15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.

Co oznacza ryk: złodzieje, złodzieje?

Empty seats

Wracałem z Warszawy po skandalicznym turnieju Grand Prix i miałem ciagle w uszach ryk kibiców na Stadionie Narodowym: “ złodzieje, złodzieje”… Czy może być coś bardziej przykrego w sporcie, imprezie po raz pierwszy organizowanej w Warszawie na stadionie, który jest dumą narodową? Huczało mi w głowie i dalej kołacze jak halny w Tatrach. Polski Związek Motorowy był gospodarzem imprezy i wydał komunikaty, jakoby nie on był winny, podobno bada sprawę, zbiera materiały. Nie usłuszałem nigdzie przeprosin nabranych ludzi na super imprezę. Ponad 50 tysięcy kibiców wiernych żużlowi niemal jak Matce Boskiej Częstochowskiej. Minister sportu Andrzej Biernat zwrócił się do prezesa PZM Andrzeja Witkowskiego o rozważenie satysfakcji dla kibiców. Czekamy jak pielęgniarki na podwyżki.

Polska jest dziwnym krajem, bo przy okazji przypomnę, że minister jest w kręgu podejrzeń skąd miał kasę na drogie auto. Polska karuzela winnych bez kary. Minister sprawiedliwości z podejrzeniami o sfingowanie pozwolenia na broń. Zdymisjonowany. Koniec świata? Nie, oto mój kraj, kocham ten kraj, ale coraz bardziej się boję w nim być. Skandal z żużlem na Stadionie Narodowym jest wielki jak ocean, ale woda w nim maleje z dnia na dzień. Nie mam nic do stracenia zwłaszcza w stosunku do tych niby działaczy dla których speedway zaczął się kilka lat temu. Powinni budować autorytet w środowisku a ignorancją i arogancją łamią wszelkie zasady sportowych kanonów.

Oto dzwoni do mnie prezes Wojciech Stępniewski, prezes Ekstraligowej Spółki, wspominam o tym, bo nie było mowy o prywatnej rozmowie. Skupił się wyłącznie na biurze prasowym/ skrytykowałem tylko recepcję/, które “dotknąłem” w poprzednim felietonie na łamach TŻ. O torze, maszynie startowej etc. etc. ani słowa. Nie rozumiemy się i koniec. Wokół tego sportu powstała grupa ludzi nazwę ją “spółdzielnią żużlową”, która grupuje ludzi podobnej mentalności. Uważają, że są Mesjaszami dla tej dyscypliny i jakby nie dostrzegali, co było dawniej. A było dużo dobrego i czasami złego, jak w życiu bywa. Ludzie w sporcie szukają roboty, pieniedzy i wreszcie znaleźli. Chciałbym wiedzieć, mając za plecami armię kibiców, jaka jest koncepcja prezesa Stępniewskiego na dalszy rozwój polskiego żużla w powiązaniu z szefem Giekażetu Piotrem Szymańskim? Program panowie, konkretnie. Grupa “żużlowych spółdzielców”, wśród których są działacze, ich rzecznicy, klakierzy uważa, że dorwanie się do władzy w tym sporcie jest boskim zrządzeniem losu? Należy się jak psu kość? Otóż nie, panie X, Y, Z. Wymienię w swoim czasie kto stracił pamięć, kto zatracił poczucie elementarnej uczciwości wobec tak ogromnej rzeszy kibiców żużlowych. PZM jest podobno przejrzysty jak Wisła pod Warszawą. Piotrze Szymański, szefie Giekażetu, zafascynowany żużlem od dziecka na stadionie w Ostrowie Wlkp., jaka jest dalsza koncepcja speedway’a w Polsce, Europie? Interesuje mnie i fanów od Lublina po Gorzów, od Rybnika po Gdańsk. Panie Stępniewski, interesuje mnie ile załatwiono w ramach obowiązków spółkowych dla Ekstraligi, to chyba normalna praca oraz ile zarabiacie. To nie jest prywatna firma. Proszę nie skrywać czynów. Przyszedł wreszcie czas, by o polskim żużlu mówić mocnym głosem: o tym co dobre i złe. Czego jest więcej? Dlaczego kibice skandowali tak przykro na “Narodowym”? Nie jestem od zamiatania pod dywan za srebrniki, boli mnie gorycz sympatyków polskiego żużla. Nie udawajmy, że nic się nie stało… “Polacy nic się nie stało”? A skąd do diabła to: “złodzieje, złodzieje”; czy panów prezesów nic nie boli, dobrze się czujecie z garbem indolencji? Trochę pokory. Nie wydłużajcie czasu na rozliczenie sterty błędów. Trzeba mieć po prostu jaja!

Jakże bym chciał, żeby było lepiej, ale słowa przepraszam i zadośćuczynienie są nie tylko w sporcie deficytowe. Trudno je usłyszeć, natomiast słyszę: my wiemy, ciężko pracujemy, jeździmy, niech nikt nam nie przeszkadza i niech wcześniej ktoś zadzwoni zanim cokolwiek napisze. Kneblowanie w demokracji? Prezydent Lech Wałęsa bojownik o demokrację był w Warszawie na GP i widział tę “popelinę”. Nie tylko on. Nie tylko!

Jaka nauka płynie z lekcji nieudacznictwa na Stadionie Narodowym? Jakie konsekwencje wyciągnie prezes PZM Andrzej Witkowski w obliczu rychłych wyborów tej organizacji. Kibice oczekują sprawiedliwej satysfakcji. A kto wyciągnie konsekwencje od prezesa PZM? Koło się zamyka i dochodzimy do ministra sportu. O nim wspominałem. Że takich czasów dożyłem? Trudno, cholera jasna!

