Człowiek nie jest kurzem (cz. 3)

Moda. Kupuję Vogue, kultowe pismo amerykańskie, obecne na całym świecie, w Polsce też. Tak, lubię. Nie tylko to, bo ciągle uwodzi mnie Diana Keaton i razem z Jackiem Nicholsonem w “Lepiej późno, niż później” fundują optymizm, którego tak mało na tym świecie. Teraz. Święta, sentymentalne Boże Narodzenie, choinki mają zapach lasu, u mnie w domu rodzinym zawsze mówiło się “drzewko”. W ogóle święta mają tradycję spotkań, jedzenia dobrych rzeczy, kolędowania, obojętnie jaka dopada nas aura otoczenia. Kultowe święta, rodzinne, polskie. Chcę jeszcze trochę o tym kulcie, snuję mini serial felietonowy, od dnia Mikołaja, który już na saniach nie jeździ. Lubimy jednak takie postaci, kultowe przez całe życie, bo człowiek jest ciągle jakby dzieckiem w odbiciach zdjęć sprzed lat. Wyprułem ze swojej głowy fragmenty wiedzy o żużlu, stos i etos, porządkuję magazyn przeżyć “bez pruderii” dla czytających.” Sprzedaję” siebie.

Come back wątek KULTU, który ma różne miary. Stadiony, ludzie, miasta, wydarzenia, które wpadają do historii. Pamiętamy, przypominamy sobie te najważniejsze a każdy ma inną “urodę”; na tym polega wolność myślenia, wyrażania szczerych opinii bez strachu.

“CZŁOWIEK nie jest kurzem”, powiedział rumuński pisarz, filozof, mizantrop Emil Cioran i dodał: życie trwa tak długo, jak długo trwają nasze wzruszenia. One mają różne gwiazdki znaczenia, przykre, przyjemne, doznania do zapomnienia i wspominania. Przyznaję, że wzruszenia mnie polubiły. Czy można być obojętnym wobec emocji?

Zapamiętałem pierwszy wyjazd na Wembley, angielska atmosfera na meczach nie tylko żużlowych jest wyjątkowa. To trzeba przeżyć. Przypominam sobie pierwsze widzenie z młodym niemieckim zawodnikiem na praskim stadionie Marketa. Duży szum, dobrze zaopatrzony w sprzęt, ubrany tip – top. Towarzystwo liczne i śliczne. Nazwywał się Egon Mueller, nie przypuszczałem, że zostanie mistrzem świata. Został w 1983 roku na swojej ziemi koloru Fryzji w Norden. Początki miał trudne, uczył się jeździć, sprzęt przygotowany przez najlepszych mechaników, Otto Lantenhamer bawarski spec od silników był skromnym w obejściu fachowcem od silników. Egon pojętny “gracz” szybko zyskiwał zwolenników, robił postępy na torze, miał przychylne towarzystwo. Można go śmiało nazwać kultowym sportowcem, dbał o PR, chętnie wypowiadał się na konferencjach medialnych, nie unikał wypowiedzi, wiedział, że trzeba współpracować, obecnbie aktywnie „sprzedaje się” na FB. W swojej bogatej karierze nagrał nawet dyskotekową płytę, nie najlepiej śpiewał, ale spróbował, nie był leniwy, ciągle był poszukiwaczem novum. Kiedy samochodem jechał do dawnego Związku Radzieckiego rozebrano mu na granicy doszczętnie auto i motocykle. Poskładał bez awantury razem z synem Dirkiem. Byliśmy razem w Togliatti, rosyjska kolacja, finał kontynentalny IMŚ. Egon lubił towarzystwo, piwo mu wystarczało, dbał o image w szczegółach, był niemieckim żużlowcem, który został też kilka razy mistrzem świata na długim torze, śmiem twierdzić, że Niemcy bardziej kochali długie tory od klasycznych i ciekawy jestem, co na to kultowy Christian Kalabis /częsty gość na FB/, który wydawał atrakcyjny miesięcznik żużlowy “Bahnsport Aktuell”. Egon Mueller, niemiecki as bywał często w Polsce, odcisnął w historii żużla światowego kultowy ślad. Taki zawodnik za wcześnie się urodził, bo pewnie startowałby w polskiej lidze jako gwiazda. Ilu jeszcze takich z dawnych lat? To byłaby ligowa Estrada Lux z takimi aktorami; wyobrażacie sobie np. braci Moranów, kalifornijskich kowbojów czy Duńczyka Erika Gundersena?

Leszno, miasto żużlowo kultowe, nie tylko, że tam od 30 lat ukazuje się jedyny na polskim rynku “Tygodnik Żużlowy” ale emanuje sławą klub z 80 – letnią tradycją UNIA, czterokrotny teraz z rzędu mistrz Polski, w sumie ośmiokrotny. Brand wielkopolski. Gospodarka udana, talenty szlifowane, zagraniczni zawodnicy doceniają tam startować. Stadion dawnej daty, wymaga renowacji, imienia Alfreda Smoczyka pierwszego mistrza Polski, który tragicznie zginął na drodze. W tych okolicach mówi się o żużlu prawie wszędzie, nie wypada więc być ignorantem w tej materii. Tabu objawowe. Leszno organizowało imprezy światowe, bazą była pałacową Rydzyna, ciekawe miasteczko ok. 10 km od Leszna. Klimatyczna strefa z dużym bagażem obyczajowych eventowych scen. Z plusami, minusami, kompromisami przy bufecie pałacowym, gdzie niczego nie brakowało. Kultowe miejsce z duszą hotelową, gościnne dla wszystkich.

Rok 2020, już jakiś czas temu POLSKA wyforowała się, wobec kryzysu angielskiego speedway’a na czoło. Mocno lansowany serial Grand Prix, który zastąpił inny schemat rozgrywania MŚ doszedł jednak do niemalowanej ściany i wymaga resetu. Wyrzucono drużynowe mistrzostwa świata, władza żużlowa pod włoskim beretem FIM nie ma koncepcji na ratowanie resztek, sanację, brakuje pomysłu na rozwój, propagowanie wyścigów w nowych destynacjach świata. Pieniądze na naszym rynku zasłaniają czasem świat i rozmieniają rozsądek na drobne. Polska strona ratuje poziom, zatrudnia nie tylko elitę, także młode talenty zagraniczne, chętnie tu przyjeżdżają, zarabiają dobrze. Zamykanie się jednak w swoim domu wcale nie jest korzystne wizjonersko, gdyż wbijanie w pychę zwykle źle się kończy. Nic tak nie uzdrawia, jak konkurencja, niestety Polacy jej prawie nie mają. Gorzej… tracą wzrok i słuch na otoczenie bliższe i dalsze. Co dalej? POLSKA i empty… Konkurencją dla polskiej armii są zaledwie soliści, duety, w tym nadzieje ambitne, lecz speedway światowy a prawdziwie europejski ostał się właściwie polski. Jednorodny gatunek bywa, że znika, kwestia czasu. Fakt mało pocieszający, brakuje wyobraźni “bohaterom” samouwielbienia swojej pseudo doskonałości. Egotyzm nie jest cechą pocieszającą. Ryzykiem upadku.

