Prawda i ustępliwość

Czy się chce czy też nie… trenujemy, zdobywamy, wygrywamy, przegrywamy. Walczymy. Kalendarz jest nieubłagany, pogoda również, jeszcze ziemia zmarznięta, na północy Polski inaczej, na południu popuszcza, jednak nic nie wiadomo do końca. Nad nami krąży…

“A z epidemiami jest tak, że nowy agresywny patogen szerzy się, szerzy i z czasem wycisza – ospie to zajęło 300 lat, dżumie podobnie. Inne po prostu stają się mniej niebezpieczne – takim przykładem są koronawirusy, po których zostały nam przeziębienia. To samo będzie z COVID – em. Podstawa to poprawa warunków sanitarno – epidemilogicznych, przestrzeganie restrykcji, masowe szczepienia. Za mówienie tych oczywistych prawd jestem obrzucany błotem”- mówi w obszernym, interesującym wywiadzie na łamach “Gazety Wyborczej” znany wrocławski lekarz prof. Krzysztof Simon. Raz po raz głosi od początku zarazy różne prawdy, może jedną z nich zakończę ten felieton, który pisany jest na progu sportowego kalendarza w żużlu. Prognozy meteo budzą niepokoje. Są drużyny, które nieśmiało trenują. Polska ligowa jest w strukturze zawodniczej zróżnicowana, przecież nie jeżdżą tylko Polacy. Ubiegła premiera była mocno opóźniona i tak samo jawi się teraz, oczywiście trudno siedzieć na przysłowiowych “walizkach”. Prace torowe nie są wszędzie możliwe, bo gleba twarda jak skała/Gorzów/. Można zrobić torowi krzywdę mówią fachowcy. W kontekście “mgły covidowej” premiera ligowa sezonu jest niewiadoma. Treningi poza Polską są w sytuacji pandemii niemożliwe, więc próżnia trwa… “po co robimy te przygotowania, skoro nie jest znana data startu ?” pyta jeden ze szkoleniowców. Nie tylko speedway ma stos pytań,  niestety taka jest nasza rzeczywistość, więc los i aura jest naszym bytem.

Czekamy na oficjalne komunikaty… mecze, turnieje to jedna strona medalu, drugą jest widownia… jeszcze większa zagadka. O ile rok temu nie było mowy o szczepieniach, teraz będziemy mieli fanów już po dawkach, jak zachować się sprawiedliwie, zadają sobie pytania w klubach. Wiadomo, że szczepi się najstarszych, większość fanów jednak jest poniżej tej granicy wiekowej. Sprzedawano karnety, co zrobić więc z ich posiadaczami? Sporo wątpliwości a sport bez kibiców jest atrapą.

Dobiega koniec serialu Maksyma Drabika; Polada chce zmiany wyroku, na razie zawodnik wrocławski “wisi” na rok. Młody żużlowiec targany jest stresem, ciągle czeka, męka pańska, trwają spekulacje. Nie są to łatwe decyzje życiowe, nie tylko dla młodych ludzi, bo sportowiec łaknie rywalizacji, zaś wirtualna “bitwa” wykańcza i trzeba mieć silną psychikę by wytrzymać obciążenia. Każdy miesiąc można liczyć razy 3.

Nie jest to gładki tekst, nie dotyczy wyników, sylwetek, raczej drugiej strony tego, co nas w tym świecie sportowym otacza. Psychika człowieka nie jest z żelaza, często “wysiada”, gdy drąży go niepewność jutra. A czas mamy dodatkowo “izolacyjny”.

I nie zmotywuje nas do końca w tej sytuacji olbrzymi wyczyn Jana Błachowicza, który na ringu w Las Vegas wygrał wagę półciężką UFC. “ Książę z Cieszyna” wypunktował Nigeryjczyka w znakomitym stylu. Nadto radują nas gole Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium, który trafia, króluje, zarabia krocie, ciągle media mu wyliczają a ten strzela jak wyborowy snajper. Iga Świątek zdobywa korty świata, robi postępy staje się gwiazdą. Oto mistrzem świata zostaje na skoczni narciarskiej niespodziewanie Piotr Żyła a jego entuzjazm rozbraja wszystkich po kolei. Przed nami loty w Planicy.

“Ja też chciałbym już wystartować, powalczyć”… słyszę intuicyjnie…kiedy żużlowcy siedzą w domach i oglądają sukcesy rodaków, rwą im się serca do ścigania, trzeba ich rozumieć, głos sportowych charakterów. Jedno ich łączy –  pustka widowni, symulowana na ekranach TV publiczność nie zadawala. Kibice są integralną częścią wydarzeń sportowych, speedway mocno cierpi, gdyż fanów nigdy nie brakowało.

Wrócił po półrocznym pobycie w specjalistycznym szpitalu, bratanek Tomasza Golloba, czyli starszego Jacka – Oskar Ajtner. Odebrała go ze szpitala w Świeciu matka Anna. Oskar podobno odmieniony po psychiatrycznych badaniach. Młodzieniec uzdolniony muzycznie, pochodzi  ze znanej  rodziny żużlowej i chciał ścigać się jak wujek, ojciec, presja była potężna i nie potrafił sobie ułożyć kariery. Kiedy jest się młodym wzorce działają jak narkotyk, wujek Tomasz słynny, ojciec były mistrz Polski. Rozchwiana głowa, napakowana rodzinnymi medalami z lewa, prawa. A przecież nikt niczego nie musi. Znam przypadki rodzinne, kiedy drogi rozchodzą się, relacje rozpływają, bo ambicje rodziców są inne od dróg dzieci. Matka Oskara zadowolona, że syn już zdrowy w domu a ten zapowiada na gorąco, że chce wrócić na tor. Robert Sawina, toruński ambitny były zawodnik, odradza Oskarowi i podkreśla, że powroty po przejściach są trudne i bywa, że kończą się jeszcze większą depresją. Znane są przykłady żużlowe, często dramatyczne. Nie tylko speedway jest jedynym zajęciem. Psychologia powinna szczerze rozstrzygnąć w tym zawiłym przypadku młodego sportowca ze znanego klanu.  Ten rodzinny skomplikowany w relacjach rodzinnych przykład daje dużo do myślenia każdemu, komu zależy na zdrowiu, ba, czasem i życiu. Speedway to nie szachy. Extrema, adrenalina, człowiek związany z motocyklem. Odpowiedzialność startów nie jest solowa.

