Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Aktorzy, mitomani, normalni

  1. Sportowe upadki są bolesne. Dosłownie. Polski futbol zleciał na łeb i szyję, padło takie określenie z ust prezesa naszej piłki kopanej byle jak, że trener reprezentacji został… zaszczuty. O rany! Kuriozalne określenie obrońcy kolegi. Trener Adam Nawałka jako szef ekipy/ zresztą nie tylko on/ powinien widzieć i wiedzieć wszystko. Jeśli oświadcza na Mundialu, że piłkarze są przygotowani mentalnie, fizycznie bardzo dobrze, to ktoś kłamał. NIE zabiera się zawodnika, który jeśli przewróci się, łapie kontuzję. NIE funduje atrakcyjnego wyjazdu do pracy piłkarza, bo robi dobrą atmosferę. Czy nie lepiej wziąć kabareciarzy? Trener odpowiedzialność, za jedną z największych wpadek polskiego sportu wziął na siebie i nie miał wyboru, bo miliony Polaków zostało zawiedzionych lukrowanymi wypowiedziami, pysznymi zgrupowaniami nad Bałtykiem i w Bieszczadach, gdzie tłumy ludzi przelewały się pod oknami supermenów. Niemiecki “Kicker” napisał, że Robert Lewandowski przypominał bezzębnego wilka w rosyjskim zoo. Ostro, dosadnie. Widzieliśmy. Najgorsze w sporcie jest mydlenie oczu. Trener znaczy wiele; on ustawia zespół, sam chyba wie najlepiej/powinien/, ponieważ czym więcej doradców, tym gorzej. Jeśli nie ma się pomysłu, to posiłkuje mitomanami, którzy chętnie pojadą last minute na każdą wyprawę za cudze pieniądze.
  2. HANS NIELSEN był wybitnym zawodnikiem. Jego mentor OLE OLSEN jeszcze lepszym, gdyż ma zmysł organizacyjno – biznesowy. Obaj jeździli w parze i zdobywali medale. Olsen jest ojcem wielkich sukcesów duńskiego żużla, twórcą stadionu w Vojens, gdzie organizowano finały światowe. Małe miasteczko stało się głośne i znane, duńska reprezentacja zdobywała medale mistrzostw świata a indywidualne glorie pięknej urody łupem Hansa Nielsena, Erika Gundersena, Jana O. Pedersena, Tommy Knudsena, potem Nickiego Pedersena. Duńczycy mieli Ole Olsena, który jak Mojżesz przeprowadzał swoich rodaków od mistrzostwa do mistrzostwa, od medalu do medalu. Po zakończeniu bogatej kariery zajął się dyrektorowaniem serialu Grand Prix. Ile można być w napięciu a młodość ucieka? Olsen, owszem krzepko się trzyma a jego sukcesorem na arenie międynarodowej został młodszy syn Torben. Nie sądzę, żeby był lepszym od ojca jako działacz – urzędnik, ojciec jest żywotnym przykładem człowieka znającego od podszewki tajemnice żużlowego rzemiosła z instynktem wyłapywania myśli wirujących pomiędzy motorami. Duńczyków prowadził przez jakiś czas poturbowany przez los Erik Gundersen, wielokrotny mistrz świata z Esbjergu, jednak nie dał chłopina rady, podobnie jak starszy syn Olsena Jacob, który jeździł na żużlu, acz bez sukcesów. Nie zawsze syn jedzie śladem ojca w wymiarze o jakim marzą rodzice. Duńczycy zostali wyraźnie osieroceni trenersko, menedżersko po odejściu Ole Olsena.

Od jakiegoś czasu teamem narodowym Danii zajmuje się ze spokojem na twarzy Hans Nielsen. Chyba ma problemy, męczy się, nie ma wyczucia zmian, nie potrafi przekazać zespołowi “gry” i bywa bezradny. Nie można mieć do niego pretensji, taki jest. Duńczycy powinni poszukać nie tyle sławnego, co czytelnego menago dla reprezentacji. Czyli co? Szkoleniowiec wielkie słowo a jeszcze darem intuicja. Osamotnieni zawodnicy często gubią w ogniu walki pomysł, bez podpowiedzi tracą koncepcję. Ot, co. A decyzje na chłopski rozum muszą być trafnie podejmowane natychmiast.

