po remoncie, gala i czekanie na ceremoniały. Sparta ma ogromne zasługi dla polskiego żużla, ba światowego. W klubowym rozrachunku cztery razy mniej mniej laurów złotych, aniżeli rywale zwane Bykami z Leszna. Tam od 1938 roku trwa “żużlowa zabawa” i sukcesy bez końca, jak widać i w tym sezonie. Oba kluby organizowały w przeszłości światowe imprezy, świetnie przygotowane, z etykietami BEST władz międzynarodowego towarzystwa opieki nad speedway’em. Miasto nad Odrą coraz piękniejsze, na pewno wróci po tej przebudowie stadionu olimpijskiego na arenę międzynarodową. Leszno mniejsze ale i takie może być stolicą. Już niczego nie dodaję, wracam na poligon rewanżowego meczu, który zakończył się fetą i medalami. Walka była bez pardonu, kontrolę trzymał mądrze Paweł Słupski, który nie dał się wytrącić z równowagi. Panował nad tym towarzystwem a tor/ Henryk Piekarski/ był do jazdy i one były do końca. Padł remis, przewaga z pierwszego meczu dała złoto Unii po raz 16, ale statystycznie to po raz 15, bo jak dziś pamiętam ten mecz w Rzeszowie z 1984 roku, kiedy leszczynianie mając tytuł w garści, przegrali ostatnie wyścigi dając prolongatę na zostanie w elicie stalowcom. Był szok, bo trudno na życzenie zremisować mecz żużlowy, taki precedens polski sport zaliczył nie bez wysokich kar.

No dobrze ale mamy 2017 i nie do odebrania tym razem tytuł DMP. Radość gości z Leszna była ogromna, smutek i złość gospodarzy, zagryzających wargi ale taki urok sportu, że niby faworyt a musi obejść się bez deseru.

Nie mam wątpliwości, że wygrała drużyna juniorska do końca lepsza, w kondycji zmotywowanej maksymalnie. A było widać, jak niektórzy uczestnicy tego meczu oddychali “rękawami”. Spodziewałem się szarż przebojowego Vaclava Milika, lecz Czech nie miał swojego dnia. Dlaczego? Anglik Woffinden zostaje w tym klubie na kolejny sezon. Wrocławianie mają u siebie indywidualnego mistrza Polski Szymona Woźniaka, mają asa, swojego wychowanka Janowskiego, który ma szanse na medal mistrzostw świata. Paka tatuowana.

Leszno nie ma takich “prominentów”, choć kulejący Piotr Pawlicki dawał czadu na stadionie i oblatywał z pucharem zwycięskim stadion. Leszno jest stolicą, żyje żużlem od rana do wieczora, miasto i okolice. Powojenna gwiazda, legendarny Alfred Smoczyk, który ma pomnik przed stadionem może być dumny z wychowanków, tam nie brakuje dopływu nowych, którzy trafiają do szkółki a co robić z nimi, wie Roman Jankowski. Lubię oglądać szczerą radość z wyniku, zasłużonego, uciecha bez udawania, po ciężkiej walce od początku do końca. I tak było w Lesznie, i tak było potem w rewanżu we Wrocławiu. Wygrali lepsi, mecz stał na mistrzowskim poziomie, przejdzie do historii. Medale cieszą obojętnie jakiego koloru, przegrani analizują dlaczego minęli się ze złotem. A wygrani budujący team z rodzimych wychowanków dołożyli do bogatej księgi kolejny złoty laur. Brawo. “Byki” mają rogi.

EKSTRALIGA wyciska w końcu emocje, adrenalina wypływa, serca miotają się nie bez bólu. Ten sport nie zawsze jest obłożony ładnymi okładkami a ten mecz był!

Dramaturgia widowiska była niemal szekspirowska, jazdy na krawędzi na torze do mijanek. Pogoda zatem dla bogaczy, gdyż wcześniej wobec opadów deszczu pokryto tor i zabezpieczono arenę tak, by pojedynek mógł dojść do skutku. A więc ścigano się szaleńczo momentami i szczęśliwie, było z przytupem niezłe żużlowe wesele.

PS. Ten finał powinien na stadionie oglądać Adam Łabędzki, którego dawno temu sprowadzono z Leszna jako obiecującego juniorskiego talenciaka do Wrocławia i na tym się skończyło. Życie, podobnie jak kariera nie zdarza się dwa razy. Szkoda! Disce puer!

