Marka KIBIC tanieje, ZDROWIE drożeje

 

 

Nie ma fantazji, nie ma fałszu, jest prawda. I liczy się wyobraźnia. Amen? Jest walka. Głos jednego z byłych prezesów gorzowskich Stali, który raz po raz zabiera głos ale niestety czegoś mu brakuje, zapowiadał niedawno, że będzie walczył o mecze żużlowe z kibicami. O laboga… Zgubił poczucie rzeczywistości. Taka wada jak grypa.

Sytuacja z szalonym koronawirusem dynamicznie rozwinęła sieci na całej planecie. Z początku bagatelizowano problem, lecz kiedy okazało się, że zbiera śmiertelne żniwo a w szpitalach zaczęło brakować miejsc, państwa sukcesywnie zaczęły organizować front walki z groźną chorobą, która przede wszystkim najbardziej zagraża starszym wiekiem. A zatem prezesie uwaga.

W poprzednim felietonie sygnalizowałem problem i liczyłem, że żużlowy panteon podejmie mądrą taktykę wobec zbliżającego się niesamowitego sezonu. Zresztą każdy projekt z zewnątrz bazy, jaki by nie był, jest wyraźnie “olewany”, powielanie zadrosnych twarzy, pomysły odrzucane jak zaraza. Panowie vel działacze zrozumcie wreszcie, że nie jesteście niezniszczalni i będziecie trwać w okopach aż do ostatniej kropli wody.

SPORT jest dziedziną, która bez kibiców umiera, oni dają moc, tworzą spektakle. Nigdy nie będziesz szedł sam… słynny hymn piłkarskiego Liverpoolu bije jak dzwon! Jak wypełnić pustkę? Światowa gospodarka, finanse przeżywają ciężkie chwile. Straszne w wielu przypadkach. Zdrowie, życie ludzi zostało wystawione na próbę wojny z koronawirusem. Raczej zdeterminowany bój o przetrwanie. Obyczajowość, tradycja, przyzwyczajenia są elementami, które wtopione w codzienność wydają się nie do ruszenia. Los jednak zawrotnie, bez ceregieli weryfikuje harmonogramy, przyspiesza czas, nie liczy się z nikim i niczym.. “Będę zabiegał o kibiców na trybunach…” Litości. A kto zabezpieczy i zagwarantuje zdrowie, życie…? Sprawiedliwie.

Koronawirus dotarł do Polski i wywraca nasze życie skutecznie. Sport nie jest pod specjalnym nadzorem, jak każda inna dziedzina naszego bytu, muszą być decyzje, które mądrze wybiorą z troską o dobro. Wspólne DOBRO. Empatia, finanse są bezcenne.

Oglądałem onegdaj dramatyczny, fantastyczny mecz Ligi Mistrzów w Liverpoolu, gdzie The Reds przegrali z Atletico Madryt. Ten pojedynek odbył się przy pełnych trybunach/?!/, chyba już ostatni w takiej konstelacji mecz LM: przyjechało ponad 4 tysiące Hiszpanów. Głupota będzie drogo kosztować. Włoska liga piłkarska odwołana, konkursy skoków narciarskich o MŚ zakończyły sezon w Norwegii, oświadczono słusznie, że trochę za późno. Tak. Koncerty, imprezy są odwoływane. Na kiedy? Tego nie wie nikt, nawet niebiosa. Na rynku żużlowym robi się lament a ostateczne decyzje ligowe zapadną w tym tygodniu. Wkrótce premiera sezonu, sparingi drużyn zostały odwołane do końca marca. Nie łudźmy się, tsunami wirusa paraliżuje bezlitośnie, nie oszczędza nikogo. W dalszej perspektywie sezon mistrzostw świata i premiera/ok. 50.000 fanów/ w Warszawie pn. Grand Prix, na Stadionie Narodowym. Ktoś palnął, też prezes ale innego fasonu, że nie wyobraża sobie tego turnieju bez udziału publiczności. A wyobraża skutki pandemi? Nawet VIP –y muszą być pokorne. Nie chcę być złowieszczy, ale chwieje się mocno kalendarz imprez motorowych, marka KIBIC leci na łeb na szyję, a ZDROWIE drożeje jak dolar. Giełda rozmaitości naszej codzienności zmienia obraz. Matowieje tło. Kalejdoskop wydarzeń zacznie chyba hulać bez reklam. Panowie –  umiejętność przewidywania powinna być nominowana na skalę Nobla. Kto szybko daje, dwa razy daje. Ktoś kiedyś mnie obśmiał za ten wers, chytrość go zgubiła.