  1. Debiutującym piłkarzem młodego pokolenia na Mundialu był zawodnik niegdyś poznańskiego Lecha, teraz Sampdorii Genua. 21 lat, talent, ambitny, nie zepsuty zgniłym światem piłkarskich wygórowanych kontraktów, DAWID KOWNACKI urodził się w Gorzowie i uwielbia speedway, jak futbolówkę. Rzadka przypadłość. Kownacki na Mundialu skromnie zrobił co mu kazano, wprawdzie nie za dużo mu polecono a szkoda. On jednak nie stracił zębów, inni szybko. Kownacki wrócił po MŚ do Polski i nie wyjechał na plaże Jamajki. Był dwa dni po powrocie już przy motocyklach żużlowych. W Ostrowie Wielkopolskim jeździ jego kolega Kamil Brzozowski, który już poznał trochę klubów, obaj znają się, wspierają. Kownacki ma pasję strzelania bramek /pamiętam jak ”szurał” w Lechu, aż kupili go Włosi i cenią/, ale kręci go speedway. Chłopcze zapomnij o bolesnym Mundialu, jeszcze kiedyś zagrasz i na pewno bez butnego nadęcia jakie było udziałem reklamowo – piłkarskiego sztabu szkoleniowego Wielkiej Wyprawy na rosyjski Mundial. Jurata – Arłamów – Soczi – wstyd. Frazesy nie grają. A kto grał? Dostaliśmy mocny pressing.
  2. “Aktorstwo” w sporcie. Bez cudzysłowu. Sport jest grą, wyczynem. Kibice lubią fantazję, walkę od początku do końca. Dużo mówi się o upadkach Duńczyka Nickiego Pedersena, zresztą zawsze o nim się gadało różnie, przede wszystkim jako o rozrabiace na stadionach. A jednak został bez cudów trzykrotnym mistrzem świata. Nicki ma pecha do lansu na swój temat. Jest zawodowcem, wie na czym polega ten sport, nie raz leżał i leczył przykre kontuzje. Jeśli w kolizji bierze udział, to właśnie jemu najczęściej przypisuje sie winę a nie rywalowi. Komentatorzy natychmiast widzą winnego, sędziowie bywają ostrożniejsi. Nicki ma pecha ale czy w wieku 41 lat człowiek bez powodu, symulacyjnie kładzie się na tor? Nicki Pedersen jest człowiekiem impulsywnym, kiedy stres go złamie wyładowuje swoje emocje, energię “sprzedaje” widowiskowo. Kamery TV rejestrują i dobrze, że jeszcze nie ma podsłuchów. Podpatrujmy zatem wszystkich: jak i gdzie się skrobią. Najlepiej w szatniach ku uciesze podglądaczy, którzy publicznie wykrzykują ile mają siły. Ciszej a będzie lepiej.

Brazylijczyk NEYMAR da Silva Santos Junior/ 1992/ jest najdroższym piłkarzem. Paryski Saint Germain kupił go za prawie 37 milionów euro! Kolosalna kwota świadcząca o tym, że finansowo sportowy świat nie zna umiaru a przecież wreszcie musi być tej eskalacji granica. Neymara pilnują goście na boisku jak walizkę złota. Jak nie dają rady kopią po kostkach, depczą lekkie buty i ranią nogi. Neymar jakże często wyje z bólu; brazylijska gwiazda ma świadomość swojej rynkowej ceny i myślę, że czasami przesadza. Z drugiej strony jeśli przeciwnik stanie mocno butem na stopę w “pantoflu”, ból jest straszny z konsekwencjami. To “zjawisko” w innej oczywiście skali dokucza żużlowcom. Sędziowie mają żółte i czerwone kartki, więc karzą i symulantów, i stadionowych gangsterów. SPORT musi być fair – play, oczywiście! Jednak bez talentu, pracy, aktorstwa, fantazji, finezji, doskonałości wykonawców nie istnieje w globalnej wiosce.

Kobieta ustawia drużynę

Tak być może? Jasne. Ten felieton nie będzie z jądrem sportu, tak jakoś po wielkanocnych świętach mi wychodzi. Dość jaj. Poczekajcie, z jednej strony mamy już nowozelandzką przygodę z Gregiem Hancockiem w roli głównej, który jako aktualny mistrz świata wjechał w nowy sezon z rozpędem i sygnalizuje, że z nim nie ma żartów, on zawsze jeszcze może. Być dobrym w Europie i na antypodach. Jarosław Hampel jedzie za nim jak cień, a dzieli ich kilkanaście lat i kto wytrzyma trudy tasiemcowego walki o mistrzostwo świata włoży koronę na głowę w toruńskim finale Grand Prix. Długa droga jak trasa Orient Expressu i pełna niespodzianek.