Bal nad bale

tlo

„Jeśli będziesz po równo wielbił przyjaciół i wrogów, stracisz wtedy przyjaciół“ powiada stara sentencja. Finisz ligowy na polskich torach miał dramatyczne chwile, ostatecznie premie dostali lepsi i tak zostało pozamiatane, choć nie do końca…

W Ekstralidze mistrzem Polski została po raz czternasty Unia z Leszna, miasta zakochanego w żużlu, ozdobionego pomnikiem niezapomnianego mistrza Alfreda Smoczyka, to jego imię nosi stadion mistrzów Polski, którzy zdetronizowali gorzowską Stal, też tradycyjnie silną kuźnię talentów. W Lesznie w finale rewanżowym z wrocławską Spartą dowodzoną mądrze przez Piotra Barona walka była do ostatnich metrów fascynująca. Padł remis w meczu a ponieważ na obcym torze w Częstochowie /szkoda, że tam/ wrocławianie przegrali ośmioma punktami, to złote medale dostał zespół Romana Jankowskiego i Adama Skórnickiego. Ale bal nad bale: 45 do 45! Szaleli Tai Woffinden i Maciej Janowski, nie dali jednak rady bardziej równemu teamowi z Leszna /wygrywał nawet 16 – letni Dominik Kubera/. Leszno pany! Pasjonujące widowisko, klasowi zawodnicy i poziom godny najlepszych drużyn Ekstraligi. Było co oglądać wbrew malkontentom, którzy zawsze znajdą dziurę na wirażu. Leszno i okolice żyją żużlem, tam atmosfera snuje się nie tylko po pubach. Tam mówi się o żużlu i basta. Speedweay jest tematem dnia tak jak i to, kto z parlamentarzystów plunie drugiemu w twarz. Leszno zwyciężyło zasłużenie ale i wrocławianie zasługują na wygranych sezonu, bo kto spodziewał się, że “baronowie“ będą w pierwszej czwórce a potem dojadą do finału i powalczą o złoto bez żadnych kompleksów. Świecą mocno gwiazdy takie, jak wznowiony mistrz świata po raz drugi, angielski as tatuażów Tai Woffinden, czy wjeżdżający na mega orbitę Maciej Janowski, uczeń Amerykanina Grega Hancocka, a jeszcze trochę i mentor z nim przegra. Rozpędzona młodzież nie ma litości dla wieku, dokonań, po prostu szaleńczo ściga się i chce być lepsza, szybsza od starszych. I z jednej strony gratuluję teamowi z Leszna, z drugiej chylę czoła przed wrocławskim zespołem, który w tym sezonie zaskoczył wszystkich i na koniec pojechał świetnie w finale. A zwycięzcy jak zwycięzcy, ich się nie sądzi, oni przechodzą do historii. Amen.

W pierwszej lidze Ostrów Wlkp. na sezon 2015 zakontraktował trenera obdarzonego charyzmą i mianem szamana, czyli Marka Cieślaka. Gdzie bywał wygrywał, prowadzi ponadto reprezentacyjny team Polski. Ostrowianie mieli apetyt na Ekstraligę, jednak czy nie za szybko ?! Obok Leszna to kolejne sympatyczne, wielkopolskie miasto, które nie wyobraża sobie życia bez żużla. Ostrów przegrał na Łotwie w Daugavpils i nie wyobrażali sobie wielkopolanie by nie odrobić strat. Pomylili się bardzo i choć wygrali minimalnie, to Łotysze narobili zamętu polskiej władzy żużlowej awansem. Łotwa jest nie tylko ciekawa ale i żużlowo zaznaczona turniejami Grand Prix. Do zwycięstwa poprowadził ich czekoladowy Antonio Lindbaeck, urodzony w piłkarskiej Brazylii a mieszkający w Szwecji. W Ostrowie szok i na koniec meczu trenera Marka Cieślaka przebadano alkomatem/ ale heca!/, który dał wynik niekorzystny dla zasłużonego szkoleniowca. Oświadczył, że był już po pracy…Gospodarze narzekali na tor, zwłaszcza bracia Szczepaniakowie. Złej baletnicy wszystko przeszkadza, nawet w oknie kotara. Nieprzyjemnie zrobiło się w Ostrowie Wlkp., bo przegrywać trzeba umieć i zachować twarz. Jak tam bywało w historii tego klubu? Różnie, nie zawsze działo się dobrze, nie zawsze wszystko było jasne. Zajrzyjcie w kroniki. Nic na siłę! Jednak nie można odebrać temu miejscu: urody i prężności miasta, klubowi miłości do żużla za wszelką cenę. Końcowy zgrzyt nie przysporzy chwały Ostrovii i negatywnie popłynął komunikat o wizycie policji na stadionie i próbie alkomatowej. Uruchomiony został natychmiast internetowy świat i pisano w stylu: „Jestem na meczu ale trzeźwy“. Prowincjonalna draka i spektakularne pranie brudów jest fatalnym wizerunkiem z echem.

