„Śląski“ europejski

 

IMG_0175-min-1920x1280.jpg

Zawsze tak było na tym stadionie, kiedy gościł sport, to grała górnicza orkiestra. Czerwone pióra na czakach, odświętne mundury. Tradycja jest świętością, tak też było i tym razem. Po raz drugi Stadion Śląski przyjął żużlowców, którzy ścigali się o mistrzostwo Europy. Toruńska firma One Sport jest doświadczona, zgrabnie organizuje imprezy rangi europejskiej. Blisko 30 tysięcy kibiców przybyło na obiekt z bogatą historią żużlowych wydarzeń. Tu po raz pierwszy urządzono w 1973 roku finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał Jerzy Szczakiel. Przyjechał z Opola i popatrzył na arenę zawodów, wspomina ze wzruszeniem ten ogromny sukces sprzed lat, kiedy Polak po raz pierwszy zdobył mistrzostwo świata. Jurek jest rozpoznawalny mimo upływu tylu lat, chętnie rozmawia z kibicami a oni z nim jeszcze bardziej. W 1973 roku była wielka feta, Szczakiel ograł faworyta nowozelandzkiego asa Ivana Maugera. Na stadionie było 100 tysięcy widzów, emocje siegające zenitu a jeśli dodać do tego polski złoty medal, można sobie wyobrazić euforię w czasie zawodów i potem. Tamte wspomnienia ciągle w żużlowym środowisku pulsują, zwłaszcza teraz kiedy szykuje się znów polski akcent, ZŁOTY w finale serialu Grand Prix w Toruniu. Ano zobaczymy, jeszcze kilka dni czekania na wydarzenie być może historyczne. Przyjemne dla oka i serca.

Finał ME w Chorzowie przyciągnął teraz trochę mniej kibiców/28.523/, sporo przyjechało z Rybnika, którzy głośno dopingowali Kacpra Worynę, natomiast zgodnie gwizdali na Grigorija Łagutę, który był zawodnikiem ROW, potem miał kiepską przygodę z braniem niedozwolonego środka, zawieszono go ale do Rybnika nie wrócił, stąd określany jest przez fanów jako zdrajca. Kibice wielbią ale i potrafią dołożyć za zachowania, które nie są honorowymi. Obok mnie stali kibice rybniccy i kiedy pojawiał się na torze Grisza pomstowali na niego okrutnie. No dobrze, Kacper Woryna, który przed rokiem był trzeci, liczono na niego, że wygra ale nawet nie zdobył brązowego medalu, bo przegrał medal z Duńczykiem Leonem Madsenem, który rok temu tu zwyciężył, tym razem trzeci, po barażu z Woryną,  któremu zatarł się silnik. Kibice rybniccy byli rozczarowani, jednak nie ma siły na defekty. O złoto walczyli, Duńczyk Mikkel Michelsen i Grigorij Łaguta, obaj z Motoru Lublin a czuwał nad nimi prezes klubu Jakub Kępa. Duńczyk okazał się sprytniejszy od Rosjanina, wykorzystał szansę na jednym z łuków i zameldował się pierwszy. Brawo.

Oprawa turnieju była atrakcyjna, podobała się, niebo okazało się łaskawe, mimo, że nie było pewności czy deszcz nie będzie kaprysił. Słońce w ciągu dnia ogrzało serca kibiców. Tor sztuczny 370 m wytrzymał do końca, decydował start, mijanek za mało, scenariusz tak się ułożył, spokojnie ścigano się pod okiem szwedzkiego sędziego Kristera Gardella. Dobry arbiter, czujny, trzyma w ryzach zawodników. No więc pojechali, finał ME zaliczony, organizator One Sport zadowolony z frekwencji, imprezy na legendarnym stadionie. Kibice na Śląsku spragnieni są dobrego żużla, rybnicki ROW awansował do Ekstraligi, świętochłowiczanie poza ligami, dalsza Częstochowa medalowa w Ekstralidze, tamtejsi fani nie opuścili turnieju w Chorzowie. Było radośnie, głośno, Leon Madsen jest jednym z liderów, szybko uwijał się na torze Paweł Przedpełski. Był świetny, torunianin, który dodaje punktów Włókniarzowi z Częstochowy. Zostaje nadal w tym klubie. Madsen także. W żużlu obecnej doby transfery dokonywane są w trakcie sezonu. Ścigali się młodzi, Bartosz Smektała, Maksym Drabik, którzy zwykle wprowadzają sporo emocji do obiegu na meczach, turniejach.

