Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

Tony nie był święty i częstochowskie oczy zielone

 

tony-rickardsson-805x452

I.

O kogo chodzi? O Tony Rickardssona, Szweda, sześciokrotnego mistrza świata. Tytułami zrównał się z nowozelandzkim asem Ivanem Maugerem/ zmarł w ub. roku w Australii wskutek długiej, ciężkiej choroby po wylewie/. Rickardsson, był nazywany gdy startował w Tarnowie swojsko Tośkiem. Tam też odbyło się polskie pożegnanie z jego karierą. Ciekawostką był fakt, że nie zjawił się na tym turnieju Tomasz Gollob.

Ale ad rem. Popełniłem onegdaj felieton, w którym poruszyłem skandaliczne  wypowiedzi prezesa ROW Rybnik pod adresem rosyjskiego zawodnika Grigorija Łaguty. Pseudo lans zmroził środowisko sportowe. Łaguta został zawieszony za stosowanie dopingu jako zawodnik ROW, kara się kończy, nie będzie jednak wierny Rybnikowi, wybrał lubelskiego beniaminka Ekstraligi. Prawdą jest, że team wypadł z gry przez incydent. Powietrze wokół Griszy zrobiło się “smogowe”. Podobno obiecał śląskiej drużynie starty, skusiła go jednak lepsza oferta. Prezes pokrzywdzony, który wcześniej walczył mocno o niewinność Rosjanina, oświadczył, że GŁ złamał słowo. Nie pierwszy on pewnie i nie ostatni na tym świecie. Bo…

Rozmawiałem nie tak dawno z gorzowskim mecenasem Jerzym Synowcem, który był oburzony słowami nienawiści prezesa ROW. Mec. Synowiec ongiś prezes gorzowskiej Stali, działacz wytrawny, speedway wyssał, jak każdy miejscowy może nie z mlekiem matki, lecz z atmosfery żużlowej w tym mieście. Tam żyje się tym sportem a bywanie na stadionie im. Edwarda Jancarza jest po prostu obowiązkową modą. Otóż Jerzy Synowiec wspomniał mi o zdarzeniu z gorzowskiego gruntu, o którym wiedziałem, lecz zapomniałem. Było to za czasów prezesa Les Gondora; był taki, pamiętacie? Gorzowianie chcieli mieć w składzie Szweda Tony Rickardssona. Tony robił karierę, punktował. Wszystko było prawie dogadane. Tony w międzyczasie konferował jednak z gdańskim Wybrzeżem, widocznie skutecznie. Generalnie tego rodzaju akcja zmierza do wyłożenia odpowiedniej kasy. Rickardsson w ostatniej chwili zerwał umowę z Gorzowem i wybrał gdański klub. Co powiedział Gondorowi? Rzekomo tyle, że jest zawodowcem i zdecydował się na korzystniejsze warunki kontraktu. Oczywiście zawsze zostaje osad lojalności. Życie jednak jest podatne na pokusy finansowe, sport obraca się wokół coraz większych kwot a speedway ma extremalny charakter i jego uprawianie niesie ogromne ryzyko kontuzji, inwalidztwa, ba, utraty życia. Kulisy tego sportu są potężnym wyzwaniem dla startujących, gdyż teraźniejszość wymaga wyobraźni patrzenia w przyszłość kariery i życia. Oczywiście kompromis jest wyjściem z trudnej sytuacji. Respektowanie zasad dawno runęło w przepaść. Mecenas Jerzy Synowiec działacz mobilnego spojrzenia na speedway reaguje globalnie na drażliwe incydenty. Dzięki, że przypomniał, iż nie tylko Grigorij Łaguta zmienił układ sił w drużynie w której startował, kiedy łykał niedozwolony środek. Kibice trudno wybaczają zawodnikom zmianę “krwi”, czasem dozgonnie i mamy tego przykłady od Pomorza do Podkarpacia, od Roztocza po Lubuskie oraz śląskie obszary. Wszędzie kibice nie darują zdrady barw klubowych. Teraz o popisach estradowych.

II.

