Być jak “Lewy”

10167358-robert-lewandowski-900-600

Będzie chyba trochę chaotycznie, choć treściwie; taki był ten drugi weekend października na sportowych placach Warszawy i Torunia. Same szczyty. Komplety publiczności, dwie imprezy na stadionach, jedna w hali. Tam zimno, tu ciepło, lecz atmosfera wszędzie podgrzana maksymalnie. Celebryci i nie tylko, doping, nerwy i radość. Łez nie było, wzruszenia tak. Zawsze serce chce mi wyskoczyć, kiedy grają hymn narodowy, nikt nie żałuje strun a wtedy jakaś łezka wzruszenia kapnie. Nie pierwszy i ostatni raz.

TORUŃ. Miasto Mikołaja Kopernika było na tapecie we wspomniany weekend dwa razy: w sobotę i w niedzielę, w zupełnie innym kontekście. Przedostatni turniej Grand Prix, Motoarena. Wygrywa zawody rozpędzony debiutant tego serialu Patryk Dudek z Zielonej Góry, potrafi walczyć do końca, śmiga na motorze jak jaskółka nad dachami. Wygrał, zbliżył się do lidera GP Australijczyka Jasona Doyle’a, ostatni turniej jest 26 października w Melbourne, żużlowcy już pakują sprzęt i odlecą na wielki finał tego sezonu i może już tam na rok nie wrócą. Wszystko zależy od frekwencji, po odliczeniu kibiców z Europy, na stadionie pięknym jak bombonierka. Doyle robi wszystko, żeby nie przegapić szansy na złoto przed swoją rodziną i kibicami jego talentu. Rok temu wytargał mu tytuł mistrza świata Amerykanin Greg Hancock. Kontuzja Jasona pechowo wyeliminowała go ze startu w finale, w Melbourne. Teraz oszczędzał się w polskiej lidze, marzy o tytule i wszystko wskazuje, że założy koronę mistrzowską. To będzie jego szczyt, prima parada na oczach rodaków. No a Dudek? Nie popuści. W Toruniu trzecie miejsce zajął Bartosz Zmarzlik, poza podium Maciej Janowski. Liczę, że dwóch Polaków może stanąć na podium tegorocznych MŚ, lecz wszystko zależy jak daleka podróż wyjdzie im na zdrowie. Sobota była huczna na toruńskim torze, podobnie jak i następnego dnia w zupełnie innym wydaniu, innym klimacie, bo na torze gdańskiego Wybrzeża. Ekstraligowy toruński klub walczył o pozostanie w elicie. Wtedy już na Stadionie Narodowym polska reprezentacja była gotowa na mecz z Czarnogórą o definitywny awans do przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji, czyli putinowskiego Mundialu. Nie było łatwo jak większość myślała. A myślenie ma ciągle ogromną wartość! Dzwoni do mnie kolega, że w Gdańsku torunianie prowadzą 10 punktami i mówi: “Nie ma co oglądać dalej, posprzątane”. No dobrze, łatwo poszło a kalkulowali niektórzy, że byłby cud, gdyby torunianie nie awansowali. Raz gorąco, raz zimno. Zgodnie z oczekiwaniami Ekstraliga dla toruńskiego klubu, którzy jak się okazało niemal natychmiast, mieli być wspomagani przez “ anioła”, którego zwinęła policja za próbę korupcji. Sprawa prokuratorska i rozwojowa. Speedway nie urwał się ze sznurka, z “życiem” raz po raz jest za pan brat. Jakiś gość, fan zdeterminowany oferował 100 tysięcy złotych! Można za taką łapówkę trochę posiedzieć w kryminale na koszt podatników; od dobroczyńcy klub się odcina. Jest temat? Ano jest i to nie na jeden wieczór i poranek znaczony marką CBA. Zawodnik Wybrzeża zakapował “darczyńcę”! Do żużla w elitarnym wydaniu powrócę na koniec felietonu w edycji smokingowej.

No to skok na warszawskie Powiśle. Zlot kibiców. Biało – czerwony sprzęt i huk.

Polska reprezentacja na Stadionie Narodowym po męczącej walce wygrała 4:2 z Czarnogórą i mogła ubrać po meczu białe koszulki z napisem POLSKA DAWAJ 2018. Dawaj, dawaj… Denerwujący to był mecz/ 58.538 widzów/, goście piekielnie szybcy kręcili naszymi obrońcami, nie mieli szczęścia w strzałach a biało – czerwoni prowadzili 2:0, potem goście wyrównali, stracili samobojczą bramkę a jedną kto jeszcze mógł strzelić?! Tylko Robert Lewandowski! Taki “Lewy”, to majątek, dojrzały zawodnik, widzący wszystko, wyczucie gry, inteligencja boiskowa i trafnie oceniający zachowania kolegów na murawie. Rwała się ona raz po raz, kawałki odlatywały od podłoża. Kiedy po meczu polscy piłkarze żegnali się z kibicami i stali przed główną trybuną, nagle wyskoczył na boisko kibic, gonili go nieskutecznie dwaj ochroniarze a on przed Lewandowskim szybko ukląkł i ucałował mu czubek buta! Jak ktoś kiedyś Messiemu. Z uśmiechem i przy gromkich brawach został wyprowadzony. Przyglądał mu się inny kibic ubrany w kurtkę z napisem na plecach: PŁYWAK Z NARODOWEGO, ADAM. Pamiętacie mecz z Anglikami, kiedy nie zamknięto dachu a ulewa zamieniła boisko w staw, wtedy ten gość wbiegł i rzucił się w wodę… Fantazja ułańska w narodzie nie ginie.

Super fajnie! Reprezentacja jedzie na Mundial, czeka ją mimo wysokiej pozycji w rankingu FIFA praca, której trener Adam Nawałka się nie obawia. A zatem Polska dawaj 2018! Robert Lewandowski został królem strzelców eliminacji MŚ. Cudnie to robi.

Speedway, futbol, speedway. Po niedzielnych wydarzeniach Gala Ekstraligi i nominacje, oraz trofea, czyli “Szczakiele” NC+ w oprawie prowadzących paradę Darii Kabały – Malarz i Marcina Majewskiego. Gala na całego, główne trofeum dla Jarosława Hampela za szczęśliwy come back po ciężkiej kontuzji na tor, a teraz jeszcze powrót z Zielonej Góry do Leszna. I dobrze. Trener mistrza Polski, inteligentny PIOTR BARON nie został szkoleniowcem sezonu, bo został nim Rafał Dobrucki, prowadzący wicemistrzowski zespół z Wrocławia. Fakt ten wywołał bardzo kontrowersyjne dyskusje. Ekstraligowe środowisko zebrało się do kupy i tak powinno być towarzysko dwa razy do roku; przed sezonem i po. Dodano jeszcze gremialnie brawami otuchy Tomaszowi Gollobowi. Zagraniczni zawodnicy zaproszeni na galę nieźle się bawili, m.inn. Australijczycy z Doyle’em na czele. Co oni zrobiliby bez “bankomatowych” polskich lig? Polscy żużlowcy szpanowali fryzurami, usilnie naśladują futbolistów z różnych półek, choć nie każdemu do twarzy taki design, na szczęście na stadionach nakładają kaski. Kuluary kipiały rozmowami na luzie; kto kogo, za ile, gdzie, etc., nagle wszyscy spotkali się na jednym placu: władze środowiskowe, klubowe, działacze, zawodnicy i fanatycy tego sportu. Olimpijczyk Robert Korzeniowski jako sportowy oblatywacz w tradycyjnej formie, pogodny zawsze senator Robert Dowhan, zaś ekipa NC+ tradycyjnie zwarta i silna, gotowa na wyzwania. Nominowany w gronie najlepszych trenerów Lech Kędziora, który w Częstochowie wykonał szmat roboty jest ostoją Włókniarza. Z miasta pielgrzymek pochodzi Maksym Drabik, został mistrzem świata juniorów, jest na dobrej drodze, żeby ojca Sławomira/ był też/ przebić karierą. Częstochowa jest magicznym klubem, bo z dna potrafi wyjść niebiańsko. Takie cuda tam się zdarzają. Nie tylko tam! Podobno nominacje na przyszłoroczny serial Grand Prix dostaną m.inn. czterokrotny mistrz świata Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk /był na Gali/ trzykrotny mistrz świata Nicki Pedersen; w sumie 7 złotych tytułów i blisko 90 lat na koncie! Nominacje raczej za całokształt a młodzież musi jeszcze poczekać i kibice także. Szkoda czasu.

