Dobruszek wybrał Danutę

Raz po raz czytam książki, kupuję, niektóre przeglądam i odkładam na bok. Świat sportowych książek jest specyficzny, nie opisuje raczej zdarzeń a głównie bohaterów aren. Kibice uwielbiają statystyczne zestawienia, bardzo potrzebne, lecz mnie nudzą, bo wolę w ten obszar zajrzeć dzięki internetowi. O właśnie, internet wtargnął mocno w przestrzeń zainteresowań kibiców i mają na ekranach co tylko zapragną. Niesamowity świat, który przybliżył historię, poznawczo zbratał się z nami już chyba na zawsze. Przed laty książki sportowe w Polsce były rarytasem, istniało bodaj tylko jedno wydawnictwo, które zmonopolizowało rynek, choć zdarzały się wyjątki i mieliśmy książki na chwałę czempionów. Było tego jednak zbyt mało. Czesi wydawali o wiele więcej i zawsze kiedy impreza rzuciła mnie w ten rejon przeglądałem z ciekawością wydawnicze hity, językowo bliskie. Gorzej było z Węgrami, oni chyba jeszcze więcej wydawali książek sportowych od Czechów. Kiedyś miałem okazję kupić „ciepłą“ wydawniczo pozycję o legendarnym piłkarzu Puskasie. Kolega z redakcji, hungarysta, poźniejszy sędzia i prezes PZPN przetłumaczył i została w odcinkach publikowana na łamach „ Sportu“. O brytyjskim sportowym rynku wydawniczym wspominam z wielką zazdrością, bo tam jest tego tyle, że wylatuje z witryn. Zostawmy na boku ich ocenę literacką, nie o to chodzi. Liczą się fakty, dokumentacja, zdjęcia. Skandynawowie mają urozmaicony dorobek sportowego koszyka książkowego, zaś Amerykanie publikują w nakładach tyle ile Europie się nie śni. A mnie się śni nie tylko wydawanie ale i dystrybucja, i… popyt.

No i tak zabrnąłem w kozi zaułek, bo statystycznie Polak czyta rocznie bardzo mało, wstydliwie śladowo i chyba branżowe publikacje mają największe szanse. Hobby i pasja biorą górę, lecz mimo wszystko i nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Taki kiepski rynek. Interenet wciąż połyka czytelnika i kusi ofertami. Co robić? Z E –bookami?

Przed laty żużlowe środowisko było wydawniczo wyraźnie na cenzurowanym, nie wiem dlaczego ale o ile sięgnę pamięcią, to na palcach dwóch rąk można policzyć pozycje, które traktowały speedway. A w Anglii, Skandynawii? Angielska machina napędzana przez „Speedway Star“ i np. Petera Oakesa może być wzorem do naśladowania. Mam kilkanaście pozycji, cennych i często je przeglądam. Wielcy zawodnicy zjeżdżali z torów i mieli od razu w rękach kompedium swojej kariery. Wartość bezcenna dla hobbystow, kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat. Sam piszę i coś tam mi wydają, choć nie tylko żużlowe przeżycia, bo nie tylko samym sportem żyję.

Co było dawniej odeszło jednak w niepamięć. Nowe czasy uruchomiły wyobraźnię i ambicje, stworzyły warunki do „kupowania“ fanów. I takim wydawcą jest skromny dziennikarz i redaktor Wiesław Dobruszek z Leszna, miasta, które żużlem żyje a jego sławę podał światu Alfred Smoczyk. Unia Leszno kojarzy się z żużlem jak jezioro z wodą. I jeszcze wydawany jest tam jedyny w swoim rodzaju „Tygodnik Żużlowy“. Dopełnię reszty, kiedy podam, że w tej redakcji pracuje od wielu lat Wiesław Dobruszek. I tam zainicjował wydawniczą karierę „Ligą Polską“, pod auspicjami AWA PRESS/ TŻ/. Z Unią Leszno wydał cenną pozycję „ Pół wieku Memoriału Alfreda Smoczyka“, jakże mogło być inaczej. Dobruszek wtedy już połknął bakcyla wydawniczego;  „nauczyłem się sporo“ jak powiedział, „przy tych pierwszych pracach“, choć nie był żółtodzióbem. Z jednej strony była praca redakcyjna w „TŻ“, z drugiej myślenie i praca nad tym co wydać dla czytelników – fanów żużlowych na amen.

