Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Rozprawy z sumieniem

NIE ma łatwych rozstań, spraw, byle jakich finałów, zwykle ciężko coś przychodzi, łzy są słone, dróg jest tyle niezliczonych, życie szkoli nas non – stop, szczęście jednak czasem słodzi. Tekst piosenki? Może… nie zdradzam wszystkiego co mi w duszy gra. Mamy łatwe tematy ale i trudne piekielnie. Dla otoczenia, dla swojej tożsamości, ciągle  życie jednak nas koryguje, tego nie można, tamten bzdet, zranienie słowem bywa okrutne, choć rzeczywistość budzi ze snu.

Miałem rozmowę dosyć długą z działaczem, co lata strawił w żużlu nienagannie. Doświadczony piekielnie, skrupulatny jak anioł/?/ w niebie. Historia polskich działaczy krajowych i międzynarodowej klasy zasługuje na wyróżnienie, podkreślę w czasie przeszłym, bo dziś już takich sprzed lat już nie ma niestety, są “monetarni”, każdy dostaje wynagrodzenie, nikt nie pracuje za znaczek do klapy czy proporczyk. I ja to rozumiem. Co było, to było… Czasy zmieniają się i ludzie mentalnie grupują w zespoły, które wyciagają ze sportu spore pieniądze. Trwa lobbowanie biznesowe. Brakuje jeszcze w tych “interesach życia” jakiegoś zakonnika… Kluby to jedna wielka rodzina? Nad nimi władza, która jak Neptun ma trójzęba. Odpowiedzialność rozłożona i za firankami.

Swoje w żużlowej zagrodzie przerobiłem i coś przypomnę…

Otóż bywały ogólnopolskie narady z początkiem stycznia w siedzibie Polskiego Związku Motorowego na Powiślu w Warszawie/ ile razy tam przejeżdżam, wzdycham sentymentalnie/ miała elementy dyskusji nie zawsze klakierskie dla ówczesnych prominentów speedway’a. Na tej naradzie przygotowane były aktualne regulaminy, kalendarz i pączki od Bliklego.W przeddzień spotkania w stolicy, kto wybrał hotelowe spanie, mógł przetrawić dogłębnie w towarzystwie problemy minionego roku. Do otwartej dyskusji potrzeba odwagi dwóch stron, kto się boi argumentów zwleka, kluczy, najwygodniej nie spotykać się, żeby nie usłyszeć prawdy. Bywa bolesna ale uczy. Kasa się zgadza? Robimy biznes tercetami, kwartetami… Szofer pokieruje.

Speedway polski ma się dobrze, Polski Związek Motorowy dorobił się kiedyś hasła: “…pożyteczny jest i zdrowy”. Organizację pozarządową czyli PZM speedway doładowuje znacznie finansowo i prestiżowo. Zapewnia bezpieczeństwo w płynności, choć bywało przecież ongiś znacznie lepiej. Hymn narodowy utrwala zatem status quo. Niech się obraca karuzela na torach dalej, acz powstają wyrwy i wróżby nie są różowe.

1. Memoriały, memoriały…

Speedway cechują tego typu imprezy, czczą pamięć zawodników, którzy odeszli z życia w różny sposób. Dotykałem ongiś tego przykrego problemu, bo uważam, że jeśli zawodnik targnął się na życie, kontrowersyjna jest decyzja o urządzaniu Memoriału. Wybrał sam taką śmierć, “okaleczył” rodzinę, bliskich i dalszych i można wspominać zasługi sportowe, lecz robienie z hukiem imprezy jest mało logicznym rozwiązaniem. W historii były pomysły urządzania memoriałowych turniejów, niektórym “ideowcom” brakło determinacji by je kontynuować, więc są zapomniane/ Memoriały np. Lecha Barana, Ryszarda Nieścieruka, Jana Ciszewskiego/, pojawiły się jednak następne w uniesieniu emocji, koniunktury, które nie bardzo mają rację przetrwania, tło jest mocno dyskusyjne z powodów, które zaznaczyłem powyżej. Nie uprawiajmy gier na pokaz.

# Prezesie PZM Michale Sikora, warto zrobić sprawiedliwy przegląd memoriałowych turniejów w żużlu i podjąć rozsądną uchwałę w tej sprawie. Dawno temu/ chyba/ już takiego zapisu dokonano/?!/ i poza głównymi memoriałowymi wydarzeniami były tylko extra wyścigi honorujące zmarłe postaci. Nikt nikomu nie zamierza odbierać dorobku, nie lansujmy na siłę martyrologii, gdyż uczciwe, szczere pamiętanie jest modlitwą na wieki, bez podtekstów niepotrzebnych, uporządkowaniem godności dla potomności.

