1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Zaglądanie do cudzej kieszeni nic nie kosztuje

 

Co najwyżej można nabawić się kompleksów. Ludzka rzecz, choć najgorszą jest bezinteresowna zawiść. A podobno brzydką sprawą jest chytrość i zakłamanie. Nie wnikam dalej w słowa i słówka. Żużlowcy jak każda grupa sportowa i społeczna ma różne żołądki i apetyty. I talenty owinięte w kariery; w szczęście oraz los. Nie każdemu dane być bogatym a biednym może być każdy. Jak mówią lekarze nie wszyscy muszą być ginekologami. Medale wiszą wysoko i trudno je zerwać.

Speedway od początku na gruncie polskim był uważany za dyscyplinę zawodową, gdyż płacono oficjalnie za zdobyte punkty. Było to kilkadziesiąt złotych zaledwie, w najwyższej lidze ciut więcej. Mit o żużlu zawodowym kursował w opiniach i nie ważne było, że pozostałe sporty miały inne bonusowe rozwiązania, wygodne w wojskowych klubach czy policyjnych /dawnej milicji/. Jeśli pojawił się talent mundurowe kluby mogły zawsze takiego gościa pojmać w kamasze. W żużlu zmiany klubowe były znikome do czasu, zanim ten” kod” został złamany przez nuworyszowskie rozwiązania rozbiórki zawodników. Szum był na cały kraj, kiedy Zenon Plech emigrował ze Stali Gorzów do gdańskiego Wybrzeża będącego w opiece policyjnych władz. Gorzowianie stawiali opór na wszystkie sposoby, lecz nic nie wskórali wobec mundurowych i Plech wystartował nad Bałtykiem. Transfer Marka Kępy z lubelskiego Motoru do Startu Gniezno opiewał na okrągły milion złotych, co było wtedy pestką wobec przejścia futbolisty Dariusza Dziekanowskiego za 12 “baniek”. Ale i tak skok Kępy, który w Starcie nie za wiele się nabrudził był odczytany przez środowisko za mega wyczyn.

Do interesów trzeba mieć głowę i odwagę. Speedway made in Poland w kaperownictwie trzymał się mocno i opierał jak panienka na pierwszej randce. Trener Ryszard Nieścieruk, gorzowianin i dr z AWF – u, gdy przeniósł się do Wrocławia, gdzie miał mocnych opiekunów w klubie, zaszalał jako pierwszy w Polsce. Nie fałszujmy pomnikami historii, tak było! Wychować a kupić zawodnika to dwie różne okoliczności bynajmniej nie łagodzące obyczajów. Ryszard mówił mi kogo chce mieć w klubie. Budował dream team i nastał czas kupowania zawodników. A kiedy otworzyła się furtka wjazdowa dla zagranicznych żużlowców towarzystwo nad Wisłą i Odrą oszalało. Polski żużel zaczął dobrze karmić przybyszów różnych nacji. Zrobił się boom bum! Stawki z dawnych lat: 60 i 40 złotych za punkt były humorystycznym wspomnieniem. Duńczyk Hans Nielsen otworzył depozyty a wyobraźnia zaczęła głupieć. Prezesi prześcigali się w kontraktach, oto w Zielonej Górze, w Rybniku 2 tysiące marek niemieckich/ takie były czasy monetarne/ za punkt było obłędem. Spirala nakręcała się niebezpiecznie. Skąd polski speedway miał pięniądze na dopieszczanie zawodników? Ano miał. Krążyły legendy o umowach podpisywanych w cztery oczy na stole i pod. Firmy wydawały krocie, prywatni biznesmeni w dobie gollobomanii nie liczyli się z niczym a żużlowcy nadal narzekali, że mają za mało. Ten swąd hipokryzji pokutuje do dziś a zdobycze finansowe i majątkowe świadczą wyraźnie, że były to mega tłuste lata. Wokół żużla zarabiało się i nadal zarabia, choć bardzo stopniały zasoby klubowych kas. Ojcowie zawodników tradycyjnie biadolili, że synowie narażają życie, które w każdej chwili mogą stracić, albo zostać kalekami. Nie każdemu jednak cegła spada na głowę. Czasem bywa tak, że w życiu sczęściem jest… nie mieć pecha. A wypadki kiedy zdarzają się w rozmaitych miejscach, mają różne odcienie wysokości ubezpieczeń do końca życia. I jeden może żyć za tysiąc złotych renty a drugi za tysiąc euro albo i więcej. Nie zaglądajmy do kieszeń, bo one mają dziwne rozmiary, podobnie jak domy czy auta bogatych, biednych, poszkodowanych i zdrowych, mądrych, głupich i nijakich.

Polski speedway nadal żywi światową elitę, wyszkolił za psie pieniądze sporo młodych, zagranicznych zawodników. Teraz prezesi liczą pieniądze inaczej, niż dawniej. Sakiewka jest mniejsza: “ bo już nie dają”. Głupota odleciała, acz… Funkcjonuje niezmiennie zasada, mimo nalotów władzy motorowej, odwlekania wypłat, polska choroba dłużników i wielu musi upominać się o zaległości. Paskudna rzecz. Biedny pozostanie biednym a bogaty bogatym? Takie pojęcia mają czasem swoje idiotyczne, podwójne dno.