Przed nami Leszno i druga odsłona serialu, już inaczej, już będą rozgrzani ligowymi meczami a tam w regionie byłych mistrzów świata Maugera, Briggsa i Moore’a premiera wypadła egzotycznie daleką podrożą i nie tylko. Tomasz Gollob nie składa broni, wszak młodszy jest od Hancocka. Jak będzie smakować sezon zobaczymy w okolicy połowy maja.

A ligowe potyczki? Ekstraliga i przepaść. Trudne czasy dla obu lig, poza tą elitarną, dla egzystencji, pozyskania reklam. Los porzuconych dzieci jest bardzo trudny, wymagają opieki żeby egzystowały, wyrastały, zaniedbane mają marny żywot.

A teraz o szkoleniowym rynku. Ministrowie sprawiedliwości Jarosław Gowin i sportu Joanna Mucha zgodnie zadecydowali, by zawód TRENER znalazł się na liście zawodów do otwarcia.

W piłce nożnej system szkolenia jest niezależny od państwa/ licencje trenerskie np. wydaje PZPN czy UEFA/, samodzielny system szkolenia ma także Polski Związek Jeździecki. Ministerstwo sportu sugeruje by inne związki też tak zrobiły.

Mamy deregulację trenerskiego zawodu. Na liście ogłoszonej przez ministra sprawiedliwości znalazło się 49 zawodów do których ma być ułatwiony dostęp. W przyszłości ma  być 240 takich profesji na 380. Deregulacja ma objąć trenerów wszystkich klas, czyli pierwszej, drugiej i mistrzowskiej.

Aby zostać trenerem w Polsce są dwie drogi.

JEDNA akademicka czyli po ukończeniu AWF. Dyplom daje stopień instruktora sportu. Po dwóch latach praktyki i studiach podyplomowych można być trenerem II klasy. Stopień I klasy uzyskuje się po trzech latach praktyki i ukończeniu specjalistycznego kursu z egzaminem. Klasę mistrzowską otrzymuje się po kolejnych dwóch latach i kursie. Obłęd, papier goni papier. Te wszystkie zdobycze można uzyskać oczywiście bez karalności za przestępstwa popełnione we wspołzawodnictwie sportowym.

DRUGA droga obejmuje tych ze średnią szkołą; więc by zostać instruktorem trzeba zaliczyć specjalistyczny kurs i nie mniej niż 250 godzin oraz zdać egzamin. Koszty są różne od 1,5 złotych o kilku tysięcy złotych.

Deregulacja wprowadza poluzowanie i trenerem sportu będzie mogła zostać każda pełnoletni osoba nie karana za przestępstwa w sportowym współzawodnictwie. W projekcie akcentuje się, że osoby powinny mieć wiedzę „w zakresie działalności trenerskiej“.

Tak to wygląda w projektach łatwego dojścia do różnych zawodów.

Sport żużlowy nie ma nadmiaru trenerów z wykształceniem. W historii był dr Ryszard Nieścieruk, który ukończył AWF. Ilu mamy teraz magistrów po AWF? Na palcach jednej ręki można chyba policzyć.

Szkoleniowy rynek w żużlu jest ubogi, niesie z sobą znajomość jazdy, specyfiki sięgającej tajników sprzętu i ustawiania składu drużyny, czyli tajników psychologii. Mieć tzw. „czuja“ jest darem wielkim jak Giewont. Nie każdy ma w sobie czytanie jazd, gry. W żużlu jest poważny kłopot z absolwentami szkół średnich. Pozostawała więc druga ścieżka zdobywania zawodu i taką Giekażet lansuje.

W sporcie żużlowym mamy instruktorów pierwszych kroków, pracujących w szkółkach oraz szkoleniowców zajmujących się pierwszymi zespołami. Nie każdy potrafi łączyć jedno i drugie. A tak w ogóle to jest deficyt szkoleniowców z intuicją, toteż Marek Cieślak jest  „profesorem“ jako menago.

Starty zagranicznych zawodników w polskich ligach żużlowych nie bardzo uaktywniły szkoleniowy rynek, poliglotów to my nie mamy, próby zatrudniania zagranicznych trenerów/ Duńczyk Tommy Knudsen we Wrocławiu/ raczej nie spełniły oczekiwań. Najczęściej szkoleniowcami żużlowymi są byli zawodnicy, czy ktoś ich weryfikuje? Życie dopiero po latach, kiedy z talentu wychodzą błędy pierwszych jazd. W odróżnieniu od innych sportów ludzie nie jeżdżący wcześniej na torze nie bardzo są akceptowani jako szkoleniowcy. Dyplomy niczego nie zapewniają, weryfikują wychowanków jazdy.