W Lesznie i Daugavpils radość a pokonani/ Ostrów, nie Wrocław/ niech nauczą się przegrywać. Marek Cieślak nie odleciał, wszak Ostrovia barażuje jeszcze z przedostatnim teamem Ekstraligi, faworytem Stalą Rzeszów. I znów mogą być numery…

Trzecie miejsce zajęła odnowiona Unia Tarnów, która pokazała dwa razy gdzie jest miejsce w szeregu rutynizowanych torunian.“Koperniki“ nie dały rady, osłabiony jest Chris Holder, którego jakby zaćmiła tragedia rodaka Darcy Warda. Nie dziwię się panie i panowie, człowiek nie jest z żelaza i nie każdy ma taką psychikę jak Jason Doyle, też z kraju Kangurów. Toruń zjeżdża i chyba czas na zmiany pewniaków.

Na trzecim froncie, zadowoleni są z awansu gdańszczanie, którzy dobrze się stało, że zachowali kontakt z middle class. Żużlowa kultura w Trójmieście zasługuje na byt w eleganckim towarzystwie, jak na sopockim „Monciaku“ bywa.

Końcówka męska na polskich ligowych torach była udana, walczono, pokazano ambicjonalnie, że faworyt może stracić koronę a słabszy/ nie każdy/ wznieść się na super poziom. Pogoda tym razem była łaskawa. W Ostrowie Wlkp. maszyna startowa robiła figle, nierówno podskakiwała do góry i sędzia z Tarnowa powtarzał słusznie starty. A powtórki nie zawsze przynoszą sprawiedliwe rozstrzygnięca, trudno: los jednym daje, drugim odbiera ale grunt, żeby kasa się zgadzała, jak powiadał szuler z kasyna nie byle jakiego.

Proszę Państwa, było na finiszu ostro z adrenaliną w gardłach, a że trzeba je czasem przepłukać czymś mocniejszym, wiadomo, acz w trudnych chwilach nikt nie zna ani dnia, ani godziny, bo nerwy są złym doradcą.

Żużlowa stolica Polski w Lesznie jest znów murowana, na Łotwie jeszcze „drewniana“, lecz wszystko wyklaruje się, gdy pieniądze dorównają kolorom medali.

Darcy i polska fala

Zanim przejdę do sedna muszę oddać hołd norweskim ofiarom, które zginęły z ręki i pomysłu człowieka, który perfidnie wymyślił zbrodnię, okrutną i ze względu na swoją jawność niesamowicie bolesną i porażającą. Straszne.

I w tych godzinach tragicznych dociera do mnie dramatyczna wiadomość z Londynu, że Amy Winehouse została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu. 27 – letnia piosenkarka miała głos, który balsamował dusze. Świetna na estradzie, niestety oplątana nałogiem alkoholowym i narkotykami nie dawała sobie rady i… nie dała. Smutne, że nikt nie pomógł. Tylu wokół „przyjaciół“… Help Yourself. Piękno ma wiele postaci, ale tylko jedną duszę. Życie biegnie, pędzi i nie ma czasu na wrażliwość, bo czasem jest błogosławieństwem a czasem przekleństwem.