Prezesi z różną wyobraźnią odeszli, choć nie chcieli. Musieli? Krążą takie wersje zdarzeń, że ile by w speedway nie wpompować pieniędzy i tak zabraknie. Nikt nie odłoży na czarną godzinę w klubie, na przyszły sezon czy lepszy transfer. Mentalność fatalna, zgubna, obrosła w pychę i brak wyobraźni. Kiedy na pożegnalny turniej Szweda Tony Rickardssona w Tarnowie zjechali się niektórzy zawodnicy/ byli tacy co się wykręcili/, byłem świadkiem jak polski zawodnik vel celebryta żebrał u nieżyjącego prezesa Szczepana Bukowskiego pieniądze: “daj za przejazd chociaż”, choć tego nie miał w umowie. “Żebractwo” bez honoru funkcjonuje w głowach chyba od czasów, gdy w klubach udzielano tzw. bezzwrotnych pożyczek. Byli “bieda – rekordziści” zwłaszcza w obliczu ważnych meczów i prestiżowych turniejów. Straszyli prezesów a oni bali się władzy kacyków, zaś zawodnicy nie bali nikogo. Na zimno w11667494_10204516185604706_8526129785432921958_nykorzystywali koniunkturę,“kredyty” szybko umarzano. Luksusowe życie, prawda? No a kto inwestował mądrze nie liczy dziś na ZUS.

Świat żużla jest kolorowy i taki jak kilka cyrków razem wziętych. Narzekających nie brakuje i nie brakowało a życie weryfikuje postawy wobec kibiców. Chytry traci dwa razy zrzędzą bywalcy kasyn. Pieniądze raczej nie wyleczą kompleksów, mentalność ludzka bywa zagadką. Jak klimat…

Jest kapryśna wiosna i wielkanocne święta. Nigdy jajko nie będzie mądrzejsze od kury i nie wszystko jest do chrzanu. Moc przyjemności i słońca życzę wszystkim sympatykom, którzy często wiedzą więcej o zawodnikach ode mnie. Nie zazdroszczę nikomu, bo mam to, co mam. Wielkanocną babę.

Ikona z czerwonego Mercedesa

Jest styczniowa sobota, karnawał, ludzie rozbawieni, polska transformacja polityczna i gospodarcza 1992 roku daje upust przedsiębiorczości. Rosną nadzieje na lepsze jutro. Gorzów Wielkopolski żyje żużlem od lat, tam rodzą się talenty, panuje zdrowa atmosfera sportowej rywalizacji i w kulisach codziennego życia mówi się o żużlu otwarcie i szczerze. Nie ma tajemnic. Każdy temat zaczyna się i kończy jednakowo. Speedway.

Idolem gorzowskiej społeczności sportowej jest były zawodnik, reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata, wprost legenda za życia Edward Jancarz. Kiedy kończy karierę  ma za sobą bogaty dorobek, opinię solidnego żużlowca w Polsce i na świecie. Startował dosłownie wszędzie od Antypodów przez brytyjskie tory aż po Kalifornię, legendarne Los Angeles. Kibice londyńskiego Wimbledonu uwielbiali Jancarza, doświadczał tego i jego skromny mechanik John. Gorzowski „ majster“ Edward Pilarczyk znał Edka na wskroś, jak syna, przejechał z nim tysiące kilometrów. Pracowali w pocie czoła, kiedy była okazja balowali.

„Eddy“. Miałem okazję być na dziesiątkach turniejach z udziałem mistrza znad Warty, uczesniczyć z nim  na zawodach i towarzyskich party. Związał się z Haliną, żona była odporna przez długie lata na uciążliwe życie żużlowca tej klasy, wówczas nie było takiej tradycji wojażowania razem jak dziś. Nie mieli dzieci. Jancarz wybudował jako bodaj pierwszy ze środowiska żużlowego okazały dom w centrum Gorzowa, miał za co, gdyż jego zdobycze punktowe dobrze transferowały się na angielskie funty i złote. Sympatyczny i lubiany przez kibiców obu płci. Ta druga płeć nie była mu obojętna. „Eddy“ był  zawodnikiem o ładnej sylwetce, technicznie jeżdżącym, znającym się na sprzęcie. Nie był artystą, był mocnym fachowcem w żużlu i takim został zapamiętany w rodzinnym kraju, na wyspach brytyjskich. Obciach był mu obcy, jak trzeba było pomagał na Wembley sprzętowo ziomalowi Jerzemu Rembasowi, gdy ten walczył o podium.

Multimedalista wszelkich mistrzostw, od Polski zaczynając a kończąc na światowych, prestiżowych turniejach. Fachura, solidny, dobrze zarabiający.