Od 2003 roku powstała firma wydawnicza „Danuta“, bo takie imię ma żona Wiesława. Wybrał nazwę firmy sam czy żona? Nie pytałem, w każdym razie mezaliansu w tym nie widzę, tylko normalność w celu spełnienia ambicji i sprawienia satysfakcji kibicom.  „Żeby jeszcze więcej kupowali“ wzdycha Wiesław. Pocieszam, że to bolączka wszystkich wydawców, przecież nie tak dawno katowicki „Videograf“ wydał mi żużlowe refleksje pt. „Szybkość nie wybacza nikomu“, co zeznaję przy okazji. Skręcam jednak do Dobruszka i jego DANUTY.

Hitowe było „Żużlowe ABC“, w sumie 10 tomów. Bardzo fajna rzecz. „Asy żużlowych torów“, to osiem tomów, w tym cztery autorstwa bossa DANUTY. Co dalej? „Żużlowe mistrzostwa“, to siedem pozycji, które spłodził Dobruszek. Trzy pozycje w cyklu „Żużlowcy znani i lubiani“, też cenna. Tak prawdę mówiąc nie ma tutaj pomysłów chybionych, np. „Żużlowy leksykon ligowy“. Wiesław Dobruszek wydał w sumie 30 pozycji żużlowych, w tym 26 napisał sam. Na rynku brytyjskim czy amerykańskim byłby chyba krezusem, mieszka jednak w Polsce.

Mimo słabego rynku wydawniczego w sporcie przed laty, dziś wprawdzie jest inaczej, jednak czasy tak się zmieniły, że potrzeby czytelnicze potaniały niemiłosiernie. Paradoksy. Wiesław Dobruszek i jego DANUTA bynajmniej nie mają zamiaru rezygnować ze swoich planów i ambicji wydawniczych chować za regał.

Żużlowe książki sygnowane przez Dobruszka mają swoją renomę i każdy kibic ich poszukuje by mieć na półce. To branżowe egzemplarze, więc z nakładem nie ma szaleństwa, co jest rzeczą normalną w biznesie nie rozpasanym przez kapitał. Liczy się każda złotówka, nie… ważona w funtach.

Dość na razie o książkach, które dotyczą żużla, kupujcie je i czytajcie, a ja biorę do ręki ulubionego Hrabala i kiedy chcę sobie poprawić humor czytam o choćby takie opowiadania jak „ Obsługiwałem angielskiego króla“ czy “Jak to zostałem milionerem“. Nawet czytelniczy monopol czasami szkodzi, wierzcie mi, więc trochę tego, trochę tamtego, no i zawsze w lewo.

Liga speedway spoko

Ale się porobiło z wyborem piosenki na polskie EURO – 2012. Ludowa przyśpiewka

„Koko Euro Spoko“ w wykonaniu zespołu „ Jarzębina“ narobiła sporo zamieszania. Problem polega chyba w tym, że szukano hymnu. Jeden znam, Mazurka Dąbrowskiego… „ Koko…“ jako hymn? Bzdura, piosenka na okoliczność piłkarskiego święta. Zabawna, choć były lepsze; zadecydowała o wyborze chyba inność wykonania, choć osobiście byłem za utworem w wykonaniu Maryli Rodowicz. Piosenki, piosenkami a ważne jak zagrają wybrańcy Franciszka Smudy, który ma ogromne obciążenie w historii polskiego sportu. Takiej imprezy w Polsce jeszcze nie było, oczekiwania są wprawdzie umiarkowane lecz w sercu każdego rodaka tli się nadzieja na wyjście z grupy i dalsza gra… Ano zobaczymy, jeszcze maj ale już z początkiem czerwca będzie gorąco. Bardzo. Futbolowym świętem już zaczynamy żyć. Zanim jednak dołączymy do piłkarskiej uczty mamy przecież co tydzień żużlowe emocje. Liga zaczyna się rozkręcać na dobre a więc parafrazując piłkarski „hymn“… Liga Speedway Spoko!