Już kończę, nie jestem ani Darią Kabałą – Malarz, ani Marcinem Majewskim; oni wiedzą jak efektownie sprzedać towar marki NC+, tak jak “Lewy” strzelać precyzyjnie gole.

Bitwy sezonu

Photo: BarretBonden
Photo: BarretBonden

“Talent to tylko wielka cierpliwość” napisał Anatol France. Czego trzeba mieć więcej? Armando Castagna, były zawodnik a teraz szef światowego żużla oświadcza bez ceregieli, że zawodnicy jeżdżący w SEC, czyli w europejskich rozgrywkach toruńskiej firmy ONE SPORT, powinni ścigać się o mistrzostwo świata. Święta racja. Z puli ścigantów walczy tu i tam niezmordowany Duńczyk Nicki Pedersen, który wygrał solowy, pierwszy turniej w Toruniu. Castagna był na tamtejszej arenie, dużo podróżuje, więcej niż jako zawodnik, często kariery obracają się, jak ziemia wokół słońca, myślami Mikołaja Kopernika. Gra pomiędzy SEC a FIM toczy się w białych rękawiczkach; One Sport będzie miała przestrzeń do zagospodarowania na torach Starego Kontynentu na następne pięć lat. Czy speedway może pozwolić sobie, przy niszowym zainteresowaniu, na taki podział ról? Jestem sceptykiem. Wyrywanie sobie zawodników, którzy mają do wyboru opcje: albo prestiżu MŚ z wydatkami lub małego prestiżu mistrzostw Europy i znacznie większej kasy, przy mniejszych kosztach. Takie wątpliwości dla niektórych zawodników są retoryczne. Wybierają co “łatwe i przyjemne”, nadto telewizyjnie atrakcyjne dzięki przekazowi Eurosportu na cały świat. Może ten ostatni atut nie jest tak brany pod uwagę, co raczej finanse.

PRESTIŻ w dzisiejszych czasach potaniał, podobnie jak poziom edukacji i nie ważne, co w głowie tylko: “fura i komóra”. Brutalizacja obyczajowa w systemie globalizacji jest modna jak internet. Uważam, że torunianie z One Sportu umiejętnie promują europejskie rozgrywki i czas melonikowego BSI kończy się powoli, brakuje gościom od parady koncepcji. Skostnieli. Skandal w Warszawie w premierze GP dziwnie nie odbija się na kondycji angielskich dzierżawców, brną ślepo od 1995 roku i dobrze, że ktoś pokazuje im, że speedway może mieć inne oblicze. Castagna tańczy jakby na dwóch salonach jednocześnie, raz tango a raz kujawiaka. Starczy mu kondycji?

W obszarze serialu Grand Prix nic się nie zmienia, “kotlet raz” bez deseru… Na polu SEC dostrzegam jednak pewne trudności w pozyskiwaniu nowych rynków do objechania. Pukają do drzwi, nie zawsze im otwierają. Misja tego projektu powinna zawierać promocję nowych miejsc i pozyskiwać absolutnie świeżych zwolenników. Czego nie robi w ogóle Castagna, robią ludzie z One Sport, czyli duet Kończykowski/ Lejman, choć nie zawsze trafiają, co pokazuje, że speedway nie jest towarem poza Polską do kupienia od razu.

Wspomniany Nicki Pedersen jest w tym sezonie rozrzutny i jeździ jak zakręcony, choć finał drużynowy MŚ w Vojens przed własną publicznością musi zaliczyć do wpadki. Nicki wyczuwa pieniądz, wie gdzie go szukać. Przy jego charakterze wojownika często z zamkniętymi oczami na torze wjeżdża w konflikty z rywalami, vide Jankes Greg Hancock. Na razie robi swoje w stylu bez pardonu. Dopisuje fart.

Po dłuższej przerwie mamy powrót do GP na torze pod dachem w Cardiff i ściganie w brytyjskiej uwerturze z liderem serialu, angielskim idolem Tai’em Woffindenem. Szczęśliwie został mistrzem Wielkiej Brytanii a jak będzie na sztucznym torze? Walka! W gronie spragnionych jazd w GP są Maciej Janowski i Krzysztof Kasprzak, ten drugi, mocno sfrustrowany musi spaść wreszcie na ziemię. Nie zawsze jest słońce i trzeba umieć przegrywać, i z pokorą wyciągać wnioski.

Czas pokaże. Czas cierpliwości jednak kiedyś wygasa. “Talent to tylko wielka cierpliwość”, wracam do początku felietonu. Rehabilituje się po ciężkim wypadku Jarosław Hampel. Mam nadzieję, że wyczerpał się u niego limit pecha z bólem. Turniej w Cardiff jest sztandarowym dla Brytyjczyków, którzy zdradzili Wembley na rzecz Walijczyków, rozkręci się na nowo karuzela mistrzostw świata, które mają finał jesienią aż w Melbourne. Paranoja.

Podobną opinię odnoszę do polskich KOMISARZY torów, którzy depczą po piętach sędziom. Na siłę chcą się wykazać. Co to za komisarz, którzy pobiera ”dietę” i nie wtrąci się w nic, bo wszystko jest w porządku? Trzeba zatem szukać dziury w całym, a że nie zawsze wystarcza kompetencji, no a jest pyszna władza, zaczyna się irytujące przewracanie do góry nogami tego, co żmudnie przygotowują gospodarze. Sędzia jest tłem. Czy w sytuacji od kiedy mamy komisarzy nastąpiła zmiana jakości torów? Otóż nie, bardziej nerwowo. Nawet podczas tego sławetnej draki w Warszawie, jakoś nikt z polskich notabli nie zauważył tego, co przeciętny kibic widzi. Karawana zatem jedzie dalej, rośnie zbiór zagmatwanych przepisów. Sport musi być prosty, czytelny w odbiorze. Puchnie władza, rozmywa się odpowiedzialność. Dedukuję ten akapit nowym/starym władzom polskich władz motorowych, żużlowych. Czas pomyśleć racjonalnie o wyczyszczeniu brudów. Przyjdzie też wkrótce pora na personalia. Mydlenie oczu trwa bezkarnie pod egidą PZM.