W 1984 roku podczas mityngu na gorzowskim torze dochodzi do incydentu z młodym, włoskim żużlowcem Valentino Furlanetto; wypadek wygląda makabrycznie, jeszcze uderzony motocyklami Jancarz cudem wychodzi z karambolu po długim i bolesnym leczeniu. Media brytyjskie bardziej interesują się stanem zdrowia Jancarza niż polskie. Wraca do życia, do rzeczywistości, do sportu, nie daje jednak rady. Wypadek zostawia na nim trwały ślad. Kończy karierę. Jestem z nim w długiej podróży aż do Edynburga, obserwuję jak kochają go brytyjscy fani. Polska reprezentacja zalicza mało udane test – mecze. Wracamy. Dostrzegam u mistrza zmiany w psychice. Trudno o tym pisać ale tak było. Po dwóch piwach już normalnie, wpierw nieznośny, potem radosny.

Zostaje cochem reprezentacji, trenerem w Gorzowie. Cieszy się jak dziecko, kiedy jego wychowanek Piotr Świst robi błyskawiczne postępy. Ma taką samą sylwetkę jak mentor. Mistrza jednak nie doścignie, mistrz jest tylko jeden.

Wyruszam na turniej mistrzostw świata w podróż do Lublany. Jancarz jako trener, po drodze do stolicy ma wypadek czerwonym Mercedesem GOE 28 82, pamiętacie to auto gorzowskiej ikony?

Jedzie do Słowenii „ maluchem“ z gorzowskim mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem w upale, z oponami na dachu. Zenon Plech awansuje do półfinału IMŚ, razem z zielonogórskim, młodym zawodnikiem Zbigniewem Błażejczakiem, który potem zostaje skazany za zbrodnię. Straszne zdarzenie. Błażejczak w Lublanie zachorowuje na ospę, wracamy w upale do domu z duszą na ramieniu.

Edward Jancarz zapisał w historii żużla światowego i polskiego bogaty rozdział. Startował w mistrzostwach świata par najczęściej z eks – gorzowianinem Zenonem Plechem, rozumieli się na torze i poza nim. Zdobywali medale, jeździli w Anglii i uwielbiali tamtejszą atmosferę. Rogate dusze ale zwycięskie, jak to się mówi: lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim.

„Eddy“ nie był łatwym człowiekiem, po zakończeniu kariery miał czas, mieli też czas dla niego inni. Życie towarzyskie nie patrzy na zegarek. Rozstaje się z żoną Haliną, która w pamiętnym roku 1984 trwała przy nim wiernie i czuwała aż wyzdrowieje. Znajduje nową, młodą towarzyszkę życia Katarzynę. Nie jest potulna jak pierwsza, a mistrz nie ten sam.

Stop. Zanim do tego doszło małe wspomnienie z roku 1980, kiedy to w słoweńskim Krsku Jancarz z Plechem zdobywają srebrny medal mistrzostw świata par. Przegrali tylko z angielską parą. Jechali autem z Anglii, Edward startował w Wimbledonie, Zenon w Hackney. Przyjechali późno, więc polska ekipa denerwowała się bardzo, koniec jednak był szczęśliwy. Ten duet był skazany na sukcesy i na porażki, na jazdy zapierające dech w piersiach, na walkę z kontuzjami i ból, ale zawsze z niesamowitą determinacją i wolą zwycięstwa. Byli wizytówkami polskiego żużla, amabsadorami Polski w lidze brytyjskiej. Kochali sport i życie.

Znalezienie drogi po zakończeniu kariery jest wyborem trudym i wymagającym twardego charakteru do końca. Nie każdemu się udaje, ważna jest rodzina, samotność bywa złym doradcą.

W czasie kariery Edwarda Jancarza bycie wizytówkowym żużlowcem było sztuką, utrzymywanie się na topie, kwalifikowanie do finałów mistrzostw świata. Zdobywanie medali. Nie można porównywać tamtych czasów do dzisiejszych. Dziś zawodnicy wolą mieć furę pieniędzy w polskiej lidze i rezygnują z walki o mistrzostwo świata.

Stop. Jest poranna niedziela 12 stycznia, telefony urywają sie w redakcji „ Sportu“. W sobotę został w Gorzowie Wlkp. pchnięty nożem przez żonę Katarzynę Edward Jancarz. Koledzy ze „ Speedway Star“ nie chcą w ten fakt uwierzyć, lecz po chwili muszą. Dociera do nich, tak jak do mnie dużo wcześniej, smutna wiadomość. Podczas rodzinnej sprzeczki w afekcie zginął idol żużlowego świata. Rodzinne miasto było w szoku. W świat popłynęły informacje o tragicznym wydarzeniu. Styczeń był zimny i początek roku zaczął się fatalnie. Nic nie jest w stanie zatrzymać jednak bieżących dni, bo jedni odchodzą a drudzy się rodzą. O jednych się zapomina, o drugich pamięta.

Edwardowi Jancarzowi w 2005 roku postawiono w Gorzowie pomnik, ma swoją ulicę a okazały stadion na którym kręcił pierwsze kołka nosi jego imię. Od 1992 roku na tym stadionie organizowane są memoriały Edwarda Jancarza, pierwszy wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Pamiętają i chyba będą pamiętać.