Mistrzostwa Europy przeszły do historii, Stadion Śląski nie zawiódł żużlowych fanów, firma One Sport myślami jest już z nowym sezonem.

Weekend  interesujący, polscy juniorzy w drużynowych mistrzostwach Europy rozegranych w Francji po barażu z Duńczykami zdobyli złoty medal. Jest czym się cieszyć, mamy talenty i dominujemy w żużlowych rozrachunkach. Złoto mają także juniorzy w mistrzostwach świata. Kolekcja do podziwiana.

Przed nami największa batalia, lider serialu Grand Prix Bartosz Zmarzlik w Toruniu będzie bronił tej pozycji a to oznacza złoty medal, trzeci w historii dla Polaka. Uda się?

Fachowcy z branży stawiają na gorzowianina, nikt z kibiców nie wyobraża sobie, żeby było inaczej. Motoarena będzie huczeć mocno, Bartosz sposobi się na maksa, musi wytrzymać presję, ciśnienie na złoto jest potężne, nie dziwię się wcale, ten młodzieniec ma szansę, zasługuje już na takie wyróżnienie. Za jego plecami Rosjanin Emil Sajfutdinow i wspominany powyżej Duńczyk Madsen nie są ułomkami, pojadą ostro. Toruński turniej zamknie sezon MŚ, tamtejszy szczyt intryguje kibiców, całe środowisko żyje zawodami. 5 października jawi się fantastycznie. Do Torunia przyjedzie sporo znawców tego sportu, koneserów, zagranicznych, z Polski. Taki mały kongres tego środowiska i zawody z opcją satysfakcji dla gospodarzy, polskiego plemienia żużlowego. Dla torunian okazja do obejrzenia mityngu, który może osłodzić gorycz spadku z grona elitarnego, czyli Ekstraligi. Tego nie spodziewano się tam absolutnie, obciach jest przykrym rozliczeniem z błędów zarządzania klubem, zaćmieniem tradycji. Toruń jest silnym punktem na żużlowej mapie, tzn. był…  Przeszłości nikt nie zepsuje, nawet taki spektakularny wybryk, jednak zgaga piecze. Czy torunianie odbudują wizerunek w świecie,  w Polsce? Powinni to zrobić za jednym zamachem, święto żużlowe mam nadzieję zdopinguje, nie da umrzeć tradycji bogatej jak historia i odkrycie Mikołaja Kopernika. A co odkryje dla kibiców teraz Bartosz Zmarzlik? O talencie jego wiedzą wszyscy, jazdach karkołomnych i ambicji, waleczności, umiejętnościach i determinacji. Taki Bartosz jest jedyny, takiego Bartka chciałaby każda federacja motorowa. Ale on jest tylko jeden, lecz nie sam. I warto, żeby mu zagrała orkiestra hymn. A ja to opiszę.

Jazdy One Sport

59f085ab1f049_o,size,969x565,q,71,h,ef21ad

I znów One, w poprzednim felietonie tytuł był One Szczakiel, teraz znów lokowany produkt z toruńską nazwą firmy, która zdobywa z uporem rynek żużlowy. Nie odpuszczą! I oni , i śląska grupa trzymająca władzę na kultowym obiekcie. Speedway wystartował po latach przerwy na Stadionie Śląskim meczem Polska kontra Reszta Świata, wygranym przez wybrańców trenera Marka Cieślaka dwoma punktami w ostatnim wyścigu. Szkoleniowiec denerwował się przed startem, który decydował o zwycięstwie, bo “ wypadało wygrać inaugurację żużla na historycznym obiekcie”. Jasne. I znów się sprawdziła intuicja częstochowianina, który jako trener kadry zalicza ostatni sezon, a wszystkie w jego bogatej karierze, przyniosły worek medali dla reprezentacji Polski. Komu przypadnie reprezentacyjna scheda po Cieślaku? Radzę mocno się zastanowić i wybrać fachowca. I dla seniorów, i dla młodzieży. Kto brzęczy w uszach? Jest kilku chcących błyszczeć na międzynarodowym forum. Ilu faktycznie? Dwóch, na razie trzymam w tajemnicy, to moje przemyślenia. Celebrytów i udawania polski speedway nie potrzebuje, normalność jest cnotą, przewidywanie sztuką życia.