Byłem ostatnio dwa razy w Częstochowie, gdzie nowa klubowa władza dwoi się i troi na czele z prezesem Pawłem Mizgalskim. Włókniarz Częstochowa „ wentylowany“ głównym sponsorem Dospelem wygrał z bydgoską Polonią ale dostał lanie od zespołu Tomasza Golloba czyli Stali Gorzów. Goście na obcym torze od pierwszego wyścigu narzucili swój rytm i obezwładnili gospodarzy. Dawno nie widziałem czegoś takiego i słusznie ktoś zauważył, że jeśli tak się dzieje na ringu to trener rzuca biały ręcznik. Nie było siły na zgranych z sobą i torem „gollobowców“. Myślę, że częstochowianie mają o czym myśleć i wyciągnęli wnioski po tym laniu. I, że taki mecz wobec pełnego stadionu był incydentem o którym kibice zapomną. Rzeczywiście frekwencja w Częstochowie jest imponująca i ciekawe czy stadion po kilkanaście tysięcy widzów na dotychczasowych meczach będzie dalej tak wierny drużynie. Wszystko trzeba przeżyć i radość, i złość. Nowa władza klubowa ma duże ambicje, zrezygnowała z Anglika Chrisa Harrisa i zakontraktowano naprędce Duńczyka Kennetha Bjerre, który w debiucie nie zachwycił, podobnie jak i reszta poza Danielem Nermarkiem. Ufam, że prezes Mizgalski upora się z kłopotami a lekcja gorzowska nie pójdzie na marne. To był wyjątkowy mecz od początku. Publiczność osłupiała. I ja też.

Ambicje wysokie mają w Tarnowie i tam również panuje nowy klubowy boss, Agata Mróz, kobieta na tym stanowisku w wydaniu żużlowym nie jest aż takim ewenementem, pomni przecież rzeszowskiej prezes Marty Półtorak. W każdym razie w Tarnowie wszystko jest pod… prądem Taurona a trener Marek Cieślak jest gwarantem solidności. No i ten niestrudzony Amerykanin, mistrz świata Greg Hancock. Weteran „Gringo“ jedzie! I Janusz Kołodziej. Spoko.

Ekstraliga ma zaległości, w maju wyrówna sie wszystko, słabuje gdański Lotos, z ambicjami jedzie tarnowska Unia. Stelmet Falubaz Zielona Góra broni tytułu mistrzowskiego. Mamy dziesięć drużyn w Ekstralidze i towarzystwo jest urozmaicone.

Jeszcze trudno o jakiekolwiek oceny, choć widać mniej więcej, co drzemie w zespołach i które liczą na szczyt a które mogą mieć problemy w dolnym rejonie tabeli. I nawet wielcy liderzy nie zapewnią wygranych, bo team to wszak nie tylko solista.

FREKWENCJA. Jest niższa, niż w roku ubiegłym i poza cudem częstochowskim, w innych klubach księgowi nie mają spoko. Po prostu coś „ siadło“. Warto zatem kokietować kibiców w postaci różnych promocji, loterii, nagród i tym podobnych grantów. Cenami konsumpcyjnymi także, bo na razie jest drożyzna nieziemska.