2. Kuriozalna, przewlekła sprawa częstochowianina Maksyma Drabika, reprezentanta wrocławskiej drużyny znalazła epilog rozprawy końcowej i POLADA zaplanowała wyrok na 2 lutego… tego roku. Jakby nie patrzeć były/ 2 razy/ mistrz świata juniorów dużo czasu spędził poza torem, sezon uciekł mu spod kół, miał więc okazję na inne rzeczy. Wolny czas rcjonalnie wykorzystał?! Czas pokaże. Trudno w tym wieku ułożyć sobie zajęcia, kiedy wypada się z rytmu meczów, turniejów, z ognia walki a płomień emocji pali duszę. Obojętnie jaki wyrok zapadnie, jaką karencję wymierzy egzekutor, zawodnika czeka wewnętrzna rehabilitacja i stosunek do sportu, który od dziecka był dla niego żywiołem. Żmudna praca jest niezwykle koniecznym sposobem przygotowania mentalnie zawodnika do startów. Warto było ścigać się z losem?

3. Inny przypadek, bardzo smutny, dotyczy rybnickiego fightera, zmarnowanego talentu ROW –  Rafała Szombierskiego, któremu grozi surowy wyrok za spowodowanie wypadku samochodem po pijanemu, trwałe uszkodzenie ciała kobiety, ucieczka z miejsca zdarzenia. Tragiczny incydent w Rybniku jakich dużo na polskich drogach. To ostatni wiraż rybniczanina, teraz żałuje, zresztą każdy w takich sytuacjach mówi podobnie.  Dlaczego do tego doszło? Nosił wilk razy kilka… żużlowiec, który był talentem na miarę choćby Zenona Plecha/ tak, tak… widowiskowo i mentalnie sportowo/, miał błyskotliwe sukcesy, rozbijał się spontanicznie w bujnym życiu poza stadionem. I nikt nie był na tyle mocnym charakterem, autorytetem dla niego, by brutalnie odebrać prawo do siadania za kierownicą auta?! Przypadek przykry i pouczający dla żużlowego środowiska; ba, dla wszystkich, którzy piją alkohol a potem pędzą autami. Tym razem nie udało się i sąd wyda wyrok. Łzy wielu osób dotkniętych dramatem mają smak gorzko – słony, piekielnie bolesny do wymazania z pamięci. Szkoda tak głupio niszczyć życia.  

Salonowe cuda narodowe

Zaczął się i lecą dni, rok 2021. Już nie przestępny a raczej szczepionkowy, bo cały świat żyje nadzieją pokonania koronawirusa, który wywrócił nasze życie do góry nogami i dalej niebezpiecznie fika. Bardzo. Nowy rok sypnął urodziwie śniegiem a trwający lockdown w różnych obszarach zamknął drzwi przed normalnością. Wróci? Kiedy? Szybciej, niż się spodziewamy? Niewiadoma dręczy głowy, myśli o niebezpieczeństwie plączą nadal prace, zajęcia, sport nie jest obojętny na ataki Covid-19. On raz po raz przynosi dramaty, życie zmienia, walczymy, nie dajemy się, lecz ciągle przyszłość jutra jawi się mglisto, mimo, iż szczepienia są wielką nadzieją pokonania wroga. Polska akcja szczepień jest jednak anemiczna, optymizm tonie w zaspach, system oplata pesymizm.

Styczeń jest miesiącem, gdzie kumulują się podsumowania minionego roku, plebiscyty i głosowania zajmują umysły, w sporcie początek roku jest także opanowany przez narciarskie konkurencje a polscy skoczkowie fruwają nad przeciwnikami.Tak lubimy.

Tradycyjny/ 86/ Plebiscyt “Przeglądu Sportowego” przyniósł rozstrzygnięcie spodziewane – wygrał najlepszy piłkarz świata, strzelec wyborowy Robert Lewandowski. Impreza bez balowania odbyła się z rygorami /maski, dystans/, aczkolwiek podczas transmisji Polsatu zobaczyliśmy dwóch dżentelmenów redakcyjnych/ “PS” i Polsat/ bez masek ale w czarnych rękawiczkach, blisko siebie, co wyglądało cudacznie. Rok temu Roberta Lewandowskiego pokonał ku dużemu jego zaskoczeniu Bartosz Zmarzlik po zdobyciu złota mistrzostw świata. Bartosz w ubiegłym roku powtórzył wyczyn i był w gronie ścisłych faworytów. Podium… W tamtym roku zaskoczony był Lewandowski a tym razem Zmarzlik. Jeden z gorzowskich polityków żużla wyraził opinię, że Bartosz nie był zaskoczony. Otóż wyraźnie był, liczył na lepsze miejsce, bo nie lubi przegrywać tak wyraźnie. As żużlowych torów, multimedalista zajął piąte miejsce, to tak jakby na torze przyjechał ostatni. Robert Lewandowski nieco spięty, mimo, że już wcześniej odbierał światowe trofea. Łzy napływały do oczu, nie tylko jemu. Za polsko – bawarskim napastnikiem uplasowała się 19 – letnia odważna księżniczka tenisowych kortów 19 – letnia Iga Świątek w kobaltowej długiej sukni, rozciętej z boku do biodra. Kusiła. Trzeci był Kamil Stoch, który jest gwiazdą skoczni światowych i leci niczym orzeł zakopiański z Zębu. Ląduje i zgarnia szwajcarskie franki. W gronie ekspertów wcześniej trwały rozważania, kto będzie trzeci i głosy klikały pomiędzy Stochem a Zmarzlikiem. Kibice wybrali narty, nie motocykle, niech tak będzie; Kamila nie było tradycyjnie, gdyż zawodnicy skaczą tu i tam, więc trofeum znów odbierała żona, ozdobiona srebrnym diademem, niczym miss Tatr. Opuszczam ten komplet kreacji bez komentarza. Czwarte miejsce/ sic!/ przypadło niepodziewanie rajdowemu kierowcy Kajetanowi Kajetanowiczowi. Zbyt długo opowiadał o sobie, zaś przedstawiający go rajdowy mag, pilot nieprzeciętny Maciej Wisławski opuścił scenę… Zdziwiłem się niepomiernie sukcesem KK. Piąty za Kajetanowiczem dopiero Zmarzlik. Niepojęte! Rajd lepszy od wiraży?! Przedstawiał żużlowca ex-gorzowianin Krzysztof Cegielski, który zafundował mikro-zebranym na sali statystykę sukcesów dwukrotnego mistrza świata i chciał być dowcipny. Bez diademu.