Pojechałem do Częstochowy na prezentację Włókniarza, która odbyła się w sportowej hali. Kilka tysięcy ludzi, szał, bo częścią artystyczną zawładnął wodzirej disco polo Zenon Martyniuk. Od jakiegoś czasu kluby żużlowe organizują prezentacje dla kibiców; pod dachem jest inaczej, niż na stadionie, fani mogą więc zobaczyć i usłyszeć swoich ulubieńców bez kevlarów i motocykli. Pod Jasną Górę przyjechał Martyniuk a pamiętam podobną galę sprzed lat w Tarnowie, gdzie publiczność zabawiał inteligentnie Maciej Stuhr. W każdym razie moda na takie wydarzenia przed sezonem panuje, bilety były po 15 i 30 złotych a w hali zjawiło się kilka tysięcy sympatyków jazd w lewo. Show w cieple. Włókniarz, teraz z szyldem bukmacherskim forBet, 60 lat temu zdobył po raz pierwszy mistrzostwo drużynowe Polski! Przypomniano z sentymentem byłych zawodników, którzy tworzyli przed laty kręgosłup zasłużonego klubu, część asów niestety już nie żyje. RiP. Zaprezentowano pod egidą Sławomira Drabika młodych adeptów tego sportu ze szkółki, sympatycznych “szkrabów”, którzy chcą być sławni. Pojawili się starsi od nich oraz ci, którzy będą walczyć o piąty tytuł drużynowego mistrza Polski. Kieruje klubem zgrabnie Michał Świącik, trenerem/ także reprezentacji Polski/ jest hołubiony Marek Cieślak, który powrócił do macierzystego klubu i cieszy się autorytetem. Żużlową “konwencję” Włókniarza prowadzili zawodowcy Tomasz Lorek i Ireneusz Bieleninik. Aktorami głównymi byli nie tylko zawodnicy, także klubowi działacze, mechanicy, sponsorzy, ludzie z urzędu miasta, które traktuje osiągnięcia żużlowców jako świetną promocję. Prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk bywa regularnie na stadionie, miasto wspomaga finansowo klub, interes się kręci. Były chude lata a mają być tłuste. Team przyjechał ze zgrupowania /narty, integracja, lux powietrze/ w Szklarskiej Porębie i trener Cieślak jest optymistą w kontekście nowego sezonu, “powalczymy jak lwy”. W Częstochowie speedway jest w życiorysie każdego, stadion jak Mekka przyciąga od małego. Bogata kronika klubowa obfituje w mistrzów, reprezentantów Polski. Grubo. Bogato. Jak pod Jasną Górą.

Imprezę przedsezonową wspomniałem ubarwił Zenon Martyniuk z szalikiem w barwach biało – zielonych, czyli klubowych Włókniarza. “Przez twe oczy zielone…”  przebój sztandarowy… “nie mogę jeść, nie mogę spać, przez te oczy zielone oszalałem”… Tak plus minus, fani dobrze się przy tym bawią. Jeszcze mocniej dopingowo będzie na stadionie; głosowe próby gremialnie ćwiczono w hali: WŁÓKNIARZ, WŁÓKNIARZ, WŁÓKNIARZ…

A na torze pojadą szaleńczo m.inn. pogodny idol polsko – duński Leo Madsen, bojowy Słoweniec Matej Zagar, błyskawiczny Szwed Fredrik Lindgren, toruńska rutyna Adrian Miedziński, wychowanek tego klubu bez manier Michał Gruchalski i ambitny ”Kopernik” Paweł Przedpełski… Uff. “Częstochowskie lwy” wybudzone, wyposzczone od jazd na torze czekają na huczną premierę Ekstraligi z kompletem widzów. Trwa odliczanie dni a bezlitosne mecze z każdego wycisną ostatnią “kroplę” adrenaliny. Na ciepło i zimno, na biało i zielono z lwami w herbie. Łał!

Zanim urodziły się jazdy GP

url-2

Co się działo na światowej arenie 30 lat temu pisałem w poprzednim felietonie, dziś przypomnę w zimowe dni, co się wydarzyło 20 lat wstecz. 30 lat temu finał indywidualny światowy odbył się na północy Niemiec w Norden, dziesięć lat później na południu, w zakątku granicznym gdzie łączą się Niemcy z Austrią i Czechami i płynie tam majestatycznie Dunaj. Malownicza okolica, atrakcyjne Passau i znane bawarskie uzdrowiska. W Pocking odbył się przedostatni finał indywidualny MŚ, rok później ostatni, jednodniowy zaplanowano w duńskim Vojens na torze Ole Olsena.