Wjeżdżam na Stadion Śląski i obszar Karola Lejmana oraz Jana Konikiewicza, którzy wpadli na pomysł utworzenia firmy, która obnaży luki żużlowych speców spod znaku Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Nie wbili się z pomysłami na forum zarządzane przez Włocha Armando Castagnę, dość często przeze mnie lokowanego w felietonach. Jego szefowanie jest podtrzymywaniem żużla pod kroplówką, nie ma kreacji, ludzie z jego szeregów nie wychodzą przed orkiestrę. Serial Grand Prix, obojętnie co mówią i klepią ludzie pracujący w tej przestrzeni, zużywa się już wyraźnie. I tylko polska strona jest łakoma turniejów, które mają frekwencję zadziwiającą świat. Niszowy sport oddycha płucami znad Wisły. Lejman i Konikiewicz trwają na posterunku i organizują imprezy rangi światowo – europejskiej. Nie ma nici kompromisu z FIM, bo to właśnie oni wyraźnie dowiedli, że mogą kręcić lody. Speedway jest sportem małym o dużym zainteresowaniu hobbystów. Nie wszyscy jeżdżą od imprezy, do imprezy. W domowym zaciszu śledzą wydarzenia, notują, zbierają gadżety, robią statystyki. Fenomenalni kibice tworzący łańcuch wiedzy o żużlu w skali globalnej. Inni mają możliwości oglądania na żywo meczów, turniejów. Wszyscy jednak marzą o jednym, totalnym wydarzeniu w roku, które umożliwi spotkanie pokoleń, mistrzów i outsiderów. Z całego świata, takie żużlowe forum, towarzyska randka z miłości do żużla. Były takie w przeszłości, lecz zostały zastąpione kilkoma, mniejszymi. Nie każdy ma czas i pieniądze, by objeżdżać wszystko, co chciałoby się zobaczyć. Może wróci sentyment realny? Nie wiem.

Siedzę w poczekalni u dentystki katowickiej, obok zaczyna się dyskusja na temat… żużla, jedna pani drugiej pani chwali się, że ma już bilety na finał SEC (15 września, godz. 20) na Stadion Śląski. Podlałem ”oliwy” do tej dyskusji. Entuzjazm z okazji żużlowego ścigania przyćmił to, co miało się odbyć na fotelu dentystycznym. Miło. Come back speedway’a na śląski obiekt w parku, który jest oazą przyrody i wypoczynku dla tysięcy ludzi, został przyjęty, jak się w różnych miejscach tego regionu zorientowałem, z niekłamaną satysfakcją, że “będzie znów się działo”, jak dawniej.

Pierwsze koty za płoty już za One Sport. Teraz zjawi się znacznie większa publika, na meczu było blisko 20 tysięcy ludzi. No, no… mimo telewizyjnych przekazów kibice chcą zobaczyć na żywo ostre ściganie. Dla jednych nowość, dla pozostałych powrót do wspomnień od roku 1973. Premiera stadionu ze złotym medalem Jerzego Szczakiela wryła się mocno. Nie ma już 100 tysięcznej widowni; czasy się zmieniły, telewizja zapewnia wygodę oglądania w domu – na kanapie, w fotelu, choć atmosfery na żywo nic nie zastąpi. Spotykałem teraz kibiców z południa i wschodu, z północy i zachodu Polski. Zadowoleni, choć było krzykliwie i za głośno. Sędzia i podprowadzający przejęli się tym wydarzeniem na tyle, że nie można im wystawić dobrych ocen. Ale… nie nawaliła maszyna startowa i nie trzeba było startować na zielone światło, jak w meczu Ekstraligi następnego dnia na innym stadionie. Niemal wszystko zagrało i pogoda zrozumiała intencje takiej imprezy. Luz, ściganie bez napinki, wszak dzień później były ważne mecze play – offów, które drapieżnie mobilizowały zawodników. A propos startów na zielone światło, byłem kilka razy świadkiem takich sytuacji. Coś tam się psuło… We Wrocławiu zbulwersowało mnie ostrzeżenia dla Janusza Kołodzieja, kiedy już startowano bez tasiemki. Brak empatii sportowej Artura Kuśmierza, zalecam wpierw pomyśleć, potem wydać decyzję. Arbiter za psucie meczu pozostaje bezkarny? Dlaczego? W tym sezonie jest sporo nawalanek sędziów. Nie tylko na startach.