Dwa życia mistrza; sportowe i to zwykłe, codzienne. „EDDY“, dwa światy. Dramat wydarzył się 20 lat temu, nie pierwszy w tym sporcie i nie ostatni. Samobójcze akty, zbrodnie też oraz incydenty towarzyszą historii żużla. Ten sport jest ekstremalny, z silnymi emocjami, mający niemal fanatyczne środowisko, ciągle pobudzający wyobraźnię, nie dający dystansu wytchnienia poprzez swoją wyostrzoną dramaturgię. Speedway ma jasne strony i trochę ciemnych. Barwy życia nigdy nie płowieją. Odżywają. Lat nikt nie liczy, pamięć bywa zwrotna. Jest jak to nasze prozaiczne życie, które czasami wstrząsa do głębi serca. Trzeba jednak jakoś z tym żyć, no i jechać dalej.

Eddy

Przeleciał ten czas. Wartko. 11 stycznia 1992 roku w Gorzowie Wlkp. rozegrał się dramat, który zakończył się śmiercią Edwarda Jancarza. Przypominam sobie tę feralną sobotę i późniejsze informacje oraz następujący szok. Zadzwonił wtedy kolega z angielskiej Speedway Star szukając potwierdzenia okrutnego faktu. Dla środowiska żużlowego to był cios, zawrzało od emocji, zwłaszcza, że okoliczności były dramatyczne. Oto druga żona Edwarda Jancarza pchnęła w afekcie nożem męża i nie było ratunku. Pierwsza żona Halina poświęciła wiele czasu dla reprezentanta Polski, szczególnie wówczas gdy walczył o życie po fatalnym zderzeniu z włoskim zawodnikiem Valentino Furlanetto. Jancarz był twardzielem i nie dane było mu odlecieć na obłoki, przeżył ten najazd młodego kamikadze i odzyskał moc, jednak po tych nieprzytomnych tygodniach nie był już niestety sobą. Kiedy zginał z ręki żony Katarzyny miał 46 lat.

Ten styczniowy dzień pamiętam jak dziś, informacja poleciała szybko w sobotę wieczorem w świat. Jancarz, morderstwo? Niemożliwe. Ludzie zadawali sobie dużo pytań. Nie zawsze uzyskiwali odpowiedzi. Dyskutowali na temat ofiary i zabójczyni, która działała w afekcie. Dlaczego tak się stało?

Edward Jancarz był zawodnikiem, który szybko wjechał w wielki świat żużlowy, jako 22 letni chłopak został brązowym medalistą indywidualnych mistrzostw świata. Medali ma na koncie dużo, indywidulanych startów w mistrzostwach świata i drużynowych, w MŚ par z Zenonem Plechem. Nie chcę przypominać medali, startów od Gorzowa przez Londyn po Australię i USA. Startu w oryginalnym finale na olimpijskim stadionie w Los Angeles, w atmosferze westernu i charyzmy mistrza świata Bruce Penhalla. Po latach dorobek można raz jeszcze prześledzić w statystykach. Mnie interesuje tło, pobocza zawodnika i jego charakter. Bywają często dwa, trzy światy, mamy inne zachowania jako sportowca, inne jako człowieka.

Eddy był uwielbiany na londyńskim Wimbledonie, był uosobieniem solidności i pewnych ligowych punktów. Anglicy wiedzieli, co znaczy marka Jancarz a do tego dochodził latami. Potrafił grzebać przy motocyklu, a jego guru był gorzowski majster Edward Pilarczyk. Razem przejechali pół świata albo i więcej, ja też w tej skromnej ekipie się znajdowałem i sporo przeżyłem, bo mistrz Eddy nie był łatwym człowiekiem; poza startami miał swoje upodobania, które w sumie składały się na osobę lubiącą życie ale i wiedzącą, czego się chce. Dorobił się startami w Anglii domu w Gorzowie, na dobrej działce. Nie miał następcy ani następczyni. Może to też był przyczynek do późniejszych innych zachowań, niż bywało wcześniej. Staram się zrozumieć rozterki i brak motywacji do rodzinnego życia. Nie muszę przecież mieć racji. Myślę…

Kiedy odbyłem tournee do Anglii ze skromną ekipą Polski, Edek był jej menedżerem. Jechaliśmy razem czerwonym Mercedesem, prowadził wspomniany, nieżyjący już Edward Pilarczyk i Jancarz. Rozmowy były męskie i nie męskie. Nie pamiętał Eddy co było wczoraj, lecz pamiętał, że Pilarczyk nie przykręcił mu kilkanaście lat wcześniej dobrze tłumika i potrafił borować mechanikowi dziurę w brzuchu do pierwszej pinty piwa. Przechodziło. Byłem z nim w Lublanie, startowali w ćwierćfinale IMŚ Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, obaj awansowali a Eddy dotarł tam Maluchem z mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem, bo jego Mercedes przed Warszawą wpadł do rowu… Nie skomentuję dlaczego… Jazda z Polski do Lublany w upał Maluchem musiała być piekielnie uciążliwa, ale chłopaki dotarły w formie.

1980 rok i słoweńskie Krsko; tam niespodziewanie Jancarz z Plechem w finale mistrzostw świata par zdobyli srebrny medal. Kiedy przyjechali do Krska autem z Anglii nie wyglądali na wypoczętych za bardzo, dali jednak rady i przegrali tylko z angielską parą. Uff. Było gorąco, bardzo, jednak wino Cviczek schłodziło emocje na normalny poziom.