Czy Ekstraliga w wydaniu dziesięciu teamów zda egzamin okaże się poźniej, natomiast dziwne są pozostałe ligi w emisji po sześć drużyn. Stara firma ROW Rybnik w ostatniej lidze przegrywa u siebie z Krosnem. Jak spragnieni są kibice dobrego żużla w Rybniku można było zobaczyć na Memoriale Łukasza Romanka, która to impreza jest pielęgnowana z dobrymi asystami elitarnych zawodników. Szkoda, że ulewa przerwała ten turniej. Na pogodę nie ma silnych i speedway przegrywa z kretesem bez jakiejkolwiek modlitwy do nieba. Dachy nad stadionami są potrzebne jak… deszcz na pustyni.

Wspomniałem o dwóch niższych ligach poza Ekstraligą. Nie brakuje żużlowych zagraniczych weteranów chociażby w postaci Anglika Scotta Nichollsa. Tak się porobiło, co świadczy o socjalnym zatrudnieniu zagranicznych zawodników. Czas na polskich orłów i danie im szans. Wyczyny Harrisa w Częstochowie a wcześniej podczas Grand Prix w Lesznie świadczą o kryzysie angielskiego żużla i nie ratuje go wcale Tai Woffinden. Przykre, regres trwa i dopóki będzie trwał, to ogólny poziom speedway’a poprzez ligę brytyjską będzie niższy, gdyż wcale nie podniecajmy się aż tak bardzo polskim poziomem ligowym. Jest taki jaki jest i na razie spoko.

Dostałem w internecie sporo listów na temat scysji podczas Grand Prix w Lesznie między Tomaszem Gollobem a Jarosławem Hampelem. Jedni popierają gwizdy dla  mistrza świata, inni bronią ikony. Każdy ma inne spojrzenie na fakty. Zgadzam się, że indywidualny turniej broni zawodnika, który jedzie solo, bez pobłażania dla rodaka. Jest jednak w tym wszystkim nuta fair play i nie „ranienia uczuć“ licznych kibiców.

Tak jak i z tym niby hymnem na EURO – 2012. „Koko Euro Spoko“ brzmi ludowo, wpada w ucho, jednak utwór w wykonaniu lubelskich kobiet podzielił opinie i mamy dyskusje przy piwie. Trudno jednak żyć bez kontrowersji w Polsce, gdzie każdy ma swoje „koko“. I jak nie ma to znajdzie. A co ze spoko?

Parasolki i golizna

„W maju jak w raju“ mówią zakochani. A niektórzy dodają przekornie „nie tylko w maju“.

Niech tak będzie.

Karuzela żużlowych widowisk i emocji zaczyna kręcić się coraz szybciej, nie brakuje wrażeń i nabieramy coraz więcej adrenaliny. Pompowanie trwa!

Serial Grand Prix miał premierę we Wrocławiu w 1995 roku i dobrze pamiętam jakie były nadzieje na nowy projekt, w którym uczestniczył duński internacjonał Ole Olsen. Angielska firma BSI i jej szef, który już sprzedał prawa do tej produkcji, bawi się teraz w odzieżowe ewolucje. Zarobił spore pieniądze niejaki John i na polskiej organizacji. Serial przechodził różne koleje losu, początki były siermiężne w tasiemcowym trwaniu imprez, choć część zawodników szybko brała prysznic, mogła pakować manele i jazda do domu. Wyeliminowano te szybkie „odpady“ i teraz mamy w miarę ukształtowany projekt serialu GP, który mimo wszystko w liczbie organizowanych turniejów wlecze się przez cały sezon plus minus z dwutygodniowymi interwałami. Mordęga. Kiedy już serial dobiega ¾ całości zmęczenie uczestników jest nadto widoczne i brak świeżości. Ten cykl nie jest okrawany a wręcz odwrotnie ciągle mamy plany jeszcze większej liczby imprez. Do upadłego? Można i tak. Jak nawięcej kasy Mr. Paul Bellamy? Ten gość zarządza turniejami GP i jest zadowolony. Ilość a nie jakość? Mnie to się nie podoba i już, bo wolałbym serial zwarty, żadna tam brazylijska telenowela, tylko coś takiego co zostawia raczej niedosyt, niż przesyt do cna.