Pierwsza impreza anno 2018 na Stadionie Śląskim była “treningiem” przed ostatecznym finałem indywidualnym mistrzostw Europy. Udało się. Ściganie będzie ostrzejsze, zwykle solowe wyścigi są bardziej zacięte. Jaki zagrają hymn: duński, polski? Tor wytrzyma? Zawsze są dyskusje, jaka nawierzchnia by nie była… To jest materiał położony na bieżni lekkoatletycznej, tartanowej. Po finale SEC – u już go nie będzie, poczeka na następny rok, gdyż nie wyobrażam sobie, aby toruńscy inicjatorzy odpuścili śląską aglomerację. Stadion również kupił tradycję odnowioną, przepakowaną i niech zarządzający nim ludzie twardo tego się trzymają. Karol LEJMAN i Jan KONIKIEWICZ robią swoje, ten duet powinien kiedyś wziąć w pakiecie/ zamiast BSI/ organizację prestiżowych wydarzeń żużlowych na świecie. Polska swoim wkładem w istnienie speedway’a zasługuje na taki proces dziejowy: organizacją imprez, wynikami sportowymi, utrzymywaniem światowej elity i szkoleniem zdolnej młodzieży w ligach. Organizacyjnie historia pokazała, że Polacy potrafią urządzać speedway na poziomie.

15 września kolejna szpila między turniejami Grand Prix, ligowymi play- offami. Scena Stadionu Śląskiego po raz drugi, po solidnej reanimacji podnosi przyjaźnie kurtynę na żużlowe widowisko bez tajemnic. A więc – jazda! Madsen, Hampel, Lambert? No kto?

ONE SZCZAKIEL

IMG_2024

Pojechali! Odjechali! Stadion Śląski, po kilkunastu latach przerwy, sztucznym torem znów zaprosił sympatyków żużla. No i dobrze. Mecz Polska kontra Reszta Świata był prologiem przed indywidualnym finałem Mistrzostw Europy/faworyt Leon Madsen, skażony miłością do Polski, mieszkaniec Wejherowa/, który odbędzie się 15 września na wyszykowanym na nowo stadionie, który w przeszłości był areną kilku finałów MŚ. O meczu inaugurującym sezon na “odgrzebanym” obiekcie innym razem. Obie imprezy pod egidą toruńskiej firmy One Sport, z kapitałem Karola Lejmana i Jana Konikiewicza, którzy obok Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, z żużlowym guru włoskiego pochodzenia Armando Castagną, podsycają ogień na palenisku tego sportu. Wkładają podpałkę, bo speedway wpadł w niebezpieczną rutynę rozgrywania mistrzostw świata. W pseudoelicie jadą o medale nie wszyscy, którzy powinni, a lepsi patrzą na popisy frustratów. Mam nadzieję, że Lejman z Konikiewiczem wybaczą mi tytuł, ściągnięty z nazwy ich firmy One Sport, ale… Po kolei panie i panowie.

Cofnijmy czas, który strasznie szybko leci w dobie błyskawicznej informacji, przesył myśli skraca życie. Cywilizacja, cały świat przez internet wyciskany jest jak gąbka.