Edward Jancarz był rozpromieniony, kiedy jego wychowanek Piotr Świst dostał licencję. – Adaś zobaczysz, to mój następca. Rzeczywiście gorzowianin miał sylwetkę identyczną jak mentor, zapowiadał się świetnie. Gorzej było potem z pojęciem „następca Jancarza“.

Dorobek sportowy EJ jest imponujący. Zasłużenie stadion w Gorzowie nosi jego imię, jest i ulica mistrza Edwarda i pomnik godny jego zasług. Pozostaje jednak ślad dramatu ze styczniowej soboty i tragicznej sprzeczki małżonków, po której serce mistrza przestało bić. Gorzowski teatr wystawił sztukę osnutą na motywach burzliwej kariery Jancarza i kontrowersji jakie wzbudzała jego druga, rogata dusza. Frywolna, kiedy można było poszaleć, zmotywowana gdy trzeba było walczyć o medale.

Życiowa karta Edwarda Jancarza i sportowe dossier są bogate i oprawione zarazem w złote i żałobne ramki, są tam błyski medali i uśmiech mistrza na stadionach Europy i świata. Naręcza kwiatów oraz jakby słyszało się dźwięki narodowego hymnu.

Co jeszcze? Eddy wspominany jest jako mężczyzna do żużla i do wszystkiego poza tym, uwielbiały go fanki, a on je też uwielbiał jak należy. Wypiłem z mistrzem Eddym trochę piwa w różnych stronach Europy, nasłuchałem się o nim dobrych rzeczy w żużlowym świecie. Przeciętni nie robią raczej karier, w sporcie trzeba być hardym i męskim do bólu. Jaki był Eddy naprawdę wie małe grono ludzi. Zostaje w mojej pamięci Edward Jancarz jako facet do zdobywania medali, wywalczania dużo punktów, lubiany przez kibiców i jako ten, który zaczął swoją bogatą karierę niespodziewanie świetnie a zginął w dramatycznym epizodzie nagle i tak fatalnie.

Gorzowska hossa i bessa

Legendy mają to do siebie, że trwają i trwają, są do nich dolepiane kolejne, odlepiane także, w sumie historia bywa raz po raz ożywiana, życie weryfikuje dawne dzieje, teraźniejszość dopisuje nowe rozdziały. Gorzów Wlkp. jest miastem, które żyje żużlem nie od dziś, miasto i okolice, tak jak i cała Ziemia Lubuska nie skąpi nam talentów w sporcie, który dynamizuje ten region. Nie tylko sportowo. Gorzowski klub związany przed wielu laty z przemysłem motoryzacyjnym, można tak to określić, był „stajnią“ w której byli  nie tylko utalentowani zawodnicy ale i mechanicy, bo warsztaty Ursusa  miały dobre zaplecze. Miasto nad Wartą było żużlową stolicą a duet Edward Jancarz i Zenon Plech startowali w mistrzostwach świata dostarczając ogromnych emocji i czasami medali. Piękne czasy, drużynowy wielokrotny mistrz Polski, świetne finały indywidualne mistrzostw Polski. Plechowi nie służyło jednak tamtejsze powietrze, więc po dużej  „burzy“ przeniósł się do Gdańska i tam już pozostał. Słynny Eddy został pchnięty nożem w swoim domu przez jego drugą żonę, stadion gorzowski nosi jkego imię. Nie tylko oni byli gwiazdorami miasta nad  Wartą, była wcześniejsza paka z Edmundem Migosiem, Andrzejem Pogorzelskim, potem jeszcze zabłysła gwiazda Bogusława Nowaka mistrza Polski, wychowawcy wielu zawodników z mini toru, Piotr Świst był kreowany jeszcze przez Jancarza na swego następcę ale poza ligowymi punktami nie był w stanie zostać takim drugim Eddym, choć sylwetką do złudzenia przypominał swego mentora. Jerzy Rembas, wiecznie rezerwowy do tandemu Jancarz/ Plech był bliski medalu mistrzostw świata na londyńskim Wembley. Były czasy prezesa Stali Witolda Głowani, który w stolicy wykłócał się skutecznie o gorzowskie racje, potem bywało różnie, nie zawsze świeciło słońce i bywało chmurnie. A co mamy teraz?

Teraz to my mamy prezesa Władysława Komarnickiego, który cierpliwie czeka na sukcesy nawiazujące do tradycji żużlowej miasta, które żużel pokochało od dawna i chyba na zawsze. Znamy się zaocznie, ale nie ukrywam, że na odległość ciekawy gość. Zawziął się na zrobienie stadionu na miarę tych czasów i obiekt będzie. Właściciel firmy budowlanej nie kryje sympatii do żużla w każdej postaci. W klubie jest mistrz świata Tomasz Gollob a jego transfer był spektakularnym ruchem, choć nie przyniósł upragnionego tytułu drużynowego mistrza Polski, co byłoby pięknym nawiązaniem do wspomnianej tradycji Stali. Sam Gollob nie zrobi jednak mistrzostwa, choćby spinał się na wszystkie sposoby, potrzebna jest drużyna. Kiedy teraz znów prezesowi Komarnickiemu nie wyszło powiało smutkiem i absmakiem, zwłaszcza, że zespół z sąsiedztwa, czyli Falubaz Zielona Góra dojechał do finału. Rywalizacja lokalna teamów Ziemi Lubuskiej nabiera raz po raz soczystych obrazów, nie da się wyplenić zakorzenionych antypatii a „święte wojny“ są chwilami niebezpiecznymi widowiskami. Gorzów przełknął  gorzką pigułę porażki i lepsze miejsce rywala zza miedzy. Trudno… i jechać trzeba dalej. Jak będzie?