Świetną bez udziwnień mową natomiast popisała się szykowna, szósta na plebiscytowej liście Natalia Maliszewska, mistrzyni w łyżwiarskim short tracku, 25 – letnia brawurowa białostoczczanka, w udanej czarnej sukni, spontanicznie wyrażając swoje przeżycia nagrodzonej. Wzruszająca Natalia, zwyczajna, aż nadzwyczajna, bez dystansu short.

A siódme miejsce zajął… no właśnie… silny jak tur, właściciel mistrzowskiego, światowego pasa UFC, waga półciężka, nokautujący sztukmistrz walk mieszanych MMA –  Jan Błachowicz /ur. 1983/. Pochodzi z Cieszyna, nazywają go… księciem tego zgrabnego miasta. Siódmy, plebiscytowy, czyli Jan Waleczny musi bić się jeszcze skuteczniej, niż w Abu Zabi. Ile można… On też za rajdowcem!

Gala Mistrzów Sportu była pandemicznie obostrzona; dobrze, że w ogóle się odbyła, bo przecież imprezy z gośćmi się nie odbywają, chyba, że Pasterka… A to gala nad gale, na której wybiera się SPORTOWCA ROKU. Robert Lewandowski nr 1, żużel został w tyle, a speedway fest “namieszał” w minionym roku, niemal wzorowo organizacyjnie.

Jak będzie na torach w 2021? Trwa odliczanie do premiery. Prezesi klubów prężą się na portalach, prezentują na FB co tylko mogą, widzimy celebryckie maniery, które codzienność ostro weryfikuje. Jeden z prezesów wierzy niemal w medal Mister Speedway. Taki ładny i gładki. Zgadnijcie kto?

Doświadczenie sportu żużlowego w urządzaniu imprez, kiedy było tak ciężko, zasługuje na wyróżnienie, imprezą roku 2020 na opisywanym przeze mnie 86 Plebiscycie “ PS”, wybrano kolarski samograj Tour de Pologne. Nie przesadzajmy, właśnie polski speedway pokazał, że można w skomplikowanym okresie przeprowadzić rozgrywki ligowe razy trzy! Ponadto być mecenasem mistrzostw świata, Europy. Przykład jawny dla innych sportów, jak uciekać przed wirusem, żeby dojechać do szczęśliwego końca. Zdrowo, w maskach, kaskach, bez limitu środków antycovidowych. Być mistrzem świata ponadto.

Tyle zatem z Gali Mistrzów, gdzie diadem wcale nie skradł show, co niektórzy niby brandowi spece obwieszczali a żona “Lewego” fatalnie spudłowała z metra. Nadal nie opuszcza mnie szczere zdziwienie, jakim “kliknięciem” rajdowiec samochodowy wyprzedził w plebiscytowym labiryncie, nie tylko urodziwą “iskrę” Natalię, mocarnego Księcia Cieszyńskiego i żużlowego Bartosza. Salonowy, objawiony, narodowy cud w stolicy.

15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.