Polski speedway potrzebuje charyzmatycznych przywódców. Mocnych. Z autorytetem, lubianych, poważanych, odpowiedzialnych. O PZM na razie nie wspominam, bo były prezes Roman Pijanowski w grobie się obraca. Jak to zmienić, kandydaci na zjazd czerwcowy w Warszawie już wybierani i jak ćwierkają sikorki będzie nowe/stare.

No cóż, polski speedway jest wyświechtany jak stara rura. Dużo się mówi, elita skrzętnie broni swoich pleców i nie popuści ani na jotę kantów biurek.

Trzeba się zastanowić dokąd zmierza światowy speedway z szyldem Grand Prix. Co dalej z europejskimi zapędami SEC. Ktoś musi pogodzić te sprawy, wybrać. Speedway jest w Polsce oglądany gremialnie, lecz nie jest super popularnym sportem. Maleje co roku do niego zaciąg młodzieży. Młodzi mają ciekawsze oferty. Bezpieczniejsze dla nich i rodzin. W Europie speedway jakby nie istniał; angielski niszowy, skandynawski podobnie, gdzie indziej sporadyczny. Serial Grand Prix w takiej formule nie pobudził młodzieży. Ostudził zapędy. Zrobiło się drogo sprzętowo, organizacyjnie i seriale męczą. Nie wszyscy wytrzymują, pękają. Podniecamy się Antypodami, ale to wypryski talentów zaledwie, zaś Kalifornia w tym sporcie jest efektownym cyrkiem z kowbojskich filmów. Dochodzimy do granic populacji żużlowych obszarów. Mało tego, serdecznie mało.

A w Polsce jest żywioł, spontan i problemy kadrowe w zarządzaniu. Fatalna wpadka na Stadionie Narodowym zepsuła wizerunek światowej imprezy i będzie wypominana. Jeśli nie dojdzie do radykalnego zwrotu w sytuacji, rzetelnej oceny, ukarania winnych, niestety kibice stracą zaufanie, choć mają nieziemską cierpliwość. Ole Olsen odjechał, Paul Bellamy szef BSI też, nie słychać żeby bili się w piersi, podobnie jak i polscy organizatorzy Wielkiej Plamy Żużlowej. A polscy kibice dostali kopa i jazda do domu. Kochani, wstyd puchnie jak bania.

Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.

Warszawa nie jest snem

Co znaczy prestiż nie trzeba tłumaczyć, kto nie wie, niech sięgnie do słownika. W historii żużla prestiżowymi finałami światowymi były te, które rozgrywano na londyńskim Wembley, dopóki… nie doszło do otwarcia toru na Stadionie Śląskim w 1973 roku. Wtedy obserwatorzy i fachowcy, kibice ze świata oniemieli z podziwu, bo śląski gigant przebił liczbą widzów londyńską świątynię nie tylko żużla ale i futbolu a w antraktach również gonitw psów. Wembley było kultowe i pretiżowe nie tylko dzięki niezwykłej atmosferze ale i Londynowi, który wiadomo stwarza dla przyjezdnych okazję do zwiedzania i odkrywania zawsze czegoś nowego. Jest trendy jak Paryż i Nowy Jork. Na Śląsku było w tym kontekście może i miło, acz siermiężnie. Koloryt i pokusy wielkiego świata były nad Tamizą. Katowice i okolice miały inne walory, zresztą podobnie było, gdy lokowano światowe finały w Lesznie czy we Wrocławiu, choć świat był łakomy na rozmaite atrakcje w historycznym mieście nad Odrą.

Historia żużla zna lokacje w dużych miastach i typowych “dziurach”, gdzie pobyty dla kibiców ograniczały się li tylko do stadionów. Gdzie było super?

Do dziś wspomina się dwudniowy finał IMŚ w Amsterdamie, czy jednodniowy finał w Monachium. Obie imprezy na olimpijskich przecież stadionach owianych legendą polskich sukcesów innych sportów. Szwedzki Goeteborg wyzwalał ekscytację, bo miasto piękne jak widokówka. Mamy Sztokholm, speedway zawitał do Kopenhagi. Wyprawy na Antypody ograniczają możliwości przeciętnych kibiców i dlatego nie bardzo jestem za takimi lokalizacjami, które promują w niszowym sporcie kibiców wybrednych i bogatych.

Niektóre miejscowości dorobiły się kultowego charakteru, choćby Vojens, gdzie Ole Olsen konsekwentnie wypromował od końca lat siedemdziesiątych małą duńską miejscowość do rangi prestiżowego miejsca dla speedway’a, czy to podoba się czy nie niektórym malkontentom określających Vojens… wsią. Niech zajrzą do swoich rodowodów. Amsterdam i Monachium zaistniały tylko raz. Pojawiło się kiedyś udanie włoskie Lonigo i zyskało od razu sympatię w różnym wymiarze gustów. Kiedy po przebudowie Wembley speedway przeniósł się na Wyspach Brytyjskich do walijskiego Cardiff ciągle czegoś brakuje na turystycznej mapie żużlowym kibicom. Nie chwyciło w międzyczasie angielskie Bradford, choć próbowano dać namiastkę kawałka Wembley. Niestety, nie ta półka, choć okolice Bradford z obrazami angielskiej wsi niezapomniane. Śliczne, lecz bez żużlowej charyzmy, więc stadion Odsal padł a otworzyło Cardiff.