Szef światowego żużla Armando Castagna mieszkający w najbardziej zagrożonej części Włoch/ północ/, ba, Europy, już puścił sygnał na łamach londyńskiej “ Speedway Star” dotyczący serialu Grand Prix. Armando and company, idźcie po rozum do głowy i zróbcie wreszcie rewolucję; ograniczcie liczbę turniejów, 3 -4 z finałem! BSI da radę, tyle lat brali, mogą raz dołożyć. Krach dotknie innych, potrzebna odwaga i stanowczość.

Nagle kluby płaczą, że zbankrutują bez kibiców a tak prawdę mówiąc, czy kokietowali  bez fałszywek, życzliwie, fanów? Tłumy płaciły, solidarnie, nie raz, nie dwa sugerowałem, że kibiców trzeba dopieszczać…Wszak dają na klubową tacę. Teraz same maski nie wystarczą, nadal mamy brudne foteliki, toalety krzyczące o pomstę, a na mydle nie można się poślizgnąć. Brak samokrytycyzmu rajcuje pychę. “Misiu” tylko kasa?

Trudna piekielnie sytuacja bez wystrzałów i bomb. Oto błyskawicznie napłynęła chińska fala Wuhan i zrobiła ferment jakiego do tej pory świat nie widział. W mega rozmiarze, bez granic, bez szacunku dla każdej populacji, płci i wieku. Wyroki zapadają drastyczne.

Komunikaty codzienne nie są optymistyczne, speedway nie jest osamotniony, inne sporty zmuszone obiektywnymi warunkami podejmują bolesne decyzje. Dla każdego, bo kibice dla sportowców są porywającą rzeką emocji, dają siłę. Bez nich stadiony są martwe, przypominają treningowe sesje. Już zrobiło się szaro, nijako, bezdusznie. Przeczekać? Straty warto obliczać, one już są i nie będą maleć, bo WHO nie widzi na razie kresu dramatu. Oglądałem w TV mecze przy pustych trybunach, bezpłciowe, sportowcy w takiej aurze tracą animusz. Siedzenie w domu jest okupacją telewizji, radia. Drastyczne kwarantanny wywołują arytmie serca. Liczy się jednak finał. Jaki będzie?

Jak aranżować widowiska sportowe, z czego zrezygnować, a co ocalić. Decydujcie.

Błąkają się myśli rozmaite, kalendarz żużlowy musi być zweryfikowany, przekładanie imprez ma drugie dno, bo zabraknie dat. Polski speedway liczy na cud, trwa ciąża decyzji, gdyby żył Rościsław Słowiecki, którzy rządził ongiś żużlem, mielibyśmy już jasność, nie konsultował kto/ Jerzy Szczakiel/ ma pojechać z Andrzejem Wyglendą w finale MŚ par w Rybniku w 1971 roku. Arbitralnie podjął decyzję/taki był/ i obaj wygrali. Słaby zawsze szura nogami. Medytuje a pociąg historii nie czeka i odjeżdża bez gwizdka. Tematy zastępcze cechują charaktery o wątpliwych postawach. Brrr…

Ograniczenie serialu GP jest szansą na jego…  prestiżowe wzmocnienie. Odwołanie bzdurnego turnieju Pucharu Narodów zbawieniem, bo ta impreza jest powszechnie krytykowana, wyrzuciła za burtę atrakcyjne drużynowe mistrzostwa świata. Nikt nie będzie beczał po odwołaniu, wręcz odwrotnie. Czasem los nagle weryfikuje głupoty.

Historia pokazuje, że podejmowane strategiczne decyzje/ jak na wojnach/ albo przegrywają, albo wygrywają batalie. Kompromisy zostawiają niedosyt. Ból głowy.

SPEEDWAY ekscytujący w swoim wizerunku, tradycjach, emocjach, szalonej popularności w polskiej egzystencji musi za każdą cenę przetrwać wirusową nawałnicę; futbol, F- 1, inne dyscypliny sportu, elastycznie zareagowały, bo balansowanie na krawędzi życia i śmierci nie ma sensu. ROZUM jest darem. Na spowiedź przyjdzie czas.