W skali światowego żużla od 2022 zacznie się nowy ruch, ponieważ dzierżawę FIM – owską obejmie ktoś inny po BSI. Ciekawe co przyniesie novum wokół Eurosportu…

Wracam jednak do kultowych zjawisk, bo one wirują mi ciągle w głowie. Niewątpliwie sensacją było konkurowanie Duńczyków o tron mistrzostw świata, czyli Hansa Nielsena i Erika Gundersena. Ich patron Ole Olsen nieoczekiwanie trzymał stronę małego Erika. Nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja obu, gdyby nie dramatyczny wypadek w angielskim Bradford Gundersena, który walczył o życie a zdarzyło się w finale drużynowych MŚ. Gunder ocalał, lecz na tor nie wrócił, mieszka w rodzinnym Esbjergu. Strata dla wizerunku speedway’a na świecie dotkliwa. Takich przypadków mamy sporo, speedway jest ekstremalnym sportem, choć wypadki, kontuzje nie tylko sygnujemy na torach. Tragiczne i mniej groźne, różne, tak jest usłane życie w żużlowych zakamarkach naszej rzeczywistości. W Polsce przykre zakończenie kariery miał Tomasz Gollob, który był kultowym zawodnikiem, rozbuchał emocje fanów, narodziła się gollobomania, rodacy jeździli tam, gdzie startował, w liczbie, która dawała pokaźną kasę wszystkim organizatorom. Wypadek na trasie motocrossu w 2017 spowodował u mistrza walkę w innym wymiarze; bitwę o życie i jego funkcje. Los tak chciał? Kultowy zawodnik, który zgromadził wspaniały stos wyścigów, zwycięstw, worki medali – na torach nie tylko w Polsce przecież. Speedway jest uwielbiany za dramaturgię pojedynków na ostrej krawędzi, człowiek dosiada motocykla, nie jest sam decydującym o tym, co może się wydarzyć. Bywa pięknie i bywa przerażająco. Przeżywamy, trwamy, tęsknimy za wyścigami, polski fenomen żużla jest niezrozumiały z powodu tej miłości, niemal ekstazy i nie ma w tym przypadku rozwodów. Pretensjonalne zjawisko? Nie, mamy swoje “komiksy” bez podróbek, świat żużla nie wyobraża sobie dziś życia bez nas, bez polskiego euro.

Ten sport pisze scenariusze, które nie zawsze reżyser – los kontroluje i prowadzi do szczęśliwej mety. Kochamy jednak z dobrodziejstwem zła i dobra, świąteczne dni przypominają nam bumerangowo wydarzenia i nie ma od nich w wolnych chwilach ucieczki. Jest zjawisko kultowe ocieplające serca, bo kiedy się kocha, myśli wirują niemal obsesyjnie i to są nasze fascynujące “gwiezdne wojny”.

“Szoł” prezes

Decorating-Easter-Eggs-SBS-3-CMS

Mamy święta i pierwszy dzień tych bardzo radosnych dni znaczony jest Prima Aprilisem. Robi się w tym dniu różne psikusy, dla hecy. Kiedyś napisałem, że do hotelu “Katowice” przejazdem Mercedesem do Moskwy zjawi się francuska aktorka Marina Vlady, która romansowała namiętnie z rosyjskim bardem Włodzimierzem Wysockim. To była miłość od pierwszego wejrzenia nie tylko tych dwóch osób ale także mariaż Wschodu z Zachodem. Wysocki zachrypniętym głosem był zakazaną ikona artystyczną w trudnym czasie politycznym na świecie. Zjawił się przed hotelem tłum fanek, fanów, władza miała z tym problem na szczęście ja nie, bo obronił mnie “immunitet” primaaprilisowy.

Nie ukrywam, często w tym miejscu przywołuje cytaty, wspomnienia, szperam w swojej głowie i staram się aby Czytelnikom było dobrze. Obserwuj scenę sportu od wielu lat. I nie tylko tę scenę. Kiedyś spotkałem w Zielonej Górze człowieka, który mnie zobaczył i palnął jak łysy o beton, to pan jeszcze żyje. Sparowałem jak bokser , to pan nie czyta Tygodnika Żużlowego? Ano nie, żegnam pana i kątem oka widziałem, jak przypatruje mi się z niedowierzaniem. Człowiek jest istotą ułomną. Mówi się, że popularność jest jak opalenizna, szybko schodzi…

W historii żużla mamy osoby wybitne, zawodników, szkoleniowców, prezesów, którzy razem stworzyli i tworzą rozdziały tego sportu. Etapy znaczone walką o przetrwanie i ozdobione laurami, które dla słabych charakterów są niebezpieczne. Po prostu “odbija im

palma”. Znacie? No na pewno! Zawodników cierpiących, żużlowców świetnych, bogatych, biednych I takich, co kiedyś bralki tzw. bezzwrotne pożyczki/ jest taki nawet rekordzista i niech każdy sobie przypomni lata tzw. komuny/. Jedni mają, drudzy stracili samo życie kreśli historie, które nie zawsze są racjonalne. Nie lansuję hasła słynnego Jana Himilsbacha, artysty, aktora/ film Rejs/, który mawiał przy barach różnych knajp, że w życiu treba pić i jeb… żeby z nędzy się wygrzebać. Co jest dobre a co złe niech Czytelnicy sobie pomyślą, najlepiej w oparciu o swój życiorys. W czasach, kiedy na stadionach telewizja była wydarzeniem o którym się mówiło potem dlugo i z emocjami, osoby funkcyjne na stadionach nie były jeszcze opętane parciem na szkło. “Telwizyjne szkło” coraz bardziej wchodziło na arenę żużlową i rasowało charaktery. Pokazać się gdzieś, choćby na ułamek minuty, było na miarę imponowania. Z biegiem lat TV mościła sobie miejsce w żużlu i bardzo dobrze, bo nie tylko upowszechnia ten sport ale równocześnie wspomaga finansowo dzięki reklamowym ofertom. Biznes jest wielokierunkowy. Dziś żużlowe środowisko skażone pozytywnie telewizyjnymi przekazami nie wyobraża sobie życia bez obecności kamer TV na stadionach, pokazywania się na antenie i to różnych stacji. Nie lokuję towaru, więc zostaję bez marek.