Lata 1972 – 1973. Grupa sympatyków żużla na Śląsku, z prezesem okręgu Polskiego Związku Motorowego Aleksandrem Szajerem, który miał pełne zaufanie prezesa Zarządu Głównego PZM nieodżałowanego o świetnej dyplomacji motorowo – sportowej na świecie i trudnych czasów w Polsce Romanem Pijanowskim, postanowiła zbudować tor na Stadionie Śląskim. Linia Katowice – Chorzów, obiekt obok warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia największy z niezapomnianymi meczami polskiej reprezentacji, klubowymi pojedynkami Górnika Zabrze i telewizyjnymi komentarzami redaktora Jana Ciszewskiego, który nie krzyczał a komentował z wyczuciem, dając odetchnąć w emocjach kibicom. Wzór. A kibice chętnie przychodzili na stadion, on był ich, władza była potrzebna inwestycyjnie, patronacko a tacy fani, wierni z hasłami piłkarskiego triumfu zabrzan np. “tako Roma momy doma”. Było hucznie, wesoło, zwycięsko. Był “fuzbal”, lecz nie było tam żużla, który bujał się w Rybniku a śląski speedway miał etykietę szybkich i niezawodnych mistrzów toru. Rybnik był Mekką, przy ul. Gliwickiej rozgrywano światowe finały i w 1971 para rybnicko – opolska, czyli Andrzej Wyglenda plus Jerzy Szczakiel wymanewrowała wielkich bossów nowozelandzkich jak: Barry Briggs i Ivan Mauger. W finale MŚ par, polski duet wywalczył komplet punktów, szok dla Zachodu; Rybnik był synonimem żużla sportowo, organizacyjnie na światowym poziomie, który jeszcze glancował na angielskich torach Antoni Woryna. Nie wymieniam wszystkich, którzy tam ścigali się pod patronatem górnictwa, to była zgrana paka ludzi, którzy kochali ten sport na zabój. I działacze byli na poziomie, i zawodnicy świadomi swoich celów. Trochę oddaliłem się od Katowic. Byłem świadkiem i nie tylko, jako dziennikarz “ Sportu” tego, co robiono, żeby speedway zaistniał na Stadionie Śląskim. Władza zaufała działaczom, nikt nie liczył czasu i nie pytał za ile… Pasjonaci za bułkę bez banana. A dziś jakie mamy czasy? No dobrze, “tamto” było podobno szare, a dziś jest kolorowe i coraz droższe. Jak sobie postawiono cel, to zrobiono, bo na Śląsku, kiedy mówią tak, znaczy TAK.

Klubowymi siłami Rybnika i Świętochłowic odwalono kawał roboty, szychty były pracowite i przyniosły efekt. Organizacyjnie, familijnie, sportowo udany.

2 września 1973 roku odbył się finał indywidualnych MŚ, najbardziej prestiżowa impreza w tym sporcie. Magiczne było londyńskie Wembley, które nie gromadziło 100 tysięcy widzów, byłem tam trzy razy i doznałem uczucia jakbym wpadł w piekło i niebo zarazem. Wembley pozostanie dla mnie wspomnieniem do końca życia turniejów z gatunku największych wzruszeń. W głowie buzuje mi atmosfera legendarnego stadionu.

STADION ŚLĄSKI, położony w ogromnym, atrakcyjnym parku chorzowskim, “płucach” śląskiego klimatu, pomysłu Jerzego Ziętka, prawdziwego gospodarza.

Żużel, święto całego regionu, Polski też. Wszystko podporządkowane tej imprezie na którą przyszło ponad 100 tysięcy ludzi! Wyobrażacie sobie? Do dziś spotykam wnuczki, wnuków, którzy z babciami, dziadkami uczestniczyli w tym wydarzeniu. Dobrze wspominają, starsi, młodsi, jak film z Bondem czy Klosem. Otwarcie turnieju przy pogodzie, sceneria w regionalnym stylu, co ważne, bo każde duże wydarzenie powinno mieć akcenty rodzime. Nie zawsze tak niestety się dzieje, bo rutyna jest wygodna i mniej kosztuje, ale robi się cholerna grand nuda: wybieg super dziewczyn na starcie, Harley’e, bzykanie fajerwerków, wszędzie podobnie i nie wiem czy jestem w Polsce, czy Danii.

Pretendentów do podium było kilku, po cichu liczono na cud, na polskie cudowne objawienie. Polska do tej pory nie miała mistrza świata w solowym ściganiu.