Solidna firma wielkopolska w postaci Józefa Dworakowskiego, prezesa Unii Leszno ma rozterki. Prezes podjął decyzję o odejściu z klubu, rezygnuje jesienią tego roku, koniec, kropka. To, że ktoś odchodzi, ma dość obowiązków i chce zająć się swoimi sprawami zawodowymi i osobistymi mnie nie dziwi. Gorzej, że Józef Dworakowski sączy pewną gorycz i oświadcza wszem i wobec, że to były stracone lata. Oddał swój czas, zachłysnął się emocjonalnie światem żużlowym i kiedy znalazł się w środku tej machiny, jako przedsiębiorca doszedł do wniosku, że już nie warto tracić ani czasu, ani pieniędzy. Jako prezes z Unią odniósł sukcesy mistrzowskie, międzynarodowe w postaci serialu Grand Prix, drużynowych mistrzostw świata, złota i laurów. A jednak odchodzi z goryczą. Czy  świat żużlowy na progu każdego wita i hołubi a potem kopie i wyrzuca bezceremonialnie? Coś w tym jest i sam doświadczałem przyjemności i nieprzyjemności zarazem. Trudna grupa do współżycia, na pewno. Czasem człowiek nie oczekuje darów, zadawala go podziękowanie i serdeczność za wkład serca, o pieniądzach nie wspominając, wystarcza zrozumienie oddania duszy dla innych. Taka satysfakcja. Wydaje mi się, że dopóki ktoś daje, dopóty jest dobrze. Jeśli jest inaczej robi się „be“. Prezes Unii ma dość, wyczuwa się wyraźnie, że tak to jest. Wspomina na tych Lamach szczerze, że ma przed sobą żniwa i nie myśli o innych sprawach. Jako przedsiębiorca napomyka o finansach w lidze szwedzkiej, ograniczeniach kosztów i o tym, że niedzielne transmisje TVP zostawiają kibiców w domach. O sobotnich terminach ligowych już pisałem i wydaje mi się, że to musi się stać w interesie klubów. I kibiców!

W Polsce mamy z jednej strony ogromne sukcesy międzynarodowe, z drugiej jest ligowa rzeczywistość, taka piłkarsko – barcelońska. Rozbuchane budżety w niektórych klubach a w innych dno.

Jak to się mówi, Polska to biedny kraj bogatych ludzi. Zagraniczni zawodnicy przyzwyczajeni są do honorariów piłkarskich, część polskich żużlowców również nie wyobraża sobie życia bez takich stawek. Prezesi klubów sami kiedyś na oślep wywindowali gaże wyrywając sobie zawodników na siłę, podpłacając bez wyobraźni i nie zastanawiając się co będzie w środku sezonu i później. I to co musi wystarczyć w lidze szwedzkiej na cały sezon, w Polsce wystarcza na kwartał. Pięknie.

Odejścia z czynnych funkcji takich ludzi jak prezes Dworakowski zmuszają do refleksji i smutnych myśli nie tylko dlaczego, ale i czy otoczenie nie może zrobić czegoś by zatrzymać wartości, na polu kompromisu rozwiązać problem dla dobra klubu, polskiego żużla. Prezes ma dużo do powiedzenia, nie jest malowanym działaczem; środowisko i jego bolączki zna od podszewki i wie, co zrobić, żeby zmienić na lepsze. W Polsce jest jeszcze tak, że chwile słabości są wykorzystywane przez innych, ponieważ nie wszyscy lubią twardych ludzi, nie tolerują kompromisów i akceptują jedynie takich co dają a nie odbierają, gdy jest krucho w kasie. Bywa i tak, że na stanowiska prezesów czyhają inni żądni sławy i występują w roli cudotwórców by leczyć swoje kompleksy. Są tacy klubokrążcy… Znam jednego alfę i omegę od wszystkich spraw, nie tylko od żużla,  nawet od płukania gardła.

Zapędziłem się daleko a tu jak mówi prezes Dworakowski na horyzoncie żniwa.

W angielskim Poole w pierwszym turnieju mistrzostw świata juniorów wygrał sympatyczny Darcy Ward, australijski chłopak, czystej wody talent, uśmiechnięty, świeży powiew w zrutynizowanym gronie. Widziałem go w akcjach kilka razy i jestem przekonany, że Australia będzie miała z niego wielką pociechę. W ogóle Antypody w tym wcieleniu mają dobry zastrzyk talenciaków, podobnie i my. Chris Holder, Troy Batchelor, Darcy Ward i kapitan Jason Crump w roli maga. A polska fala?