Wspomniałem o profesorze Krzysztofie Simonie, który leczy jak rzadko kto; otóż przypomniał on w cytowanym powyżej wywiadzie, taką oto maksymę: “veritas odium parit, obsequium amicos”, czyli –  “prawda rodzi nienawiść a ustępliwość przyjaciół”.  Mądre, trudne. Myślenie jest także swoistym treningiem.

Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Los jak cios

MIŁOŚĆ bywa różna, zazdrosna, podstępna, gwałtowna, z wzajemnością i nienawiścią. Rozumna i pogodna, długowieczna. Film “Zimna Wojna” wyreżyserowany subtelnie przez Pawła Pawlikowskiego z kreacjami Joanny Kulig i Tomasza Kota musi poruszyć każde serca. Jest dziełem przejmującym i głęboko docierającym do sumienia. Trzeba mieć duszę, by taki film zrobić, przekazać od siebie dla innych przesłanie, które człowieka wzrusza i zmusza do myślenia. Do kina idzie się nie na popkorna, do kina idzie na przeżycie czegoś nieznanego, prawdziwego, często skonfrontowania swojego życia z opowieścią na ekranie. Bez chichotu, “na zimno”, by zanurzyć się w swoje doznania. Co jest miałkie zapominamy, co wstrząsa zostaje, jak DWA BRZEGI rzeki.

XXX

DŁUGO czekałem aby napisać swoje refleksje na temat dramatu zawodnika sławnego, zdolnego, nie łatwego, czasami niemal prowokującego piękne ale i trudne momenty, jednak od początku obfitej kariery wiedzącego co chce osiągnąć na arenie masowej.

4b548243f6c94f8c745a7e5f04f6

Cieszył się jako dziecko z każdej drobnostki, kochał motocykle, marzył o szybkim ściganiu, ewolucjach, zdobywaniu medali. Normalna rodzina, fascynacja sportem i motorami. Nie było łatwo, bo nic nie leży na ulicy. Jeden podnosi szybko, drugi musi szukać. Kamil Stoch jako młody chłopaczek z Zębu na Gubałówce marzył o dalekim skakaniu, medalach; dzieci mają takie marzenia o choćby zostać strażakiem. Ze sportem jest inaczej, mozolnie budowane marzenia urastają do wielkiego gmachu. I narty, buty, sprzęt motorowy, kombinezon, flanelowa piżama, kask wpadają z biegiem kariery w coś, co może śmieszyć, ale jest odbiciem prawdziwych marzeń dziecka, które rośnie, zdobywa pierwszy dyplom, potem medal, raduje sukcesami nie tylko siebie, rodzinę ale tysiące wielbicieli. Szał. W Polsce, na świecie. Realia przerastają wyobrażenia i trzeba z tym się zmagać, wytrzymać presję, coś co było często przyjemnością, taką zostaje, lecz z uporczywym obowiązkiem – musisz. Adam Małysz, przedstochowy skoczek rozbudził namiętności na skalę światową, przerastającą jego rodzinną Wisłę wielokrotnie. Małyszomania stała się faktem; imponujące zjawisko na skoczniach świata, tłumy kibiców rozentuzjazmowanych do swojej głębi rozumu i serc. Zawsze zastanawiałem się jak z takim balastem sportowiec może żyć, normalnie funkcjonować w sklepie, w domu, na wakacjach, no wszędzie, gdzie się tylko pojawi. Sława bywa zyskiem i kosztem.

No i obok Małysza w innym sporcie pojawiło się podobne zjawisko, które zelektryzowało kibiców, poniosło hucznie na wszystkie niemal zawody w liczbie dominującej fanów innych nacji. Głośno, biało – czerwono, ze łzami szczęścia.

TOMASZ GOLLOB. Pamiętam jego początki, pierwsze informacje w gazecie, której pracowałem sporo lat, zwiastuny: jest talent z Bydgoszczy, kochający motory, motocross, dosiadający sprzęt z wolą walki i zwycięstwa. Każde pojawienie się talentu w środowisku budzi zaniepokojenie. Może nie zazdrość, ułomną cechę człowieka, lecz wznieca zaciekawienie, jak to będzie, bo trzeba przygotować się na konkurencję. Tomasz Gollob/ 1971/ od dziecka kochał motocykle i chciał być mistrzem świata. Kategorie motocyklowe mają różną wartość, na świecie motocross gromadzi tysiące ludzi. To samo wyścigi motocyklowe. Fantastyczne pikniki. Tomaszowi Gollobowi, przy którym stał od początku kariery ojciec Władysław brakowało większej liczby obserwatorów, a aktor gra dla widzów, oni go rajcują, on ich podnieca. Gollobowie wjeżdżają z nadziejami na areny żużlowe i od razu spotykają się z dozą pewnej niechęci. Ojciec oświadcza, że Tomek będzie mistrzem świata, burzy stereotypy działacza, nie bardzo mile widziane, słyszane, środowisko odnosi się z rezerwą długo. Gollobowie pną się na szczyt żużlowego K – 2. Szarże Tomasza i kolejne zwycięstwa gromadzą coraz więcej publiczności, zaś światowi eksperci mówią o talencie, który przewróci stary porządek i zamykają oczy przy brawurze zawodnika z Bydgoszczy. Mamy GOLLOBOMANIĘ. Szał na stadionach europejskich, jazdy zapierające dech w piersiach, nowa ikona szybko staje się niemal kultem. Porywa tłumy, jest nowa jakość ścigania i radosnego zwyciężania. Żużlowy Maradona podbija rynek, Polacy wędrują za swoim idolem wszędzie. Jest radośnie.

MAM przyjemność obserwowania i komentowania w stacji TV we włoskim Terenzano pierwszego/ i ostatniego/ tytułu mistrza świata Tomasza Golloba. Jerzy Szczakiel, który zdobył na Stadionie Śląskim złoty medal MŚ w 1973 roku doczekał się wreszcie następcy; po ilu latach? 1973 – 2010. Niesamowita historia, jak cierpliwie czekał Tomasz na złoty medal, choć miał ogromne szanse wcześniej, jednak los/ pech sprzątał mu przed nosem złoto. Był uparty, kochał jazdy, pielęgnował tę miłość od dziecka. I nikt/a bohater tym bardziej/ nie przypuszczał, że Wielką Pasję pokiereszuje mu podstępnie los.

Historia polskiego i światowego żużla zawiera bogaty rozdział pt. TOMASZ GOLLOB.