Asem był Ivan Mauger, Nowozelandczyk, sprytny na starcie, z dobrym sprzętem. W polskim zestawie był ze złotej pary/ 1971/ Jerzy Szczakiel, także m.inn. Zenon Plech /był trzeci/, Edward Jancarz. JUTRO nie każdemu jest dane… Szczęście sprzyja lepszym.

Trybuny pełne, święto jak się patrzy. Sędziuje Bawarczyk/ z Pocking/ Georg Transpurger. Odrębny rozdział. Wcześniej notabli kokietowali włodarze regionu, bogato i skutecznie. Doping dla każdego Polaka niesamowity, brawurowe jazdy na maksa. No i co się dzieje? Jurek Szczakiel z opolskiego Kolejarza imponuje piorunującymi startami, nie daje rady Mauger. Zagraniczni kibice w liczbie kilkudziesięciu tysięcy/tak, najwięcej z Wielkiej Brytanii/ “wbici” w drewniane ławki, bo takie tam były. Baraż; Ivan przewraca się na wirażu, leży i patrzy ukradkiem, jak Jerzy szaleńczo pędzi przy ogłuszjącym, radosnym aplauzie widzów; wygrywa, zostaje mistrzem świata jako pierwszy Polak. Jest cudownie, kończy się śląska ballada, darmowa komunikacja rozwozi zadowolonych kibiców. Wspomnienia tułają się do dziś. Nic dwa razy się nie zdarza. Szkoda.

1973 rok, 2 września, rocznica, 45 lat temu… Po tylu latach Szczakiel/ rocznik 1949/ znów robi rundę honorową, dobrze się trzyma, raz jeszcze honorowo jedzie, tym razem na kładzionym torze. Brawa. Podziw. Jerzy był w 1973 roku “ogłuszony” złotym medalem, dostał wysoki puchar kryształowy, kiedy wsiadał do dużego Fiata, zleciało mu przykrycie z tego trofeum, na szczęście nie rozbiło a mistrz świata pojechał z Chorzowa wprost na grób niedawno zmarłej mamy. Pozostał skromnym facetem, długo czekał na kolejnego, polskiego mistrza świata, aż do 2010 roku, gdy Tomasz Gollob zdobył złoto we włoskim Terenzano. Szczakiel jest bohaterem stadionowej legendy sportu.

z17598835V,Jerzy-Szczakiel--w-srodku--na-podium-w-Chorzowie--

45 lat temu ikona z Grudzic, przedmieść Opola, klubu, który dziś boryka się z dużymi kłopotami, znów pojawił w cywilnym ubraniu na motocyklu. Jeszcze może! Nie zapomniał tego dnia, niedzieli 2 września i co wydarzyło się na oczach ponad 100 tysięcy widzów. Absolutnie niezapomniana, sentymentalna podróż w czasie, dla mnie również, bo jestem starszy o te lata, pamiętam każdy fragment tego szczęśliwego dla polskiego żużla dnia. I pamiętam barwne, kontrowersyjne komentarze z niespodziewanym bohaterem, które są historią sensacyjnego wydarzenia pt. ONE SZCZAKIEL.

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

Śląska bessa

I kto mógł przewidzieć, że śląska, dawna potęga żużlowa znajdzie się na dnie. Kto? Śląskiem Świętochłowice opiekowała się grupa ludzi, która pobudzała klub do istnienia. Hutnictwo dawało pieniądze i nazwiska reprezentantów, medalistów mistrzostw świata miały magnes przyciągający kibiców. Paweł Waloszek był wicemistrzem świata i jednoznacznie kojarzył się ze Świętochłowicami, Jan Mucha jako reprezentant Polski i uczestnik wielu prestiżowych turniejów pompował sławę/ tak, tak, były takie czasy/ klubu, który mocno zaznaczył swoją obecność w polskim krajobrazie żużlowym.

Ze Świętochłowic do Rybnika jest blisko, a tam jeszcze większa potęga stojąca na węglowym fundamencie. Dwunastokrotny, drużynowy mistrz Polski i nazwiska Joachima Maja, braci Tkoczów ze Stanisławem i Andrzejem na czele, Antoniego Woryny i Andrzeja Wyglendy były znane w Europie. Nie tylko oni, bo rybnicka kuźnia raz po raz wypuszczała w świat nowe nazwiska i nie chodzi mi teraz o pełny kronikarski zapis. Jest bogaty.