Mamy Pragę Ondrasikowego Królestwa Plochej Drahy. Stolica Czech kusi nie tylko piwem i historią szwejkowych przygód w zaułkach ciasnych uliczek. Praski stadion Marketa przylepił się do żużla i mimo, że Pardubice ostro konkurują i mają inne super walory, to stolica wyzwala większe chęci zobaczenia w akcji zawodników serialu Grand Prix.

Kiedy sięgnę wstecz wpadam pamięcią do niemieckiego Norden i 30 tysięcznego stadionu na fryzyjskiej ziemi. Absurd. Był tam pamiętny finał IMŚ w 1983 roku, kiedy wygrał ekscentryczny Egon Mueller, niemiecka gwiazda żużlowego rocka. Lubię takie postaci, bo wnoszą nie tylko goły speedway do historii dyscypliny. Jest w historii bawarskie, kolorowe Landshut z ekologicznym torem daleko poza miastem i centrum historycznym, jak landszaftowy obraz. Panujący nad starówką zamek i historia polsko – niemieckiego wesela ze średniowiecza odnawianego dziś co jakiś czas w atrakcyjnej formie dla turystów.

Finały za Bugiem nie mają historii, lepiej jest na Bałkanach i nie można zapominać o Krsku nad groźną Sawą. Słoweńcy mają swoją historię w żużlu, czego dowodem jest szalejący w elicie GP Matej Zagar.

Speedway nie miał szczęścia zawitać do Hiszpanii, choć tamtejsi kochają motory jak corridę i futbolowe mecze nie tylko w ramach El Classico. Miałem kiedyś cichą nadzieję, że Irlandczycy kupią speedway od Anglików ale nie pomógł kiedyś jesienny Kongres FIM w Dublinie, który był wielką atrakcją, choć mniejszą niż parada żaglowców w tym niesamowicie przyjaznym dla ciała i ducha mieście. Ten kongres FIM wspominam nie tylko z powodu Chrisa de Burgha oraz innych artystycznych wrażeń.

Skandynawia gorąca jest żużlem tylko w Szwecji i Danii; Finlandia wprawdzie doszła do GP ale Norwegia mimo, że miała długo światowego sternika speedway’a Roy’a Otta, zawodników Gunnestada i Holtę nie zdecydowała sie na światowe wydarzenia.

I OTO NARODZIŁ się w kalendarzu HIT, bo polska stolica wchodzi na arenę Grand Prix ze Stadionem Narodowym. Mam nadzieję, że będzie sukces i może nie od razu ale wierzę, że Warszawa otworzy nową kartę w historii żużlowej klasyki. Nasza stolica pięknieje, są hotele do wyboru i koloru, można dobrze zjeść w atrakcyjnych miejscach i… zobaczyć nie tylko Pałac Kultury. Dojechać, dolecieć zewsząd. Serial Grand Prix anno 2015 otworzy się premierowym turniejem 18 kwietnia na Narodowym. Stadion jest komfortowy i kibice, którzy uprawiają żużlową monokulturę będą mieli okazję zapoznać się z obiektem zbudowanym na futbolowe EURO 2012.

Stadiony w Polsce zmieniły swoje oblicze, także żużlowe; mamy Toruń i Gorzów okraszone turniejami GP, gorzej ze stadionem w Lesznie, Bydgoszczy ale nie zapominajmy o gdańskiej bursztynowej Arenie, której życzę żużla, bo mieć światowe imprezy nad Bałtykiem i w stolicy, to podniesienie wspomnianego prestiżu speedway’a o dwie klasy. Czy WARSZAWA może stać się po jakimś czasie… Wembley? Nie. Dwa światy, inne stadiony, inne czasy, ale ze względu na polskie zainteresowanie żużlem kibiców, naszą ligę i sukcesy oraz urodę Warszawy, jej atrakcje turystyczne, może być Mekką dla przeciętnych kibiców oraz goldfanów. Warszawa da się lubić i sen o żużlowej arenie nad Wisłą jest jawą! O tym mieście napisano i wyśpiewano tyle cudownych wierszy, więc tylko się cieszyć, że wiosną 2015, podczas Grand Prix kibice przekonają się, że warto przyjechać i zobaczyć nie tylko speedway, zabawić się, poznać atmosferę oraz wspaniałą historię miasta, jego niezniszczalność. Warszawy po prostu nie zapomina się na pierwszym wirażu, o czym zapewnia Adam Jaźwiecki.

Kabaret NeoMoto

BEZGRANICZNA miłość do żużla w Polsce, od jak pamiętam zawsze, jest niezrozumiała dla tysięcy ludzi i u nas, i poza granicami. Kiedy Stadion Śląski otworzył swoje wrota dla tego sportu w 1973 roku zagraniczni goście zobaczyli widownię niesamowitą, większą od kultowego londyńskiego Wembley. Byli porażeni ponad 100 tysiącami kibiców, którzy zasiedli na stadionie i pobili żużlowy rekord frekwencji. Na trybunach było gorąco, choć przyznać muszę, że 80 tysięcy fanów na Wembley na trybunach zbudowanych pionowo, robiło przy świetle elektrycznym kocioł pełny wrzątku. Jakby powiedział niezapomniany komentator redaktor Jan Ciszewski tam był pełny … komplet. Speedway przy świetle jupiterów robi kompletnie inne wrażenie i zamienia imprezę w bajkę. W tej bajce nie ma wilka, który chce zjeść babcię, jest galaktyka wyścigów, które jeśli tor nie jest zabetonowany, wprawiają kibiców w niemal deliryczny nastrój barwnej walki nie pozbawionej także dramaturgii karamboli wywołujących ciszę strachu. Kochamy bezgranicznie tę moc dreszczy do utraty tchu. Piłkarze mówią zwykle, “taka jest piłka”, żużlowe towarzystwo, ”taki jest speedway”. Wszystko jak na targu do kupowania garściami i do wspominania jesiennymi wieczorami. Miłość do żużla jest ogromna od Lublina po Gorzów Wlkp., od Gdańska po Rybnik i od Wrocławia po Rzeszów. A jeszcze jest środek Polski. Cudownie zazdrosne uwielbienie sportu, który wzbudza emocje takie jak mecze piłkarskie Polska kontra Niemcy, albo siatkarskie Polska vs Brazylia. Uff, zajechałem trochę nie tam, gdzie chciałem. Wybaczcie, robię korektę.