A teraz coś lżejszego.

Pamiętam zgraną pakę polskich dziewczyn, bodaj rodowodu wrocławskiego, które na starcie urodą i kolorami niekoniecznie parasolek wskazywały, gdzie zawodnicy pod taśmą mają się ustawiać. Czy rozpraszały uwagę urodą i cielesnością? Zakontraktowano je nie tylko na polskie edycje GP, jeździły także poza rodzimy kraj i sławiły hasło, że Polki „grzeszą“ urodą na żużlu. A speedway idealnie nadaje się do pokazywania, co kobiety mają i gdzie, i czym tak naprawdę różnią się od płci brzydkiej. Ano różnice są kolosalne. Czy długość nóg ma wpływ na rozproszenie uwagi zawodników pod taśmą, zanim ona podniesie się do góry, a dziewczyny pokażą co mają do pokazania.

A więc pokazywałylecz ten udany team się skończył i mamy inne układy „ parasolek“.

Utarło się od dawna już, że na starcie mają być dziewczyny, pokazywać co mają najlepsze i trzymać kolorowe parasolki. I machać tymi parasolami i kręcić pupami, bo tak lubi męska część żużlowej widowni.

Niech tak będzie.

Czy na starcie mogą być tylko dziewczyny rozebrane jak należy i kusić walorami jakie mają? Pytanie retoryczne.

Specjaliści od technik pokazywania się na estradach nie zawsze upierają się na tym, żeby quasi erotyka była dominującą prezentacją na stadionie. Dlaczego nie dziewczyny w regionalnych strojach dla przykładu? Wychodzę na zgreda? Coś co kusi bywa zakrywane umiejętnie, takie są tajemnice emocji podsycanych przez kobiety. One wiedzą najlepiej jak skusić męski ród, od czasu raju, Ewy i jej jabłka podarowanego Adamowi. Jabłko nie było zresztą najważniejsze chyba wtedy. I tak jest do dziś.

Ogromnie mi żal cziliderek na żużlowych stadionach, które wyginają się na starcie w zimnie i deszczu. Wszystko co jest robione na siłę nie wywołuje dreszczy rozkoszy. One leżą gdzie indziej. Nie jestem zwolennikiem pewnego toruńskiego radia podnosząc temat golizny obok startowych maszyn na żużlowych stadionach. To nie tak. Podnoszę temat, bo widzę, że sztampa i rutyna wbiła się na dobre w speedway i wszędzie gdzie jesteśmy parasolki i dziewczyny skąpo ubrane dominują obok kierownika startu i oczywiście zawodników, którzy specjalnie nie mają czasu na ocenę tych, które wskazują im kolory. Daltonistów nie mamy w tej grupie.

Czy może być „grupa startowa“ mieszana czyli męsko – damska? Czy musi dominować płeć piękna odziana jak na Hawajach? U nas bywa zimno. I bywa, że leje deszcz.

A więc namawiam do złamania kodu zgranego już jak stuletnia karta. Mogą być dziewczyny ale czy zawsze? Obdzielmy wszystkich widzów sprawiedliwie.

Obserwuję ogólnie zjawisko zrutynizowanej organizacji imprez żużlowych i mało jest rozrywki towarzyszącej, zwłaszcza kiedy traktory równają tor a polewaczka go zlewa.  Nawołuję zatem do ożywiania zawodów, bo widzowie chcą zobaczyć obok sedna żużla także coś innego. Dla oka. Nie tylko piwo i grillowane jadło, potrzebne reklamy. Choć co to kiedyś Doda reklamowała? Lody, lody…

Brakuje doprawdy oryginalnych scenariuszy, które obok sportu mogą przyciągać widzów w różnym wieku. A więc? Konkurs na najlepiej zorganizowaną imprezę roku?