„Gorzów jest wyposzczony na żużlową elitę“ – mówi prezes Komarnicki, a odpowiada tak w kontekście nowego sezonu, w którym klub i miasto zadebiutują w serialu Grand Prix i to na zakończenie sezonu. Duże wyzwanie dla całego środowiska, nastąpi taka gala finałowa jesienią, a wcześniej baraż i finał drużynowych mistrzostw świata. Trzy imprezy i o ile jesienne Grand Prix nie budzi obaw, to jednak jak oświadcza prezes, przy wyposzczeniu Gorzowa i apetytu na światowy speedway, baraż DMŚ będzie trudnym przedsięwzięciem. Dadzą radę?

Drużynowe rozgrywki nie cieszą się popularnością, dlatego nie ma chętnych na organizację, poza oczywiście Polską, która odnoszę takie wrażenie wzięłaby połowę turniejów Grand Prix, taki jest klubowy apetyt. Dziwne acz prawdziwe. Mam w związku z tym mieszane uczucia, bo wcale mnie nie cieszy taka sytuacja i oblicze mistrzostw świata z silnie polskim tłem.

Gorzów ma zatem trzy poważne imprezy, na karku prezesa Komarnickiego jest jeszcze rehabilitacja ligowa, bo ile można próbować bić się o tytuł i odjeżdżać z pustymi rękami.

Wydaje mi się, że organizacyjnie i sportowo turnieje gorzowianie przełkną bez zgagi, drużynowo jesteśmy faworytami, bronimy tytułu złotego. Swój tor, zresztą w bieżącym sezonie półfinał był próbą sił. Gorzej z ligą, gdyż „ zbrojenia“ na tym froncie wszystkich niemal klubów przeczą teorii braku euro w kasie.Widać ona jest, wyścigi po najlepszych zawodników trwają i podnosi się transferowa cena jak nigdy. Ciekawi mnie jak będzie to wyglądać ostatecznie i w połowie sezonu, kto komu oraz ile będzie zalegać w kasie. Polska liga rządzi się swoistą fantazją i hasłem „ jakoś to będzie“. Obserwuję ten trend o dawna i muszę powiedzieć, że taka partyzantka się udaje, choć nie wszystkim. Udała się  Częstochowie, lecz to wszak „ święte miejsce“. Cuda zdarzają się, acz nie zawsze.

Jestem jednak przy gorzowskim klubie z tradycjami nie do pogardzenia. Sukcesor Komarnicki dąży do celu i podaje na zresetowanym stadionie imprezy z najwyższej półki. Kibice żądają jednak ligowego szczytu, on ich najbardziej satysfakcjonuje, daje odpór falubazowym fanom, którzy w tak pięknym zakątku Polski, jakim jest Ziemia Lubuska, chcą mieć stolicę żużlowych wyczynów. Ambicje nie zawsze podażają za życiowym realem. Prezes Komarnicki nie mówi o bessie, twierdzi, że będzie hossa. Szczęście jest jednak diabelnie przewrotne i nie można go kupić na żadnym bazarze, ani w najdroższym butiku. Ono czasem leży na ulicy, a czasem jest w chmurach.

Gorzowianie szukają prawdziwego Golloba

Jak sięgnę pamięcią wstecz zawsze derby Ziemi Lubuskiej pomiędzy Falubazem Zielona Góra a Stalą Gorzów wzbudzały zenitowe namiętności. Tym razem okazało się podobnie ale tylko przed meczem. Zielonogórzanie zdruzgotali sąsiadów i nie pamiętam takiego spoliczkowania. Klęska. As gorzowian Tomasz Gollob nie mógł sobie pojeździć ani w lewo ani w prawo. Nie pierwszy raz w tej drużynie, choć miał być ojcem zwycięstw, lokomotywą ciągnącą punkty. Lokomotywa nie pcha jednak wagonów, odstaje, prezes klubu jest zafrasowany w końcu ekipa kosztuje trochę „ drobnych”. Jazdy Golloba w gorzowskiej drużynie nie przypominają tej z czasów kiedy był tarnowską „ jaskółką”.

Inny Tomasz Gollob, inne jazdy, wolne motocykle i punkty uciekają zespołowi, który ma aspiracje. Jakby ta drużyna nie była drużyną; w czym więc tkwi przyczyna dołowania? Brak motywacji, brak autorytetu kierowniczego? Przypadek gorzowski jest intrygujący, bo wodzirej nie jest wodzirejem, a drużyna nie jest paką gotową na wszystko, nawet na „święte derby”, które ostatecznie zakończyły się klęską jakiej w historii nie było.