MUSZĘ wyznać trochę zgromadzonych refleksji. Szef Giekażetu PZM Piotr Szymański został “prezydentem” europejskiego żużla. Przy okazji gratuluję i nie mam zamiaru deprecjonować gremium, które kiedyś zostało ugruntowane przez polskich lobbystów na arenie międzynarodowej dwóch Andrzejów: Witkowskiego i Grodzkiego, z gruntu Polskiego Związku Motorowego. Taka organizacja pod barkiem FIM, czyli Międzynarodową Federacją Motocyklową. Inaczej: faceci niedocenieni przez grupę X, mogą być dopieszczeni przez grupę Y. Taki sobie“gender”. Ranga mistrzostw świata w żużlu jest niepodważalna i europejskie wyścigi o korony choćby angielskiej królowej nijak się mają do podium MŚ. Andrzej Grodzki z Opola był szefem europejskiej grupy pod bacznym okiem prezesa PZM. Potem nastał niemiecki szef , ktory po prostu tylko był. Polscy działacze mają szczęście do niemieckich dygnitarzy sportowych, bo zamiast być na czele, głosują na… fotele sąsiadów z Zachodu. Tak było w FIM/ Sorber/ i Europa /Ziegler/. Tego roku latem w Krakowie odbył się zjazd europejskiej unii motorowej i szef Pezetmotu Andrzej Witkowski nagle zrezygnował z kandydowania a pewnie by wygrał i szefem został Austriak o krótkim nazwisku Srb. Zapamiętają goście/ ponad 200/ od motocykli “mój” kochany Kraków na wieki, bo nie tylko tam było pięknie, co równie bogato. Nie każdą federację stać na taki zjazd. Ostatnio dojechały wieści, że specem od żużla na europejskiej polu został Piotr Szymański. I tu padły chóralne hymny pochwalne pod adresem prezesa PZM, że zadbał o polski interes. Obaj panowie AW i PS zadowoleni, z tym, że dla prezesa PZM na pewno najważniejsze jest forum FIM.

Socjotechnikiem jest doświadczonym, godnym wielu rad nadzorczych. Zostawiam te “gruchania” polsko – polskie do obgadania na potem.

“POMNIKIEM” dla PZM i jego prezesa będzie na pewno uruchomienie żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie wszystkim celebrytom i politykom bardzo blisko na wybieg. Zbliżają się wybory w PZM. Ten ma szczęście. Szykuje się celebra na 1000 fajerków. Premiera Grand Prix nastąpi w kwietniu 2015, cieszę się i nie szukam podtekstu, on sam wychodzi zza kotary.

Jeszcze będzie o Piotrze Szymańskim, który też jest w FIM, również tam dojeżdża Wojciech Stępniewski as z Torunia, z miasta, które ma szczęście od wieków do gwiazd, pierników i bogatych ojczulków. Popierajmy się, ale też coś dajmy innym!

Szef Giekażetu, czyli Mr. PS i człowiek od “żużlowej międzynarodówki w wywiadzie na łamach “TŻ” wyznał, że są tacy, co krytykują Armando Castagnę a nie znają go wcale i nie zamienili z nim zdania, zaś Włoch przecież kocha speedway… jak makaron. Coś w ten deseń.

Kochani… Armado razem z drugim Armando, tylko Dal Chiele, nauczycielem z Lonigo i dobrym żużlowcem, bronili barw Włoch w światowych imprezach. Castagna z Sarego ostro konkurował z Dal Chiele. Oczywiście kocha speedway jak swoją mamę i pizzę. Namaszczony został Castagna na szefa światowego żużla przez odchodzącego na emeryturę zacnego Renzo Gianniniego, mojego serdecznego przyjaciela z Lonigo. Włoska familia okazała się silniejsza od polskiej, lecz gdzie na Boga jest polski speedway, a gdzie włoski?! Prezesa PZM przy tym nie było? UBOLEWAM. Jako długoletni recenzent sportu żużlowego znam kulisy międzynardowego towarzystwa, które jak każde sportowe jest hermetyczne, łagodnie określając, bo… jak wylecisz, już tam nie wlecisz. Rozbawił mnie ostatnio telewizyjny reporter w transmisji z hurra słabego meczu, który wspomniał ni z gruchy, ni z pietruchy celebrytę spod Rybnika, podkreślając jego przyjaźń z Tomaszem Gollobem. Parcie na szkło niektórych niedopieszczonych jest nieodparte i wielka szkoda, że medialna bogini od piekła i nieba Monika Olejnik, nie może jeszcze postawić kropki nad” i” w tym żużlowym towarzystwie Krzysiów, Tomusiów, Jareczków, Grzesiów, Andrzejków, Piotrusiów i Wojtusiów.