Porządkując sprawy żużlowych widowisk, żeby nikt nie odniósł wrażenia, że jestem przeciwny cziliderkom i dziewczynom na starcie, które skąpo ubrane wyginają się do kamer i publiczności bardzo zwinnie… Podniecenie bywa zdrowe, zarówno tym co dzieje się sportowo na torze jak i tym, co nie wiąże się ze sportem a raczej z tym, co opisywał psychoanalityk Freud. Bez kobiet świat byłby nudny, bez ich walorów jeszcze bardziej. Zawsze jednak trzeba wiedzieć, gdzie, co i jak pokazywać, umiejętnie i ze smakiem. Nie zawsze odkrywanie podnieca tak, jak przykrywanie tego, co od czasów raju podkręca emocje bardziej, niż marne czasami jazdy. Szaleństwa są widzom potrzebne ale muszą być wkomponowane w ramy jak obrazki. To tyle na dziś; nie tak znów goło, ale niech będzie wesoło.

Z Leszna do stolicy? O tak!

Kwiecień plecień, co przeplata dużo żużla mało lata. Ta ostatnia sobota kwietniowa będzie bardzo ważna dla Leszna, kiedy odbędzie się Grand Prix Europy. Ważna impreza dla działaczy Unii, bo ostatni raz w kontrakcie, a czy w ogóle ostatni, nie wiem, bo nigdy nie mów nigdy; być może Leszno wróci jeszcze na arenę turniejów o mistrzostwo świata mając Jarosława Hampela i braci Pawlickich. Stadion Unii przed wejściem jest ozdobiony i upamiętniony pomnikiem Alfreda Smoczyka, legendarego szybkiego jak rakieta zawodnika, który zginął przed kilkudziesięciu laty, mistrza Polski a dramat rozegrał się na zwykłej drodze. Stadion wybudowany w epoce Edwarda Gierka na tradycyjne dożynki nosi imię Smoczyka, tamże rozgrywane są regularnie Memoriały Alfreda Smoczyka. W Lesznie wszystko zatem toczy się wokół „Smoka“ i niech tak będzie. Żużlowa kultura w tym mieście ma niepodważalny autorytet, podtrzymywana nie tylko przez „ Tygodnik Żużlowy“.

Interesy toczą się w Lesznie wokół speedway’a, podobnie jest w innych miastach wielkopolskich w Ostrowie Wlkp., Gnieźnie, Rawiczu, Pile. Kochanie żużla jest tam wpisane od wczesnych lat w życiorysy mieszkańców regionu. Przekonałem się niejednokrotnie o tym przebywając w różnych zakątkach Wielkopolski. Żużel jest tematem  sportowym nr 1. Kto nie lubi żużla lepiej niech nie dyskutuje o sporcie przy piwie w pubach Leszna, Rawicza, Gniezna czy Ostrowa Wlkp. Można dostać przy okazji ignorancji kopa tam, gdzie kończą się plecy.

Z tym lubieniem żużla jest podobnie w innych cześciach Polski, na ziemi lubuskiej, Podkarpaciu czy Pomorzu. Uwielbienie żużla duże i tak jest od wielu lat. Kolekcjonowanie miłości do tego sportu w rodzinach jest pielęgnowane, stąd od małego bakcyl wysysany bywa z mlekiem matki i pilnowany po ojcowsku. Futbol, gdzie jest kult żużla cierpi na niedopieszczenie, choć nie brakuje także obojniactwa sportowego i kibice  chodzą zarówno na speedway, jak na piłkę nożną.

Leszno żegna się z serialem Grand Prix; tam też były złote czasy w drużynowych turniejach o mistrzostwo świata. Czy rozstanie się z wielkim żużlem wyjdzie na dobre i za jakiś czas zapanuje głód na speedway? W przeszłości organizowano tu przecież finały mistrzostw świata par i drużynowe, nie wspominając eliminacji MŚ. Działacze dali radę za każdym razem a uczestnicy wywozili miłe przygody i wspomnienia.