Przelatuję na koniec do czegoś weselszego, do sesji zdjęciowej na rzecz angielskiego kalendarza, który poprzez rozebranych niemal do ”rosołu” żużlowców zarabia na charytatywne działania. Niektórzy mieli tylko tatuaże i kask na sobie. Kto taki? Zgadnijcie… Tai Woffinden na szczęście kaskiem zasłonił przyrodzenie, lecz w pełnej krasie pokazał, jak “wymalował” ciało. A co do nagości, to kilkadziesiąt lat temu czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs nago wsiadł na motocykl i fru z gołą d… na torze. Wywrotki nie było.

Mamy różne odcienia mody, zwyczaje a nagość, seks nierozłącznie wirują w naszej świadomości, czego dowodził ongiś znakomity psychoanalityk, filozof Sigmund Freud. Dla jednych świat zaczyna i kończy się na żużlu, dla innych natomiast na tym, co pokazał brawurowo “Woffi”. Do wszystkiego trzeba mieć cierpliwość. No i talent.

Kevlarowi dragoni DuPont

a1036_0-d

No i zaczęło się z mokrej ”rury”, kevlarowi dragoni wyjechali na raty, na żużlowe przygody. Zanim dojadę do toruńskiego, światowego turnieju par, może o czymś innym, na co patrzymy, dotykamy a twórczynią tego cudu pod nazwą KEVLAR jest kobieta z polskimi korzeniami. Żużlowy świat ubrany był poprzednio w skóry, ciężkie kombinezony, w upały trudno było oddychać a co dopiero walczyć na motocyklach. Obraz jeszcze w latach osiemdziesiątych polskich ekip wyjeżdżających na zawody był w porównaniu do dzisiejszych czasów, jak… furmanki z Audi. Auta miały haki do których dołączano przyczepki z motocyklami, nadto specjalne drewniane skrzynki narzędziowe, które przypominały… Pamiętam taką sytuację na trasie z Glasgow do Stoke, kiedy polską ekipę zatrzymała angielska drogówka i policjantów bardzo zafascynowała właśnie taka ”trumienka”. Było wesoło i upokarzająco zarazem. Takie mieliśmy czasy a dziś nasi żużlowcy śmigają po Europie kolorowymi/ reklamy/ vanami dobrych marek aut, zaopatrzonych w sprzęt. Ewolucja ogromna. Szyk i elegancja.

Do jednej z takich przemian należy zaliczyć zastąpienie ciężkich kombinezonów przez zwiewny materiał kevlarowy. Pamiętam, kiedy reprezentacja USA pojawiła się w takich uniformach i obserwatorzy zastanawiali się w co są ubrani i jak nowe

“ubranka”zachowają się w przypadku karamboli… czy wytrzymają, ochronią ciało. Nie budziły zaufania, materiał był lekki jak jedwab i efektownie w czasie jazdy falował. Amerykanie robili furorę. A kevlar karierę. A kto był matką tego wynalazku?

Otóż chemiczka polskiego pochodzenia Stephanie Louise Kwolek. Urodziła się w Pensylwanii w USA w 1923 roku a zmarła w 2014 roku. Była córką pary polskich emigrantów Neille i Johna Kwolków/ źródła podają, że być może nazywali się ongiś Chwałek/ ale nazwisko Kwolek jest na polskim gruncie i znałem ongiś szefa, znanej katowickiej restauracji “Polonia” o takim nazwisku, który n.b. pochodził z Krosna czy okolic tego podkarpackiego miasta.

Emigracja za chlebem z południowych rejonów Polski/ Galicja/ do USA była powszechna w XIX wieku. Ale w Pensylwanii urodził się także świetny aktor Hollywood Charles Bronson/ Buschinsky/, polsko – litewskiego pochodzenia. Ojciec Stephanie zmarł kiedy miała 10 lat, uczęszczała do szkoły zakonnic a potem na uniwersytety w Pensylwanii i zdobyła dyplom chemiczki w 1946 roku. Chciała jeszcze studiować medycynę, lecz warunki materialne zmusiły ją do pracy i wylądowała w znanym koncernie DuPonta. Kierując zespołem badawczym wynalazła w 1964 roku materiał pn. kevlar, lekki, kilka razy wytrzymalszy od… stali. Kevlar jest polimerem z grupy aramidów z którego przędzie się sztuczne włókna o wysokiej wytrzymałości, odporne na rozciąganie. Jest niepalny, odporny na zużycie, nie przewodzi prądu elektrycznego. DuPont jest firmą światowej sławy; nasza rodaczka Stephanie Kwolek ma na koncie aż 28 patentów! Cześć i chwała a kevlar znalazł się na żużlowym podwórku. Przede wszystkim robi się z niego świetne kamizelki kuloodporne! Stosowany jest także m.inn. do wzmacniania wewnętrznych powłók nart, rakiet tenisowych, robi się z niego żagle, hełmy, kaski, używa w produkcji rowerów, motocykli a nawet pancerzy lotniskowców. W szyciu kombinezonów Kevlar bywa zastępowany też przez… nylon. I tak mamy żużlowych dragonów ubieranych w wynalazek Stephanie Kwolek, produktu firmowanego przez DuPont. Można być dumnym, że jeszcze jedna osoba z polskimi korzeniami na amerykańskim gruncie /nie aktorka, nie modelka/ zrobiła karierę, której kulisy są tak mało znane. Odkurzam, przypominam, bo oto szaleje na żużlu …”Kwolkowe towarzystwo DuPont”. Profesjonalne wzornictwo, fantastycznie.

No a teraz jazda na tor. Toruń zawarczał przed ligą turniejem otwierającym ściganie się o światowy prymat najlepszych par. Mistrzostwa tego rodzaju były ongiś atrakcyjne, ścięte jednak przez angielską BSI. Miały być wpierw cuda, skończyło się na projekcie w postaci serialu GP singli przez cały prawie rok. Nic tak nie męczy jak długie czekanie na mistrza; “czy dłużej i więcej, znaczy bardziej sprawiedliwiej”?

TORUŃ. Para za parą. Nie był to pierwszy turniej nowego sezonu, rozegrano klubowe sparingi, nawet ścigano się w ramach mistrzostw Polski, choć nie wszędzie pogoda dopisała. Zainteresowanie widzów tradycyjnie na początku sezonu duże, zimowe wyposzczenie rodzi zwykle zauroczenie, które z czasem mija.

Jak było na Motoarenie? Ścigano się zacięcie, turniej wygrali z nami Duńczycy; w kwietniu mamy kolejną rozprawę w niemieckim Guestrow a potem w maju finał w duńskim, przytulnym Esbjergu, gdzie urodził się Erik Gundersen. Polacy zaczęli w składzie Jarosław Hampel i Krzysztof Kasprzak, lecz kiepsko spasowany do toru/ sic!/ srebrny medalista MŚ/ GP obywatel KK wymieniony został po dwóch startach na Piotra Pawlickiego, mistrza świata juniorów. Piotrek ma duszę do sportu i ścigania się, widać u niego radość na twarzy a nie katorgę. Angielskie jazdy robią z niego magistra. Jest swobodny i przy młodzieńczej nonszalancji, co nie jest wadą, potrafi ograć najlepszego ale i też stracić miejsce wskutek zabawy na torze. PP nie robi wyrachowanej kalkulacji, jeszcze życie nie wymusiło na nim sportowej “zemsty na zimno”. Marzy mi się taki duet Piotrek z bratem Przemysławem a który trener tak postawi, raczej nie straci. Duńczycy są faworytami /Nicki Pedersen i Niels Kristian Iversen/ o której to konkurencji nie będę już piał jak kogut, bo walory nie podlegają dyskusji. “Kangurom” brakowało “wiszącego” Darcy Warda. Nie wiem dlaczego FIM tak grzebie się z oficjalnymi mistrzostwami par, w końcu dzielne chłopaki z toruńskiej ONE robią swoje i ucierają nosa FIM – owcom.