DEREGULACJA trenerska umocni tych, którzy będą mogli po podstawowej szkole szkolić zawodników. Problem w tym, że młodzi ludzie potrzebują także wiedzy ogólnej, no i trenerzy powinni być wychowawcami młodych ludzi. Czy tak jest?

Czy mistrz sportu ale o ograniczonej wiedzy ogólnej może odnosić sukcesy jako trener?

Życie stawia przed każdym z nas obojętnie od wieku coraz większe wymagania i to nie jest sprawa kliknięcia komputerowego, śledzenia internetu, lecz systematycznego pogłębiania wiedzy. Liczne starty w Europie ułatwiają chyba zdobywanie doświadczenia. Życie pędzi, sport gna jak huragan. Każdy żywioł niszczy, więc musi być pod kontrolą.  System więc powinien być monitorowany by uniknąć przykrych wpadek.

Mam przekonanie, że czas trenerów, którzy lansowali piwo zamiast herbaty na śniadanie już chyba minęły. I na koniec taka oto refleksja…  jeszcze w żużlu szkoleniowcem nie była kobieta. Na pocieszenie inne męskie sporty też mają z tym dziewiczy problem. Słaba płeć? Chyba nie.

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 2: Odjazd duńskiego królewicza JOP

Fatalnie dla żużlowego świata zaczął się rok 1992, oto wpierw na początku stycznia dociera tragiczna wiadomość o zabójstwie  Edwarda Jancarza w Gorzowie Wlkp. a jeszcze w tym samym miesiącu w Australii gruchocze kręgosłup rewelacyjny Todd Wiltshire. Dwie różne gwiazdy, dwa diametralnie inne wydarzenia. Zbrodnia i wypadek. Wiąże te zdarzenia szok i złe wróżby dla speedway’a.

Eddy Jancarz

***

Zaczyna się po wstrząsach nowy sezon 92 i z Antypodów wracają żużlowcy do Europy, rozpoczynają się rozgrywki ligowe i eliminacje MŚ.

Tytułu mistrza świata w jeździe solowej broni duński mikrus Jan Osvald Pedersen. Zdobył ten tytuł na torze Ullevi w Goeteborgu w 1991 bezapelacyjnie, z kompeletem punktów. Start i odjazd do mety bez żadnych przeszkód. Nie mógł go dogonić szwedzki talent Tony Rickardsson, który wjeżdżał na orbitę mistrzostw świata. Oto J.O.P miał 15 pkt, TR 12 pkt, zaś o trzecie miejsce ścigali się w barażu Duńczycy Hans Nielsen i Tommy Knudsen, bardziej przebiegły był ten pierwszy i zgarnął brązowy medal. Zanim do tego doszło na poznańskim Golęcinie w środku lata 1991 roku w finale mistrzostw świata par Duńczycy zdobyli złoty medal w składzie: Jan O. Pedersen/14/, Hans Nielsen/14/, Tommy Knudsen nie startował, za nimi byli Szwedzi, potem Norwegowie co było rewelcją/ jeszcze nie jeździł Rune Holta, tylko błyskotliwy i elegancki Lars Gunnestad/. Niestety w tym finale Polacy/Ryszard Dołomisiewicz, Piotr Świst i Wojciech Załuski/ mimo własnego toru zajęli ostatnie miejsce. Kompletna klapa.

Wracam do duńskiego królewicza JOP, który w roku 1991 w Vojens przed swoją publicznością razem z kolegami z reprezentacji wywalczył złoty medal w finale drużynowych mistrzostw świata. Duńczycy zdeklasowali wtedy rywali, JOP był najlepszy, choć Hans Nielsen był przecież perfekcyjny, mały Pedersen wyrósł na godego następcę też małego Erika Gundersena, którego kontuzja wyeliminowała z jazd na torach, po dramatycznym wypadku w Bradford w finale DMŚ w 1989 roku. Pedersen został mistrzem Danii w 1991. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, sypały się złociste medale.