Prostowanie bólu

Życie prostuje czasami okrutnie charaktery, do bólu. Pół biedy kiedy ten ból nie wykracza poza poszkodowanego, rodzinę. Gorzej kiedy dramat ma wymiar znacznie większy przekraczający przykrą codzienność i doskwiera niemiłosiernie. Łagodzenie bólu trwa miesiącami, latami. Nadzieja umiera ostatnia, ten wyświechtany slogan pasuje do nie jednej sytuacji.
 
Idol i as, a jeden ułamek sekundy wypadku przekreśla wszystko. Wiek nie jest istotny, ważny dramat człowieka. Otoczenia bliskiego i dalszego. Pierwsze dni oblepione są słodkim współczuciem, potem oddala się ono i ginie, zostają w kręgu dramatu tylko te najbliższe osoby, które muszą obcować z nieszczęściem. Dni biegną coraz wolniej, miesiące długie jak lata. Czas robi się nie do wytrzymania, pozostaje walka z samym sobą. Jak z cieniem. Ile trzeba mieć samozaparcia, ile hartu by ta szara codzienność była do przetrwania.
 
Zawodnik zostaje okaleczony przez los na torze, bywa że i poza nim. Tragedia jest tragedią obojętnie gdzie ma miejsce. Środowisko jest zwarte kiedy ceni idoli w pełni sławy oraz wtedy, gdy nagle wypadek przerywa karierę. Środowisko jest mocne przez solidarne wspieranie każdego, kto potrzebuje pomocy. Tak powinno być, ale bywa inaczej. Niestety.
 
Żużlowcy na każdym kroku mogą być poszkodowani. Taki to sport, gdzie czyha niebezpieczeństwo w każdej sekundzie walki na torze. Łokieć w łokieć, pierś w pierś. Pneumatyczne bandy nie zawsze przytulają bezpiecznie lądującego w takich „materacach”.

Publiczność niejednokrotnie milknie jak na komendę kiedy zawodnicy nieruchomieją w karambolu jak martwi. Znamy tę złowrogą ciszę do chwili aż zawodnik wstanie na nogi. Cud. Nie zawsze się zdarza. Wypadki wyglądające koszmarnie kończą się na niczym. Niewinne incydenty przynoszą konsekwencje zamieniające pory roku w szarość nie do wytrzymania.
 
Środowisko żużlowe. Warsztaty, służby pomocnicze. Szkoleniowcy. Sędziowie. Spikerzy. Działacze. Prezesi o różnych wymiarach kapeluszy. Zapaleńcy kochający ten sport z rodzinnymi wyrzeczeniami. Jedni zarabiają, drudzy dorabiają, jeszcze inni mają satysfakcję, że tylko współuczestniczą w tym zbiorowym szaleństwie.

Czy to środowisko jest spójne, czy tylko wiąże je sukces? Czy jest prostolinijne, czy lubi zafałszowania w imię wytyczonego celu? Jakie jest w tej wojnie nerwów, walce o punkty, o tytuły drużynowe, indywidualne. No jakie?
 
Zawstydzające pytania?
 
Idole poklepywani, uwielbiani i chłostani. Kibice nie należą do łaskawych, wyrozumiałych. Potrafią wynieść na ołtarze i zmieszać z błotem. Nic nowego, taki sportowy los tych , którzy wybrali kariery w obrębie żużlowego toru, także innych wymiarów hal i boisk. Wszędzie to samo, czy USA, Australia, Moskwa czy Londyn, albo Meksyk lub Grecja. Tarnów  czy Rzeszów, Gorzów albo Zielona Góra, Toruń lub Częstochowa. Ząb za ząb. Oko za oko. Szanujemy siebie nawzajem?
Publiczność żużlowa jest sympatyczna w swoim obrazie, na widowni małe dzieci, ciotka idola  i szwagier asa. Żona i narzeczona. Jak mówi mój przyjaciel jedna wielka familia od meczu do meczu, od kotleta do kotleta zjedzonego w Lesznie albo w Gdańsku. Karczek z grilla i piwo, folder do ręki, i bujaj się Fela, bo dzisiaj niedziela i nasi jadą jak trzeba.
 
Krzysztof Hołyński ma dar głosu z nieba. Aksamitny, zna środowisko od podszewki i jego też znają. Czy dalej tak jest? Towarzyski i lubiany, potrafił być serdeczny i tak zakręcony, iż ludzie mieli uczucie uczestniczenia we wspaniałej fieście jak podczas karnawału w Rio. Nie wypada mi przypominać ale wybaczcie, że jeszcze na łamach „Sportu” pisałem lat temu bodaj kilkadziesiąt, iż Krzysztof ma szanse być następcą niezapomnianego i nietuzinkowego sprawozdawcy wielu sportów redaktora Jana Ciszewskiego. Tak się jednak nie stało. No cóż, sprawa nie jest taka prosta i wywołany do nobilitacji chyba wie najlepiej dlaczego.
Krzysztof Hołyński, gorzowianin, sprawozdawca  stadionowy wynajmowany na prestiżowe turnieje i mecze. Panowała powszechna opinia, iż kiedy trzeba zrobić atmosferę na imprezie, to Hołyński potrafi. I tylko on. To była prawda, ale ta prawda też była okrutna, ponieważ wiązała się z nie fałszowaną popularnością Krzysia od Pragi po Tarnów, od Rybnika po Zieloną Górę. Popularność bywa budująca i niszcząca, nie zawsze można sobie poradzić z jej nalotem. Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wieść, iż żywotnego Krzysztofa dopadł /dwa lata temu/ złowrogi wylew. Takie przypadki zwykle są nagłe. Rehabilitacja jest droga i żmudna. Przede wszystkim kosztowna, przypomina kopanie studni bez dna.