Maciej Janowski rośnie w siłę, był drugi za Wardem, są bracia Pawliccy, Piotr jr i Przemysław. Fajne chłopaki i ojciec Piotr Pawlicki może być dumny z takiej ferajny na żużlowych torach. Aż dziw bierze jak mogliśmy drużynowo wypaść z obiegu i to na rawickim torze w drużynowych mistrzostwach świata, które często obstawialiśmy złotem. Indywidualnie także i myślę, że w finale w Gnieźnie na początku października Polacy odegrają głowną rolę, kontrolując przebieg walki wcześniej w Holsted i Pardubicach. Czyli Ward kontra polska młodzież? Chyba tak.W premierze pojechali równo, w barażu. Kolejne turnieje pokażą kto jest stabilny w jazdach po złoto, Australijczyk ma już dwa mistrzostwa świata z rzędu na koncie, świetny bilans i hat trick mu się marzy, lecz co zrobić z Janowskim i braćmi Pawlickimi? Ściganie się w wydaniu młodzieżowym ma posmak dużej świeżości i optytmizmu na lepsze jutro w tym sporcie.  Ach, na dobre żniwa.

Blisko gwiazd

Mówią, że marzenia są dla dzieci i kobiet a dla mężczyzn zadania do wykonania. Czy tak jest?

Nowy stadion w Toruniu powstał szybko i sprawnie, bez chwalenia się jest Motoarena z pięknym dachem i jakby mało tego było żużlowy świat zachłyśnie się w połowie przyszłego roku wielkim debiutem toruńskim w postaci turnieju Grand Prix. Nie ma co ukrywać, że obiekt wizytowany przez gości zagranicznych przy okazji bydgoskiej GP zadziwił wszystkich, gdyż mało kogo w Europie, ba na świecie stać na takie stadiony.

Przypominam sobie jak kielecki Kolporter w podobnym stylu zbudował futbolowy obiekt, bez zbędnych ceregieli. Polska stadionowa zmienia skórę, w perspektywie EURO 2012 i nowych inwestycji rodzą się przy okazji inne, modernizują, pięknieją i stają się wygodne dla kibiców. Trzeba mieć wyobraźnię i budować na jutro a nie na dziś, toteż niektóre poczynione inwestycje w zestawieniu z projektami tych przyszłych stadionów rażą już nie tyle niewygodą, co archaizmem i brakiem przestrzennej wyobraźni. Stadion to nie tylko miejsce, które powinno być wygodne dla kibiców, mediów, oczywiście dla zawodników. Polskie toalety na stadionach są mentalnym obrazem dzierżawców i właścicieli. Wystarczy zobaczyć w Częstochowie z górnej trybuny toaletowe pod niebem załatwianie potrzeb „wężykiem” jak biegnie trasa w dół. Widok zawstydzający włodarzy, choć oni chyba nie widzą w tym nic zdrożnego, toteż polecam im rozwiązanie męskiej zbiorowej toalety w Vojens u Ole Olsena. Komisja weryfikująca stadiony, kluby powinna zwrócić uwagę na wstydliwy temat i jakże paskudnie polski, od lat nie modelowany na normalność i przyzwoitość higieniczną. No ale dość tych śmierdzących spraw. W Częstochowie wiążą koniec z końcem i chyba przyjdzie pora na bożą pomoc.

Transfery.

Grzegorz Walasek nie dostał „absolutorium” w Zielonej Górze gdzie uczył się rzemiosła. Ma niewyparzony język, czasem coś palnie i potem echa odbijają się od ściany. Prezes Robert Dowhan nie  widzi go w składzie Falubazu, a opiekun Piotr Żyto chyba też. Walasek ma zgryz, bo chciał jeździć w klubie, który zdobył mistrzostwo Polski. Takie teraz życie, że  wcale nie musi być tak, jak chce zawodnik, bo rynek krzepnie i dojdzie do tego, a może już dochodzi, że zawodnicy będą prosić o robotę. Żądania płacowe w dół?