Kariera nie trwa wiecznie, kiedy kocha się to co robi, trudno schować miłość do szafy. Zawodnik odpuszcza poważne zawody ale jeździ dla przyjemności. Relaksem dla niego był motocross. Trenuje, bierze udział w zawodach, ściga się jakby sam z sobą, w Chełmnie na Pomorzu, ładny dzień 23 kwietnia, 2017 roku. I nagle! Podczas jazdy uderza z całą mocą w kierownicę, pada jak rażony. Czerwone światło, ikona jest w niebezpieczeństwie. Szpital, diagnoza druzgocąca. Porażenie kończyn. Polski sport zamarł z przerażenia, światowy także, speedway w wymiarze globalnym doznaje szoku. Tomasz Gollob? Niemożliwe. Znów LOS zadał w tak niewinnej sytuacji CIOS! Zawodnik nie pamięta upadku, dobrzy ludzie ratują jego życie. Niewiarygodne. Heroiczne.

52eb4e2e76c438_56914355

TRUDNA, skomplikowana życiowo sytuacja. Mistrz jest sparaliżowany ale w cudownych rękach lekarzy, którzy nieraz go ratowali z opresji. Walczy, przeżywa różne stany jak człowiek, którego tłamsi zdradliwy pech. Ból. Nie wiemy dotąd dlaczego tyle nieszczęść na świecie. Pytania najczęściej tłuką się bezradnie o ściany.

XXX

Tomasz GOLLOB, jak mówi szczerze, z pokorą, jest znów pod szczytem i musi, dramatycznie pokonując straszliwy ból, wspinać na wysoką górę. Już raz to zrobił w swojej karierze, jednak pech go nie oszczędził! Jakby czyhał na okazję.

Tyle razy mógł być mistrzem świata, on mistrz sprintów na prostej, kozackich szarż na krawędzi życia i śmierci. ON, Tomasz GOLLOB znów walczy o najdroższy medal dla siebie. Ten medal jest bezcenny. Hart ducha zmaga się ze zmęczeniem, chwilami ludzkiego zwątpienia. Kłębią nieustannie myśli, wygrywa silna wola sportowca: “nie dam się”! Łatwo się pisze, piekielnie trudno siłować z poważnym okaleczeniem ciała.

ZAWSZE w relacjach sportowiec – dziennikarz dzielił mnie z bohaterem dystans, różny, naturalny. Jestem recenzentem żużla od lat wielu i mam poglądy niezależne. Chwaliłem i ganiłem, ale zwykle chciałem jak najlepiej. Jako ojciec dwóch synów, którego życie też “kopnęło”, rozumiem tragedię człowieka uwielbianego, sportowca, którego ciężko będzie pokonać historycznie dokonaniami.

Rozmowa z Tomek Gollob (1992)

Tomasz może za mało miał czasu na refleksje, rozpędzona karuzela w tej miłości do jazd unosiła go w przestrzeni, zdradziecko nie uszanowała talentu, pracy, pasji. Błądzę myślami bardzo często w tym, co wydarzyło się mistrzowi. Słowa nie oddadzą cierpienia, trzeba mieć piekielną moc, żeby minuta po minucie pokonywać przeszkody szpitalnej piramidy. Jeden wyścig na żużlu, cztery okrążenia trwają około minuty. Krócej, dłużej. Sekundy czasem nie tolerują mety. Tomasz GOLLOB musi “jechać” do końca z miłością, która uczyniła go sławnym, walczyć i wydrapać na upatrzony przez siebie “szczyt”. Każdy człowiek ma pragnienia, jednak okrutną korektę robi czas. Ludzkie marzenia w praktyce wymagają raptownie żelaznego charakteru, pokonywania wariackich barier, znoszenia ciężarów, by jeśli szczęście przychyli łaskawie nieba, znów cieszyć się ze zwykłych prezentów, jak dziecko.

Zimna wojna, w przenośni oczywiście, bywa nie tylko na filmowym ekranie.

1. Zakopiańczyk, niezwyczajny, charakterny Andrzej BARGIEL zjechał jako pierwszy człowiek na świecie ze szczytu K – 2 na nartach/ 8611m/. Hej! Pokonał zjazd z góry, wpierw ją zdobył. Niesamowite, prawdziwe i czyste, jak górski potok pod Nosalem.

off photo bargiel

Łowcy podium biją się w piersi

Zrzut ekranu 2016-05-10 o 11.50.15

 

No i zaczęło się! Serial Grand Prix wystartował słonecznie w słoweńskim Krsku, gdzie rzeka Sawa opływa stadion a widoki na góry zapierają dech w piersiach. W te piersi bije się polska młodzież, która debiutancko zaatakowała ostro rutynowanych uczestników mistrzostw świata. Fruwały dredy z Rio, jak wykrzykiwał emocjonalnie sprawozdawca telewizyjnego przekazu. Brazylii w Słowenii jednak nie było, bo wygrał poobijany po żebrach, zawadiacko jeżdżący Duńczyk Peter Kildemand. Jedzie jak furiat, wygrywa jak dawniej jego rodak Nicki Pedersen. Polska szarża w pierwszych wyścigach była imponująca; Piotr Pawlicki odjechał rywalom bez dyskusji, Bartosz Zmarzlik powtórzył wyczyn niczym mały Fiat wśród Mercedesów, a Maciej Janowski nie puścił ścieżki rywalom i uparcie dowiózł trzy punkty. Potem było już różnie/ Pawlicki przejechał taśmę/ i apetyt został wczesnym deserem zakłócony. W półfinale tylko Janowski a młodzież PL biła się z pokorą w piersi, przyznając do błędów. Krew nie woda, to są mistrzostwa świata i kropka. Jeden z ekspertów tradycyjnie oznakowany reklamami jak kierowca rajdowy w relacjonującej turniej telewizji powiedział, co na ogół wszyscy wiedzą od dawna, że jest zaledwie kilku żużlowców w Słowenii, ale… o ile wiem coś tam się robi, żeby było lepiej. Wypowiedź w stylu polskich polityków, szkoda gadać… Niech się naród domyśli. Jarosław Hampel, który wreszcie chce po przykrej kontuzji pokazać się w GP na Stadionie Narodowym w Warszawie, przygotowuje się nie tylko mentalnie. Tamże wystartuje jeszcze jeden nasz talent Patryk Dudek, który pali się jako „dzika karta“ do jazdy. W takiej konstelacji gwiazd na sztucznym torze polska kawaleria będzie walczyć o podium. Nie wyobrażam sobie, żeby na podium Polacy nie wjechali, byłby to cud na minus.