I tak oto zaczął się z kaprysami meteo sezon anno 2015 a ligowy taniec został zastopowany przez pogodę. Niebo pogroziło mocno i dało ludziom czas na świętowanie. Moi Drodzy, LIGA jest jak kobieta, która potrafi zrobić z faceta milionera, pod warunkiem, że wcześniej był … miliarderem. Jasne?

Liga jak dobra matka

zuzel

Do takiej opinii mój znajomy dopowiada: ”i karmi piersią”.W każdym sporcie, w którym funkcjonują rozgrywki ligowe zajmują one miejsce na czele. Oczywiście międzynarodowe sukcesy są prestiżowe, rozsławiają regiony i państwa, przynoszą rozgłos w świecie ale LIGA rządzi się prawami wyjątkowymi, wzbudza emocje, które trwają w duszach nieprzemakalnie przez cały sezon. I można sobie odpuścić jakiś turniej ze szczytu elity, zobaczyć go na ekranie telewizyjnym, ale na meczu w swoim mieście, okolicy wypada być. Jest w tym pewna celebra przygotowywana dyskusjami przed sezonem a potem między meczami w gronie fanów. Kto kogo i za ile. Wykluwa się specyficzny “klubowy nacjonalizm”, ba! patriotyzm, który w ramach fanklubów przybiera formy zorganizowanego dopingu. Nie chcę używać słowa szowinizm, lecz w pewnych przypadkach tak jest i często można zaobserwować pianę na ustach kibiców, zacietrzewienie, obłęd u ludzi, którzy na codzień są przecież spokojnymi. Na stadionach mają jednak inne twarze, słownictwo, gesty, interpretują fakty po swojemu, odbiegając od sprawiedliwych ocen wydarzeń na torze.

Ligowe rozgrywki unoszą kibiców jak morskie fale tratwę. Często dryfują. Żużlowe stadiony oblepione kibicami, choć już nie tak jak dawniej, gdzie okoliczne drzewa przytulały fanów jak gniazda ptaki, mają specyficzną atmosferę. Nie można porównać ich do futbolowych obiektów ani hal, gdzie grają piłkarze ręczni albo są mecze siatkówki. Ubolewam, że tzw. klatki dla kibiców gości niestety mają miejsce. Gospodarze… “muszą” być niegościnni ze względów bezpieczeństwa. Tego przed iluś tam laty nie było. Była kibicowska harmonia, dziś buszuje szowinizm transplantowany z futbolowych stadionów. Czy to się zmieni? Raczej nie, bo na speedway chodzi się rodzinnie, taka tradycja i trudno by organizatorzy wzięli na siebie ryzyko folgowania niebezpiecznym burdom. W euforii wszystko może się zdarzyć, więc “klatkowe sektory” muszą istnieć. Jak długo? Już na zawsze?

Na ligowe mecze czeka się z miłością, toteż premiery jeśli tylko pogoda dopisze, są wyjątkowym darem dla klubowych bossów. Brakuje miejsc i nie brakuje wyjątkowej atmosfery, gdyż liga jest jak dobra matka, przytula, karmi… “piersiami”!

Premierę Ekstraligi mamy w Zielonej Górze, gdzie mistrz Polski FALUBAZ zafaluje kibicami w meczu z Unią Tarnów. Ale będzie się działo! Falubaz już gotowy, kibice  tarnowscy jeżdżą wszędzie, więc będzie ostry doping. To będzie również mecz trenerów, Rafała Dobruckiego z Markiem Cieślakiem, a ten drugi, także trener reprezentacji Polski, nie raz i nie dwa ozłoconej, był przecież królewskim szkoleniowcem Falubazu.

Premiery mają  odświętne oprawy i przebieg nieobliczalny. “Ciąża” oczekiwania  na wydarzenie po zimowej przerwie podnosi adrenalinę aż pod sufit. Opanowuje głowy z namiętnością kochanków, jest cudownie, bosko. STOP.

W przeddzień ekstraligowej premiery na torze, w Teatrze Lubuskim im. Leona Kruczkowskiego odbędzie się uroczystość pt. Moje cudowne lata, która będzie świetną przystawką do tego, co zobaczymy na stadionie. Otóż były prezes klubu, który rozbujał zielonogórskie nastroje, doprowadził klub do mistrzowskich laurów senator RP Robert DOWHAN zamierza zakończyć po kilkunastu latach bujną karierę działacza. Pełni zaszczytną funkcję senatora, nie ma czasu, choć serce ciągnie w stronę żużlowych bram, ofensywnie działać na miarę mistrzowskiego klubu. Koniec i kropka. Szkoda. Albo Warszawa oraz inne lokacje albo Falubaz. Impreza w zielonogórskim teatrze zapowiada się nader ciekawie, gdyż Robert Dowhan ma duże rzesze sympatyków i przyjaciół. Był w stolicy ambasadorem sportu nie tylko spod znaku Myszki Miki, lecz w ogóle żużla. Brawo. Niektórzy celebryci zobaczyli speedway po raz pierwszy za sprawą właśnie senatora i przyjeżdżali do Zielonej Góry. I podobało się i polubili jazdy tylko w lewo.

Na rozważania Roberta Dowhana nad mijającym czasem w roli działacza przyjdzie  czas; senator ma prawo wybierać życiowe drogi. To był dobry, dowhanowski okres dla Falubazu. Budowanie stabilnej drużyny, ze światowymi gwiazdami a trener Marek Cieślak świetnie dopasował atmosferę sukcesu, ma ten gen w sobie, który trudno kupić, bo trzeba się z tym urodzić. Falubaz nie jest zespołem bez tradycji, wręcz przeciwnie z ogromnymi zasługami i zawsze był kuźnią talentów. Markową sukcesję trenerską sprawuje były zawodnik Falubazu Rafał Dobrucki, przed którym medalowa przestrzeń znów do zdobycia. Już bez Roberta Dowhana, z następcami senatora, który nigdy nie bał się przekazywać pałeczki młodym, utalentowanym ludziom z inicjatywami. Cool.

A więc: PREMIERA. Sobota 12 kwietnia 2014. EKSTRALIGA podnosi kurtynę! Taśma w górę. Falubaz kontra Unia Tarnów! Pełny stadion i barwna oprawa z dwóch stron. Sceneria filmowa, serial DMP zaczyna pierwszy odcinek. Szczęścia nie kupisz, pecha nie ominiesz. Taki los. Podobno pogodę zamówiono gdzieś na górze.

Ostatni mecz w Zielonej Górze za sprawą toruńskiego Unibaxu, który uciekł ze stadionu, przyniósł duży wstyd polskiemu żużlowi. Jak będzie tym razem jesienią w finale?