Obserwuję sporty różne, speedway uwielbiam, lecz on nie jest osamotniony w miłości. Jakoś sobie nie wyobrażam, by prezesi wielkich piłkarskich klubów latali po murawie, odwiedzali szatnie. Obecni na stadionie w lożach władcy Realu, Barcelony, Bayernu, angielskich oraz włoskich klubów nobliwie śledzą, jak “ miliony dolarów” na boisku wykonują robotę. Nikt nie leczy kompleksów przez wbijanie się w oko kamery.

A speedway? Słaby musi a mocny może…

Nie neguję zachowań, każda osoba publiczna zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności pokazywania swojej twarzy. W każdym razie ewolucja, głównie prezesów, zmierza ku pozyskiwaniu popularności przez pokazywanie się na stadionach wszędzie i nie koniecznie w potrzebnym czasie. No tak, istnieje pewne ryzyko, że facet może być wygwizdany, publicznie obrzucony słowami, którymi obecnie wybrukowane są ulice. Popularność jak opalenizna szybko schodzi, powtarzam, ale serwuje sukcesy polityczne, awanse, które często jeszcze bardziej umacniają bohaterów klubowych w dążeniu do jeszcze większej aktywności bycia tu i teraz. Sława przemija jak każda powódź.

Na plecach sportowej kariery można wywindować się wysoko. Tak, tak…

Od dłuższego czasu umacniana jest tradycja prezentacji drużyn przed sezonem. Dobry pomysł dla kibiców, mają okazję atrakcyjnie zobaczyć swoich idoli, nowych zawodników i snuć rozważania, jaki będzie kolejny sezon. Niektóre prezentacje zamieniają się w kabaretowe występy prezesów, zawodnicy są pretekstem, tłem. Leczenie kompleksów jawne i powstaje pytanie po co wydawać pieniądze na prezentację szalejącego prezesa?! Środowisko jest dobrze zorientowane w słabościach klubowych władców. Przyjdzie czas na weryfikację takich postaw, na obnażenie słabości męskich. Pieniądze moi kochani nie lubią rozgłosu, to prawda od wieków.

Speedway z jednej strony buduje wizerunek bogatej dyscypliny, z drugiej mamy ścianę pod którą stoją potrzebujący każdej kasy. W blasku jupiterów tracimy nie tylko w sporcie rozsądek. Nie każdy jest Kamilem Stochem, który poprawi i moich kolegów jak wymaga tego sytuacja. Pycha jest zgubna, truizm, zarozumiałość jest wrogiem skromności.

Mamy początek sezonu, jednak pogoda tak łagodna w środku zimy, pokazowo dała kopa na swoje ostatnie dni. Damy radę? Słońce już daje znać. Turnieje indywidualne a potem liga, która rozbudzi emocje. Szansa dla latających prezesów, popychających motocykle zawodnikom, miotających się śmiesznie od kamery do kamery, od mikrofonu do mikrofonu. Bez dystansu. Lepko. Bezkrytycznie.

Garnitur Armaniego nie powstrzyma zapędów, wręcz odwrotnie, jak katalizator rozpali złe emocje. To w przypadku słabości charakterów. Trudno. Niech się dzieje.

Przed nami nie tylko wielkanocne uczty, tenże dowcipkujący Prima Aprilis i śmigus dyngus. Wiadro zimnej wody przydałoby się na głowy niektórych, by zrozumieli, że kabaret wymaga prawdziwych artystów. I jeszcze jedno, przypominam jednego z pisarzy Izaaka Babla, który napisał, że żadne żelazo nie może wejść w ludzkie serce z tak rażącą siłą, jak kropka w porę postawiona. Alleluja!

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Łowcy podium biją się w piersi

Zrzut ekranu 2016-05-10 o 11.50.15

 

No i zaczęło się! Serial Grand Prix wystartował słonecznie w słoweńskim Krsku, gdzie rzeka Sawa opływa stadion a widoki na góry zapierają dech w piersiach. W te piersi bije się polska młodzież, która debiutancko zaatakowała ostro rutynowanych uczestników mistrzostw świata. Fruwały dredy z Rio, jak wykrzykiwał emocjonalnie sprawozdawca telewizyjnego przekazu. Brazylii w Słowenii jednak nie było, bo wygrał poobijany po żebrach, zawadiacko jeżdżący Duńczyk Peter Kildemand. Jedzie jak furiat, wygrywa jak dawniej jego rodak Nicki Pedersen. Polska szarża w pierwszych wyścigach była imponująca; Piotr Pawlicki odjechał rywalom bez dyskusji, Bartosz Zmarzlik powtórzył wyczyn niczym mały Fiat wśród Mercedesów, a Maciej Janowski nie puścił ścieżki rywalom i uparcie dowiózł trzy punkty. Potem było już różnie/ Pawlicki przejechał taśmę/ i apetyt został wczesnym deserem zakłócony. W półfinale tylko Janowski a młodzież PL biła się z pokorą w piersi, przyznając do błędów. Krew nie woda, to są mistrzostwa świata i kropka. Jeden z ekspertów tradycyjnie oznakowany reklamami jak kierowca rajdowy w relacjonującej turniej telewizji powiedział, co na ogół wszyscy wiedzą od dawna, że jest zaledwie kilku żużlowców w Słowenii, ale… o ile wiem coś tam się robi, żeby było lepiej. Wypowiedź w stylu polskich polityków, szkoda gadać… Niech się naród domyśli. Jarosław Hampel, który wreszcie chce po przykrej kontuzji pokazać się w GP na Stadionie Narodowym w Warszawie, przygotowuje się nie tylko mentalnie. Tamże wystartuje jeszcze jeden nasz talent Patryk Dudek, który pali się jako „dzika karta“ do jazdy. W takiej konstelacji gwiazd na sztucznym torze polska kawaleria będzie walczyć o podium. Nie wyobrażam sobie, żeby na podium Polacy nie wjechali, byłby to cud na minus.

Zawody w małym Krsku, oznaczonym turniejami o mistrzostwo świata były jak na premierę bardzo OK. Zawodnicy wyposzczeni, jak charty na polanie ścigali się chwilami bez opamiętania. W Krsku, które zapamiętałem z 1980 roku, gdzie w MŚ par Edward Jancarz z Zenonem Plechem wywalczyli srebrny medal /za Anglikami/, zadebiutował polski sędzia Artur Kuśmierz. Udana robota, konkretna. Pierwszy udział w tak poważnej imprezie jest przeżyciem i częstochowianin może go wpisać na plus. W 2015 sędziował tam Marek Wojaczek. Dobrze, że zagraniczna ekipa polskich arbitrów powiększa się, nasi „sprawiedliwi“ otrzaskani są przecież w ligowych /i nie tylko bojach/ i mają nad kolegami spoza Polski dużą przewagę w ilości ćwiczonych turniejów i meczów. A nic tak nie doświadcza jak praktykowanie od weekendu, do weekendu.