Zawody w małym Krsku, oznaczonym turniejami o mistrzostwo świata były jak na premierę bardzo OK. Zawodnicy wyposzczeni, jak charty na polanie ścigali się chwilami bez opamiętania. W Krsku, które zapamiętałem z 1980 roku, gdzie w MŚ par Edward Jancarz z Zenonem Plechem wywalczyli srebrny medal /za Anglikami/, zadebiutował polski sędzia Artur Kuśmierz. Udana robota, konkretna. Pierwszy udział w tak poważnej imprezie jest przeżyciem i częstochowianin może go wpisać na plus. W 2015 sędziował tam Marek Wojaczek. Dobrze, że zagraniczna ekipa polskich arbitrów powiększa się, nasi „sprawiedliwi“ otrzaskani są przecież w ligowych /i nie tylko bojach/ i mają nad kolegami spoza Polski dużą przewagę w ilości ćwiczonych turniejów i meczów. A nic tak nie doświadcza jak praktykowanie od weekendu, do weekendu.

Na stadionie Matija Gubca uczestnicy pokazali, że tegoroczna walka o mistrzostwo świata będzie miała inny obraz, gdyż młodzież jest głodna medali, jak wilki owieczek. W tym zestawie 46 – letni Amerykanin, który osiadł na szwedzkiej ziemi, Greg Hancock zaprezentował styl niezmienny, jak hollywoodzki aktor z westernów nienagannie „strzelający“, mocno naszykowany do wyścigów. Imponująca, stabilna forma Grega, który ciągle chce i może. Słoweński desperat Matej Zagar miotał się przed swoją publicznością na 387,7 metrowym torze, co jest zrozumiałym aktem ambicji na siłę a cztery punkty są porażką. Miejscowi rezerwowi „rewolucjoniści‘ nie bardzo wiedzą, co zrobić z motocyklem, kiedy nawet pierwsi wyjadą spod taśmy. Brakuje Słowenii polskiego szkoleniowca i decyzji na ratowanie tradycji żużla, jakie mają na Bałkanach, dawnej Jugosławii, teraz: Chorwacji /Prelog/ i Słowenii/ Lublana, Krsko/. Nie tak wielkie to były sukcesy, acz do zapamiętania. Poziom tamtejszego speedway’a można porównać do włoskiego, może i do austriackiego. Speedway potrzebuje nie tylko imprez, konieczne jest szkolenie i pozyskanie sponsorów. Światowa federacja motorowa, FIM, jeśli nie zainicjuje na tym obszarze programu odbudowy żużla, będzie go brakowało Europie. Jednostkowe przykłady np. Mateja Zagara, czy Jurija Pavlicia nie zbudują optymizmu. Speedway na Węgrzech zestarzał się okrutnie, na Słowacji mamy asa, solistę Martina Vaculika. A co dalej? „Ano mamy se po radosti“, jak mówią bracia z Czech a o nich innym razem, bo czeka ich tradycyjnie urokliwa GP w Pradze na Markete. Będzie tam biało – czerwono jak na pochodzie w Warszawie a familia Ondrasików szykuje ucztę.

Krsko dało ciekawe otwarcie serialowi GP a kolejne wydarzenie już w Warszawie, na układanym torze Stadionu Narodowego, gdzie jest komfortowo na trybunach i poza nimi. Rok temu przerwano zawody po XII wyścigach z najlepszym czasem Zmarzlika. Wygrał Zagar z 8 punktami, trzeci był Hampel. Jeśli będzie gotowy Jarosław Hampel, to obok niego pojadą ci, którzy wystartowali w Krsku/ 3/ i wspomniany Dudek. Dużo bieli i czerwieni a podium Lotto czeka na zwycięzcę. Dla Hampela come back będzie trudnym wyzwaniem, dla Dudka okazją do sprawienia przyjemności, bo chłopak chce wywalczyć start w GP’17. Sztuczna nawierzchnia “Narodowego“, jeśli nie spłata figla a maszyna/ y/ startowa nie zawiedzie, to widownia chyba w komplecie przeżyje chwile satysfakcji. W atmosferze mega widowiska ambicje buzują w polskiej stolicy nie tylko rodakom. Powinien obudzić się mistrz świata Anglik Tai Woffinden, zwycięzca z Krska Kildemand oraz jego rodak Nicki Pedersen nie popuszczą, Australijczycy Chris Holder i Jason Doyle byli na podium. Zgrabna ekipa do walki. Prawda? No i są nasi w takiej przewadze o której można marzyć. Piłkarscy kibice Liverpoolu mają porywający hymn: „Nigdy nie będziesz … sam“; futbolowe hymny Barcelony, Atletico, Realu a także innych klubowych sławnych marek zawsze przyprawiają kibiców o dreszcze wzruszenia. Mnie też. Trawestując hymn słynnego Liverpoolu dedykuję go Australijczykowi Darcy Wardowi, który ogląda ze smutkiem serial GP, lecz musi uwierzyć, że nigdy nie będzie sam.

Czekoladki i puste papierki

 

Johan-Cruyff-fot.-httpceleb-true.com_

Biedni i bogaci, normalni i zblazowani. Uzależnieni od luksusu, nałogów i używek różnej twardości. Świat sportu nie jest wolny od pokus jakie oferuje codzienność. Samochody marzenia i posiadłości o jakich trudno nawet śnić widnieją w metrykach. I kobiety przylegające do kont o wielu zerach podpisywanych przez właścicieli uwielbianych przez tłumy kibiców. Futbol bajeczny i golf stateczny, upudrowany reklamami “kosz” i “siatka” drepcząca obok. Wyścigi F – 1 upstrzone gwiazdami nie spadającymi z nieba, mknącymi poziomo jak komety, które rozsypują się w pył. Kolorowy świat blichtru i zakłamania, uwielbienia i złorzeczenia, kiedy asowi nic nie wychodzi. Obrosły w sławę zawodnik nie strzela karnego i kilkadziesiąt fanów wpada w furię. Piłkarz zdobywa w ostatniej sekundzie decydującego gola, z kilkudziesięciu metrów trafia cudownie w samo “okienko” bramki. Sport, jak fascynujący film wyzwala emocje, wyciska z duszy żar obezwładniający ciało. Jest rozkosz i rozpacz a wybijające się sportowe gwiazdy wędrują na łamy gazet, pism, przewijają w reklamowych spotach jak rolki papieru a kibice marzą by dotknąć skrawka ubioru idola.

Filmowe ikony przyciągają jak magnes, ich losy penetrowane są przez bulwarowe pisma, każdy szczegół kariery wykuty na pamięć.