Mamy rok 1993 i finał w małej miejcowości Pocking, skąd pochodził Georg Transpurger, sędzia, który w 1973 roku poprowadził finał IMŚ na Stadionie Śląskim w Chorzowie a wygrał wtedy Jerzy Szczakiel. Historyczny turniej, z przyjemnością przypominam okrągłe daty minionych lat, jakaś mistyka w moim w kalendarzu krąży, skoro obracam się wokół takich zdarzeń. Pocking znane było z Wielkanocnych Turniejów rozgrywanych w silnej obsadzie w konwencji czwórmeczów. Polaków rzadko tam zapraszano, startowali gospodarze, wiadomo a oprócz nich Duńczycy, Anglicy, Szwedzi, zawodnicy z Antypodów, czasami Czesi.

Na arenie międzynardowej powiało talentem Tomasza Golloba i atmosfera wokół jego postaci budziła zainteresowanie oraz nadzieje, że oto mamy kogoś kto powalczy w światowej elicie. W kręgach międzynarodowych mówiło się o pomysłach na nowe rozdania  w mistrzostwach świata, o zerwaniu z dotychczasowym schematem i wprowadzeniem projektu, który wstrząśnie środowiskiem i będzie obowiązywał w następnych latach. Jak się okazało po kolejnym finale IMŚ w Vojens projekt rysował się jako Grand Prix, w postaci rozwlekłego serialu, który trwa i trwa…

POCKING. Już tam byłem kiedyś, wykorzystuję więc czas i pędzę do uroczego Salzburga, gdzie paskudna pogoda, zacina deszcz. Jeszcze lato, dopiero koniec sierpnia. Tam lubi padać. Trening w Pocking bez większych problemów. Fani z Polski liczą na podium. Jeszcze jednak za wcześnie. Poczekają i się doczekają.

Przyjeżdżają na turniej przyszli sponsorzy Tomasza Golloba, biznesmen w dużym wydaniu Jan Kulczyk i Mieczysław Wachowski, sekretarz stanu za czasów prezydencji Lecha Wałęsy. Przylatują do Monachium a potem jadą samochodami via Landshut do Pocking. Po turnieju będę uczestnikiem mini spotkania z ich udziałem oraz władzy PZM  i Tomasza Golloba z ojcem Władysławem. Tyle faktów. Zdarzyły się w Pocking na progu kariery polskiego asa i w przedsionku projektu pt. Grand Prix. Nowe otwarcie w indywidualnych mistrzostwach świata było tajemnicą, miało swoich promotorów, przecieki były, lecz specjalnego wrażenia nie robiły. Panowała ciekawość i niepewność. Premiera GP miała nastąpić we Wrocławiu, który był pierwszym z sześciu turniejów serialu.

Finał w Pocking wzbudził duże zainteresowanie, nie zabrakło niemieckich kibiców i zagranicznych, bardzo widoczni byli fani z Polski dopingujący swojego asa. Obsada fantastyczna, silna i debiut wśród takich pereł polskiej, późniejszej ikony.

Zawody wygrał w kalifornijskim stylu Amerykanin Sam Ermolenko, który wyginał się na motocyklu jak sprężyna. Był najszybszy w czterech wyścigach, ostatni zaliczył na zero. Wystarczyło 12 punktów aby zdobyć złoto! O srebro powalczyli Duńczyk Hans Nielsen i Anglik Chris Louis, syn Johna, reprezentanta Anglii. Wygrał Hans. Tomasz Gollob zdobył osiem punktów i zajął siódme miejsce, jeszcze nie otarł się o podium. Walczył. Wygrał jeden wyścig i gdyby nie zaliczył w ostatnim zera, byłoby lepiej. Pozostawił wrażenie zawodnika, który potrafi ostro pojechać na torze tam, gdzie inni nie znajdują dla siebie miejsca. Przedostatni w finale’93 był Australijczyk Leigh Adams, a ostatni, szesnasty Greg Hancock z USA. Startowali w tym turnieju m. inn. Anglik Gary Havelock, mistrz świata z roku 1992, Amerykanin Billy Hamill, Szwed Per Jonsson, mistrz świata z 1990 roku, jego rodak Tony Rickardsson, późniejszy multimedalista. Tony był czternasty z 4 punktami, za Gollobem znaleźli się Jonsson, Hamill i Bawarczyk  Gerd Riss, który potem na długim torze był mistrzem świata.