Na stadionie Matija Gubca uczestnicy pokazali, że tegoroczna walka o mistrzostwo świata będzie miała inny obraz, gdyż młodzież jest głodna medali, jak wilki owieczek. W tym zestawie 46 – letni Amerykanin, który osiadł na szwedzkiej ziemi, Greg Hancock zaprezentował styl niezmienny, jak hollywoodzki aktor z westernów nienagannie „strzelający“, mocno naszykowany do wyścigów. Imponująca, stabilna forma Grega, który ciągle chce i może. Słoweński desperat Matej Zagar miotał się przed swoją publicznością na 387,7 metrowym torze, co jest zrozumiałym aktem ambicji na siłę a cztery punkty są porażką. Miejscowi rezerwowi „rewolucjoniści‘ nie bardzo wiedzą, co zrobić z motocyklem, kiedy nawet pierwsi wyjadą spod taśmy. Brakuje Słowenii polskiego szkoleniowca i decyzji na ratowanie tradycji żużla, jakie mają na Bałkanach, dawnej Jugosławii, teraz: Chorwacji /Prelog/ i Słowenii/ Lublana, Krsko/. Nie tak wielkie to były sukcesy, acz do zapamiętania. Poziom tamtejszego speedway’a można porównać do włoskiego, może i do austriackiego. Speedway potrzebuje nie tylko imprez, konieczne jest szkolenie i pozyskanie sponsorów. Światowa federacja motorowa, FIM, jeśli nie zainicjuje na tym obszarze programu odbudowy żużla, będzie go brakowało Europie. Jednostkowe przykłady np. Mateja Zagara, czy Jurija Pavlicia nie zbudują optymizmu. Speedway na Węgrzech zestarzał się okrutnie, na Słowacji mamy asa, solistę Martina Vaculika. A co dalej? „Ano mamy se po radosti“, jak mówią bracia z Czech a o nich innym razem, bo czeka ich tradycyjnie urokliwa GP w Pradze na Markete. Będzie tam biało – czerwono jak na pochodzie w Warszawie a familia Ondrasików szykuje ucztę.

Krsko dało ciekawe otwarcie serialowi GP a kolejne wydarzenie już w Warszawie, na układanym torze Stadionu Narodowego, gdzie jest komfortowo na trybunach i poza nimi. Rok temu przerwano zawody po XII wyścigach z najlepszym czasem Zmarzlika. Wygrał Zagar z 8 punktami, trzeci był Hampel. Jeśli będzie gotowy Jarosław Hampel, to obok niego pojadą ci, którzy wystartowali w Krsku/ 3/ i wspomniany Dudek. Dużo bieli i czerwieni a podium Lotto czeka na zwycięzcę. Dla Hampela come back będzie trudnym wyzwaniem, dla Dudka okazją do sprawienia przyjemności, bo chłopak chce wywalczyć start w GP’17. Sztuczna nawierzchnia “Narodowego“, jeśli nie spłata figla a maszyna/ y/ startowa nie zawiedzie, to widownia chyba w komplecie przeżyje chwile satysfakcji. W atmosferze mega widowiska ambicje buzują w polskiej stolicy nie tylko rodakom. Powinien obudzić się mistrz świata Anglik Tai Woffinden, zwycięzca z Krska Kildemand oraz jego rodak Nicki Pedersen nie popuszczą, Australijczycy Chris Holder i Jason Doyle byli na podium. Zgrabna ekipa do walki. Prawda? No i są nasi w takiej przewadze o której można marzyć. Piłkarscy kibice Liverpoolu mają porywający hymn: „Nigdy nie będziesz … sam“; futbolowe hymny Barcelony, Atletico, Realu a także innych klubowych sławnych marek zawsze przyprawiają kibiców o dreszcze wzruszenia. Mnie też. Trawestując hymn słynnego Liverpoolu dedykuję go Australijczykowi Darcy Wardowi, który ogląda ze smutkiem serial GP, lecz musi uwierzyć, że nigdy nie będzie sam.

„Życie jest małą ściemniarą“

phpThumb_generated_thumbnail

Słońce coraz wyżej, sezon coraz bliżej… I rozstrzygnięcie afery Darcy Warda, Australijczyka niesfornego, niezwykle utalentowanego, który swoimi jazdami robi furorę a poza torem lubi się zabawić. Nie zawsze popija kefir. I dlatego, kiedy stwierdzono u niego przed jednym z turniejów GP, że krew nie woda a zawiera trochę alkoholu zawieszono młodzieńca. Historia żużla zna przypadki niezbyt higienicznego prowadzenia się przez zawodników. Kto ma pecha wpadnie. Kto nie pije alkoholu, nie interesuje go marihuana albo inne środki odurzające może spać spokojnie. Na polskim rynku mamy rodzimego Patryka Dudka, który łykał zakazane środki wzmacniające i wisi na czarnej liście, lecz odwołuje się po odcierpieniu kary w połowie. Jedni potępiali, drudzy bronili, jak zwykle bywa los błąka się w szczegółach i nie ma dymu bez ognia. Zielonogórzanin, mistrz świata juniorów Dudek pogubił się trochę w karierze dobrze rokującej; ważne jakie wyciągnął wnioski. W przypadku młodych zawodników, progresywnych, szkoda każdego dnia bez jazdy podziwianej przez kibiców.