W Rybniku częściej, w Świętochłowicach znacznie rzadziej, lecz także organizowano prestiżowe imprezy z mistrzostwami świata i finałami na czele. Rybnik słynął ze znakomicie przygotowanych turniejów; w 1969 Polska zdobyła złoty medal drużynowo, efektowny sukces można zaznaczyć sukcesem pary: Andrzej Wyglenda i Jerzy Szczakiel, którzy zdobyli złoty medal MŚ brawurowo w roku 1971; potem były inne  finały oraz turnieje a światowa elita chętnie przyjeżdżała do gościnnego Rybnika, bo zawsze miło być w mieście, gdzie jest klimat do uprawiania żużla i nie brakuje talentów. Panowała atmosfera sukcesu długo. Rybnicki Okręg Węglowy miał renomę nie tylko sportową ale i gospodarczą w Europie.

Co nam zostało z tamtych lat? Dreszcze rozpaczy mnie przelatują, kiedy tylko pomyślę co mamy dziś.

No bo tak… w Świętochłowicach ostatnie podrygi żużlowe odbyły się dawno temu na „Skałce“ i lat kilkadziesiąt już temu zaorano speedway wraz z tradycjami. W mieście takiego mistrza jak Paweł Waloszek! Wstyd dla miasta. Od ludzi, zagorzałych fanów zależy utrzymanie ulubionego sportu, oczywiście w konglomeracie takich sympatyków, którzy mają także wpływ na pozyskanie stosownego budżetu. Miastu nie zależało na utrzymaniu tradycji żużla i sport ten padł bez ruchu. Oczywiście były próby reanimacji, lecz garstka ludzi bez podparcia finansowego nie mogła dać rady i mamy tylko wspomnienia ostatnich turniejów oraz meczów na „ Skałce“. Wpierw zaczyna się od upadku ligowego, potem już leci całość klubu na łeb i szyję. Nie ma już nic.

Czy ktoś znajdzie się taki, kto wskrzesi dawny Śląsk? Jan Mucha jest potężnym biznesmenem w branży motoryzacyjnej, jednak nie kwapi się do sponsorowania i zbudowania klubu, który kiedyś reprezentował. Przymusu nie ma.

RYBNIK. Żal. Smutek i chandra ogromna. Upadek na samo dno i zadłużony klub będzie zaczynał przygodę ligową od zera. Czy ktoś 20,10 lat temu przewidywał taki scenariusz? Owszem byli malkontenci, bo takich tam nie brakuje, którzy bez przerwy kręcą nosami, sarkali a nie pomagali, chociaż mogli. Zabrakło pod egidą prezydenta miasta wyszukiewarki prężnego prezesa, który utrzymałby w ryzach towarzystwo, zadbał o  budżet w celu uratowania tonącej arki. Miasto wpierw zachłysnęło się przebudową stadionu, który dziś w obliczu nowoczesnych obiektów Torunia, Gorzowa, Zielonej Góry i następnych projektów jest już tylko stadionikiem. Lobby futblowe w Rybniku wzięło górę i zakopało tradycje. Kiedy pomyślę jak potężny to był wielosekcyjny klub i funkcjonujący jak dobre przedsiębiorstwo łzy sączą mi się z oczu. I była płyta boiska podgrzewana! W ramach modernizacji stadionu w miejsce tradycyjnej trybuny postawiono nową z kuriozalnym dachem, który nie zabezpiecza wszystkich widzów przed zmoknięciem. Kto tak projektuje, kto to zatwierdził Panie Prezydencie?

Czy dziś pomoże zaciąg szkoleniowo – organizacyjny aż z Grudziądza, by ratować speedway owiany legendą Andrzeja Wyglendy, który czasami gości na tym stadionie?

Słyszę głosy, że dobrze iż klub nie rozpadł się i jednak drużyna wystartuje. Po latach doszło do takich pocieszeń! Smutne, by nie rzec, że dramatyczne. Nie wyobrażałem sobie, że do tego dojdzie mając w pamięci pełne trybuny i zawody trzymające w napięciu. Wspomnienia są piękne ale równocześnie potrzeba piękna teraźniejszości.