MOŻNA kochać speedway, lecz nie nadawać się do kierowania organizacją, acz Włosi mają historyczny patent na bezwzględne struktury zarządzania nie tylko typu nowojorskiego Little Italy made in USA. Castagna jest szefem światowego żużla, pilnuje i promuje za wszelką cenę swojego syna na torach. Czy to mafia? Powstaje pytanie czy maestro nadaje się na szefa CCP FIM, gdyż sama miłość nie wystarcza, kiedy brakuje narzędzi? Po swoich poprzednikach, choćby wspomnieć Polaków: obkutego na wszystkie języki świata Władysława Pietrzaka, technicznego alfa i omegę Zbigniewa Flasińskiego, pojętnego Słoweńca Franci Novaka, czy akuratnego Niemca Guentera Sorbera a skończywszy na charyzmatycznym, przystojnym Renzo Gianninim. To on postarał się by jego następcą został rodak, najlepszy w historii Włoch żużlowiec. Castagna przecież jako pierwszy jeździł na silnikach Giusseppe Marzotto/ z Polski prekursorem był torunianin Wojtek Żabiałowicz/ i nadal jeszcze jako super weteran potrafi ścigać się na torze. Znam Castagnę nie od dziś i żałuję, że na jego miejscu w FIM nie ma mojego rodaka.

Kiedy to nastąpi? Chyba wtedy, kiedy dojdzie do zmian na piedestale Pezetmotu i decyzje będą zapadały z empatią, gdy kompetencje i klasa działaczy będą nawiązywać do tradycji, jaka jest zapisana w historii Polskiego Związku Motorowego.

Na razie mamy to, co widzimy, więc przeżywamy rozterki i z bólem nie pojmujemy. Jak z tą miłością, która kiedy jest ślepa, robi głupstwa na prawo i lewo.

Panie i panowie samo życie, albo inaczej mondo cane, pieskie życie.

  1. 1. Ostatnio mam słabość do postscriptum; otóż prezes PZM wyznał na łamach “TŻ”, że licencje nadzorowane zdały egzamin/ sic!/ a jego “dzieci” komisarze od torów są potrzebni. Kabaret NeoMoto. Czy władza zawsze ma rację?! Smak demokracji bywa czasem gorzki a pecunia non olet. Czasami jednak śmierdzą.
  2. Kluby tną koszty i ruch transferowy zapowiada się przed świętami bez prezentów. Wraca normalność? Kończą się bankomaty bez limitów.

Z Leszna do stolicy? O tak!

Kwiecień plecień, co przeplata dużo żużla mało lata. Ta ostatnia sobota kwietniowa będzie bardzo ważna dla Leszna, kiedy odbędzie się Grand Prix Europy. Ważna impreza dla działaczy Unii, bo ostatni raz w kontrakcie, a czy w ogóle ostatni, nie wiem, bo nigdy nie mów nigdy; być może Leszno wróci jeszcze na arenę turniejów o mistrzostwo świata mając Jarosława Hampela i braci Pawlickich. Stadion Unii przed wejściem jest ozdobiony i upamiętniony pomnikiem Alfreda Smoczyka, legendarego szybkiego jak rakieta zawodnika, który zginął przed kilkudziesięciu laty, mistrza Polski a dramat rozegrał się na zwykłej drodze. Stadion wybudowany w epoce Edwarda Gierka na tradycyjne dożynki nosi imię Smoczyka, tamże rozgrywane są regularnie Memoriały Alfreda Smoczyka. W Lesznie wszystko zatem toczy się wokół „Smoka“ i niech tak będzie. Żużlowa kultura w tym mieście ma niepodważalny autorytet, podtrzymywana nie tylko przez „ Tygodnik Żużlowy“.

Interesy toczą się w Lesznie wokół speedway’a, podobnie jest w innych miastach wielkopolskich w Ostrowie Wlkp., Gnieźnie, Rawiczu, Pile. Kochanie żużla jest tam wpisane od wczesnych lat w życiorysy mieszkańców regionu. Przekonałem się niejednokrotnie o tym przebywając w różnych zakątkach Wielkopolski. Żużel jest tematem  sportowym nr 1. Kto nie lubi żużla lepiej niech nie dyskutuje o sporcie przy piwie w pubach Leszna, Rawicza, Gniezna czy Ostrowa Wlkp. Można dostać przy okazji ignorancji kopa tam, gdzie kończą się plecy.

Z tym lubieniem żużla jest podobnie w innych cześciach Polski, na ziemi lubuskiej, Podkarpaciu czy Pomorzu. Uwielbienie żużla duże i tak jest od wielu lat. Kolekcjonowanie miłości do tego sportu w rodzinach jest pielęgnowane, stąd od małego bakcyl wysysany bywa z mlekiem matki i pilnowany po ojcowsku. Futbol, gdzie jest kult żużla cierpi na niedopieszczenie, choć nie brakuje także obojniactwa sportowego i kibice  chodzą zarówno na speedway, jak na piłkę nożną.

Leszno żegna się z serialem Grand Prix; tam też były złote czasy w drużynowych turniejach o mistrzostwo świata. Czy rozstanie się z wielkim żużlem wyjdzie na dobre i za jakiś czas zapanuje głód na speedway? W przeszłości organizowano tu przecież finały mistrzostw świata par i drużynowe, nie wspominając eliminacji MŚ. Działacze dali radę za każdym razem a uczestnicy wywozili miłe przygody i wspomnienia.