Australijczyk Ward przegrywał starty, lecz potrafił potem szaleńczo walczyć na każdym metrze toru, co podoba się każdej publiczności, bo na żużel przychodzi się by oglądać wyścigi z mijankami, a nie nudne jazdy gęsiego. Nowy projekt NSF Jawy dwuzaworowej zmierza w koncepcji do zaciętej walki obok siebie. Speedway globalny zmierza w technicznej rewolucji do jak naszybszych jazd, co jest bzdurą, gdyż od dawna oświadczam, że żużel jest umiejętnością pokonywania wiraży. Nie sztuką jest rozpędzić maszynę na prostej by potem ratować się w łuku i tratować rywali. Zostawmy wyścigi nazywane potocznie przez ogół… biegami. Przy okazji pytam: kto biega na tych motocyklach ?! Profesor Jan Miodek nie potępia potocznych zwrotów, które mówiąc “kolokwialnie“/ kolejne nadużywanie tego słowa wszem i wobec/ zachwaszczają polski język. Jestem „zakręcony“… Wracam więc do Warda, bo lubię oglądać jak walczy, przegrywa, wygrywa, widać w tym fantazję… „słowiańskiego kangura“. Darcy lubi się napić piwa i jakoś jego młodzieńczy wiek nie potrafi zrozumieć, że o ile motocykl żużlowy nie ma hamulców, to w życiu hamulce są niezbędne. Zarówno w komentowaniu zdarzeń, jak i na torze, gdy zawodnikom puszczają nerwy i pęka głowa, pędzą czasami na… oślep. No tak, robi się zakręcone piekło. Ward nie jeździ brutalnie, nie przewraca przeciwników, nie jest taranem, jest talentem, który w radosnym uciekaniu od startu do mety chce być pierwszym. Ale nie wścieka się i nie kopie w ściany, nie przewraca szafek, nie rzuca kaskiem, gdy mu nie wyjdzie wyścig i zamelduje ostatni. Jest wysoki, nogi nie ułatwiają w takiej sytuacji walki, trzeba je zwinąć umiejętnie. Małemu zawsze lepiej, np. takiemu Anglikowi Andy Smithowi było łatwiej albo innym mikrusom. Nie mam zamiaru tłumaczyć Australijczyka z błędów, sport funkcjonuje w określonych ramach moralnych i trzeba niestety tego się trzymać! Wiedzieć, gdzie poszaleć na parkiecie a kiedy na torze. Darcy lubi również ostro pojechać autem na drodze. No cóż, ja też nie jestem święty. A są tacy? Może udają i mają szczęście nie mieć pecha. Bywają tacy, których raz po raz kopie pech i świat jest dla nich wyjątkowo szorstki.

Sprawa Warda zawieszonego przez FIM ciągnie się długo i pojawiają się nowe terminy finalne. No a sezon na progu. Mr. DW traci, już nie płaci frycowego, bo jest recydywistą. Duży ból. Są w sporcie żelazne reguły: piłeś, kosztujesz narkotyków, szprycujesz się dopingiem jesteś out! Nie zagrażaj innym, nie jesteś sam, odpocznij więc na dłużej. Międzynarodowa Federacja Motocyklowa a konkretnie CCP i guru żużlowego, światowego towarzystwa Włoch Armando Castagna nie zamiata pod dywan afery. Zawodnik został przesłuchany. Trwa myślenie jaki zaproponować wyrok. Serca wiążą surowe przepisy i nie ma rady na banały.

Niszowy speedway ma pecha, bo ogołocony przez brak widowiskowego zawodnika traci ogromnie. Australijczyk dałby każde pieniądze by jeździć, bo on kocha ścigać się, być na torach, to jego żywioł. Co robić? Castagna and company mają problem. Kiedy piszę, że speedway jest niszowy i słyszę, że tak nie jest, co głoszą medialni Mesjasze, robią mi się ze śmiechu zajady. Legendarne londyńskie Wembley było świątynią nie tylko futbolu ale i żużla. Przed każdym finałem światowym w angielskiej prasie były na dzień przed turniejem krótkie notki, kilkanaście wierszy. Po zawodach zdjęcie i wyniki pierwszych ośmiu żużlowców. Koniec, kropka. A obok w słynnych angielskich gazetach po kilka kolumn futbolu, golfa, krykieta, wyścigów konnych, nawet gonitwy psów miały swoje bogate „newsy“. „Mondo cane“, pieskie życie.

FIM… nie wie jak ukarać Warda, dlatego przeciąga sprawę. Obojętnie co się stanie i jaki zapadnie wyrok ubolewam, że głupota Australijczyka eliminuje go w świetnym okresie kariery ze startów. On się pali do jazd, pragnie ścigać na żużlu, w motocrosie, byle do przodu, poczuć amok adrenaliny wyzwalającej fantazję wybierania ścieżek po zwycięstwa. Na razie “wisi“ jak Dudek.

Podobno ostateczna decyzja zapadnie w marcu. „Życie jest małą ściemniarą“ śpiewa Igor Herbut vel LemOn. Niektórzy dodają… wielką fujarą. Nie znam przecieków z FIM, z Włoch, gdzie Armando Castagna jako szef światowego żużla steruje tym sportem. Z jednej strony jest dowód winy, z drugiej miłość do sportu, który bardzo cierpi, kiedy z głupoty wylatują poza nawias idole, ulubieńcy tłumów, zawodnicy z charyzmą karmiący sympatyków urodą waleczności. Niestety, takie jest życie, przewrotne: jednym daje a drugim odbiera. Darcy Ward czeka i jego fani a czas każdemu prędko ucieka.

Pierze jak śnieg

69cc2755886d949738cd5636c203fa65

Trwa karnawał, słowo jakby teraz nieco obce, bo nie ma już tyle czasu, co dawniej na zabawy i bale. Nie milkną jeszcze echa po plebiscytowej zabawie “ Tygodnika Żużlowego” w Lesznie, w końcu jubileusz wyzwolił moce innej barwy, niż zazwyczaj bywało. Wspomnienia. I dobrze; zanim ruszy sezon, każdy relaks jest odskocznią od ścierania się na torach, przyda się trochę luzu przed jazdami nie na parkiecie.

Sięgam pamięcią wstecz i przypominam sobie początek roku, który inaugurowała zazwyczaj narada przedstawicieli klubów organizowana przez Giekażet w Warszawie. Do tej narady przygotowywano się poza stolicą starannie i w zależności od tego, kto szefował Głównej Komisji Sportu Żużlowego, szykowano w dyskusji “kwity” w sprawie albo na kogoś. Ciasno było w salce PZM na Solcu. Część delegatów przyjeżdżała dzień wcześniej i w hotelu w grupach czy w podgrupach dyskutowano: “ bo dalej tak być nie może”. Nigdy nie brakowało ”podpalaczy” i w ogniu “za i przeciw” zapowiadała się walka na całego. Taki polski styl, który nie wiele zmienił się do dziś na innych zebraniowych polach. Z dużej chmury mały deszcz, i tak często bywało, gdyż emocje opadały wraz z dręczącym kacem. Druga strona nie w ciemię była bita a ponieważ nie brakowało wywrotowców, przeciągano część oficjalną, wręczenie wyróżnień by zostawić mało czasu na dyskusję a odjazdy pociągów były mniej więcej w tym samym czasie.I to był moment kończący natarcie opozycji na przywódców. Jeśli nie mam racji niech mnie sprostują bywalcy takich spotkań dorocznych, gdzie trudno było zjeść pączka od Bliklego albo kanapkę made in PZM. Bywalcy…Andrzej Grodzki, Marian Spychała, Jan Nowicki, Gerard Sikora, Lucjan Korszek, inni… I ja też tam się wciskałem i nie tylko słuchałem. Czasy się zmieniły; dyskusji brakuje, nie ma spotkań w ciasnocie, są zgrupowania kadry i medialne konferencje. Inny mamy wystrój, wyśmiewanych działaczy w granatowych marynarkach i krawatach ze znaczkiem PZM, zastąpili inni w rozpiętych koszulach, polarach i amerykańskim luzie. Acz kto trzyma styl, to wiemy, choć wierność nie zawsze popłaca. Nie każdy zmienia charakter w zależności od tego kto jest premierem czy prezydentem.

