Smuta na całego

Węgierski sędzia nie zaliczył na EURO piłkarzom Ukrainy prawidłowej bramki. Wstyd. Teraz jest na piłkarskich boiskach jest pięciu sędziów, w tym główny. Strategiczny sędzia „był chyba ślepy“ piszą w mediach. Ukraina pod wodza Olega Błochina grała z polotem i zasłużyła na gola, zdobyła, piłka wpadła ewidentnie do siatki, wprawdzie wybita, ale była poza linią, lecz nikt nie uznał z grona sędziowskiego zdobyczy Ukraińców.

Co robić w pomyłkami arbitrów, które zdarzają się na każdej arenie, selekcjonowani ludzie popełniają rażące i krzywdzące decyzje, które niweczą kilka lat pracy, wywołują gorycz i złość.

Co robić? Przede wszystkim korygować i nakazytwać powtórki i nie patrzeć na konsekwencje czasowe, bo gorszy jest sportowy ból. A bywa ogromny i nie trwa chwilę. W piłce nożnej, ręcznej, tenisie, żużlu  oraz innych sportach zdarzają się raz po raz sędziowskie byki. Sztaby szkoleniowców opracowują metody eliminujące wpadki i niestety nadal mają one miejsce. To co wydarzyło się w Doniecku na imprezie, wysoce prestiżowej jest mega skandalem. A jednak.

Co robić? Bicie się w piersi po fakcie nic nie daje, odsuwanie od następnych sędziowań sprawców nieszczęść nie daje satysfakcji poszkodowanym. Szybka reakcja i nakaz powtórki jest jedynym rozwiązaniem chorych incydentów.

Przypominam sobie 1973 rok i niemieckiego sędziego, który po finale indywidualnych mistrzostw świata w Chorzowie został odsunięty od pulpitu za tzw. lotne starty. Nie specjalnie protestowała polska strona, bo mistrzem świata został Jerzy Szczakiel. Georg Transpurger z bawarskiego Pocking już nigdy nie prowadził finału mistrzostw świata, choć marzył o rehabilitacji. Teraz w Doniecku na EURO skompromitował się węgierski sędzia i oczywiście UEFA, która nie dopuszcza technicznych środków sprawdzających  kontrowersyjne wydarzenia. Ma się to zmienić po 5 lipca. W żużlu po karambolu sędzia zerka na ekran monitora i jeśli nie jest kąpany w gorącej wodzie podejmuje słuszną decyzję, choć bywają tacy, którzy raptownie, przekonani o swojej nieomylności, wydają werdykt, który potem bywa wygwizdany przez widownię, a zawodnika doprowadza do sportowego szału. I nie tylko sportowego. Kopie, pluje i złorzeczy. Warto zatem dłużej rozpatrzyć incydent, obejrzeć dokładnie aby nikogo nie krzywdzić.

Futboliści pod wodzą Franciszka Smudy nie wyszli z grupy i powiało smutkiem. Ogromnym jak Polska długa i szeroka. Prezes PZPN Grzegorz Lato zbiera cięgi za ten stan i pokazuje, że ma skórę twardą jak żelazo. Nie do zdarcia. Wylewane kubły pomyj nie bardzo prezesowi przeszkadzają i nie chce abdykować. Nie przypominam sobie faceta, który w sporcie znosiłby tyle inwektyw. Przyspawał się do fotela i koniec. I nikt nie daje mu rady, jest odporny i nadal błyszczy perlistym uśmiechem. Gość rzadkiej urody i jak to powiedział jego kolega z boiska Zbigniew Boniek, był świetnym piłkarzem ale jest najgorszym prezesem w historii. No i co? No i nic!

Skąd my to znamy obserwując motorowe środowisko, żużlowe, które nie jest wolne od krytyki. Zwłaszcza teraz przy nowych regulaminach, zmianach, karach nakładanych przez żużlową władzę. Krosno obarczone karą rezygnuje z rozgrywek. Nie przepadam za szantażami, lecz w trudnych sytuacjach można wylać dziecko z kąpielą. I tak żużlowe Krosno wylane zostało do Wisłoka. Przykre. W ogóle dni kiedy odpadli biało – czerwoni z EURO, zrobiły się smutne a dodatku tak upalne, że przypiekanie było nader dotkliwe.