Kreator Morris

Na imię ma Phil. Przejął się bardzo swoją rolą od kiedy on, Walijczyk Morris/40 l./ został dyrektorem serialu Grand Prix i pobocznych turniejów, np. Speedway of Nations, czyli wymysłu międzynarodowego towarzystwa wzajemnej adoracji, które brutalnie wykastrowało dużynowe mistrzostwa świata. To szkoda na rzecz tradycji, która dawno powinna być ostro oprotestowana przez polską stronę światowej grupy trzymającej władzę na czele z Włochem Armando Castagną. Tegoroczny turniej SoN był niebezpieczną parodią marki żużla. Anglicy wobec szalejącej pandemii mądrze wycofali urządzenie turnieju dwudniowego/ pomysł wyciągnięty z grobowca/ w Manchesterze, toteż firma angielska BSI vel FIM szukała gorączkowo organizatora. Bydgoszcz, która już raz uratowała angielskich promotorów, kiedy nie wypaliła impreza Grand Prix w niemieckim Gelsenkirchen, odmówiła po kanclersku – nein. No i zgłodniały żużla Lublin załapał się w roli koła ratunkowego. Strażaka do pożaru. Pytam, czy ten turniej był koniecznością? A dlaczego Castagna nie zrobił mityngu u siebie? Przegrał ze strachem? Wybrano Polskę, bo moi rodacy biorą wszystko, co ze stołu BSI spadnie. Znam przypadki psucia handlowego rynku w walce o organizację imprez GP, jakby to było zbawienie dla wszystkich fanów żużla. Polacy, którzy kilkadziesiąt lat temu byli w wąskim gronie / też Szwedzi/ pomysłodawców takich rozgrywek ufundowali historyczną wazę jako trofeum. I nie byli po latach pytani czy likwidacja DMŚ jest słuszna, czy idiotyczna. Komentarz zbyteczny. Polscy żużlowcy zdominowali drużynowe rozgrywki MŚ, bo szkolą młodzież, mogą wystawić teamy A i B. Likwidacja DMŚ obyła się prawie bezszelestnie, arbitralnie. Prestiż SoN – u jest nijaki. Biało – czerwoni zgarniali wcześniej złoto, nie zawsze było łatwo, lecz zdobywali z hasłem “z błota do złota” i tak było ongiś w Lesznie. Zazdrość Zachodu pozbawiła brutalnie dominatorów i obrońców cennego trofum. A niechże kluby pod egidą Międzynarodowej Federacji Motocyklowej szkolą talenty od Bułgarii, Rumunii po Holandię, Norwegię, Finlandię. Niech ileś tam procent z zysków turniejów Grand Prix idzie na szkolenie pod kontrolą FIM. Konkretny plan. Nic z tego. Wyrżnięto tępym nożem tradycję i piękno tego sportu, stworzno dziwoląg, bo SoN to – ani pary ani drużynowe mistrzostwa świata. Klakierom tego projektu zabrakło wyobraźni i charakteru.

LUBLIN. Koniec sezonu, ambitni i spragnieni żużla tamtejsi niemal fanatycy speedway’a podjęli się  organizacji, lecz mieli pecha, gdyż kapryśne niebiosa nie sprzyjały. Żal mi było ich pracy, wysiłku. Ktoś siedział w hotelu a ktoś grzebał się w błocie na torze. Proszę wystawić rachunek w funtach, dobry teraz kurs. Pierwszy dzień zmaltretowała pogoda, tor i żużlowych robotników. Dyrektor SoN wspomniany na wstępie felietonu Anglik Morris latał po parkingu i torze, jak niektórzy nasi prezesi klubowi. Duńczyk Ole Olsen b. dyrektor serialu GP tego nie robił, poza fatalną wpadką w Warszawie, gdzie maszyna startowa uprzytomniła, że warto mieć rezerwę sprzętową, nie tylko w dolarach. W Lublinie, gdzie żużel mają ludzie w sercu deszcz robił na złość, było zimno, jesień zrobiła kuku. Odwołano pierwszy dzień zawodów mimo dyskusji na lewo i prawo. Drugi dzień był nieco lepszy pogodowo, lecz tor dalej tragiczny. Motor Lublin and company dawali z siebie wszystko. Jedni zawodnicy chcieli jechać, drudzy nie. Latający Morris w firmowym poloz krótkimi rękawami, mimo kilku stopni zimna lansował lato, pochlapany błotem stracił realną ocenę sytuacji. Wszyscy w zimowych kurtkach, czapkach wełnianych a on Mr. PM, nie mylić ze znanym koncernem tytoniowym dwoił się i dziesięciokrotnił. Nadaremnie. Morrisowi było gorąco, nie wiem czy jak wrócił do domu, nie wylądował w pościeli. Bardzo chciał aby zawody się odbyły, zwykle “miota się” na stadionach i nawet kiedy jest sucho każe lać wodę na tor. Teraz niebiosa dały mu pompę.