Żużlowe szaleństwa… sięgam pamięcią do wydarzeń na polskim gruncie, finałów światowych, ich aureoli, zanim świat zawirował po premierze serialu Grand Prix.

13b527e5393cfc26e39a394fec5b78a6

Bazą dla imprez w Lesznie był ongiś pałac w pobliskiej Rydzynie. Ładne miejsce, miasteczko ściśnięte historią. Kiedyś alkohol był dostępny dopiero po godzinie 13,00 czego goście zagraniczni nie mogli zrozumieć. Dysponent hotelu i restauracji w pałacowej Rydzynie był człowiekiem zaradnym i w zasadzie oficjalnie wszystko było w porządku a nieoficjalnie jeszcze bardziej. W pokojach stylowe filiżanki służyły do picia “Wyborowej” i była to bardzo wykwintna forma, biorąc pod uwagę podrzędne hotele, gdzie do tych celów były szklanki do mycia zębów. Kiedy Duńczycy zostali mistrzami świata, kilkanaście kartonów szampanów starczyło aby po dywanach w restauracji chodziło się jak po mokrej gąbce. Amerykanie mieli fantazję i dolary, więc płacili za swoje fanaberie a ich szef dystyngowany John Scott patrzył przez palce na filmowe zagrania. A zatem jak pruto poduszki, bajkowo leciało pierze z okien w stronę parku, fosy okalającej pałac. Ładnie tam było, zwłaszcza wieczorami i rankiem, kiedy uparty kac nie odjeżdżał z głowy a godziny wlokły się niemiłosiernie. Biel drzwi i ścian pałacowych niektórym kojarzyła się z innym miejscem i myśleli, kiedy przyjdzie pielęgniarka. Wesoło i niewesoło. Tylko tęgie głowy mogły przetrwać bez bólu.

Tradycyjną bazą dla żużlowego świata, kiedy walczono na Stadionie Śląskim był hotel “Katowice”. Było gwarno, tłumnie i radośnie. Finały były wydarzeniem i gromadziły kibiców ze świata i całej Polski. Raj dla cinkciarzy, zanim nastały kantory i raj dla pań najstarszego zawodu. W podziemiach hotelu tzw piekiełko z barem i tańcami przypominało w okruchach londyńskie Soho albo hamburskie St. Pauli. Kiedyś na placu nad ranem znaleziono męską piżamę. I szlafmycę. Ktoś nad ranem zagrał na trąbce Armstronga, podobno ktoś z Ostrowa Wielkopolskiego. Recepcja nie wytrzymywała nerwowo, ale jeszcze kusił gości pobliski hotel “Silesia” i sosnowiecki Novotel. Trasy ze stadionu dla taksówkarzy były wystarczające aby kasować funty, gdyż wyspiarze od poczatku preferowali “Novotel”. Kiedy brakowało alkoholu zagraniczni goście już tak znali geografię Katowic i pod dworcem wiedzieli, gdzie “babcie” trzymają pełne butelki. Tracili funty z portfelami. Nocne towarzyszki uciech zbierały dewizy do kabaretek.

To już historia, która była niby pod nadzorem, lecz pełna niespodzianek i nie kończących wspominek przez kilka miesięcy. Zagraniczni bywalcy nie mogli doczekać się przyjazdu do Polski. Uwielbiali polskie zakazy z którymi tak łatwo mogli się mijać i wesoło spędzić czas, poza oczywistymi emocjami sportowymi na stadionach.

Gdańsk miał inne krajobrazy, inne Wrocław, Bydgoszcz, Toruń, Rybnik, Gorzów, klimaty bardziej lub mniej bajeczne ale kolorytu nie można odmówić. Finały światowe w dawnej formie, jednodniowe z dodatkiem dwóch lub trzech dni towarzyszących w Polsce do dziś są wspominane jak wydarzenia, które w pamięci zostały z różnych powodów. Towarzysko było zupełnie inaczej niż dziś, czemu się nie dziwię, było więcej zakazanych owoców a jednak z zaskakującymi wrażeniami. Historia wybacza, utrwala dobre strony, złe wytrąca poza nawias pamiętania.

Liczymy już czas do nowego sezonu, przypomniałem trochę obyczajnej historii, zaś o pikantnych wydarzeniach, często dramatycznych na razie nie wspomniam. Życie jest bogate w przeżycia różnej treści, więc o nich może kiedy indziej, jak w TV zapali się na ekranie czerwony kluczyk “tylko dla dorosłych”, chociaż jak mnie znacie długo nie wytrzymam i przypomnę, bo co ludzkie, nie jest mi obce. Ani boskie.

Z podłogi pod sufit i wyżej

PIERWSZE dni listopada zaimponowały ciepłymi temperaturami. Można by śmiało jeździć na torach, dawno takiej pogody dla żużlowych bogaczy nie było. He,he, bogaczy…

W kulisach klubowych gabinetów wirują pomysły jak skompletować drużyny, kogo zbyć a kogo kupić. Giełda pracuje na pełnych obrotach. Największy wiatr wieje z Tarnowa, gdzie sponsor nie jest biedny ale wiadomo bogaty chce mieć jeszcze więcej i szuka tańszych rozwiązań. Nie będzie tam już dojeżdżał trener Marek Cieślak i trzykrotny mistrz świata Greg Hancock, ciekawe kto kupi Amerykanina. Trener reprezentacji czyli Cieślak już posprzątał w Tarnowie, dorobek medalowy jest w klubie. Kto zostanie nad Dunajcem? Tarnów czekają trudne chwile, by nie wspomnieć Częstochowy czy Gdańska. O ile w Unii dadzą sobie pewnie radę i Azoty ułożą stosunki, to w pozostałych dwóch klubach przyszłość jawi się fatalnie i nie pomoże żaden cudotwórca. Niestety spuszczono w dół zasłużone drużyny dzięki ludziom, których kibice już nazwali dosadnie grabarzami. Takie sprawy bardzo źle brzmią. Kluby wyleciały z elity i muszą zorganizować życie na nowo a taki czas po rozwodach jest trudny i albo obronią honor tradycji albo będą wegetować. Szkoda rządów nuworyszy, którym wydaje się, że interes w klubach jest łatwy do zrobienia. Nie. Wymaga szczególnej dyscypliny i poszanowania tych, którzy walczą na torach o wynik. Nie mogą oni jeździć za obietnice i marzenia. Wydane licencje tzw. nadzorowane pękły jak bańki mydlane i czas cierpliwości skończył się bezpowrotnie. Władza żużlowa okazała się wreszcie władzą.