Debiut Tomasza Golloba budził nadzieje dla Polski, dla kibiców i chyba wtedy narodziła się silna grupa pod wezwaniem TG, która towarzyszyła mu na wielu stadionach dopingując barwnie i żywiołowo.

Wspomniani w felietonie goście z Polski na spotkaniu z polskim zawodnikiem i jego ojcem zadeklarowali pomoc sponsorską, która nie była obiecanką a poważnym zastrzykiem w następnych latach, podczas licznych startów w prestiżowych zawodach. Sądzę, że familia Gollobów to pamięta i docenia po latach, bo zawsze na progu kariery  bardzo istotne jest zaangażowanie i finansowe wsparcie. Minęło od tego 20 lat…

W roku 1994 odbył się finał IMŚ, ostatni w historii „jednodniowych“, w duńskim Vojens a startowali tam: Tomasz Gollob, Piotr Świst a rezerwowym był Roman Jankowski. Ermolenko nie obronił złota, był dopiero trzynasty. Wygrał Rickardsson po barażu ze swoim rodakiem Nielsenem i Australijczykiem Craigiem Boycem. Czwarty był Hancock a jedenasty debiutant Jason Crump z Australii. Niestety wyprawa Polaków do Vojens przyniosła fiasko kompletne; oto Gollob zaliczył dwa zera a potem miał przykry wypadek i obolały wrócił do Polski. Świst zajął piętnaste miejsce z jednym punktem. Nie było więc radości a stało się pewne, że za rok we Wrocławiu rozpocznie się nowa era w indywidualnych mistrzostwach świata. A mistrz wyłaniany po sześciu turniejach będzie miał szanse sprawiedliwej walki o złoto. Czy tak było i tak jest?

I czy fakt, że od 1995 roku panuje ten schemat z podwojoną liczbą turniejów i czy jest właściwym sposobem na mistrzowskie jazdy, pozostawiam do rozważań przy imbirowej herbacie zimowej.

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Nie ma takich drugich, jak pierwszych

Ten był taki, a tamten taki; ten będzie następcą pierwszego, a tamten następcą drugiego. Nie ma takich drugich, jak ci pierwsi. I po tym niejako filozoficznym wątku może powiem o co chodzi. Otóż dyskutowałem niedawno w małym gronie o sportowych gwiazdach z przeszłości i padło stwierdzenie bardzo powszechne, że Iks jest następcą Igreka. Wyświechtane stwierdzenia, które często są upowszechniane i łapią się na nie doświadczeni.

Popatrzmy wstecz, zacznę od Ivana Maugera, nowozelandzkiego mistrza, sześciokrotnego mistrza świata, wyjątkowo dobrze przygotowanego do każdego turnieju obojętnie jakiej marki. Ivan był moim skromnym zdaniem pierwszym zawodowcem na rynku żużlowym , kiedy jeszcze ten rynek nie był tak profesjonalnie zamocowany. Dbał o swój wizerunek, startował zabiegał o reklamy na swojej „ skórze”, dobrych firm, był wydawcą publikacji, w czym pomagał mu angielski dziennikarz Peter Oakes. Miał obok siebie czarującą Ray, która wizerunek męża utrwalała w dobrych ramach. Mauger był mistrzem w swoim boksie, warsztacie, sprzęt musiał być przygotowany na sto dwa! I mistrz startu. Wtedy nie było wykluczeń za zerwane taśmy, Ivan czarował pod taśmą, kombinował to fakt, nie raz był posądzany o układy z sędziami, zawsze jednak był tak perfekcyjny, że nikt nie był w stanie mu przedstawić słusznej racji. Mauger magik startu, mistrz swojego parku maszyn i jako pierwszy w tym środowisku promował się według zasad dzisiejszego PR. Kto jest jego następcą, kto został takim jak Ivan Mauger, nowozelandzki mistrz urodzony w Christchurch, mieszkający dziś z rodziną na skrawku urodziwej plaży australijskiej. Nie ma takiego. Nie żałował nigdy czasu dla dziennikarzy, poza oficjalnymi konferencjami, można go było „dopaść” w windzie, w restauracji, byle gdzie, a gdy nie był osiągalny dopowiadała reszty żona. Mauger wygrywał jak robot, wpierw zrównał się z Ove Fundinem, Szwedem, który zdobył pięć tytułów mistrza świata, potem w Chorzowie na Stadionie Śląskim wywalczył szósty tytuł rekordzisty.