Termin rezerwowy był jeszcze na trzeci dzień, lecz drugiego wieczora w siąpiącym deszczu i rozlewiskach wody, jakby miejscowa Bystrzyca wylała, po próbach toru wydał decyzję: JAZDA! Nie wszyscy chcieli jechać, nawet znani z odwagi mołodcy Rosjanie, którzy już dwa razy poprzednio zdobyli złote medale. Zwykle w idealnych warunkach sędziowie zarządzają równanie toru, teraz na tym kartoflisku bagiennym rozgwywano wyścig za wyścigiem, byle jechać na siłę, bo 14 wyścigów zapewniało przerwanie regulaminowe tych kuriozalnych zawodów. Była mimo wszystko walka zacięta a jeden z komentatorów  telewizyjnych, już nie pierwszy raz, mówił bezpardonowo o wodzie w majtkach, widać ma złe doświadczenie w tym przypadku. To nie jest śmieszne…

Zawody dojechały do XV wyścigu, doszło nagle do karambolu niebezpiecznie widowiskowego i na szczęście/!/ w skutkach niegroźnego. Phil Morris zarządził szybko koniec zawodów, ze źródeł dobrze poinformowanych, dotarł do mnie sygnał, czy sam tak zarządził, bo powinien w gronie ukraińskiego sędziego/ lwowiak, nb. mieszkający w Krakowie/ Aleksandra Latosińskiego oraz szefa Jury FIM /Piotr Szymański/.

Bohaterską szarżą na oślep, jak sam powiedział, Emil Sajfutdinow wcześniej wygrał wyścig i ten sympatyczny jeździec sprawił, że Rosja po raz trzeci zdobyła złoty medal. Nie był to szczyt Mont Blanc a raczej bagna Dniestru, z pełnym szacunkiem dla ofiarnych działaczy Motoru, w tym Macieja Kuciapy, który ratował “dobytek” na torze. Premia mu się należy w funtach a kożuch z Kurowa/ blisko Lublina/ dla Morrisa z flaszką śliwowicy do herbaty. Tylko prawdziwych kibiców żal, dla nich zostaje piwo “Perła”. I domowa kanapa. Plus kanapki.

Czy warto było na siłę z hasłem: “nie sport a biznes” organizować takie ściganie? Za jaką cenę? Przerwane zawody wzbudziły rozmaite kontrowersje, rozdrażnienie, np. Mark Lemon coch Australijczyków protestował, inni dyskutowali: “skoro już zaczęli, trzeba było skończyć” a może Polacy mieli szansę na złoto? Zdobyli srebro, liczyli na więcej, podobnie Szwedzi a Duńczykom wpadł brązowy medal. Hans Nielsen duński menedżer, który w Lublinie ongiś startował i jest tam… prawie radnym znalazł się na kwarantannie covidovej. Wirus w koronie jest bezlitosny, dopada każdego: mistrza, outsidera… Walor speedway’a nad Bystrzycą został upaprany bezmyślnie; Polacy naharowali się za innych,  wszędobylskiemu Philowi Morrisowi życzę –  mniej ADHD na stadionach. 

SoN’20 Lublin będzie dramatyczną, deszczową historią z mottem ”po co nam to było”.  Dodam: nie wszystko dobre, co jakoś tam się kończy. Pech odleciał na szczęście.

PS. Kreatorów żużla jest kilku. Przedstawię. Jeszcze jedna kwestia, jeszcze taka oto glossa…  speedway w Polsce uciekł z czerwonej strefy covidowej w samą porę, bo już zbliżał się do ściany. Polacy powinni dostać specjalne honorowe wyróżnienie z FIM za uratowanie tego sportu, więc może będzie okazja aby działacze międzynarodowi  uczciwie docenili, co zrobiliśmy dla żużla światowego. Przetrwaliśmy z honorem.

Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

20 metrów szczęścia

 

1280px-Motorspeedway

Nad ziemią! 20 metrów, z takich wysięgników w Lublinie kibice oglądają mecze Motoru. Obraz tej nowości kosmicznie piękny, Artur Bieniaszewski, który powiększa liczbę tych urządzeń rozbi światową karierę. Grand pomysł. Widowiskowa sprawa, z koszy wysięgników trudno wypaść, jest bezpiecznie, obraz bitwy żużlowej jak na stole. Wspaniały pomysł godny upowszechnienia. Ma być coraz więcej tych urządzeń, które  tylko nie zabezpieczają przed deszczem. Burza nagła jest zagrożeniem i wichura diabelska. W porę jednak można przewidzieć takie pogodowe niespodzianki. Dawno temu np. w Rybniku/nie tylko tam/ kibice oglądali mecze wspinając się na topole. Można było zlecieć w dół, acz nie słyszałem o takich przypadkach, bo kibice mają moc. W każdym razie lublinianie raz po raz zaskakują żużlowy świat: jak nie kontraktem przed laty mistrza świata Duńczyka Hansa Nielsena, to brawurowym awansem/ po dłuższej nieobecności/ do elity ligowej i atrakcyjnymi meczami z prądem emocji 300 v! Miasto żyje żużlem na ziemi i na wysokościach. Chwała im wielka: na stadionie i nad nim, jak w niebie. Atmosfera czegoś wyjątkowego, bez reżysera z Hollywood.

Ale spadnijmy bezpiecznie na ziemię, oto pojawił się projekt mini serialu Grand Prix anno 2020. Polska, Dania, Czechy i Polska mają być gospodarzami. Armando Castagna i BSI kombinują jak wozacy do Morskiego Oka. Osiem turniejów, czyli 4 razy po dwie imprezy: Wrocław, Vojens, Praga i Toruń. Good luck. Tak być musi? Co na to koronawirus, który nie daje za wygraną, on czyha, niezależnie od reklam.