Sportowe ikony od wydarzenia do wydarzenia w hali, na boisku, korcie, basenie, ringu i torze są namierzane w myślach przez histerycznych kibiców. Każda dziedzina życia potrzebuje charyzmatycznych postaci, karmi się karierami i syci barwą życia kochanych idoli. Hollywood jest tylko jedno i zamiana pierwszej literki na “B” nie spuści z nieba “fabryki snów”, gdzie rodzą się produkcje wypełniające fotele kin. Nikt nie jest w stanie odrzucić od hal i stadionów fanów i nawet ekstremalne zagrożenia wywołują tylko w pierwszej chwili trudną refleksję, która szybko odpływa w siną dal, pokonana przez gen dzikiej pasji fanów.

SPORT jest wszystkim w sobie; szczęściem i nieszczęściem, receptą na życie, która czasem okazuje się trafna lub złym wyborem. Konsekwencje każdego hobby są budujące albo rujnujące. Samo życie jest niczym bajka dla grzecznych i niegrzecznych dzieci. Niebem, ziemią i piekłem. Kanapką bez szynki i wykwintnym daniem z kawiorem. No właśnie…

“Kawiorowe sporty” – golf, tenis, wyścigi bolidów na torach F -1 i zapchane boksy ludźmi pięknymi na wybiegach, lecz niekoniecznie o charakterach do naśladowania.

W tym “balonie” emocji, blichtru, uczuć wyzwalanych do zenitu o mocy nie zawsze okiełzanych przez umysł, “oddycha” SPEEDWAY. Poprzedni felieton/ plus minus/ dotykający charyzmy tego sportu, “duszy”, okoliczności powodzenia i sławy, blasku i zmatowienia, brudu i upadków plus minus podjudził Czytelników do konwersacji.

W futbolu nie tak dawno pożegnano gwiazdę nad gwiazdami, Holendra Johana Cruyffa. Był sławą na boisku i poza nim. Umarł, bo organizm nie wytrzymał okrutnego nałogu palenia papierosów. Grał w karierze cudownie, jego technika była niebiańskim wynalazkiem powtarzanym nieudolnie przez młodych. Był na boisku nawet bez piłki magiem, odwrotnie jak bożyszcze Barcelony Leo Messi, który tylko z piłką jest wirtuozem. W każdym sporcie mówi się o gwiazdach z uwielbieniem i to one przyciągają tłumy na areny.

Co ze speedway’em?

Szczęściu, talentowi warto pomóc. Warto wykreować gwiazdę, która uniesie w górę sport, jeśli ten potrzebuje pomocy. A speedway jest w potrzebie. Mistrzowska drużyna jest super deserem ale szczególnie łakomym dla podniebienia indywidualne osiągnięcia. Tomasz Gollob obok skoczka narciarskiego Adama Małysza wytworzył atmosferę zbiorowego szału. Na Golloba jeżdżono jak na koncerty światowych kapel. Przyciągał, magnetyzował, niemal ”hipnotyzował”. Był na torze niebanalnym gościem. A poza? Nie lubię ankiet ani śledczych dokonań. Na postać, która przechodzi w złotej koronie do historii składa się bardzo dużo szczegółów, intymnych, dobrych, złych, barwnych jak urocze bajeczki . 45 – letni zawodnik zapisał kartki w światowym i polskim żużlu, które zawsze będą wertowane. Dalej jeździ. Małysz ściga się w rajdach długodystansowych, bo wielu sportowców sprzedaje swój image na różne sposoby. Dyskontuje kariery jak modelki twarze i sylwetki. Jeden traci w kasynie, drugi zbiera na tysięczne buty. Medali nie kupisz w “szmateksie”. Giełda i aukcja wartości karier. Hm…

Sport jest bombonierką w której można znaleźć rozmaite czekoladki, więc znikają pralinki a zostają papierki.

Na sportowej mapie zawodnicy walczą drapieżnie w mediach o swoje miejsce. Jak firmy produkujące towary, które trzeba reklamować wszędzie. Już nie ma czasów, gdzie samograje wdzierały się pod dachy. Każda gwiazda potrzebuje bonusowej kreacji, jeśli sama tego nie potrafi. Sama arena czasami to za mało, chyba, że mega postać potrafi wylecieć ponad chmury. Jeśli nie, to zabiegi pijarowskie mogą czynić cuda. Nie każdy jest Davidem Beckhamem, nie każdy Johanem Cryuffem ale bywają tacy aktorzy, jakim na żużlu był kreatywny Amerykanin Bruce Penhall. Być na torze i wyrazistym poza nim jest sztuką. Charakter można retuszować, kosztowny zabieg ale finalnie opłacalny.

W tenisie, jak w golfie mamy asów za fortuny. Na boisku nie każdy rodzi się Robertem Lewandowskim, na torze Tomasz Gollob dawał satysfakcję kibicom przez długie lata. A poza? Utarło się, że Bogów nie można tykać ani na milimetr. Takie zakłamanie rzeczywistości, którą ekshumuje dopiero historia.

SPEEDWAY znów pilnie potrzebuje solistów, postaci, które przyciągną garnizony wielbicieli. Nie ma dobrego kina z pustymi fotelami, nie ma magicznych koncertów bez tłumów. Przejdą zimy i lata, i co? Przyjdzie jesień bogata?

Mamy młodych polskich zawodników, którzy rokują medale indywidualne, ale oni potrzebują gorącej atmosfery. Podsycanej! Na arenach i poza nimi. Znajomy hazardzista powtarza mi ciągle, że woli stracić z mądrym, niż z głupim zyskać. Jest w tym chytra myśl życiowej filozofii człowieka: raz przegranego, a raz wygranego.

Wirówka mieszanych uczuć

Zrzut ekranu 2015-11-13 o 08.42.57

Tak, tytuł w moich przemyśleniach dotyczy sezonu 2015. Koniec, kropka. Po kolei. Długi sezon, zawędrował jesienią aż do Australii. Tam polskie, młode orły po raz ósmy wywalczyły złoty medal w drużynowych mistrzostwach świata. Pięknie, cudownie i taka hegemonia może wstrzykiwać optymizm bez kompleksów. Od lat mamy talenty, które falują różnymi odcieniami na torach świata. Kiedy patrzę na speedway niemiecki, włoski, rosyjski czy słoweński Polska ma cały czas dopływ czystej rasy talentów na furę medali. W dobie wygodnych sportów i bezpiecznych speedway w Polsce przygarnia do szkółek nowych adpetów, którzy chcą być spadkobiercami sukcesów nie tylko Tomasza Golloba. Wprawdzie frekwencja na stadionach systematycznie się obniża, co między innymi powodowane jest ofertą innych sportów ze światowej połki na ekranach TV, nadal jest wysoka. Wszędobylska telewizja przenika, część kibiców staje się wygodna i zostaje w domach, choć nie omijają oni jednak okazji do bezpośredniej wizji na stadionach. Chcą czuć ten smak walki i ryk, zapach silników i przebywać w atmosferze sportowej zabawy. Fenomenem jest napływ do szkółek klubowych młodzienców i tragiczne wypadki, dramatyczne przejścia nie są w stanie odrzucić chęci bycia żużlowcem. Przykre zdarzenia wytrącają na jakiś czas zawodników już z dorobkiem, natomiast młodzież głodna jest ciągle sławy i ścigania się na torach. Jakby na przekór losowi chcą rywalizować i pokazać, że speedway też daje emeryturę.