Tutaj posłuchacie Krzyśka przed hymnem Stali Gorzów. 

11 

Początki były owiane nadzieją, potem czas robił swoje i czyścił portfele. Ratowanie zdrowia w takich przypadkach jest katorżniczą robotą o czym wie niesamowicie zharmonizowany z przyrodą Krzysztof Cegielski, zawodnik kreowany kiedyś na wielką gwiazdę polskiego i światowego żużla, również gorzowianin. „ Cegła” ma instynkt pracoholika  i niespotykany zasób sił. Nie każdy tak potrafi walczyć w poszkodowanym życiu. Cegielski ma problem ale może poruszać się i spełnia telewizyjną misję w wymiarze jakiej nie miał szczęścia właśnie Krzysztof Hołyński. Cóż za paradoks życiowy. „Cegła” może poruszać się w ograniczonym wymiarze lecz mówić i mówić wspaniale bez ograniczeń. Hołyński mający dar mowy nie może tego dokonać. Dwóch gorzowian, dwóch Krzysztofów i życiowe pętle.

Słynny pojedynek Adamsa z Krzyśkiem Cegielskim: 
 

Życie jest brutalne chyba już z narodzenia. Czasami coś odbiera, czasami daje. Życie jest także wielkim kompromisem. I bywa okrutnie niezrozumiałe. Dlaczego? Pytanie bez odpowiedzi pozostaje głuche na bicie serca.

Zaszczepiający radość na widowni Krzysztof Hołyński potrzebuje pomocy. Sam się nie upomni, rodzina także. Potrzebuje i kwita. Ten, który z mikrofonem w ręce ciepło ubarwiał stadiony i łagodził obyczaje jest w dużej potrzebie, bo zwalił go z nóg nieludzki los.

Wiem, że zrobili niektórzy dużo, ale pozostali mogą  zrobić to samo albo i więcej. W środowisku żużlowym raz po raz padają ofiary i nie ma na to żadnej siły. Żadnej!

Życie nie oszczędza nikogo, szczęścia dostępują nieliczni. Przykre jest takie pisanie o prawdach oczywistych. Na progu nowego roku przypominam o cnocie solidarnej postawy środowiska, które jest małe, nie jest zwarte i nie jest familijne, jakby to się wydawało bywając na stadionach. Paradoks polega na tym, że Krzysztof Hołyński potrafił zawsze na stadionie stworzyć cudownie rodzinną atmosferę, więc zróbmy wręcz konieczny rewanż dla ratowania jego zdrowia. Czuliśmy się lepiej, kiedy on prowadził spikerkę na stadionie, niech poczuje się teraz i on lepiej.

Zasłużył. 

z3846543n

****************************************

POMOC DLA KRZYSKA HOLYNSKIEGO!

Środowisko sportowe całej Polski pomaga Krzysztofowi Hołyńskiemu. Dwa dni temu minęło osiem miesięcy od kiedy Krzysztof Hołyński, człowiek-instytucja, znany w Gorzowie dziennikarz i spiker, ale też poeta, miał wylew krwi do mózgu i próbuje wrócić do zdrowia. Przyjaciel Krzysztofa Hołyńskiego, gorzowski fotografik Mirosław Wieczorkiewicz zbiera środki na jego rehabilitację. „Powrót do zdrowia jakby się zatrzymał. Co prawda chodzi przy pomocy czterogłowej laski, ale chodzi z trudnością, ze względu na paraliż prawej strony ciała” – opowiada Mirosław Wieczorkiewicz. „Nim Krzysztof wróci do pisania czy mówienia, mogą minąć miesiące, a nawet lata” – dodaje Wieczorkiewicz. Pieniądze potrzebne są nie tylko na rehabilitację, ale także na życie – rachunki, jedzenie.

Mirosław Wieczorkiewicz zwrócił się o pomoc w zorganizowaniu akcji do szefa Lubuskiej Federacji Sportu, Bogusława Sułkowskiego, ten zgodził się bez wahania udostępnić konto bankowe Federacji. Przez dwa dni odnotował już sporo wpłat – nawet kilkusetzłotowe. „Pieniądze napływają z całej Polski i na wielu przelewach widnieją również życzenia zdrowia dla Krzysztofa Hołyńskiego – mówi Bogusław Sułkowski.

Podajemy numer konta dla osób, które chcą wesprzeć Krzysztofa Hołyńskiego: 
Bank Zachodni WBK S. A. I Oddział w Zielonej Górze 
nr 97 1090 1535 0000 0000 5306 8535 
z dopiskiem „KRZYSZTOF”

Więcej: http://www.gorzow.pl/aktualnosci/1222_Pomoc_dla_Krzysztofa_Holynskiego