Jak będzie tym razem? Miejscowy pupil Jarosław Hampel poobijany jest  po gorzowskim turnieju podczas konfrontacji polskiej drużyny narodowej z „resztą świata“. Dziką kartę dostał Przemysław Pawlicki i napewno da czadu na „ Smoku“, który zna od dziecka. Jest jeszcze Tomasz Gollob, który powinien dać sygnał dla konkurentów o swojej formie. Drugi turniej i początek sezonu daje nadzieję na jazdy może jeszcze nie tak sprawne, co przepełnione ambicjami i wolą pokazania się za każdą cenę. W premierze serialu w Nowej Zelandii wygrał obrońca tytułu mistrza świata Amerykanin Greg Hancock, drugi zameldował się  Hampel, trzeci były mistrz świata Duńczyk Niki Pedersen. A teraz? Gdyby Hampel załapał się na podium byłoby cudnie. Następny turniej GP jest w Pradze na Markete. Formę i emocje będą nakręcały ligowe mecze.

Mamy początek sezonu, jazdy bez zmęczenia i z siłą zaistnienia w elicie. Leszno oczekiwane jest z niecierpliwością, bo miejsce jest kultowe, choć sam stadion wymaga modernizacji. Są przecież inne stadiony spełniające wymagania wybrednych kibiców. Wielkość trybun nie oznacza jakości oglądania. Kibice jednak nie wymyślają, bo dla nich jazdy i emocje są priorytetem. Ważna oczywiście i pogoda, bo parasole na starych obiektach przeszkadzają w oglądaniu zawodów, nadal dach nad głową jest luksusem i dużo zależy od pogody na torze i na trybunach.

Serial GP napędzi się więc tradycyjnie szybko. A gdzie tam do października, daleko, wpierw jednak…

Z początkiem czerwca mamy wydarzenie sportowe w Polsce największe w historii, futbolowe mistrzostwa Europy. Wyzwanie niesamowite. Kiedy tylko skończą się wrażenia w piłce nożnej z końcem lipca mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Duża zatem porcja emocji latem i trzeba zadbać by speedway nie zginął w natłoku szumu medialnego, bramek i medali olimpijskich. Dużo zatem zależy od postawy polskich zawodników, którzy powinni w tym trudnym roku wbić się w elitę innych tuzów sportowych aren.

Wspomniałem w tytule o Lesznie i stolicy. No tak, bo po futbolowym EURO – 2012 warszawski Stadion Narodowy może w przyszłym sezonie zająć pozycję Leszna i zorganizować turniej GP. Wszystko jest możliwe i warto zadbać o taką lokalizację, spektakularną i wizytówkową dla polskiego sportu. Z jednej strony żal, że takie kultowe Leszno żegna się z żużlowym szczytem, z drugiej satysfakcja, że można pokazać stadion piękny jak bombonierka i zaprezentować uroki stolicy bliskiej każdemu Polakowi.

Tak sobie myślę, jakże ogromny jest kalejdoskop lokalizacji turniejów GP; bo oto mamy dalekie, dziewicze nowozelandzkie Auckland i dużą Kopenhagę, eleganckie Cardiff,  urokliwą Pragę i elegancki Goteborg. Kiedy dojdzie Warszawa zrobi się jeszcze bardziej zróżnicowanie, ciekawiej na mapie serialu Grand Prix, który jednak zupełnie niepotrzebnie powiększa się o nowe miejsca, zamiast zadbać o wygodę i elegancję dla widzów. Czy to się komuś podoba czy nie… po prostu o zwyczajny lans.

Już jutro w Tarnowie „ Szybkość nie wybacza nikomu“!