Jak będzie tym razem? Miejscowy pupil Jarosław Hampel poobijany jest  po gorzowskim turnieju podczas konfrontacji polskiej drużyny narodowej z „resztą świata“. Dziką kartę dostał Przemysław Pawlicki i napewno da czadu na „ Smoku“, który zna od dziecka. Jest jeszcze Tomasz Gollob, który powinien dać sygnał dla konkurentów o swojej formie. Drugi turniej i początek sezonu daje nadzieję na jazdy może jeszcze nie tak sprawne, co przepełnione ambicjami i wolą pokazania się za każdą cenę. W premierze serialu w Nowej Zelandii wygrał obrońca tytułu mistrza świata Amerykanin Greg Hancock, drugi zameldował się  Hampel, trzeci były mistrz świata Duńczyk Niki Pedersen. A teraz? Gdyby Hampel załapał się na podium byłoby cudnie. Następny turniej GP jest w Pradze na Markete. Formę i emocje będą nakręcały ligowe mecze.

Mamy początek sezonu, jazdy bez zmęczenia i z siłą zaistnienia w elicie. Leszno oczekiwane jest z niecierpliwością, bo miejsce jest kultowe, choć sam stadion wymaga modernizacji. Są przecież inne stadiony spełniające wymagania wybrednych kibiców. Wielkość trybun nie oznacza jakości oglądania. Kibice jednak nie wymyślają, bo dla nich jazdy i emocje są priorytetem. Ważna oczywiście i pogoda, bo parasole na starych obiektach przeszkadzają w oglądaniu zawodów, nadal dach nad głową jest luksusem i dużo zależy od pogody na torze i na trybunach.

Serial GP napędzi się więc tradycyjnie szybko. A gdzie tam do października, daleko, wpierw jednak…

Z początkiem czerwca mamy wydarzenie sportowe w Polsce największe w historii, futbolowe mistrzostwa Europy. Wyzwanie niesamowite. Kiedy tylko skończą się wrażenia w piłce nożnej z końcem lipca mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Duża zatem porcja emocji latem i trzeba zadbać by speedway nie zginął w natłoku szumu medialnego, bramek i medali olimpijskich. Dużo zatem zależy od postawy polskich zawodników, którzy powinni w tym trudnym roku wbić się w elitę innych tuzów sportowych aren.

Wspomniałem w tytule o Lesznie i stolicy. No tak, bo po futbolowym EURO – 2012 warszawski Stadion Narodowy może w przyszłym sezonie zająć pozycję Leszna i zorganizować turniej GP. Wszystko jest możliwe i warto zadbać o taką lokalizację, spektakularną i wizytówkową dla polskiego sportu. Z jednej strony żal, że takie kultowe Leszno żegna się z żużlowym szczytem, z drugiej satysfakcja, że można pokazać stadion piękny jak bombonierka i zaprezentować uroki stolicy bliskiej każdemu Polakowi.

Tak sobie myślę, jakże ogromny jest kalejdoskop lokalizacji turniejów GP; bo oto mamy dalekie, dziewicze nowozelandzkie Auckland i dużą Kopenhagę, eleganckie Cardiff,  urokliwą Pragę i elegancki Goteborg. Kiedy dojdzie Warszawa zrobi się jeszcze bardziej zróżnicowanie, ciekawiej na mapie serialu Grand Prix, który jednak zupełnie niepotrzebnie powiększa się o nowe miejsca, zamiast zadbać o wygodę i elegancję dla widzów. Czy to się komuś podoba czy nie… po prostu o zwyczajny lans.

Agresja XXL

Ogarnia nas zewsząd, politycy opluwają się słownie na antenach telewizyjnych, wygadują niecenzuralnie historyjki. Intelektualne spustoszenie głów. O elegancji zapomnijmy, młodzież świetnie jest edukowana przez ludzi z pierwszych stron gazet i pism oraz najbardziej popularnych telewizyjnych programów czy radiowych audycji. Groza. Areny sportowe  coraz bardziej przypominają sceny brutalnych zachowań i trwałych okaleczeń zawodników. Sprawozdawcy komentują i chwalą, że dobrze iż ktoś zagrał faul, bo uratował drużynę od karnego czy wolnego/ to w futbolu/. Słynne uderzenie „ z byka“ piłkarza włoskiego przez znanego Zidane’a przeszło do historii. Od tego czasu mieliśmy również fakty mrożące krew w żyłach.

Oto na ringu bokserskim w nie tak dawnej walce pomiędzy Ukraińcem Witalijem Kliczką a Brytyjczykiem Derekiem Chisorą doszło do kuriozalnych precedensów. Oto już przed walką pobudzony bokser spoliczkował przeciwnika, potem opluł jego brata Władimira. Po walce szukał zwady delikatnie mówiąc i wszyscy drżeli, kiedy przegrany kogoś zaatakuje. Coś okropnego prawda?  Chisora wszczął bijatykę ze swoim rodakiem Hayem. Bokserska federacja nałożyła na niego wysokie grzywny, kilkaset tysięcy dolarów ale co dalej z tym „ fantem“. Kto następny do wyczynów?

Piłkarze ręczni faulują, hokeiści, żużlowcy wypychają w bandy, a jak coś im się nie podoba dochodzi do rękoczynów. Bywało tak? A jakże by nie wspomnieć Australijczyka Craiga Boyce’a, który na stadionie londyńskiegoi Hackney uderzył Tomasza Golloba. Długo wtedy jury obradowało nad tym incydentem, a dlaczego tak długo? Jest wina, powinna być kara, tylko, że w życiu zakończenia są różne i zazwyczaj piekielnie długo czeka się na wyroki.

Każdy polski weekend przynosi smutne statystyki przyłapanych pijanych kierowców, którzy piją i jadą. I tak w kółko, mamy więc dramaty topione w morzu łez. I gromada winowajców, recydywistów. Jak długo?