Słucham w radiowej „ Jedynce“ wywiadu z prezesem NBP Markiem Belką i były premier indagowany o inicjację EURO mówi o tym i tamtym, o grupie ludzi, którzy zaangażowali się w początki tej wielkiej imprezy i wspomina Jerzego Ciszewskiego, z grupy „pijarowskiej“ zaznaczając, że to… syn Jana Ciszewskiego słynnego komentatora sportowego. Panie premierze, na Boga, legendarny „ Cis“ miał jedynie córkę, która mieszkała w Katowicach i nadal chyba mieszka. Błędy zdarzają się takiej klasy bankowcom, więc co tu mówić o sędziach sportowych. Oby Markowi Belce nie pomyliły się stopy procentowe…

Nie myli się tylko ten, kto nie robi nic – mówi wyświechtany slogan. Błędy bywają małe i bywają jak wielbłądy. Kiedy w wyniku złej decyzji niweczy się wysiłek wielu miesięcy, wypacza wynik, rujnuje kariery musi winowajca ponieść konsekwencje adekwatne do pomyłki. Szybka reakcja poprawia wizerunek sytuacji. UEFA popełniła gafę historyczną raniąc Ukrainę, bramka jasna jak słońce nie została uznana. W żużlu mamy sędziego i potem zbiera się JURY, ale co nam z tego, że… potem. Potem to można zjeść tylko kanapki. Przyznać się od razu do pomyłki i naprawić krzywdę natychmiast powinno być celem nr 1. Nie potem, nie następnego dnia czy za tydzień. To już wtedy przysłowiowa musztarda po obiedzie. Niesprawiedliwość boli okrutnie, niszczy charaktery, podważone jest zaufanie i krzywda wywołuje długą gorycz, często nie do zapomnienia.

Jak zaradzić?

Drastycznie przez zastrajkowanie, przez wycofanie się, przez zlekceważenie władzy?

Za historyczne sportowe błędy winne są federacje, uchwalone regulaminy i brak konsekwencji. Lekceważanie wysiłku, wydanych pieniędzy, skopana jest sama idea sportu. Głowa prezesa do dymisji? O tak. Honorowo. To też. Ale dodam na koniec tych smutnych dywagacji, że honor już dawno zaginął na salonach różnych szczebli by nie wspomnieć o sportowych. Liczy się teraz nie honor tylko kasa. Przykre i prawdziwe.

A więc?

Jak możemy do diaska mówić o szlachetnej rywalizacji, która powinna być dla wszystkich piękna i krystalicznie czysta a bywa zalewana gorzkimi łzami. Życie ciągle pokazuje, że sędziowie są omylni i muszą być korygowani czy to się im podoba czy nie. Nie są papieżami sportu, na Boga! I dlatego ogarnia mnie coraz większa smuta.

Speedway w starciu z kopaną

 

Widzę auta, których lusterka zewnętrzne ozdobione są biało – czerwonymi pokrowcami. Szaliki sportowe zdobią tylne półki samochodów, dostrzegam kapelusze, piłki i tym podobne  pamiątki w sklepach, niemal wszędzie, zaczął się „potop“ gadżetów różnej maści, flagi, kapelusze, czapki, koszulki, bluzy dla dzieci i dorosłych. Mamy atmosferę zbliżającego się święta futbolowej Europy. Budowane są w miastach Strefy Kibica, by wspólnie oglądać i przeżywać mecze. Robi się miło na sercu, biało – czerwone barwy dominują i podnoszą ciśnienie. Nadzieję. A do otwarcia EURO – 2012 jeszcze trochę dni. Dumny jestem z tego, że tak wielka impreza sportowa rozgrywana będzie u nas. W moim kraju. Dlatego nie rozumiem posła Jana Tomaszewskiego, bramkarza, który kiedyś na Wembley powstrzymał Anglików. Po tym sukcesie i awansie „Orłów“ Kazimierza Górskiego do mistrzostw świata pod katowicką redakcję „ Sportu“ zjawiła się na rynku spora grupa kibiców, mimo późnej pory odśpiewała tradycyjne sto lat. Robiło się gazetę w porywie z radością. To były czasy! Który rok? 1973. W tym samym, kiedy Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim zdobył tytuł mistrza świata. Wspaniały rok, następny jeszcze lepszy. Dlaczego nie rozumiem posła Tomaszewskiego? Jego olbrzymiej awersji do wybrańców Franciszka Smudy? Otóż poseł uważa, że w takiej reprezentacji powinni być tylko sami rdzenni Polacy, nie skażeni zagranicznymi paszportami. Staram się zrozumieć Jana Tomaszewskiego, którego kiedyś poznałem na mistrzostwach Polski w tenisie stołowym, bo interesował się ładną grą jednej ładnej zawodniczki, bardzo utalentowanej. Agresywne wypowiedzi posła ma zgasić jego partyjny wódz. Został skarcony przez towarzystwo.

W każdym razie sianie nienawiści w sporcie, zresztą nie tylko tam, kłóci się mega mocno z ideą sportu przez duże „ S“.