Przełożono Grand Challenge do GP z Żarnovicy do Gorican, Słowacja Martina Vaculika odstawiona a szkoda, wybrano już otrzaskany imprezami Gorican. Niech tak będzie, polska strona desygnuje Krzysztofa Kasprzaka jako swojego kandydata, bo wygrał rok temu Złoty Kask. To było dawno, jak jeździ teraz były wicemistrz świata widzimy. Pokazuje speedway, który nie porywa, schematyczny na torze odstaje, więc ironizuję z przesłaniem czy postawiono na… młodzież? A mamy tak wielce utalentowaną. Czy trzeba kogoś ośmieszać dotrzymując słowa za wygranie ZK, albo ratując prestiż polskiego żużla.  Nie zawsze cel uświęca środki. Życzę zatem powodzenia specom od przewidywania. Oczywiście może tak się stać, że KK awansuje do GP i drżę co będzie potem. Z Chorwacji awansuje trzech pierwszych zawodników; turnieje challenge nie są łatwe, ale też nie zawsze kandydaci mają potem co robić w serialu GP. Przypominają mi się dawne czasy, kiedy z tzw. strefy kontynentalnej IMŚ awansowali żużlowcy do finału światowego i oblewali egzamin w konfrontacji z Zachodem. Ale to już było, bo wymieszał się Wschód z Zachodem. Serial GP jest wymagający, “wożenie się” nie ma sensu. Mam myślowe skakanki, oddalam się więc od mistrzostw świata, od włoskiego makaronu, który lubię, lecz nie bardzo znoszę, kiedy mi ktoś nawija go na uszy. Sport jest dyscypliną odważnych decyzji, wręcz pokerowych zagrań i kompromisy bywają kosztowne.

Mamy kolejne covidowe poluzowanie i 50 % widzów może wchodzić na stadiony. Zastrzyk ulgi dla klubów, które z frekwencją są na bakier w kasie. Dobrze, gdyby fani nie siadali gromadnie, bo licho nie śpi a co dopiero wirus wszędobylski. Ostrożność w cenie.

Monopolowy talent czyli Rafał Sz. z Rybnika posiedzi dłużej w areszcie, jest on klasycznym przykładem talentu zmarnowanego przez nałóg. Talent czystej krwi, która od razu była zasilana alkoholem. Rafał zdawał sobie sprawę ze swojego talentu, startował incydentalnie w turnieju Grand Prix, był w Rybniku objawieniem, charakter miał nie tyle górniczy co góralski. Niestety meandry życiowe zaprowadziły go tam, skąd mało widać normalnego świata. Ale jest spóźniony czas na refleksje, tylko żałowanie nie jest pocieszeniem dla bliskich. Rafał Szombierski potrzebował mentora silnego, mocnego autorytetu, który by opanował jego rogaty charakter od początku kariery. Nie było takich dla niego, on łatwo przełamywał bariery a ostatnia jazda samochodem w pijanym widzie była tragiczna w skutkach. Ubolewam, że młodzi ludzie mając wielkie perspektywy rozwoju tracą wszystko. Za krótkie i za szybkie jest życie, żeby w głupi sposób marnotrawić co ono ofiarowało. Oj, Rafał… co się  z twoim życiem porobiło.

Szalejący mały, spolszczony Duńczyk Leon Madsen wygrywa turnieje na obszarze SEC, czyli indywidualnych mistrzostw Europy. Jest szybki, zwinny, potrafi zostać na pierwszym wirażu w tyle i gonić, kombinować, chce być zawsze pierwszy, natura podobna Bartoszowi Zmarzlikowi, który też gna przed siebie finezyjnie. Pierwszy mistrz świata, drugi wice. Przyjemnie patrzeć jak ścigają się obaj, dbają na każdym metrze o fair play, nie ma jazdy na oślep, jest speedway łokieć w łokieć,  porywający serca.

Kiedy trzeci turniej SEC rozgrywano w Rybniku publiczność przypominała Griszy Łagucie exodus z ROW po odbytej karencji. Były gwizdy; tacy są fani: jak kochają, tak nie lubią; rosyjski wojownik zajął drugie miejsce w turnieju. Można sobie czasem przecież pogwizdać, choć lepiej gromko pośpiewać. Mało tego na polskich stadionach, w odróżnieniu od widowisk sportowych poza Polską, dreszcze przebiegają, kiedy kibice Liverpoolu, Barcelony czy Milanu dają głos… Nie będziesz nigdy szedł sam… słynny hymn Liverpoolu. Gwizdy także tam się zdarzają. Daje czadu gwizdami “żyleta” na warszawskiej Legii, lecz jak oni drą się cudownie, gdy leci “Sen o Warszawie”, przejmujący song Niemena. Hymny sportowych klubów mają historię, która utrwala pamięć o drużynach, tworzą oryginalne scenariusze niezapomnianych widowisk.