Kto był taki jak Ivan Mauger? Ano nikt.

Mały Duńczyk Erik Gundersen, trochę miniatura zawodnika i człowieka, nisko przyczajony na torze, jakby zespolony z motocyklem, szybki na starcie i wyginający się na motocyklu jak sprężyna. Erik zanim dopadło go nieszczęście w Bradford i uraz kręgosłupa wyeliminował z życia sportowego, był kandydatem na wielokrotnego mistrza świata, kariery starczyło jednak tylko na trzy tytuły. Był mikrusem wśród wielkich, był arcymistrzem okrażeń.

Kto został jego następcą, w stylu, w sylwetce i wygrywaniu?

Był taki jakby obok Jan O. Pedersen lecz i jego przykra kontuzja pozbawił kontynuacji kariery na pewno bogatej w zwycięstwa. A czy następcą tych „duńskich sprężynek” jest Nicki Pedersen? W pewnym sensie tak, tylko tak. A skoro jesteśmy przy duńskich żużlowcach, trzeba wspomnieć o Ole Olsenie, choć to nie było tak piękne wykonanie, tylko niezwykle skuteczne pokonywanie wiraży w stylu Rambo. W tym towarzystwie pokazał się Hans Nielsen.

No właśnie. Wielki Hans, Nielsen z Brovst. To on był taki niemal jak Olsen, oszczędny w wyrazie lecz niezwykle charakterny i mający obok siebie takich mikrusów jak Gundersen i Pedersen, czy Tommy Knudsen walczył z wieloma hybrydami. Małomówny, skromny, warsztatowo prawie perfekcyjny i niezwykle skuteczny na torze, szybki po starcie, mistrz pierwszego wirażu, jazdy po krawężniku na styku wapna i trawy. Strateg wyjątkowy, w polskim wydaniu ligowym rekordzista, na którego w ciemno można było stawiać. Jak on to robił? Ano robił. Maszynka punktowa, jak trzeba było, to pojechał ostro, fair, acz zawsze celem było pierwszemu minąć linię mety! Hans solidny jak duński farmer. Zachował po zakończeniu kariery dystans do sportu, który zapewnił mu szczyty popularności, złote medale, innego koloru też i pieniądze niebagatelne dla każdego banku.

Taki jest Nicki Pedersen? Inny, bo nie ma nikogo takiego jak Hans, Erik, Jan Osvald, Tommy czy protoplasta duńskiej ery Ole Olsen.

Z Danii blisko do Szwecji. Ove Fundin był niepowtarzalny, dowodziły jego fanki wszędzie, w Polsce uwielbiały wysokiego Szweda, który nie tylko wygrywał na torze. Boski Ove. Uosobienie szwedzkiej kultury i mistrz toru, pięciokrotny mistrz świata. Potem był taki jemu podobny Anders Michanek. „ Miszanek” był kochany przez kobiety, był oszczędny w sportowym wizerunku, elegancki jak model i nietypowy dla tego sportu. Podobno, jak twierdzi moja znajoma, kobiety zakochują się uszami, czy miał w tym udział przystojny Anders? Jesteśmy dalej w Szwecji.

Tony Rickardsson, zrównał się tytułami z Maugerem, kto w to wcześniej wierzył? Na polskim rynku ksywa Tosiek. Skopiował dla żużla warsztaty busy i live – busy z cyrku Formuły – 1. Miał solidnie przygotowany w dużych ilościach sprzęt. Fascynował wielokrotnie bardzo szybkimi motocyklami, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie wszystko w życiu mu się udawało, za często opuszczał dom. Miłością Toniego  są rajdy samochodowe, dobrze tańczy i czyta jazdy w przekazie dla innych, młodszych od siebie, ot choćby w wydaniu Rosjanina Emila Sajfutdinowa. Rickardsson pierwszy w żużlowym świcie pokazał zawodowy team skonstruowany modelowo. Ten fakt mało jest doceniany, Toniego ta inwestycja kosztowała sporo pieniędzy, lubi logistykę na poziomie i kto jest mało poukładany niech się przyjrzy dokładnie na co nie żałował kasy Szwed.