Unibax ma kilka punktów karnych w plecy, jak się pozbiera z Tomaszem Gollobem i australijskimi fighterami? Będą “koperniki” na pewno walczyć. Wróżenie przed startem ligowym jest trudne i trzeba poczekać na kilka meczów, wtedy dadzą obraz czego możemy spodziewać się w następnych kolejkach. Walka będzie zapewne wyrównana, spłaszczenie poziomu drużyn gwarantuje szczytowe emocje, może nie wszędzie, lecz prawie. Nie ma/?/ team dreamów, jest tylko nierównomiernie położona kasa/!/.

A zatem orły do boju! Kibice szykują gardła i serca. A reszta należy do artwykonawców tego cyrku, który jako SPEEDWAY nie daje nam żyć bez stresu. Za co więc kochamy ten sport czasami tak anielsko a czasami tak diabelnie? No cóż, jest w tym po prostu Wielkie Coś!

Będzie się działo, będzie zabawa…

Nie milkną echa kar nałożonych na toruński Unibax, klub należący do Romana Karkosika milionera z pierwszej półki polskiego biznesu. Jedni dywagują, że kary zostaną zmniejszone a opierają swoje racje na przykładzie meczu w Lesznie, gdzie rzeszowianie motywując odmowę startu złym stanem toru odjechali do domu. W sumie oberwało się gospodarzom; prezes Józef Dworakowski już wcześniej zapowiadał dymisję i też tak zrobił, oświadczając, że trudno racjonalnie prowadzić klub żużlowy w Polsce. Szkoda, że doszedł do takich konkluzji i wycofał swoje zaangażowanie w speedway. Centralnie nie potrafimy ratować działaczy, którzy chcą i robią sporo na rzecz sportu. Toruński przypadek miał szybką reakcję na stadionie, popartą absencją Tomasza Golloba, no a KTOŚ uniósł się ambicjami i doszło do skandalu. Nie ostudzono głów, nie potrafiono skorygować pychy w porę i klub stracił prestiż, toteż będziemy wracać w pewnych sytuacjach do tego, co wydarzyło się w finale extraligi anno 2013. Mistrzostwo Polski przypadło w udziale zielonogórzanom bez walki, w paskudnych okolicznościach bulwersujących środowisko. Teraz przychodzi odbicie i trwają rozmaite dyskusje o ile zmniejszone zostaną kary. A są tacy, którzy mocno biją się w piersi, że na pewno będziemy mieli… obniżkę. Czy klub zbankrutuje?! Wątpię. Nie wiem po co wydaje się werdykty, by potem je korygował Trybunał PZM. Takie są procedury, bardzo modne ostatnio w różnych branżach i okolicznościach. Winy, kary i kabaret.

Prezes Pezetmotu zapowiada, że Speedway Extraliga powoła rzecznika etyki. Kolejna zatem funkcja, która powinna przypaść nieskalanej postaci naszego żużla. W jakim wieku, z jakim dorobkiem? Kto zacz? Już nie wystarczają dotychczasowe gremia a muszą być jeszcze rzecznicy. ETYKA. Wielkie słowo. Już się boję… Rozmywanie władzy puchnie a nikt niczego nie zrobi bez finansowych kwitów. Stać nas na takie wyczyny? Widocznie… Podobno nowe funkcje komisarzy torów są trafionym zjawiskiem. Zobaczymy, chyba za wcześnie na pochwały. Anglicy czy Skandynawowie unikają takich pomysłów, po prostu zabrakło by im funtów i koron…

A może powołać rzecznika… od wypadków na torach? Kontrowersji nie brakuje; zawodnicy w trudnych sytuacjach wymyślają sobie od najgorszych, są zdarzenia, które można podciągnąć jako sprowokowane i skutkują poważnymi obrażeniami, wykluczają zawodników z jazd na długie miesiące, powodują ich absencjami obniżenie poziomu i spadek frekwencji na stadionach. Bywa tak, że w kolizji dwóch zawodników, jeden traci pewny medal mistrzostw świata a drugi oświadcza, że rywal nie ma do niego żadnych pretensji. No nie wiem, warto czasem przeanalizować sytację a czerwona kartka sędziowska niczego nie dowodzi, bo sprawca wypadku powinien być ukarany tak, by unikał jazd na krawędzi. Niestety mamy recydywy. Speedwy wprawdzie nie jest baletem na scenie, raczej ekstremalnym sportem, który w każdej sekundzie może być dramatem. Wywożenie w „płot“, nie zostawianie miejsca pod bandą oraz inne sztuczki skutkują groźnymi śladami na ciele i duszy. Mamy długie pauzy w których panuje cisza w bieli szpitalnych ścian. Co można a co nie?! Oczywiście nie można przewidzieć nieszczęśliwych zdarzeń, bo one w życiu codziennym ciągle nam towarzyszą, lecz ekscesy wykonane z premedytacją powinny być pod lupą spec zespołu, w którym słowo ETYKA musi mieć wagę.

Sezon‘13 był bardzo przykry dla wielu żużlowców, nieszczęśliwy dla doświadczonych zawodników, którzy utracili przez ciężkie urazy szanse na mistrzowskie medale. Panuje ogromny niedosyt, że wyeliminowany został w ligowym „praniu“ na toruńskiej Motoarenie Emil Sajfutdinow oraz że Chris Holder zmarnował sezon i nie mógł bronić złota. Uczestnicy batalii mają przeładowany kalendarz, wkrada się zgubne przemęczenie.

Tracą zawodnicy, tracą kibice, traci sedno sport! Niestety, nie można zrobić selekcji grupy, która będzie jeździła tylko w cyrku Grand Prix o mistrzostwo świata a inni tyrali tylko w ligach. Emil odmówił startu w drużynowych mistrzostwach świata w obawie o kontuzję a potem w lidze, w kolizji z Adrianem Miedzińskim stracił medal i to chyba raczej złoty… Do kogo kierować pretensje? Kto ma dobre samopoczucie a kto złe?

Rzecznik etyki w sytuacji jaka wydarzyła się na stadionie zielonogórskim, przy odmowie meczu przez Unibaxu, ma sprawę prostą jak kawałek drutu. W przypadku faulu, ewidentnie złośliwej jazdy może wydać orzeczenie, które wreszcie odstraszy straceńców od karkołomnych poczynań na torze, notowanych na krawędzi tragedii.

Kolejny problem…Funkcja sędziego zostaje raz po raz odcedzona od wielu decyzji, gdyż mamy już komisarzy torów, będzie rzecznik etyki, może jeszcze inni rzecznicy. Czy arbiter będzie miał tylko pulpit? Wszak jeszcze obraduje na zawodach grupa ratunkowa w postaci jury. Dużo gości i sporo wypłat, no i speedway robi się kosztowny funkcyjnie, nikt nie panuje nad eskalacją chciejstwa elit. Jest GOLD SPEEDWAY pod egidą światowego guru z kraju pizzy Armando Castagny. Do jego grona dołączył ostatnio raptownie prezes Speedway Ekstraligi Wojciech Stępniewski, z Torunia, były prezes Unibaxu; tak więc władca Unibaxu Roman Karkosik ma swojego człowieka w FIM. Nagle mamy dziwne personalne ruchy. Fajnie się dzieje! Znam takiego gościa, który szeptem mówi, kiedy sprawa dotyczy właśnie wspomnianego milionera. Czasy w żużlu oczadzone są strasznie. Jestem przekonany, że to środowisko żużlowe powinno wybierać swojego człowieka do międzynarodowych władz. Przejrzyście. Do tego jeszcze wrócę!