Jan O. Pedersen WF 1991

Trzy złote medale Pedersena w 1991 roku windowały go na szczyt i rokowały piękną karierę. Dwa kluby polskie biły się o jego starty w sezonie 1992, padały wysokie kwoty, ostatecznie Niemyjski z Rybnika przebił Morawskiego z Zielonej Góry. Walka była ostra i żużlowy światek żył na przednówku nie tylko dramatycznymi wydarzeniami ze stycznia 1992 ale i „chorymi“ ambicjami nuworyszy polskiego biznesu.

Życie potrafi jednak platać figle okrutne i jak się okazało pokiereszowało plany rybnickiego klubu za duże pieniądze. Fartu nie kupi się za żadne pieniądze.

Po wypadku Erika Gundersena asa duńskiej reprezentacji, coraz bardziej wyrastającego na arcymistrza Hansa Nielsena, nieobliczalnego Tommy Knudsena, w towarzystwie Ole Olsena, Jan O. Pedersen był królewiczem nie z bajki, lecz rzeczywistym faworytem  potrafiącym na szybkim motocyklu zdobywać punkty dające mu wysokie pozycje.

Tak było w 1991 roku i nic nie zapowiadało kolejnego dramatu, bo przecież duńska armada doznała już gorzkiego doświadczenia z Gundersenem.

Sporty ekstremalne żyją niepewnością jutra. Czy ktoś mógł przeczuwać, co stanie się z Australijczykiem Leighiem Adamsem w roku 2011, kiedy zakończył już bogatą karierę? Był zawodnikiem doświadczonym i chciał jeszcze pokazać na co go stać poza żużlem. Nagle stało się najgorsze i Adams musi korzystać z pomocy wózka inwalidzkiego, bo obrażenia jakich doznał okazały się bardzo groźne. Próbuje wrócić do sprawności, rehabilituje się w USA, walczy z determinacją jak na torze a przyszłość pokaże czy los okaże Adamsowi litość.

Trudny przypadek, nie pierwszy i nie ostatni, żużlowcy w jednej sekundzie mogą stracić to, co jest w życiu cenne lub najcenniejsze. Prawdy bywają okrutne a życie bezlitosne.

Zaczyna się sezon 1992. Wiosna, polska liga tradycyjnie bywa różna, w Rybniku mają w zespole asa nad asami. Roman Niemyjski, który pompował wtedy w klub ambicje i pieniądze dopiął swego i wygrał rywalizację o duńskiego królewicza z zielonogórskim biznesmenem leśnego runa i żużlowego podwórka Zbigniewem Morawskim, który urządzał niezłe fajerwerki w Grodzie Bachusa. Rybniczanie mieli nadzieję, że duński królewicz poprowadzi klub do zwycięstw.

Los jest przewrotny i nigdy nie zasypia, zdradliwie czuwa i atakuje zza winkla.

Jan Osvald Pedersen urodził się w środku Półwyspu Jutlandzkiego w Middelfart w 1962 roku w listopadzie. Zaczął jeździć w Fjelsted, znanym klubie, byłem tam owszem i mam dobre wspomnienia z młodzieżową reprezentacją Polski; to był okres tradycyjnych czwórmeczów juniorów Skandynawii, Polski, Niemiec. W Anglii JOP zaczynał bardzo dobrze, bo w Cradley Heath/ 338 m/ naszpikowanym zawsze gwiazdami pod okiem Colina Pratta. Pedersen miał w CH znakomite towarzystwo. Przylepiony do motocykla balansował na nim umiejętnie i potrafił wykorzystać moc silnika. „Brylant“ ubrany na biało, zwykle uśmiechnięty.

XXX

W zabytkowym Viborgu, w środkowej Danii, między Randers a Holstebro, kilkanaście kilometrów od Hjarbeak Fjord mamy 15 maja 1992 roku tragiczny wypadek. Agencje rozsyłają dramatyczne depesze, Jan O. Pedersen ulega groźnej kontuzji i nie wiadomo, czy wróci na tor. Mistrz świata uszkodził kręgosłup i jego sportowa przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania. Kolejny szok. Kruszy się duńska potęga. Speedway znów jest okaleczony.

Trwa walka 30 – letniego królewicza o powrót do rzeczywistości. Uraz okazuje się silniejszy. JOP chodzi, nie wraca na tor i kończy nieszczęśliwie karierę. Zajmuje się samochodową branżą, spotykam go w Vojens, w kurtce Castrola uśmiechnięty, choć za tym uśmiechem jakbym dostrzegł żal, że kariera została tak brutalnie przerwana przez złowrogi los, który niestety nigdy nie zasypia. O tym żużlowy świat zawsze pamięta.