Jeszcze o SEC, który zawstydza niemrawą FIM. W Gnieźnie odbył się zaległy turniej.

Przypominał chwilami Rajd Paryż/ Dakar. Kurzyło się strasznie a wody brakowało. Susza na torze, Wygrał tym razem rozpędzony jak Pershing Robert Lambert, Anglik wycofał na fotelu lidera SEC Madsena. I dobrze. Coś się dzieje, finał w Toruniu 29 lipca. W VII wyścigu w karambolu z Rosjaninem Andriejem Kudriaszewem ucierpiał Nicki Pedersen /Duńczyk go przeprosił/, pojechał do szpitala z silnym bólem ręki, szkoda, bo liga na karku. Dawno nie widziałem takiego oszczędzania wody. Tumany pyłu były widowiskowe niczym burza piaskowa, lecz to przecież speedway!

Kończę, dzwoni limiter. Patrzę na trybuny stadionów, siedzą ludzie w różnym wieku, jedna wielka rodzina, maski schowane, strach pomyśleć jaka lekkomyślność i jaką może mieć cenę. Żywioł unicestwia nawet betony, dlatego szczęściem jest panoramiczne oglądanie żużla 20 metrów nad ziemią. Po lubelsku.

Marka KIBIC tanieje, ZDROWIE drożeje

 

 

Nie ma fantazji, nie ma fałszu, jest prawda. I liczy się wyobraźnia. Amen? Jest walka. Głos jednego z byłych prezesów gorzowskich Stali, który raz po raz zabiera głos ale niestety czegoś mu brakuje, zapowiadał niedawno, że będzie walczył o mecze żużlowe z kibicami. O laboga… Zgubił poczucie rzeczywistości. Taka wada jak grypa.

Sytuacja z szalonym koronawirusem dynamicznie rozwinęła sieci na całej planecie. Z początku bagatelizowano problem, lecz kiedy okazało się, że zbiera śmiertelne żniwo a w szpitalach zaczęło brakować miejsc, państwa sukcesywnie zaczęły organizować front walki z groźną chorobą, która przede wszystkim najbardziej zagraża starszym wiekiem. A zatem prezesie uwaga.

W poprzednim felietonie sygnalizowałem problem i liczyłem, że żużlowy panteon podejmie mądrą taktykę wobec zbliżającego się niesamowitego sezonu. Zresztą każdy projekt z zewnątrz bazy, jaki by nie był, jest wyraźnie “olewany”, powielanie zadrosnych twarzy, pomysły odrzucane jak zaraza. Panowie vel działacze zrozumcie wreszcie, że nie jesteście niezniszczalni i będziecie trwać w okopach aż do ostatniej kropli wody.

SPORT jest dziedziną, która bez kibiców umiera, oni dają moc, tworzą spektakle. Nigdy nie będziesz szedł sam… słynny hymn piłkarskiego Liverpoolu bije jak dzwon! Jak wypełnić pustkę? Światowa gospodarka, finanse przeżywają ciężkie chwile. Straszne w wielu przypadkach. Zdrowie, życie ludzi zostało wystawione na próbę wojny z koronawirusem. Raczej zdeterminowany bój o przetrwanie. Obyczajowość, tradycja, przyzwyczajenia są elementami, które wtopione w codzienność wydają się nie do ruszenia. Los jednak zawrotnie, bez ceregieli weryfikuje harmonogramy, przyspiesza czas, nie liczy się z nikim i niczym.. “Będę zabiegał o kibiców na trybunach…” Litości. A kto zabezpieczy i zagwarantuje zdrowie, życie…? Sprawiedliwie.

Koronawirus dotarł do Polski i wywraca nasze życie skutecznie. Sport nie jest pod specjalnym nadzorem, jak każda inna dziedzina naszego bytu, muszą być decyzje, które mądrze wybiorą z troską o dobro. Wspólne DOBRO. Empatia, finanse są bezcenne.

Oglądałem onegdaj dramatyczny, fantastyczny mecz Ligi Mistrzów w Liverpoolu, gdzie The Reds przegrali z Atletico Madryt. Ten pojedynek odbył się przy pełnych trybunach/?!/, chyba już ostatni w takiej konstelacji mecz LM: przyjechało ponad 4 tysiące Hiszpanów. Głupota będzie drogo kosztować. Włoska liga piłkarska odwołana, konkursy skoków narciarskich o MŚ zakończyły sezon w Norwegii, oświadczono słusznie, że trochę za późno. Tak. Koncerty, imprezy są odwoływane. Na kiedy? Tego nie wie nikt, nawet niebiosa. Na rynku żużlowym robi się lament a ostateczne decyzje ligowe zapadną w tym tygodniu. Wkrótce premiera sezonu, sparingi drużyn zostały odwołane do końca marca. Nie łudźmy się, tsunami wirusa paraliżuje bezlitośnie, nie oszczędza nikogo. W dalszej perspektywie sezon mistrzostw świata i premiera/ok. 50.000 fanów/ w Warszawie pn. Grand Prix, na Stadionie Narodowym. Ktoś palnął, też prezes ale innego fasonu, że nie wyobraża sobie tego turnieju bez udziału publiczności. A wyobraża skutki pandemi? Nawet VIP –y muszą być pokorne. Nie chcę być złowieszczy, ale chwieje się mocno kalendarz imprez motorowych, marka KIBIC leci na łeb na szyję, a ZDROWIE drożeje jak dolar. Giełda rozmaitości naszej codzienności zmienia obraz. Matowieje tło. Kalejdoskop wydarzeń zacznie chyba hulać bez reklam. Panowie –  umiejętność przewidywania powinna być nominowana na skalę Nobla. Kto szybko daje, dwa razy daje. Ktoś kiedyś mnie obśmiał za ten wers, chytrość go zgubiła.