Toruńskie ostatnie incydenty są głośne jak… Mikołaj Kopernik, jak wyborne pierniki  oraz jak słynny ojciec dyrektor tamtejszego radia… ciekawe więc co zrobi szacowny Trybunał PZM, jakim okiem spojrzy na fakty, które psują sport, jak robaki jabłka.

Oj, będzie się działo, będzie zabawa.

Kij, marchewka i lubelski hit

Speedway_start_1

Pokutuje taka opinia od dłuższego już czasu, że polska liga, ta extra jest najlepsza na świecie. Ze speedway’em na świecie przesadzają okrutnie, raczej ten sport domyka się w obrębie Europy i incydentalnie rejestrujemy go poza Starym Kontynentem, na Antypodach, śladowo w USA, w Kalifornii. Każdy zawodnik, który chce w żużlu czegoś dokonać startuje w Europie. Speedway, który z Antypodów przywędrował  do Anglii kilkadziesiąt lat temu od dłuższego czasu na Wyspach Brytyjskich przeżywa regres z którego może go podnieść utalentowany Tai Woffinden. Zawsze wcześniej czy poźniej w sporcie pojawia się jakiś orzeł, który dopinguje swoim talentem oraz umiejętnościami i winduje dyscyplinę sportu w górę. Nie zrobił tego Scott Nicholls ani Chris Harris.  “Przeleciał” przez tory Mark Loram, który został mistrzem świata. Teraz mamy Woffindena. Czy liga angielska jest lepsza od polskiej? Jest na pewno inna, nie tak tłumnie odwiedzana, chociaż frekwencja u nas systematycznie z roku na rok się obniża. Wyspiarze mają inne tory, trudniejsze do jazdy, promotorzy nie rozpieszczają zawodników, którzy na polskim gruncie mają wikt i opierunek niespotykany gdzie indziej. Gdyby odcedzić polskie ligi z zagranicznych żużlowców ten sport zdziadziałby od razu. Polscy prezesi narzekają i płacą bez ograniczeń. Mają gest i rozpuszczają, choć nie wszystkich z taką samą estymą. Mają swoje widzimisie a polskie kluby nazywane są bankomatami, które nigdy nie zamykają swoich sejfów przed gwiazdami. Nie raz już prezesi zżymali się na pustostany zimą, nie płacili , lecz wobec groźby utraty licencji regulowali zaległości, które zwykle mają wobec polskich zawodników, zaś przed zagranicznymi czapkują w podskokach. Dziwna sytuacja, polska transformacja gospodarcza uruchomiła na początku lat 90 – tych ogromne zasoby pieniężne. Ale to już było i trochę jest. W takim tyglu działalność ligowa musi być mocno skoordynowana, Logistycznie wyrachowana z żelaznymi regułami gry by towarzystwo nie fikało. A fika od początku. A kto w Polsce tak nie robi, pytanie rzeka.

Ostatnie wydarzenia i walkower w finale Ekstraligi w Zielonej Górze, odmowa startu przez kaprysy torunian miały już prapremierę w Lesznie, kiedy goście z Rzeszowa odmówili startu. Wówczas ukarani zostali dotkliwie i kontrowersyjnie uniści. Marma z Rzeszowa poniosła mniejsze straty, w końcu spadła z najwyższej półki.

Polską ligą zawiaduje spółka dobrze opłacana, nad nią czuwa bogaty Polski Związek Motorowy, który w swoim łonie ma jeszcze statutowo biedną Główną Komisję Sportu Żużlowego. Trzy ciała a jakby jedno z gniazdem  w stolicy pod szyldem PZM. Władzę trzyma krzepko Pezetmot z Andrzejem Witkowskim, żelaznym prezesem od wielu lat. Reszta jest obok niego tylko tłem. Niby trzy struktury a jedna faktycznie władza, bo szefem Rady Nadzorczej w ekstrakligowej spółce/ zarządzanej przez torunianina/ jest prezes PZM. Koniec, kropka, mysz się nie preślizgnie pod tak czujnym okiem. W tym doborowym towarzystwie zasiada również Władysław Komarnicki były prezes gorzowskiej stajni żużlowej. Czyją stronę teraz trzyma demokratycznie gorzowski przedsiębiorca? Krążą domysły…

Klubowi władcy ostro/ słusznie/ negują spółkę ligową z toruńskim prezesem. Chodzi o kasę. PZM  lubi też kasę. I prezes Witkowski także oraz inni jego podwładni, to wszystko ma bardzo ładnie wyglądające oblicze, powiedziałbym procedury, modne ostatnio słowo w polskiej przestrzeni, obok jeszcze takiego “kolokwialnie” mówiąc. Proste słowa są owijane… kolokwialnie. No i mamy jeszcze nieruchawe zawodnicze związki pn. Metanol z Krzysztofem Cegielskim. Towarzystwo nieliczne ale śliczne.

Co do skandalu w Zielonej Górze, ekstraligowa spółka wszczęła po incydencje… procedury, czyli dała sobie czas na rozstrzygnięcie sprawy. Kto szybko daje, dwa razy daje mowi przysłowie. A co w takim przypadku było deliberować, gdy skandal jest ogromny jak księżyc w pełni. Czas jest potrzebny… czasami. Dzwoni do mnie pewien gość po tej drace z Unibaxem i powiada, że on wie, kto za tym stoi… otóż znany ojciec w sutannie z Torunia. A to heca… ludzie dorabiają od razu wygodną ideologię. Nie żartujmy. Menago toruńskiego klubu  Sławomir Kryjom tłumaczył incydent, bo torunianie zwołali konferencję medialną. Społeczność żużlowa oczekiwała szybkiej reakcji, no ale skoro wdraża się procedury, trzeba poczekać cierpliwie.

W Polsce są winy ale niestety nie ma kar i dlatego mamy takie syuacje, recydywy i zastanawiam się co jeszcze muszą zrobić np. futbolowi kibole żeby wreszcie ponieść dotkliwe kary. Cackanie się ze z jednym czy drugim” Staruchem” daje upust do następnych ekscesów.

Mamy skandal nad skandale i walkower /!/ w finale Ekstraligi. Zostają głębokie refleksje na zimę, rozbieranie tematu na drobne części. Polski żużel dryfuje niebezpiecznie, choć sportowo jest medalowy, taki paradoks.

Zwykle nic tak nie boli jak finansowe grzywny. Zawodnik może otrzymać żółtą albo czerwoną kartkę i co dalej? Co zrobić, jeśli zawodnik pojedzie celowo na faul i “zdemoluje” rywala? Czerwoną kartką nie uzdrowi się poszkodowanego, dlatego sugeruję żeby nie mieć litości dla wywożących w  “płot” zawodników, którzy kaleczą nie tylko siebie, lecz przede wszystkim niszczą zdrowie przeciwnika i jego karierę. Kary w takich przypadkach powinny być surowe by ustrzec przed celowymi najazdami na rywala. Życie jest tylko jedno! Postuluję jeszcze aby stosować punkty karne za faule, tak jak jest w  “drogówce”. W tym sezonie mamy sporo przykrych kontuzji, więc szkoda zdrowia zawodników, cierpią również na tym widzowie, bo mają ograniczone emocje z powodu absencji gwiazd.