MAREK CIEŚLAK zrobił w Tarnowie tradycyjnie swoje i będzie miał nowe miejsce w Ostrowie Wielkopolskim. Tamtejsze środowisko jest zakochane w żużlu od dawna, tradycyjne turnieje o “Łańcuch Herbowy” na zakończenie sezonu zawsze miały szacunek i choć w klubie bywało cienko, organizowano imprezy finalne sezonu. Historia ostrowskiego żużla jest historią polskiego speedway’a, stamtąd wywodzi się wiele sław. Dla miasta oraz dla okolicy, speedway był sportem kultowego zagospodarowania wolnego czasu. A bywało, że nie tylko wolnego. Atmosferę żużlowego ciepła w tym mieście można wyczuć wszędzie, tam rozmawia się o tym nie tylko w taksówce.

Przyjemnie zawsze być na stadionie w klimacie totalnego uwielbienia ścigania się na torze. Cieślak ma fart i znów dobrze trafił a gospodarze mają dobrego nosa, że tak wybrali. Wielkopolska kocha speedway ponad wszystko, jest energia i ambicje.

DRUŻYNY kompletują składy, układają marzenia, liczą na ile ich stać. Wycofanie z elity Włókniarza i Wybrzeża jest poważnym ostrzeżeniem dla innych w żużlu a np. w piłce nożnej za lekceważenie umów licencyjnych sypią się ostatnio bardzo surowe kary i prostowanie klubów w królestwie PZPN Zbigniewa Bońka biegnie bez pobłażania. Mamy kary finansowe oraz bolesne odejmowanie punktów od przyszłego sezonu. Nie ma żadnej litości i taki trend sugeruję żużlowej władzy dla oczyszczenia środowiska z osób toksycznych. Zero tolerancji dla pychy! Dość obiecywania i budowania wirtualnych budżetów, i niech wróci normalne klubowe życie. Mało tego w takim wydaniu.

Speedway nie jest sportem, który notuje rozwój, wręcz odwrotnie trzeba koniecznie tworzyć projekty jak przyciągnąć adeptów do uprawiania drogiego i ryzykownego sportu. Fakty kurczenia się grupy zawodniczej w skali makro są niepokojące. Blask turniejów Grand Prix nie powoduje niestety rozwoju, a byli tacy, którzy już dawno przewidywali, że blichtr GP będzie powodował recesję. I stało się! Tylko praca organiczna w klubach może spowodować odbudowę chylącego się do upadku sportu. Sonda w klubowych szkółkach daje dużo do myślenia, notujemy spadek zainteresowania adeptów a z drugiej strony mamy pełne stadiony na hitowych turniejach czy meczach. Paradoksy. Obraz prawdy jest za kotarami, realny pesymizm ma dowody.

KOŃCZĄ się klubowe bankomaty bez limitu, fakt, Romana Karkosika będzie brakowało w polskim żużlowym krajobrazie, nie tylko w Toruniu. Wartością dodatnią jest przytrzymanie takich ludzi w sporcie. Wnioski są przykre i władza żużlowa powinna znajdować kompromisy w takich sytuacjach. Zniechęcić łatwo, trudniej przyciągnąć.

Wspomniałem o “bankomatach”, otóż Karkosik wydał kilkanaście milionów złotych na toruński klub, ściągnął gwiazdy i płacił. Nie wszyscy sprostali zadaniom. Zawiedli, bo nie każdy jest Gregiem Hancockiem.

Robert Lewandowski najlepszy nasz piłkarz, światowa gwiazda monachijskiego Bayernu zarabia rocznie 11 milionów euro! Futbol nijak ma się do żużla, lecz na polskim rynku, to nie jest tak do końca w przypadku niektórych głośnych zawodników. Tak jak w życiu są krezusi i biedniejsi oraz tacy, co czekają w kolejce na kasę. I są ambitni młodzi dla których sport jest żywiołem bez granic. Trzeba chcieć uczyć się za funty z fantazją.

RECESJA polskiego żużla polega na kurczeniu się budżetów, które zostały kiedyś sztucznie nadęte i na coraz mniejszej liczby chętnych do uprawiania tego sportu. Nie mam listopadowego, kiepskiego nastroju by pisać takie rzeczy, tylko od dłuższego czasu niepokoją mnie fakty, które obserwuję a mogą przynieść zgubne skutki w przyszłości. Mamy zdolnych juniorów na medale MŚ, utytułowanych seniorów i mamy nadal zainteresowanie kibiców, choć też notuje się spadki i… nie mamy wizji jak skutecznie zadbać o dopływ” świeżej krwi” do klubowego zaplecza.

Aby nie było tak minorowo, muszę podkreślić, że cieszy wspomniany fakt budowy nowej siły w Ostrowie Wlkp. No cóż, tam gdzie jest super ciśnienie na żużel inaczej się pracuje. Marek Cieślak and company mogą być na zapleczu polskiej ligi powiewem nadziei na lepsze jutro oraz wzorem dla innych w myśl hasła: z podłogi pod sufit. Fajnie. Realny optymizm jest bardzo cennym towarem i deficytowym, więc go trzeba szanować jak własne zdrowie. Tak? Chyba tak!

Biało – czerwona krew!