Dwa znane kluby na Śląsku polecam uwadze wojewody Zygmunta Łukaszczyka /harcerz, miłośnik żeglarstwa/, który może zmobilizuje skuteczne lobby dla reanimacji rybnickiego żużla i wskrzeszenia tego sportu w Świętochłowicach.

Gdy uprzytomnię sobie, że na Stadionie Śląskim mieliśmy kilka finałów światowych i dziesięć lat temu jeszcze dwa turnieje Grand Prix a teraz speedway będzie wyprany z tego obiektu, to obraz speedway’a w aglomeracji śląskiej przedstawia się bardzo czarno. Na „Śląskim“, który ma teraz duże problemy budowlane w ogóle nie myśli się o żużlu. Szkoda! Tylko „ fuzbal“?! Mamy przecież inne piłkarskie bombonierki na ME.

Wspomnienia/ plus kapitalne zdjęcia/ z pobytów w Katowicach i Chorzowie zawodników z pierwszej półki oraz licznego grona kibiców ze świata wciąż krążą nie tylko na facebooku. Podtrzymanie tradycji jest obowiązkiem chyba każdego, komu bliskie małe i duże ojczyzny. Speedway na Śląsku ma tak ogromne tradycje, że doprawdy nie można o tym zapominać. Szuka się raz po raz na siłę za duże pieniądze atrakcyjnej promocji a nie dostrzega tego, co kiedyś rozsławiało region i że warto wrócić do korzeni.

Topienie kasy w betonie

Marszałek województwa śląskiego zamierza dalej topić ciężką kasę w modernizację Stadionu Śląskiego.

silesia_lotnicze05

Zafundować dach i tak dalej, i podobnie w tym betonowym kolosie. Prezydenci miast śląskich sprzeciwiają się takiej ofensywie zwłaszcza kontekście decyzji UEFA, która nie uwzględniła tego przestarzałego obiektu w koncepcji meczów EURO 2012. I słusznie. Już dawno temu trzeba było zaprzestać bezsensownej rozbudowie moloch. Dziś buduje się zupełnie inaczej i nawet Anglicy pozwolili sobie na takie obrazoburczą decyzję jak zburzenie  historycznego Wembley w Londynie.

torun_stadion_projekt_470

Najnowszy i najlepszy stadion żużlowy na świecie w… Toruniu. 

Dawno temu słyszałem z ust nieżyjącego ministra sportu Stefan S. Paszczyka opinię, iż żałuje topienia pieniędzy z budżetu za namową ówczesnego prezesa PZPN Mariana Dziurowicza, w śląską misę stadionową, bo za taką kasę można jak oświadczył już wtedy a było to kilkanaście lat temu, wybudować dwa katowickie  „Spodki”. Mocarstwowe zapędy z nazwą Stadion Narodowy nie miały żadnych podstaw racjonalnych i były pozbawione nawet małej wyobraźni. Tak jest nadal, regionalne ambicje drzemią w mentalności choćby senatora Antoniego Piechniczka. Dobrze wydaje się nie swoje pieniądze. Stadion Śląski pochłonął krocie, firmy budowlane wygrywające przetargi stawały za budżetowe środki na nogi. W imię… Narodowego, my jesteśmy „best”.

Prezydenci śląskich miast patrzą jednak realnie na swoje potrzeby i ostrzegają marszałka przed marnotrawieniem pieniędzy. Jak to się zakończy? Chyba jakimś kompromisem i kasa jednak popłynie ale nie w takich rozmiarach jak 360 milionów złotych.
Stadion Śląski przez lata tkwił w posadach, nadal tak jest i żyje tylko w pojęciach niektórych ludzi, zapatrzonych ślepo w potęgę dawnych mitów bez pokrycia rzeczywistych potrzeb „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej”. Na Boga patrzmy realnie, bo inni uciekają do przodu z dużą wyobraźnią.
 

EURO 2004

Estádio da Luz (port. Stadion Światła albo Stadion Światłości), stadion piłkarski w Lizbonie.