XXX

To tyle w tym felietonie i aby nie było ponuro, tak toruńsko cierpko, jakże przyjemną imprezę szykują w Lublinie Krzysztof Cugowski z Markiem Kępą. Będzie mecz Polska /mistrzowie świata/ kontra mistrzowie świata i przyjedzie m. inn wielki, duński as Hans Nielsen, który poprowadzi zespół gwiazd. A z drugiej strony wyjadą wybrańcy, polscy mistrzowie świata pod kierunkiem Marka Cieślaka. Hit, parada, sportowy koncert. Tego Lublin jeszcze nie widział i żywię nadzieję, że taka “Budka Żużlowa” raz do roku na lubelskim torze pobudzi tamtejszy speedway do sukcesów jak bywało dawniej. Lublin jest pięknym miastem, ma tradycje żużlowe i animatorzy turnieju 12 października chcą wskrzesić to, co było kiedyś porywająco dobre. Super! Dochód z widowiska będzie wzmocnieniem dla tych wszystkich, którzy ucierpieli na żużlu. Piękna idea do kontynuacji. Do Lublina wybiera się ciekawe grono gości, które wzmocni szlachetny cel, jakiego podjęli się znany artysta i były, prężny żużlowiec. Organizatorzy… suflerów nie potrzebują, wiedzą jak zagrać, żeby było przyjemnie i cel spełniony. Lubelski arcymecz może być finałem finałów tego sezonu i zostać w pamięci, tak jak każdy przebój “Budki Suflera”. Będzie tango! Speedway to nie tylko draka ale i zabawa.

One, two, three

onesportmedia

Czasami odnoszę wrażenie jakby żużel przez niektóre kręgi był odbierany jako dyscyplina sportu o ogromnych rozmiarach. Nie niszowy, wręcz powszechny i popularny od Tokio do Dublina. Od dłuższgo czasu kiedy patrzę na ten sport, porównuję dawne lata, imprezy, to co zostało stracone, powołane i jakie są nowe plany nabieram przekonania, że brakuje wyraźnej koncepcji na rozwój, na ugruntowanie klasycznych form rozgrywek w tym sporcie. I dochodzę do konkluzji, że w tym galimatiasie zabraknie kiedyś czasu oraz wykonawców.

Metody rozgrywania mistrzostw w każdym sporcie czym bardziej są proste, tym bardziej docierają do kibiców i napędzają ich emocje.

Nieszczęścia chodzą w życiu czasami parami.

Kiedy w 1995 roku pojawił się serial Grand Prix z sześcioma turniejami powiało optymizmem i mówiło się bardziej sprawiedliwszym mistrzu niż do tej pory bywało, kiedy mistrz świata wyłaniany był jednodniowo. Po kilku latach liczba turniejów „sprawiedliwych“ zwiększyła się podwójnie jedni piali z zachwytu, drudzy ziewali ze znużenia. Trudno dogodzić, ale są klasyczne rozwiązania i sport nie przepada za udziwnieniami.

Serial Grand Prix z dwunastoma turniejami zapełnia szczelnie kalendarz i wywołuje kontrowersje zarówno w gronie zawodników jak i na widowni. Na razie mowi się jeszcze o zwiększeniu liczby zawodów, choć myślę, że do tego już nie dojdzie. Bo niby po co…

Toruńska firma One Sport wykupiła prawa do organizacji indywidualnych mistrzostw Europy i zamierza w ciągu trzech lat jak zapewnia jej szef Karol Lejman zrobić dzięki telewizyjnym transmisjom w EUROSPORT cykl imprez, który zdominuje rynek żużlowy i dzięki różnym pomysłom pobudzić zainteresowanie tym sportem.

Do tej pory indywidualny mistrz Europy na żużlu nie miał prestiżu. Takie niechciane mistrzostwa, byle zaliczyć i jazda dalej. Zmieni się ranga poprzez oprawę i nagłośnienie?

Na razie można opierać się tylko na ambicjach firmy One Sport.

Jakby nie patrzeć na speedway, to dominująca rola należy do mistrzstw świata.

W sporcie ranga mistrzistw  jest od dawna ustalona i nikt nie zmieni roli igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata czy Europy. Gradacja jest i będzie. I nikt mi nie wmówi, że teraz mistrz Europy będzie ważniejszy od mistrza świata, bo zrobimy super imprezę. Waga medali jest wyważona przez lata w każdym sporcie i nad wszystkim królują igrzyska olimpijskie.

W dużych sportach łatwiej lawirować z imprezami, kalendarz jest inny, liczba uczestników do wyboru łatwiejsza.

W żużlu elita jest zarobiona po pachy, startuje w GP, w 3 – 4 ligach zagranicznych, mamy drużynowe mistrzostwa świata. Dawniej kiedy było więcej czasu zawodnicy startowali  nie tylko na klasycznym torze ale i na długim, na trawie, bywało i na lodzie, choć rzadko. Płodozmian w sportach motorowych dobrze wpływa na wyniki. Teraz nie ma czasu na takie „ekstrawagancje“.

Nie neguję ambicji toruńskiej firmy, która chce zaistnieć w świecie żużla a jeśli obraz popłynie dzięki Eurosportowi do kilkudziesięciu krajów, może urodzą się pomysły na realizację nwych projektów tam, gdzie speedway jest tylko na obrazkach.

Jak do tej pory trzyma się mocno w Europie. W USA jest jego short odmiana, w Nowej Zelandii mamy próby z GP a jak długo to potrwa nikt nie wie. W każdym razie speedway ma europejskie oblicze.

Zastanawia mnie dlaczego nie dąży się w kierunku Klubowego Pucharu Europy czyli Ligi Mistrzów, dlaczego nie reanimuje się pięknej i atrakcyjnej w formule rywalizacji par o mistrzostwo świata. Dlaczego? Pary były rozgrywkami o ustalonej renomie, niestety federacje motorowe nie były w stanie wysyłać swoich ekip na takie zawody. Były różne koleje tych mistrzostw, nawet traktowano je jako…drużynowe, bo na zestawienie kilku zawodników nie wszystkich było stać.

Dochodzimy do wniosku, że wojsku brakuje żołnierzy a elity mają swój czas. A więc co? Co dalej?

One, two, three…

To teraz nagle będziemy mieli full atrakcji? Być może, siła w mediach i obrazach. Rzecz w tym także aby aktorzy widowisk byli atrakcyjni i dostarczali emocji nie skażonych zmęczeniem. Podobno budżet jest solidny i nowa formuła mistrzostw Europy będzie kusić elitę. Jest w stanie pogodzić obie konkurencje? W innych sportach tak się dzieje, ale tam, gdzie ma męczących seriali wyłaniających mistrzów.

Speedway jest sportem ekstremalnym, wymaga kondycji, która eliminuje kontuzje i groźbę kalectwa. O tym wszystkim trzeba pamiętać budując nowe projekty, bo zdrowie w tym sporcie zawsze wisi na krawędzi życia i śmierci, wizji niepełnosprawności na zawsze.