76

W naszych żyłach płynie krew z piłeczkami, oświadczają piłkarscy kibice. Co wobec tego płynie u kibiców żużlowych? Metanol? Sportową Polskę opętało coś niesamowitego po wygranej z Niemcami, mistrzami świata, na stołecznym Stadionie Narodowym. Trzeba mieć „pecha“ aby w takim dniu wygrać ostatni turniej z cyklu Grand Prix i zostać wicemistrzem świata, prawda? A mam na myśli oczywiście Krzysztofa KASPRZAKA, który od początku serialu był kandydatem na ostateczne podium, choć w trakcie zaliczył kontuzję, która pozbawiła go uczestnictwa w kilku turniejach. Podobny „przypadek“ absencji spotkał mistrza świata z USA Grega Hancocka, który w wieku 44 lat wywinął ostatecznie rzadkiej urody numer i został po raz trzeci najlepszym żużlowcem świata. Przykład dla innych pod każdym względem, niemal podręcznikowy w aspekcie rodzinnym, zawodowym, sportowym, towarzyskim, medialnym. Greg Amerykanin z urodzenia, z wyboru zamieszkania Szwed, w sumie tak po 50 procent Jankes i Skandynaw, ale charakter raczej ma słonecznego Kalifornijczyka, który wie, jak Pacyfik i zachodnie wybrzeże USA kształtują człowieka.

1370248954_Rycerze_Grand_Prix_Krzysztof_Kasprzak_top

Uciekłem dygresją o mistrzu świata GH od Krzysztofa Kasprzaka, który z solidnej wielkopolskiej rodziny ułożył sobie pod okiem ojca, byłego mistrza Polski, reprezentanta w kolorze biało – czerwonym, karierę z wjazdem na podium mistrzostw świata. Przerósł ojca i jeszcze ma przed sobą kilkanaście lat startów.

Kiedy w Warszawie piłkarska reprezentacja Polski wkopała dwa gole Niemcom, Kasprzak radował się podwójnie w Toruniu, gdzie rozegrano arcyciekawy turniej, mijankowy, pełny napięcia. Tor dawał szansę bitwy, bo nie sztuka urządzić zawody, gdzie fani oglądają i ziewają oglądając jazdy sznurkiem. Jak w miejskim korku, bez walki, drugi raz nikt nie nabierze się na pseudo żużel. W Toruniu była pasjonująca walka, zaś stawka dla kilku zawodników była wyzwaniem do jazd na full. Jarosław Hampel akuratnie wjechał w ósemkę GP, bez niczyjej łaski. Jeszcze będzie w GP anno 2015 Maciej Janowski i takich trzech Polaków w serialu, gwarantuje emocje nie tylko dla moich rodaków. Dla ogółu zakochanych w żużlu przecież.

phpThumb_generated_thumbnail

Jak wspomniałem trzeba mieć trochę pecha, żeby w euforii futbolowego święta i szału /prezes PZPN Zbigniew Boniek był oblatywaczem telewizyjnych programów/, odnieść sukces, godny zapamiętania. Krzysztof Kasprzak ma też jeszcze jednego… pecha/?!/, że największy sukces w karierze notuje w roku polskich mistrzów, bo w 2014 olimpijskie złota zgarnęli skoczek Kamil Stoch, wybiegana Justyna Kowalczyk, szybki jak piorun łyżwiarz Zbigniew Bródka, kolarskim mistrzem świata został skromny Michał Kwiatkowski, arcymistrzynią globu w pchaniu kulą Anita Włodarczyk, mamy cudownych mistrzów świata pod siatką, którzy grali jak z nut. Robert Lewandowski mistrz boiska, goli i asyst. Być na afiszu pretendentów do najlepszej dziesiątki sportowej Polski wielki zaszczyt a zmieścić się w elicie jeszcze większy spelndor. Kłopoty bogactwa; diamenty z brylantami i potrzebny sztukmistrz by ustawić dziesiątkę sprawiedliwie wobec bohaterów i kibiców. Zapowiada się zatem medialna bitwa o lokaty w elicie najlepszych z najlepszych. KK ma szanse, to jego super sezon.

A teraz coś zupełnie innego. Otóż na polskim rynku żużlowym wreszcie odpadły od koryta kluby, które nie były przygotowane do gry i Częstochowa oraz Gdańsk zostały napiętnowane. Nie może być litości dla miraży, dla takich, którzy markują, że mają na koncie, nie płacą uczciwie i kluczą bez końca. Dopadła ich wreszcie Giekażet i nie można udawać, że nic się nie stało. Oto stał się nie tylko wstyd dla zasłużonych klubów, lecz ukarani zostali przede wszystkim niewinni w tej grze pozorów kibice! Mamy przykrą przestrogę dla innych. W kontekście decyzji Giekażetu oczekuję jeszcze na rozwiązanie problemu komisarzy, płatnej fikcji osób, które niczego nie wnoszą do poprawy nawierzchni torów. Nie ma w tym logiki żadnej, ekonomii w ogóle, no i traci prestiż, wizerunek działaczy. Wywołuję do tablicy szefa Giekażetu Piotra Szymańskiego, który ostatnio wskoczył na ważny stołek europejskiego żużla. Rzecz w tym, aby rozsądnie ustawić co jest ważne na świecie i Europie. Nie może być tak, że władza światowa amputuje zawodnikom z klucza europejskiego starty w rozgrywkach GP. Opcje FIM/ BSI oraz SEC rywalizują ostro zamiast łączyć się w… interesie sportu ponad wszystko! Autorytet sternika światowego żużla Włocha Armando Castagny nie funkcjonuje. Personalne pudło, brak decyzji, rodzą się mieszane uczucia. Europa wykorzystuje słabości i dlatego mamy chory dualizm.

Przyszłoroczny serial Grand Prix prawdopodobnie rozpocznie się od premiery kwietniowej na warszawskim Stadionie Narodowym. Finał serialu GP późno i daleko, w Melbourne jesienią. Nie wiem czy 12 turniejów i skok na Antypody będzie dobrym zakończeniem sezonu. Serial GP wykańcza zaplecze i czas pokaże, czy to jest dobry kierunek sportowy, czy spektakularny grymas.

Stadion w naszej stolicy zasługuje na pewno na pokazanie światu, jest super fajna atmosfera, skacze adrenalina, płyną łzy szczęścia, czasem i rozpaczy, wypływa niesamowita energia. Tego nam potrzeba; taki szpan i trend, luksus pod dachem. Miejsce już powoli magiczne akceptowane przez „normalnych“ ludzi/ bez obrazy/ i celebrytów, polityków, jest towarzyską giełdą, gdzie warto zaznaczyć obecność. Żużlowemu światu brakuje takiego Hollywood bez hamulców a tego nie zafunduje Sztokholm, Cardiff, ani inna stolica, bo speedway na polskim gruncie w wydaniu extra wywołuje takie same emocje jak futbol, kiedy gra się o honor, prestiż, o pokazanie, że mamy w krwi piłeczki i płynie w żyłach wartko metanol. Szefowa telewizyjnej „Kropki nad i“ Monika Olejnik „kupiła“ już piłkarzy i czekam, kiedy pojawi się w gronie żużlowej śmietanki i postawi także w tym sporcie fantastyczną kropkę nad „i“.