Klubokrążca Nicki Pedersen poznaje geografię Polski. Kraj większy od Danii. Gorzów, który nie spełnił oczekiwań kibiców i mimo w swoich szeregach Tomasza Golloba i Rune Holty stawał w gardle prezesowi Władysławowi Komarnickiemu. Prezes ma zapędy na górną półkę i dlatego nie patrzy na kryzysowe uwarunkowania. Ciekawi mnie Gorzów zawsze, bo mam sentyment do tego klubu nie tylko z powodu niegdysiejszych mistrzów Edwarda Jancarza, Zenona Plecha czy Bogusława Nowaka. Tam jest parcie na mistrzowskie popisy, stadion niezły, jest nadal Gollob i nadzieje sięgające gwiazd. W Gorzowie panuje klimat, ba subkultura żużlowa, podobnie jak i we wspomnianym Falubazie, czyli lubuskich klubach z dużym nasyceniem oparów metanolu. Gorzowianie potknęli się w tym sezonie, równiejsi zielonogórzanie zostali mistrzami, a kto wiedział na progu sezonu, że tak się stanie? Rune Holta zrobił swoje w gorzowskim klubie, zna swój fach, zna też naszą mentalność a my psyche Norwega i możliwości na torach. Gość do wzięcia zawsze, bo ma  serce do walki jak nie z fiordów, a z Tatr.

Wspomniałem na wstępie o zmieniającej się urodzie stadionów, dach nad głową będą mieli w Rzeszowie. Coraz więcej tych dachów czyli kokietowanie kibiców nadeszło wreszcie. Wpływy z biletów są ważnym elementem budżetowej strategii w klubach. Niegdyś lekceważone, nie liczone wskutek dotowania przez mocodawców, dziś każdy kibic na wagę przyszłości klubowej. Kończą się lekkomyślni darczyńcy, którzy dawali bez kontroli. Nie dadzą byle jak i na byle co.

Dostrzegam także pewną  stabilność w transferowych działaniach, przykładem toruński Unibax, który kompletując wcześnie skład chciał mieć zawodników na dwa lata. Trochę zaskakująca strategia  w polskiej rzeczywistości.

Czy ten sezon będzie bardziej ekscytujący od tego minionego z takimi przerwami w końcówce  rozgrywek? Wszystko wskazuje, że tak. Poruszone kluby lubuskie będą miały dużą siłę rażenia, rewelacja rosyjska Emil Sajfutdinow lubi Polonię Bydgoszcz. Jest tam widocznie „duszoszczipatielno”. Australijski wykładowca eleganckich jazd na polskim gruncie Leigh Adams nie wyobraża sobie startów w innym klubie, niż Unia Leszno. Adams czuje się tam jak u siebie w domu, nie dziwię się, bo po co zmieniać coś, co jest znane już na wylot. Zostaje więc na starych „ śmieciach”. Kangur bykiem na zawsze. Taki cud.

Reanimuje się krakowski speedway, choć w wielki rozruch nie wierzę za bardzo. Dobrze, że w ogóle myśli się o tym w mieście, gdzie futbolowa tradycja Wisły i Cracovii jest wysoko ponad Kopcem Kościuszki.

W kontekście Ekstraligi, roszad personalnych, reszta klubowej, polskiej rzeczywistości jest klecona na miarę dobrobytu… czym chata bogata. Gwiazdy lubią nieboskłon półki najwyższej. I przy okazji kasę na okrasę. Południe Polski nie jest takie szczodre, jak północ i zachodnia ściana. Tam prosperity ma inny wymiar, inną siłę. Obserwuję ten rynek od lat tylu, że wstyd się przyznać przy dziewczynach. Ale co tam… Niech grają najlepsi, niech grają ci, co mają czym, kim i za co. Prawda czy nie?

Do świąt pięknych zwykle jak obrazki już blisko, do końca roku niestety także. Przyjdzie się porachować przy okazji. Tomasz Gollob ma ogromne szanse w plebiscytowych potyczkach jako permanentny zwiastun nadziei na światowy wynik w skali globalnej i lansowanie polskiego uwielbienia dla żużlowej sztuki. Tak to jest.

Nadal mamy marzenia o złotym medalu mistrzostw świata w singlu, aby odciążyć Jerzego Szczakiela z ciągłego przypominania o swoim takim medalu. Sztuka żużlowa jest trudnym zajęciem. Można orać i orać a plon zbiera ktoś inny. Wredna sztuka, choć bywają bardzo przyjemne chwile, radosnego uniesienia i najgorzej jest wtedy, kiedy kończy się sezon a do wiosny jeszcze daleko. W hali nie ma zastępczych turniejów, poza rosnącymi harcami na lodzie w Sanoku.

Jest zimowa ciąża a poród sezonu za cztery miesiące, mamy więc teraz wyczekiwanie co się urodzi ligowym prezesom. Odsyłam zatem w tej chwili do pierwszego zdania tego felietonu. Szykujcie choinki.