W niedzielę, 22 kwietnia wielki mecz o godz. 17.00 pomiędzy Unią Tarnów a Włókniarzem Częstochowa! Będę tam z moja książką i podpiszę dedykację każdemu! 160 stron opowieści i kulis żużlowego życia dostępne będą w klubowym sklepie. Do żobaczenia!

Szybkość nie wybacza nikomu: Marek Cieślak – Tak to bylo i tak jest


Moja znajomość z Adamem trwa ponad 40 lat. Był jedynym dziennikarzem, który przez lata rzetelnie zajmował się tematyką żużlową, pisząc do wielu wydawnictw, a przede wszystkim dla katowickiego „Sportu”. W każdy poniedziałek po niedzielnym meczu swoje pierwsze kroki kierowałem do kiosku, aby zakupić „Sport”, gdyż obiektywne opinie Adama były dla mnie i dla innych zawodników bardzo ważne. Spotykaliśmy się na wielu światowych finałach indywidualnych i drużynowych, gdzie mieliśmy okazję dobrze się poznać i dyskutować na tematy związane z „czarnym sportem”. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale na tym polega konstruktywna dyskusja. Przez ten długi czas byliśmy świadkami wielu historycznych sukcesów oraz tragicznych wydarzeń. Wspólnie tworzyliśmy historię speedwaya, ja na torze, a Adam piórem, relacjonując nasze zmagania z kronikarską dokładnością. Dlatego też cieszę się, że Adam spisał część historii, z którą będą mogli się zapoznać zarówno kibice, jak i młodsi zawodnicy, którzy często nie wiedzą, kto był pierwszym mistrzem świata i kto jeździł w ich drużynach przed laty.

Z koleżeńskim pozdrowieniem,

Marek Cieślak*

* Marek Cieślak — trener reprezentacji Polski, która trzy razy z rzędu zdobyła złoty medal drużynowych mistrzostw świata. Wychowanek częstochowskiego Włókniarza, wielokrotny reprezentant Polski, uczestnik finałów mistrzostw świata, trener kilku klubów, z którymi zdobywał mistrzostwo Polski. Startował w lidze angielskiej, wychował kilku znakomitych zawodników. W Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” został wybrany trenerem roku 2011. Cieszy się ogromnym autorytetem na polskim i zagranicznym rynku szkoleniowym.

Marian Lichtman: Żużlowy Trubadur

Z wielką radością przeczytałem te słowa – dziękuję Marian!

Z Adamem poznaliśmy się pod koniec lat 60. To on zaprosił nas, Trubadurów, i Marylę Rodowicz na jubileuszowy koncert „Dziennika Zachodniego” (w 1970 roku). Oklaskiwał nas wówczas Edward Gierek, panujący nad regionem i Polską. Pamiętam, że poprosił nas w Domu Prasy, abyśmy grali ciszej. Tak też się stało, choć graliśmy ostro w komplecie (jeszcze wtedy z Krzysztofem Krawczykiem) i się podobało. Nagraliśmy piosenkę dla górników, zawsze przyjmowano nas serdecznie. Adam pokazał nam Katowice i Śląsk, także żużel, który uwielbia od lat. Przyjeżdżaliśmy wielokrotnie do Katowic i rozmawialiśmy nie tylko o muzyce, sporcie, było co zjeść i wypić. Bywają różne znajomości, nasza jest długa i bez „Wysokie płoty tato grodził…”.

Cenię Adama za jego profesjonalizm dziennikarza, komentatora, felietonisty, poety, znawcy sportu, muzyki i życia na serio z fantazją. Mieszkam w Danii i wiem, że Skandynawowie uważają polską ligę żużlową za najlepszą na świecie. Niniejsza książka Adama na pewno przybliży żużel nie tylko tym, którzy tak bezgranicznie kochają ten sport.

Polecam więc i trzymam kciuki za Adama!

Marian Lichtman, członek zespołu Trubadurzy