Poseł PiS Jan Tomaszewski, który walczy konsekwentnie z futbolową centralą, korupcyjnymi przewałami pozwala sobie na słownictwo nie licujące z parlamentarną legitymacją. Legendarny bramkarz owiany sławą tego, który zatrzymał Anglików w 1973 roku na londyńskim Wembley dopuszcza się frazeologii, która chyba umyka jego partyjnemu szefowi. Onegdaj w rozmowie  z Moniką Olejnik w „Kropce nad i“ nie miał żadnego zahamowania by powiedzieć dowcip, który prowadząca program skwitowała krótko: „ordynarny“. Wiecie jaki to był „dowcip“?! Proszę bardzo… „Jak zapłodnić krowę? Postawić ją na lodowisku a sama się wypie…“ I tak na żywo poleciało. Straszne.

Arogancja, agresja, prymitywizm. Groźna eskalacja.

Futbolowe faule kończą się kontuzjami leczonymi miesiącami, wprost słychać jak trzeszczą kości. Wijący się z bólu piłkarz, zawodnik innego sportu, grymasy bólu, nosze i sygnały karetek odjeżdżających ze sportowych aren towarszyszą incydentom, które z natury wywołuje los ale i świadoma ingerencja przeciwnika, który z premedytacją wjeżdża ślizgiem w nogi konkurenta. Brutalna walka na murawie, torze, tafli, parkiecie, tenisowych kortach nawet.

Z jednej strony mamy publiczne życie wzbogacane o agresję, gdzie rozmówca bezceremonialne przerywa drugiemu, jakby nie słyszał co mówi, jakby nie zdawał sobie sprawy z oglądającego gremium, często bardzo milionowego. Takie czasy?

Korupcja, ustawianie meczów, procesy i nie kończące się sprawy prokuratorskie. Przykłady idą zazwyczaj z góry i doły karmią się padliną.

Wspomniany poseł Tomaszewski oświadczył, że nie będzie oglądał meczu reprezentacji Polski z Portugalią na otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, gdyż grają tam przestępcy. Monika Olejnik indagowała, naprawdę nie będzie pan oglądał? Nie –  odpowiedział Jan Walczący. Ma prawo… Jako legenda, ikona i człowiek dający przykład w roli posła.

Kto kogo ma uczyć patriotyzmu, honoru, czystego sportu pozbawionego jakichkolwiek brudów korupcyjnych?

Speedway nie jest pozbawiony pokus, mieliśny przed laty remisowy mecz w Rzeszowie z Unią Leszno, gdzie zawodnicy by dotrzymać umów hamowali przed metą nogami. Kibice rzucali pieniądze na tor a wstyd było słychać na kilometry. Posypały się kary i Unia odcierpiała. Kuriozalny mecz można zapisać w księdze rekordów.

Nie dawanie miejsca po starcie i wypychanie na bandę jest w żużlu pewnym zwyczajem stosowanym raz po raz w ogniu walki najczęściej ligowej ale nie jest wolna od takich incydentów i ranga mistrzostw świata. Czym grozi taka jazda faul, na aferę, oglądana przez kibiców i telewidzów nie trzeba dokumentować, ponieważ konsekwencje są aż nadto przykre i bolesne w leczeniu ran. Kończyły się  przecież także trwałym kalectwem.

Mecze reprezentacji narodowych warto oglądać i być dumnym, to wręcz patriotyczny obowiązek. Co też wygaduje poseł Tomaszewski…

Oczywiście krytyka korupcji, walka z nagannymi sytuacjami jest potrzebą chwili, lecz konsekwencji w tym niestety nie ma. Jest wina a nie ma kar. Takie sytuacje bardzo źle wpływają na kariery młodych zawodników.

Piszę o tym w przededniu kolejnego sezonu żużlowego. Speedway ze względu na swój charakter jest kontuzjogenny. Trzeba szanować więc każdego przeciwnika i traktować jazdy z szacunkiem, bo dziś w karambolu uczestniczy ten a jutro inny. Gdzie człowiek dosiada motocykla może zdarzyć się wszystko ale trzeba zdawać sobie sprawę, że od kierującego zależy wiele i musi sobie zdawać sprawę z faktu, że na torze nie jest sam.

 

Drzazgi

Były dni okute mrozem, bo zima dokuczyła solidnie i nie można mieć do niej pretensji. Jak zima, to musi być zimno, jak mawiają wtajemniczeni. Były dni okupione smutnymi wieściami. Oto noblistka z Krakowa, poetka Wisława Szymborska zmarła w wieku 89 lat i świat sympatyków jej wierszy pokrył się kirem. Zrobiło się zimniej, smutniej a jeszcze kiedy rozległa się w czasie pogrzebu “Black Coffee”w wykonaniu ulubionej przez zmarłą  Ellę Fitzgerald, płatki śniegu intensywnie pożegnały poetkę, która była mistrzynią prostych szczegółów podawanych strofami. Było dużo ludzi na krakowskim cmentarzu i jak to mówiła Wisława Szymborska kiedy widziała na ulicy tłumy, pewnie idą na mecz. No cóż…

 

“Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka kilku wierszy.Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia…”

Proste pisanie z życia wzięte. Szymborska, noblistka, pożegnał ją ze łzami świat.

O ponad 40 lat młodsza Whitney Houston, jedna  z największych gwiazd popu lat 80. i 90. została znaleziona martwa w hotelowym pokoju w Los Angeles. Szok. Wielki głos jak dzwon, przeboje jak ptaki leciały z Whitney, gdy śpiewała dramatyczny song “I Will Always Love You” czy późniejszy utwór ”My Love is Your Love”.