W tym sezonie międzynarodowym w serialu Grand Prix pokiereszowany został na dłużej Jarosław Hampel, nie obronił srebra fatalnie wycofany w formie Krzysztof Kasprzak. Dokonał rzadkiej sztuki jazd na rzecz klubu i w ściganiu się o mistrzostwo świata i ten rok zalicza na straty. Chyba sam nie wie dlaczego tak się stało. Słyszę głosy potępienia i uspokojenia sytuacji. Mam mimo wszystko nadzieję, że człowiek się odnajdzie w tej zadymie. Sportowy uwiąd formy przechodzi do historii, która oby w karierze tego zawodnika została tylko stratą jednego sezonu.

No więc jak nie mieć mieszanych uczuć, skoro debiutant, zawodnik szybko uczący się w Polsce i Anglii Maciej Janowski wjechał w dobrym stylu do premiowanej ósemki GP i z siódmego miejsca podejmie walkę w roku 2016. Janowskiego stać na jeszcze lepsze jazdy, nie chcę zapeszać, dużo potrafi, kiedy tylko wkręci w siebie więcej dynamiki, będzie dobrze, bo jest myślącym żużlowcem i bardzo pojętnym. Z jednej strony super Janowski, z drugiej dołujący Kasprzak. I obok na rehabilitacjach Hampel.

W przyszłym sezonie będzie czterech polskich zawodników w GP, oprócz Janowskiego, Hampela dojadą Piotr Pawlicki i Bartosz Zmarzlik, nowa generacja, która odmłodzi elitę. Oni dają radę wygrywać z mistrzami, mają na koncie medale, to nie będą „harrisowe“ fanaberie, nawiązując do kapryśnego, angielskiego Chrisa Harrisa.

Co dalej z mieszanymi uczuciami? Wirują.

Mistrzem klubowym Polski została Unia Leszno. Kuźnia od zarania dziejów polskiego żużla rozmaitej urody talentów. Tam wiedzą jak szkolić i robić speedway. Klub z tradycjami do zazdroszczenia i naśladowania. Wyleciał z Ekstraligi Grudziądz posiłkujący się Tomaszem Gollobem. As nie pomógł, było jak było i tak już będzie, bo nie każdy jest Gregiem Hancockiem. Ten ma końskie zdrowie. Pierwszą ligę wygrał Lokomotiv z Daugavpils i narobił kłopotów polskiej władzy żużlowej zastygłej w schematach. Ponieważ Stal Rzeszów po barażowaniu utrzymała Ekstraligowy deputat, zaczęło się szukanie drużyny do wypełenienia luki. Śmieszna sytuacja. Jeśli nie Lokomotiv, nie Ostrów Wlkp, który przegrał finał ligi właśnie z ambitnymi Łotyszami, to może trzeci zespół pierwszej ligi czyli Rybnik. Farsa przy zielonym stoliku i kpina ze sportu. Mieszane uczucia obejmują więc niczym pajęczyna. Zarówno Ekstraligowa spółka, jak i firma Nice rozdająca karty w niższej kategorii nie wypracowała sposobu na zaistniałą okoliczność a życie bywa niestety życiowe. Nie dość, że Łotysze narobili “kłopotów“ w Ostrowie, gdzie tamtejszym puściły nerwy na całego, to pośrednio stali się sprawcami kabaretu moralnego niepokoju z dziwacznym poszukiwaniem partnera do Ekstraligi… Wiadomo było, że goście ze wschodu umacniają się z roku na rok i mogą sprawić niespodziankę. Brawa dla ambitnych z Daugavpils! Sport nie może być kpiną z ciężkiej rywalizacji na torze i okaleczaniem reguł gry.

No to jak nie mieć mieszanych uczuć, kiedy takie są rządy żużlem pod polskim niebem? Generalnie nie jest źle, mamy czterech w serialu Grand Prix, „zuchwałą“ młodzież na złoto w każdych okolicznościach gdzie nie pojedzie. Z drugiej brak wizji na klubowe życie, bo jeśli elitarne zespoły mają budżety oblane lukrem, to pozostali łatają dziury od zimy i nie śpią z powodu niezapłaconych faktur. Błędne koło od lat. Przyznawane licencje bez nadzoru, czy z przymrużeniem oka nakręcają koniunkturę przez pierwsze trzy miesiące sezonu a potem są boleści i żebranie. Optymizm umiera zanim zacznie prawdziwa wojna.

Polski speedway nie narzeka absolutnie na brak utalentowanych zawodników, lecz cierpi na rozdrobnienie struktur i brak mocnej, scentralizowanej władzy. Jest wszechwładne Ekstraligowe zarządzanie i mamy Giekażetowe z Nice harce, są bogaci i biedni, ci ostatni natarczywie „klamkują“ po firmach by przetrwać początek, zanim się zacznie. A jak się zacznie, szybko kończy.

Jeden z polskich, znanych polityków, wpierw mówił, że mężczyznę poznaje się jak kończy, jednak ostatnio zrobił drastyczną korektę i oświadczył, że wówczas, kiedy mężczyzna nigdy nie kończy. Masz ci los.