Atmosfera w obliczu piłkarskiego święta Starego Kontynentu rośnie z dnia na dzień. Tak  myślę, że gdyby takie  finały rozbić na  różne kraje i w czasie, podobnie jak to się dzieje z żużlem w ramach Grand Prix, festiwal byłby rozmyty jak kiepskie mydło. A tak mamy nasycenie maksymalne i urok właśnie święta od którego trudno uciec. Poprzez rozmaite gadżety, uliczną reklamę, wystrój gastronomicznych lokali widzimy jak atmosfera pięknie rośnie. Eksplozja nastąpi, kiedy sędzia gwizdnie i kopnięta zostanie pierwsza piłka w meczu otwarcia Polska – Grecja. Wtedy już nie będzie zmiłuj się a czas zostanie zagospodarowany przez futbolowy teatr.

A gdzie w takim razie będzie miejsce na speedway?

Powszechnie mówi się, że żużlowi kibice są wyjątkowi i tak zapatrzeni w swój ukochany sport, że poza warkotem motocykli nie widzą świata. Nie wszyscy jednak i spora część widzi, emocjonuje… gdyż prawdziwy kibic interesuje się wszystkim, co kryje się pod słowem sport. Kocha, lubi, szanuje.

Wyobrażam sobie, że armia kibiców z zagranicy, która przyjedzie do Polski m szansę  przy okazji zobaczyć i żużel, tylko trzeba tym fanom zaproponować takie możliwości. Okazja jest doskonała i sądzę, że wśród tych kibiców są i tacy, którzy poza piłką nożną kochają także speedway, zwłaszcza turyści z Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Czy pomyślano o takim rozwiązaniu w gronie żużlowych animatorów nie wiem. Gorzów żyje turniejem Grand Prix, który zaplanowano w drugiej połowie czerwca. Liga ma swoje prawa i tak się nakręca. W jakim stopniu temperatura piłkarska odbije się na żużlowych emocjach zobaczymy; śledzę frekwencję na stadionach i nie ma co kryć, że jest ona co roku niższa. Nie bez wpływu na taki stan mają telewizyjne przekazy Ekstraligi, bo kibice liczą nie tylko pieniądze, także czas, no i wygodę.

Raz jeszcze wracam jako „człowiek nie nowoczesny“ jak to określają niektórzy adoratorzy serialu Grand Prix, że skomasowane wydarzenie jakie by nie było kumuluje energię i wyzwala adrenalinę, która jest strasznie zaraźliwa dla otoczenia. Żużlowy serial GP jako indywidualne mistrzostwa świata w swojej atmosferze zużył się jak wycieraczka do butów przed ZUS – em. Nie ma GP świeżości święta, oczekiwania, zjazdów gremialnych. A na EURO‘12 bilety sprzedane, będą tłumy przed ekranami na placach i pełne lokale, gdzie przy piwie podziwia się grę artystów kopanej.

Dlatego mi żal i zazdrość mnie gnębi, że takie imprezy wyrywają ludziom włosy z głowy a serial żużlowy robi się jałowy jak sucha kromka chleba. Gdzie te desery, wisieńki na torcie? Liga? No tak, ale ja wołam maniakalnie o extra wydarzenie kumulujące wszystko co najlepsze w sporcie żużlowym. Po prostu finał finałów, szczyt szczytów.

Ostatnie tragiczne wydarzenie na torze i śmierć angielskiego zawodnika Lee Richardsona

przygnębiła całe środowisko, bo z życia wyrwany został człowiek w pełni sił i perspektyw. Takie wydarzenia robią duże spustoszenie w świadomości i wprawdzie, życie pędzi i sport się nakręca, zostają jednak w pamięci okruchy nieszczęścia. Wszystko co najgorsze każdego może dotknąć, tak jak zatytułowałem ostatnią moją ksiażkę „Szybkość nie wybacza nikomu“. Co za zbieg okoliczności i ogromnie mi przykro, że na torze znów doszło do dramatu. Powróciłem z premedytacją do tego smutnego faktu w obliczu piłkarskiego święta, które zdominuje w czerwcu sportowe życie w Polsce. I nie tylko, bo takie imprezy zniewalają dusze ludzi młodych i starych a mega emocje wdzierają się jak powódź wszędzie. Dlatego jestem zazdrosny o speedway, dlaczego nie mamy /żużlowe środowisko/ takiego wyjątkowego święta, na które „pielgrzymują“ kibice z dalekich zakątków a świat dowiaduje się skutecznie o tym co dzieje się na boiskach. A będzie się działo, oj działo! Kolorowo, głośno i myślę, że bezpiecznie. Eurosportowo, że hej!