Styl jazdy przechodzi do historii, nie tylko styl. Życie poza torem, walka na torze. Zachowania w każdej sytuacji, nie tylko zwycięstw, podium ale także w alkowie porażki, goryczy. Kariera nie zawsze toczy się jak po maśle, bywają w tym sporcie eliminacje nie tylko ze sportu, trzeba z tym potem żyć, nie każdy potrafi.

Na mistrzów patrzymy jak na wzorce, jacy są przed zawodami i po, w hotelu, na bankiecie i jak budują karierę, która przetrwa nie tylko z powodu pasma zwycięstw. Liczy się także charakter i sposób bycia. Żużlowy świat nie jest wielkim światem, wszyscy o wszystkim wiedzą; zawodnicy, kibice. Kiedy fani patrzą na podium widzą w tle i zachowania. Ważne problemy. Nie jesteśmy wolni od nich jako pracujący w tym maglu, w tym cyrku i w tym środowisku, które samo czasem kreuje wizerunki na własne potrzeby. Kochają fani herosów, nie lubią przegranych, to wprawdzie nic nowego, warto jednak czasem pomyśleć jacy byli dawni mistrzowie a mówienie, że są na świecie ich następcy…  zaprzeczam. Nie ma takich drugich jakimi byli pierwsi. Niepowtarzalni. Nic nie zdarza się dwa razy. Nawet uszy.

Emil robi rewolucję / Nicholls jak BMW Sauber / Miernoty out X

Rosjanin Emil Sajfutdinow robi swoistą rewolucję na rynku żużlowej elity i wygrał już dwa turnieje GP. Debiut imponujący, dwukrotny mistrz świata juniorów wjechał ostro w mentalność mistrzów i rutyniarzy mających powyżej 35 lat albo będących na pograniczu tego wieku. Tomasz Suskiewicz, który był majstrem u Toniego Rickardssona nauczył się od mistrza wszystkiego dobrego i teraz jest niejako na swoim. Nienaganny sprzęt i szybkie przestawianie się do warunków torowych. To musi budzić respekt i chyba teraz po Ullevi w Goeteborgu dociera do weteranów.

200px-Emil_Saifutdinov_(Mar_08)

Serial  Grand Prix w takim kształcie jest przeżytkiem i nie wiem kto pierwszy da sygnał do radykalnych zmian, do gruntownej zmiany regulaminowej. Co zrobić z outsiderami, którym już po trzech turniejach odechciewa się uczestniczyć w tym cyrku? Taki Anglik Scott Nicholls jest jak BMW Sauber w F – 1!Działacze FIM nadzorujący ten serial dzierżawiony przez BSI/IMG nie panują nad koncepcją i utrwalają porządek w imię „czym więcej bałaganu, tym lepiej”. Emil Zwycięzca jest jasnym prognostykiem kadrowym ale co dalej? Po co męczyć ludzi sztucznymi torami vel koleinami do bólu. Serial Grand Prix wymaga pilnej rekonstrukcji; ograniczenia liczby turniejów, eliminowanie słabeuszy po trzech turniejach, zadbanie o faktyczny finał sezonu w godnym miejscu, ograniczenie kwalifikowanych zawodników np. do sześciu  i nominowanie kolejnych bez układów, bezstronnie. Jeśli ktoś jest słaby nie jedzie i np. Anglia ma tylko „ dziką kartę”, bo przeżywa kryzys. Trudno patrzeć na wypociny słabeuszy. Mistrzostwa świata powinny mieć atrakcyjną rangę!

Federacje mające udziały w mistrzostwach świata powinny prostować dzierżawców konkretnymi decyzjami dla dobra tego sportu, bo inaczej będziemy mieli utrwalanie miernot a takie wzloty jakie są dziełem Emila Sajfutdinowa nie mogą być przypadkowe i jednostkowe. Dać wreszcie szansę tym, którzy otworzą speedway dla nowych fanów i nowych regionów.