Lato z “cyfrowym” żużlem

Zrzut ekranu 2015-08-18 o 18.38.46

Tradycyjnie w zasłużonej “Jedynce” słucham “Lata z radiem” i odkurzam wspomnienia. Prowadzący audycję odwiedzają Polskę wszerz i wzdłuż, wydobywają ciekawostki i muszę przyznać, że Ojczyzna jest bogata w historię, wydarzenia i ludzi, którzy mogą godzinami opowiadać o zawartości mojego kraju. Imponujące, choć nie wszystko tak do końca biorąc pod uwagę dzisiejsze poczynania polityczych elit. No ale różnie w historii Polski bywało i 123 lat niewoli z powietrza się nie wzięło. W tym lecie z muzyką i historią, przeplatanymi jak maki z łanami zbóż, sięgam pamięcią w speedway…

1973 rok i wielkie przygotowania do debiutu na światowej arenie Stadionu Śląskiego w postaci żużlowego finału indywidualnych MŚ. Śląskowi potrzebny był sukces, do tej pory na żużlu rej wodził w organizacji światowych finałów Wrocław i tamtejsi działacze, niezwykle zdyscyplinowani i fachowo ukształtowani jako mentorzy. Grupa motorowych pasjonatów na Śląsku miała ambicje poparte przez miejscową władzę. Interesy się sprzęgły a Stadion Śląski w Chorzowie słynący do tej pory głównie z piłki nożnej dostał kopa w postaci żużlowego wydarzenia. “Fuzbal” był ważny, lecz wybudowanie toru na tak wielkim obiekcie podnosiło adrenalinę doświadczonym działaczom Polskiego Związku Motorowego, śląskich klubów, z których rybnicka kuźnia była wtedy niemal żużlową Barceloną. Klasa robotnicza Śląska i Zagłębia szykowała się na wydarzenie, które ogniskowało zainteresowanie szerokiego spectrum. Dziś, już starsze osoby chętnie wspominają, jak przeżywały pobyt na stadionie w 100 tysięcznym tłumie. Nie stałem wówczas obok, lecz jako reporter redakcji “Sportu” byłem zaangażowany w produkcję tej imprezy i jak się okazało w następnych latach w bardziej fascynującej formie i odpowiedzialności, podczas finałów MŚ na tym obiekcie.

Mekką dla żużlowego świata od czasów powojennych był LONDYN ze słynnym WEMBLEY, gdzie rozgrywano finały indywidualne i drużynowe. Poleciałem tam w dwa lata po chorzowskim wydarzeniu i przekonałem się, co znaczy zmasowany doping, nie tylko angielskich fanów, przypominający rozpalony wulkan. Magiczne przeżycie, którego mi było jeszcze dwa razy doznawać.

Wembley diametralnie różniło się od Stadionu Śląskiego, ryk z pionowych trybun wgniatał w murawę i tor uczestników rywalizacji. Turnieje bajecznie scenariuszowo i reżysersko wbijały się w pamięć. Chorzowski stadion frekwencją przebił londyńską świątynię sportu, ale jego rozłożysta posągowość nie ogniskowała tak mocno wrzawy jak Wembley. Tory były też diabelnie inne; w Londynie po starcie upiornie wąska ścieżka, potem każdy wiraż odmienny, zaś chorzowski tor uładzony i szeroki jak autostrada. Goście zagraniczni byli zafascynowani śląską gościnnością, gigantycznym obiektem w pięknym parku, dziś imienia najlepszego w historii gospodarza górniczo – hutniczej ziemi gen. Jerzego Ziętka. Pogoda dopisała gierkowskiej ekipie. Widownia wspaniała i chyba nikt nie przewidywał, że będzie taki sukces. Liczono na Edwarda Jancarza, młodziutkiego Zenona Plecha a tu wyskoczył jak diabeł z pudełka JERZY SZCZAKIEL. Nie do końca z pudełka, bo opolanin z Grudzic, w 1971 roku razem z rybniczaninem Andrzejem Wyglendą dali łupnia na rybnickim stadionie w finale MŚ par, faworytom z Nowej Zelandii Barry Briggsowi i Ivanowi Maugerowi. Szczakiel w dodatkowym wyścigu w Chorzowie pomknął jak szaleniec po złoty medal. Okazały kryształowy puchar z trudem zmieścił się w Fiacie 125. Na trzecim miejscu podium stanął Zenon Plech. Organizacyjnie także się udało i mega obiekt przeszedł do historii.

1973 rok zapisał się dla polskiego sportu jesienią jeszcze jednym super wydarzeniem, bo oto na Wembley reprezentacja piłkarska pod wodzą Kazimierza Górskiego wykopała z MŚ sensacyjnie, po remisie 1:1, dumnych Anglików. Co tam się działo!

A Szczakiel skromnie i sentymentalnie wspominał wydarzenia w Rybniku oraz Chorzowie i nie spodziewał się, że aż do 2010 roku będzie polskim samotnikiem na złotym tronie MŚ w solowym ściganiu.

HISTORIA nie pieści i nie dekoruje na siłę nikogo, los wybiera kogo chce, pech zabiera a szczęście nie zawsze sprawiedliwie obdarza każdego.

W latach osiemdziesiątych pojawia się nowa, ekscytująca postać na żużlowym rynku. Zawodnik z talentem efektownych jazd, błyskawiczny jak indiańska strzała na prostych. Wjechał na tory z motocyklowym doświadczeniem i zafascynował środowisko. TOMASZ GOLLOB na długie lata koloruje swój portret na światowej arenie i polskiej scenie. Sport zawsze potrzebuje nowych gwiazd, do starych się przyzwyczaja, zaś nowe objawienia hołubi jak madonny. Gollob jeździ i wygrywa. W 1993 roku w bawarskim Pocking w finale IMŚ skupia zainteresowanie jako wschodząca gwiazda. Jeszcze mu jednak i blisko, i daleko do podium.

Dwa lata później zostaje zmieniona formuła indywidualnych MŚ na kilkanaście turniejów Grand Prix. Otwiera szanse Tomaszowi Gollobowi, choć jednocześnie oddala jednorazowy laur. Premierę serialu GP’95 we Wrocławiu wygrywa imponująco w brawurowym stylu Polak. Nadzieje rosną jak topole. Kiedy był bliski złotego medalu w serialu, makabryczny wypadek na wrocławskim stadionie/ 1999/ odkłada koronację na długo. A Szczakiel czeka… Za ikoną po Europie jeżdżą kibice w liczbie bardzo zadawalającej organizatorów igrzysk GP a głośny doping i dekoracyjność kibiców uwodzą podobnie jak “Małyszomania”. Rodzi się “Gollobomania”.

  1. Kolejna edycja GP i 25 września turniej we włoskiej części Udine, peryferyjnym Terenzano. Tym razem szczęście dopisało i nie utopiło się na szerokim białym torze; oto Tomasz Gollob zostaje wreszcie mistrzem świata! Polak dołącza do Szczakiela po 37 latach! Cierpliwość i upór zostają nagrodzone i najlepszy w historii polski żużlowiec, obywatel TG ma wprawdzie tylko jedną złotą koronę IMŚ, acz powinna być ona ozdobiona diamentem.

W genach speedway, w krwi metanol

Znakomity aktor Wojciech Pszoniak oświadcza, że chyba najcenniejszą rzeczą, która decyduje o naszym życiu jest pasja. ”Człowiek bez pasji nie żyje”. Ważny jest także sens… Aktor, który w swoim bogatym dorobku teatralnym, filmowym ma na koncie świetne kreacje mówi tak: “Każde działanie wymaga poczucia sensu. Jeśli jestem sprzątaczem, a będę myślał, że powinienem być profesorem, tracę sens. Bo jako sprzątacz mam wysprzątać jak najlepiej, dzięki temu może jutro będę robił co innego”.