Odnoszę wrażenie, że żużel nagle dostał energetycznego kopa i za wszelką cenę chce się z niego zrobić wielki show. Nie wiem, czy drogi nie powinny być łączone w tym szaleństwie, projekty jednak monitorowane przez federację światową. W tej chwili Europejska Unia Motocyklowa chce podnieść rangę mistrzostw Europy. Obok mamy wyścigi po mistrzostwo świata. Kibice nie wszędzie już wybierają się na zawody, telewizja dociera natomiast w zakamarki świata. Zmienia się zatem oblicze dzisiejszego żużla, potrzeba wręcz „żołnierzy“, których jednak komputerowo nie da się produkować. Jak to wszystko będzie wyglądać za kilka lat; czy seriale pt. „SPEEDWAY BEZ GRANIC“ będziemy oglądać głównie na telewizyjnych ekranach? Czarna wizja, wolę kolorową ale wyścig zbrojeń o kasę i popularność potrafi zabić niejedną miłość.

Przewrotne życie

Merry_Christmas_1

Blisko świąt, refleksyjnych, radosnych i takich z łezkami wspomnień. Dlaczego łezkami? Bo nastrój tych świąt i wigilijny stół mimo woli zmuszają serca do otwarcia się na przeszłość i przyszłość także. Prawda? Jak ten czas leci, dopiero był początek roku a już nowy stoi na progu. Jedne święta, drugie, potem lato, jesień i już mamy świeczniki w oknach. I rodzinne spotkania i myśli wirujące w ognikach choinek.

Żużlowy świat wypoczywa, sport oddycha inaczej, choć nie wszyscy. Zimowe sporty walczą na trasach i skoczniach. W wyścigach na lodzie Sanok będzie miał w styczniu 2013 roku światową imprezę. Świetnie, kto mógł pomyśleć, że właśnie tam, gdzie ściera się Podkarpacie z Bieszczadami będziemy mieli żużlowe przedłużenie sezonu w formule jakże dramatycznych wyścigów, takich choinkowych w swoim obrazie, gdzie na bieli lodu lecą iskry emocji, gdzie kolorowy świat kontruje tafle lodowe.

W klubach mobilizacja przed sezonem, trzeba ustalić gry treningowe w sali, na stokach, zbudować kondycję. Speedway jest mimo wszystko sportem indywidualnym. W klubach mimo drużynowych planów przygotowania do sezonu doświadczeni zawodnicy realizują swoje projekty treningowe w oparciu o budżet, dopilnowanie sprzętu, kombinowanie jak przygotować się do ligowych pojedynków, do Grand Prix, jeśli ktoś jest w tym serialu. Jest jeszcze grudniowa eskapada do Kalifornii na turniej w średniej obsadzie z udziałem Tomasza Golloba. Coś się dzieje. Brakuje zimowych eskapad na Antypody, które kiedyś były wielkimi wyprawami do Krainy Kangurów. Był czas organizacji takich wypraw Europejczyków przez Ivana Maugera. W Europie siarczysty mróz a tam w Australii, Nowej Zelandii ciepło, ocean, plaża i wyścigi na różnych torach, które wychowały znanych mistrzów, choćby aktualnego Chrisa Holdera. Polacy nie omijali Australii, teraz Nowa Zelandia tkwi w kalendarzu Grand Prix i organizatorzy przyciągają elitę na taką prapremierę sezonu. Trochę sztuczna, nie bardzo wierzę, że się utrzyma na dłużej. Czas pokaże. Napisałem sztuczna… Tak, bo bardzo elitarny speedway, by nie powiedzieć w sumie niszowy, stał się w ostatnich latach bardzo europejski. Proszę się zastanowić, nawet nie tak głęboko. Niszowy. W obrębie Starego Kontynentu. Speedway, który przywędrował do Europy blisko sto lat temu właśnie z Australii, transferowany stamtąd przez Anglika Johnny Hoskinsa. I tak się zaczęło od pierwszych wyścigów na północ od Londynu. Zaskoczyły te wyścigi mentalnie i porwały z biegiem czasu konserwatywnych  Brytyjczyków. Za nimi poszli inni a Polska jest przykładem niesłabnącej miłości do tego sportu.

Przypomnę, że serial Grand Prix zaczął się w 1995 roku od sześciu turniejów i myślę, że to było rozsądne, mimo początków, które bywają zwykle trudne. Podwojenie liczby niszczy świeżość, autentyzm ścigania się po mistrzostwo świata z dozą niespodzianki jednak… A tak mamy znużenie, zmęczenie sprzętu i maraton, który gdyby trwał o połowę krócej byłby znacznie lepszy w odbiorze wszystkich uczestników seriali GP. Zostawiam jednak tę twórczą obsesję, która mnie trapi od lat, gdyż nie tylko ja widzę, obserwuję, że nie liczba turniejów świadczy o jakości. Kiedy ktoś wreszcie dojedzie do rozsądku?!

Sezon anno 2012 nie przyniósł medalu dla Polaka. Czy następny będzie inny? Jaroslaw Hampel odniósł kontuzję, która wykluczyła go przez ważną część sezonu a kiedy wrócił na tor nie był w stanie nawiązać walki. Mam wiarę, że przez zimę dojdzie do siebie pod każdym względem i znów będzie w centrum uwagi. Polski speedway zasługuje na indywidualny medal MŚ.

Transferowy świat nabiera barw, choć nie tak jak dawniej, teraz mniej więcej już się dostrzega inklinacje i mimo braku oficjalnych glejtów można przewidzieć wędrówkę zawodników, kuszonych finansowymi ofertami w sytuacji, kiedy wciąż się słyszy, że polski speedway ciężko dyszy i grozi mu krach. Nie wierzę w taką klubową hipochondrię. Co roku po sezonie słychać katastroficzne głosy a potem transfery przeczą trudnej sytuacji.

Są zawodnicy, którzy zadają kłam temu co zwykle mówią. Kochają kasę ponad wszystko I mogą jeździć nawet u diabła, jeśli ktoś poda na tacy odpowiednią kasę. Czekam, kiedy ksiądz dyrektor z historycznego, polskiego miasta założy klub i ściągnie  zawodników jakich zechce. Ale to byłby hit!!! Wszystko w życiu jest możliwe, takie ono przewrotne. Toruń imponuje stadionem extra żużlowym, ma również szefa Ekstraligowej Spółki, byłego prezesa Unibaxu. Czy będzie nowatorskim prezesem? Zależy jak ułożą się stosunki z nadrzędną władzą pt. PZM a także relacje z Giekażetem. Dualizmy, rozdwojenie władzy zawsze czemuś służy, brakuje potem odpowiedzialności, która rozmywa się jak brzegi rzeki podczas powodzi. Niektórym to pasuje, bo wówczas mają powody do zademonstrowania swojej siły. W futbolu mamy podobne układy. Nie jestem zwolennikiem takich sytuacji, które podrażają życie i rozmywają odpowiedzialność. Nadbudowa nad ligą paraliżuje Giekażet, który statutowo istnieje w Pezetmocie. Tam trochę władzy, i tam trochę a nad wszystkim panuje Nadprezes ze swoimi sługami. Wygodne, niby demokracja a tak po prawdzie autokracja. Jak w tym wszystkim znajdzie się nowy szef Ekstraligowej Spółki Wojciech Stępniewski i czy będzie lepszy od poprzednika trudno wyrokować, bo klub ma inne zadania a tu jest o wiele wygodniejsze życie. Spektakularne. W każdym razie miasto Kopernika staje się centrum żużlowej areny, choć nie tylko z tego powodu jest znane w Polsce. Dzieło o obrocie ciał niebieskich nie na darmo “poleciało” kiedyś z Torunia w świat.