Potężny pięcioktawowy głos przestał być żywy, zrobi się teraz pustka na estradach ale nie umilkną stacje nadające  płyty z jej przebojami, które wzruszają serca na całym świecie.

Przypominam odejścia wybitnych postaci, bo nie można być obojętnym obok tych zdarzeń, które zmuszają do głębokich refleksji i jeszcze bardziej chłodzą serca od tego, co się dzieje zimą za oknami.

Drzazgi, okruchy, które docierają do każdej duszy czy to sportowej czy nie.

Zmieniają się pory roku, nastroje, czas ucieka jak mgła przed słońcem. Do sezonu coraz bliżej; ostatnie karnawałowe tanga zostały w pamięci, smak pączków i plebiscytowe rozstrzygnięcia. Dla najlepszych trofea, dla przegranych gorzko. Samo życie bez dogrywek.

Zbliża się nieco postponowany Dzień Kobiet, niesłusznie zresztą wyciskany z kalendarza, jako relikt dawnych “niedobrych” lat. Hołubione Walentynki mogą być, lcz nie dajmy się amerykanizować na siłę, negować święto kobiet i wynosić na szczyty walentynkowe serca. Zakochani są wśród nas a świat bez kobiet byłby marnym bytem, Dlatego one są i będą, kobiety, dziewczyny, narzeczone, matki, babcie.

Rodzą przyszłych sportowców, żużlowców, karmią, wychowują, martwią się i czekają na dobre wieści. Szanujmy więc tradycję i pielęgnujmy.

Speedway okrążony jest przez świat kobiet, one uwielbiają ten sport, widać je na trybunach, w parkingach, uczestniczą w życiu sportowym i poza nim. Obecne aktywnie. Szczęśliwe i okropnie zmartwione, gdy dramatyczne losy kaleczą kariery. Pomagają, uwielbiają, są pięknym tłem i ozdobą. Kobiety tego sportu nie uprawiające żużla, lecz tkwiące w nim bez reszty.

Pigułki życia, okruchy. Do sezonu coraz bliżej.

Mamy okazały i bardzo drogo/ prawie dwa miliardy złotych/ zbudowany Stadion Narodowy w Warszawie. W stolicy był speedway i zagorzali tamtejsi sympatycy nie mają żużla na codzień. Czy ktoś pomyślał, żeby przy “ okazji” tak ogromnych finansowych nakładów zaplanować obok futbolu także żużlowy tor uruchamiany np. na Grand Prix. Byłoby to wspaniałe i do pamiętania. Były ostatnio draki z tym obiektem i nawet minister sportu Joanna Mucha zaczęła wokół tego stadionu biegać. Nie zabrakło infantylizmu przy okazji a zabrakło profesjonalizmu, bo na sporcie niby każdy sie zna, a jak dochodzi do konkretów, to zaczyna się proza trudna do tłumaczenia.

Mamy na EURO – 2012 bombonierkowe stadiony, nie wszystkie jeszcze zapięte na ostatni guzik, nie wszystkie pomyślały przyszłościowo o żużlu, bo nie tylko futbolem w Polsce się żyje. Lobby żużlowe w Warszawie jest towarzystwem, które nie ma domu. Ostatnie podrygi na Gwardii są wspomnieniem; wtedy w latach 90 – tych lobby tego sportu sięgało aż prezydenta Polski. A dziś? Kogo dotyka, kogo cieszy a kogo boli?

Jak jest w innych miastach gdzie zbudowano super stadiony na EURO? Liczę, że najszybciej na nowych obiektach pojawi się speedway w Gdańsku i we Wrocławiu. Obawiam się, że w stolicy zepchnięty zostanie z toru, tak jak to się stało na kultowym Stadionie Śląskim, który gościł najlepszych żużlowców świata kilka razy. Wspominają pobyty na Śląsku zawodnicy i kibice. Polscy fani i zagraniczni. Nie doceniają tego niestety włodarze tego regionu i liczą, że będą konkurować futbolowo z innymi obiektami typu EURO. Nie pomyśleli o alternatywie dla kosztownego obiektu i brną torem straconych złudzeń.

Drzazgi, okruchy. Drastyczne i bolesne, radosne i szczęśliwe.

Jaki będzie ten rok przestępny kalendarzowo i tak bogaty sportowo?  Wpierw mamy piłkarski szczyt europejski i Polska po raz pierwszy będzie na takim sportowym topie. A potem letnie igrzyska w Londynie. Nader bogaty rok!

I obok będziemy mieli żużlowe szaleństwa, które warto “sprzedać” kibicom. Czy myśli się o takiej alternatywie i zademonstrowaniu polskiego hobby bez opamiętania futbolowym fanom, wśród których na pewno jest wielu sympatyków żużla? Polecam zatem tę  “pigułkę” Giekażetowi spod wezwania PZM.

Czasu już wprawdzie jest serdecznie mało na takie projekty a sygnalizowałem je przecież wcześniej; niestety zimą niektórym śpi się błogo, zwłaszcza, gdy mrozy mocno zamykają okna i drzwi. Jeszcze można jednak pomyśleć i pokazać Europie, iż nie samym futbolem Polska żyje i że speedway jest tutaj  mocno emocjonalnie wrośnięty w krajobraz od Lublina po Gorzów, od Gdańska po Tarnów.

Drzazgi, pigułki… śnieg otulił stadiony ale nie zakrył tego, co nam w duszy gra.

Piękny ten przebój “My Love is Your Love”. Kończę ten felieton już, kropka i koniec.