34

Ach to życie! Lato. I żużlowy sezon w pełni. W internecie huczy po wykluczeniu Tomasza Golloba w bawarskim Landshut w zawodach SEC, europejskim ściganiu się za lepsze pieniądze, niż o mistrzostwo świata w serialu Grand Prix. Polski sędzia Marek Wojaczek bezceremonialnie w finale turnieju odesłał rodaka do parkingu. Nie powtórzył wyścigu w komplecie. Kontredans, nazwijmy go duchowym, pomiędzy panami TG a MW trwa nie od dziś. Niektórzy oświadczyli, że sędzia powinien przeprosić zawodnika. Interent zamienił się w targowisko opinii, jedni biorą w obronę arbitra, drudzy przeklinają na czym świat stoi. Obrońcy ikony plują, organizatorzy i niektórzy żużlowcy wyrażają opinie mało cenzuralne pod adresem M. Wojaczka. Nie pierwszy to incydent w którym polski rozjemca na torach zbiera burzę i pewnie będą protesty, które być może zakończą się wyrokiem na sędziego. Już miał takie sprawy na głowie.

Jeśli porównać bagaż błędnych decyzji sędziów piłkarskich z najwyższej półki a żużlowych arbitrów, to futbolowi panowie z gwizdkiem mają ich o wiele więcej. I to na Mundialach, mistrzostwach Europy! Sędzia piłkarski ma teraz obok siebie kilku pomocników. I dalej gwizdanie jest omylne, i dalej mamy zawały serca kibiców po błędnych werdyktach wypaczających sens sportu. Oczywiście nie chcę mieszać wina z piwem. Zostawiam futbol, bo bliski jest mi speedway, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mimo JURY na zawodach żużlowych sędzia podejmuje decyzje solo. Czasem zbyt szybko. Huragan przychodzi po komunikacie. I zaczyna się piekło, dzwonienie do arbitra, wyzwiska jakie tylko mogą być publikowane w internecie. Ściek wszystkiego najgorszego co śmierdzi na odległość. Po co zatem pięciu sędziów piłkarskich, skoro i tak jeden zbiera karę, po co jury władz międzynarodowych na żużlu, skoro nie eliminuje się błędów a krzywdy błąkają się nie tylko w internecie.

Więcej wodzów, niż Indian, tak?

Pomyłki bolą bardzo, wzniecają pożary, podnoszą temperaturę adrenaliny i nerwy wypuszczają niekontrolowane wypowiedzi. A sport traci na atrakcyjności, ucieka sens przygotowania do zawodów, wyścigu, bo jedna decyzja wyrzuca za burtę chwilę na którą czeka się z nadzieją na super emocje. Koniec, nie ma. Impreza spada, jak przebity balon. Co robić? Warto czasem zastanowić się trochę dłużej a może zasięgnąć opinii. Pośpiech zamienia atmosferę w bałagan. Błędy ludzkie były i będą, lecz chodzi, by ich było jak najmniej i nie czyniły krzywdy nikomu. Zawody w Landshut zapamiętają Marek Wojaczek i Tomasz Gollob, obserwatorzy i organizatorzy z One Sport.

Charakterystyczny jest fakt, że powtarzające się sytuacje dotykają najczęściej tych samych ludzi i nad tym warto się zastanowić. Trudne charaktery nie są wolne od burz, co potwierdza historia. Ułomności mają kolce. I zmęczenie, które jest trudne do oszukania na oczach tysięcy kibiców.

zmarzlik1

Zdziwiłem się, kiedy zdziwili inni, że młoda, filigranowa wschodząca gwiazda z Gorzowa Bartosz ZMARZLIK musi w ciągu 24 godzin odjechać trzy turnieje. Taki proceder w polskim żużlu, to żadna przecież nowość. Trąbiłem i trąbię o tym na wszystkie strony świata, niczym krakowski hejnalista, że speedway obarczony jest swojego rodzaju niewolnictwem i dopiero, gdy / oby NIE!/ wydarzy się coś tragicznego, wówczas władza żużlowa podejmie decyzje. Zawodnik musi wypocząć, zwłaszcza po upadkach, nabrać sił. Niestety, umęczony podróżami z miejsca na miejsce po Europie, “przerzucany” jest jak towar przez kurierską firmę. Niezrozumiałe zjawisko od lat dla innych sportów, gdzie człowiek nie dosiada motocykla i nie grozi mu wypadek. Żużlowy kalendarz od dawna nie jest racjonalnym grafikiem dla uczestników meczów i turniejów. Z angielskiego Poole nazajutrz do Rzeszowa, ze szwedzkiej Kumli do Zielonej Góry… Popatrzcie na mapę i odległości. Żużlowi galernicy śmigają z jednego punktu do drugiego i dzięki, że nie spadają z motorów. ”Kurier” Zmarzlik nie jest z żelaza. I nie jest osamotniony w tym tyraniu! Powszechne zjawisko galernictwa kwitnie.

Na tor powrócił Darcy WARD i w angielskim Swindon pokazał, że jest głodny jazd. Australijczyk odpoczął; chyba z tej 10 – miesięcznej karencji wyciągnął wnioski i przymusowe wakacje ominą go szcześliwie w karierze. Wyluzowany powiedział, że analizuje błędy z jazd i chce być doskonalszym. Ucieka rywalom lekko jak ptak pod niebem, bawi go walka i widać, że jego talent jest wart podziwiania wszędzie. Ward urodzony do tego sportu, wysoki wzrost jakoś mu nie przeszkadza, wybiera ścieżki, które prowadzą do efektownego zwycięstwa.

1370591272_Rycerze_Grand_Prix_Darcy_Ward_og

SPORT wyszukuje wirtuozów, kibice czekają na asów, którzy bez “rozwalania” rywali na torze prezentują piękno ścigania się od startu do mety. Można przegrać pod taśmą i można być pod nią pierwszym. Darcy ”chemik” ma w krwi metanol i… niepotrzebnie mieszał jeszcze do tego inne płyny.

Każdy sport potrzebuje niekonwencjonalnych zawodników – artystów, którzy na bis grają z przyjemnością i radością w oczach. Bez pasji nie ma życia. Nie ma życia bez ścigania się na krawędzi ryzyka i piękna a bajeczne wyścigi dają nam ochotę do życia.