Szef światowego żużla Armando Castagna mieszkający w najbardziej zagrożonej części Włoch/ północ/, ba, Europy, już puścił sygnał na łamach londyńskiej “ Speedway Star” dotyczący serialu Grand Prix. Armando and company, idźcie po rozum do głowy i zróbcie wreszcie rewolucję; ograniczcie liczbę turniejów, 3 -4 z finałem! BSI da radę, tyle lat brali, mogą raz dołożyć. Krach dotknie innych, potrzebna odwaga i stanowczość.

Nagle kluby płaczą, że zbankrutują bez kibiców a tak prawdę mówiąc, czy kokietowali  bez fałszywek, życzliwie, fanów? Tłumy płaciły, solidarnie, nie raz, nie dwa sugerowałem, że kibiców trzeba dopieszczać…Wszak dają na klubową tacę. Teraz same maski nie wystarczą, nadal mamy brudne foteliki, toalety krzyczące o pomstę, a na mydle nie można się poślizgnąć. Brak samokrytycyzmu rajcuje pychę. “Misiu” tylko kasa?

Trudna piekielnie sytuacja bez wystrzałów i bomb. Oto błyskawicznie napłynęła chińska fala Wuhan i zrobiła ferment jakiego do tej pory świat nie widział. W mega rozmiarze, bez granic, bez szacunku dla każdej populacji, płci i wieku. Wyroki zapadają drastyczne.

Komunikaty codzienne nie są optymistyczne, speedway nie jest osamotniony, inne sporty zmuszone obiektywnymi warunkami podejmują bolesne decyzje. Dla każdego, bo kibice dla sportowców są porywającą rzeką emocji, dają siłę. Bez nich stadiony są martwe, przypominają treningowe sesje. Już zrobiło się szaro, nijako, bezdusznie. Przeczekać? Straty warto obliczać, one już są i nie będą maleć, bo WHO nie widzi na razie kresu dramatu. Oglądałem w TV mecze przy pustych trybunach, bezpłciowe, sportowcy w takiej aurze tracą animusz. Siedzenie w domu jest okupacją telewizji, radia. Drastyczne kwarantanny wywołują arytmie serca. Liczy się jednak finał. Jaki będzie?

Jak aranżować widowiska sportowe, z czego zrezygnować, a co ocalić. Decydujcie.

Błąkają się myśli rozmaite, kalendarz żużlowy musi być zweryfikowany, przekładanie imprez ma drugie dno, bo zabraknie dat. Polski speedway liczy na cud, trwa ciąża decyzji, gdyby żył Rościsław Słowiecki, którzy rządził ongiś żużlem, mielibyśmy już jasność, nie konsultował kto/ Jerzy Szczakiel/ ma pojechać z Andrzejem Wyglendą w finale MŚ par w Rybniku w 1971 roku. Arbitralnie podjął decyzję/taki był/ i obaj wygrali. Słaby zawsze szura nogami. Medytuje a pociąg historii nie czeka i odjeżdża bez gwizdka. Tematy zastępcze cechują charaktery o wątpliwych postawach. Brrr…

Ograniczenie serialu GP jest szansą na jego…  prestiżowe wzmocnienie. Odwołanie bzdurnego turnieju Pucharu Narodów zbawieniem, bo ta impreza jest powszechnie krytykowana, wyrzuciła za burtę atrakcyjne drużynowe mistrzostwa świata. Nikt nie będzie beczał po odwołaniu, wręcz odwrotnie. Czasem los nagle weryfikuje głupoty.

Historia pokazuje, że podejmowane strategiczne decyzje/ jak na wojnach/ albo przegrywają, albo wygrywają batalie. Kompromisy zostawiają niedosyt. Ból głowy.

SPEEDWAY ekscytujący w swoim wizerunku, tradycjach, emocjach, szalonej popularności w polskiej egzystencji musi za każdą cenę przetrwać wirusową nawałnicę; futbol, F- 1, inne dyscypliny sportu, elastycznie zareagowały, bo balansowanie na krawędzi życia i śmierci nie ma sensu. ROZUM jest darem. Na spowiedź przyjdzie czas.

F. Getty