F. Getty

108, 45 i 222 oraz reszta

ru-0-r-660,660-q-80-n-bbd57115ed3ca1ba1184b3c561b49422PaYpBSDWiren

Smutny sobotni poranek. Zmarła w Warszawie IRENA SZEWIŃSKA/ 72 lata/, najwybitniejsza polska lekkoatletka, jedna z najlepszych w historii światowego sportu. Była szybsza od wiatru, wygrywała z czarnoskórymi biegaczkami na mistrzostwach świata i olimpiadach, multimedalistka, ikona, legendarna, znana na całym globie. Fenomen biegów, nazywana gazelą. Należała do elitarnego grona Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w Polsce działaczka i osoba dla której sportowa rodzina była serdecznym domem. Bywałem z Panią Ireną na licznych spotkaniach organizowanych przez jedną ze sportowych gazet, gdzie przekazywała swoje doświadczenia i były to zwykle wydarzenia. Postać światowego formatu. Sport potrzebuje takich ludzi, którzy swoimi karierami dają satysfakcję milionom. Irena Szewińska przegrała ostatni życiowy wyścig, choroba była szybsza tym razem. Niestety. Przykro, smutno. RIP.

Inny wymiar smutku dostarczyli wypieszczeni na maksa piłkarze, którzy “wyparowali” z Mundialu. Przegrali dwa spotkania, ostatnie wygrane można oznaczyć jako przegrane w kategoriach fair play. Dla sportu taki mecz, jak z Japonią jest porażką. Ktoś wyraził opinię, że Polacy grali tak, jakby nie chcieli wygrać. Trudna do zrozumienia teza. Tłumaczenia były żenujące, trener reprezentacji wyczerpał swój repertuar a sztab szkoleniowy w liczbie kilkunastu osób powinien zapłacić koszty pobytu w luksusach Soczi. Nie ma co “pieścić się” w takich przypadkach z frustratami, którym rosyjski Mundial udwodnił wyraźnie w jakim miejscu jest aktualnie polski futbol. Koniec, kropka.

No a teraz speedway. Elita powróciła do mistrzostw świata w singlu. W duńskim Horsens odbył się kolejny turniej Grand Prix z finałem bez Polaka/ów/. W mistrzostwach startuje czterech polskich zawodników, czyli jedna czwarta. Najbliżej finału był Bartosz Zmarzlik, który potrącił w decydującym wyścigu Duńczyka Nickiego Pedersena i został słusznie wykluczony. Gorzowianin powiedział, że nie czuje się winny. Nie spotkałem się jeszcze z reakcją wykluczonych zawodników w sytuacjach upadków, żeby przyznawali się do winy. Nicki Pedersen jest ulubionym zawodnikiem niektórych komentatorów telewizyjnych, którzy uważają go za rozrabiakę na torze. W tym przypadku trąbiono, że Nicki lubi się przewracać. Lansowanie opinii tego typu jest przeinaczaniem faktów i takie brednie można tłumaczyć niewidomym, z całym szacunkiem dla nich. Impreza w Horsens pokazała, że ilość nie znaczy jakość. Maciej Janowski wygrywał tam dwa razy, teraz był w ogonie stawki, nie mówiąc o Przemysławie Pawlickim, który ma inny charakter od brata Piotra. Jak oświadcza szuka rozwiązań, szybkości. Pamiętajmy, to sa mistrzostwa świata i starszy z braci Pawlickich odrabia lekcje w serialu GP słabo, potrzebne korepetycje, które jak wiemy ze szkoły nie zawsze dają efekt, ale czasem tak. Patryk Dudek nie zaliczy występu do udanych. Zakomunikował, że to nie był jego dzień. Jeździ w kratkę i pewnie szuka szybkości. Ma ją Bartosz Zmarzlik/ odpadł w półfinale/, który czasami szczęśliwie wychodzi z karkołomnych opresji. Wygrywa i przegrywa. Bywa cudownie ocalony i ma dużo szczęścia w jazdach na krawędzi. Maciej Janowski był wolny, też to nie był jego dzień. Tak to było z Polakami w Horsens, duńskim obiekcie, który po małym Vojens i stołecznym Parken w Kopenhadze zastąpił te areny.

A co robili inni?

Wygrał swobodny jak ptak Anglik Tai WOFFINDEN/ nr 108/ nazywany przez komentatorów “Tajskim”. Trudno akceptować oficjalnie te ksywy. Jest ich kilka. Woffinden objął pozycję lidera GP, bo dołożył Szwedowi Frederikowi Lindgrenowi. Tai odjeżdża systematycznie. Jest dwukrotnym mistrzem świata i jak powiedział, “bez rodziny byłbym nikim”. Ma urodziwą żonę i małą córeczkę i nie ma zamiaru tyrać na żużlu bez końca, układa w głowie pomysł na życie po zakończeniu kariery. Repertuar na pewno nie będzie banalny. Jest zawodnikiem, który myśli na torze, ucieka ze startu by nikt mu krzywdy nie zrobił, widzi co się dzieje na torze, szuka dogodnych ścieżek a sprzęt ma prędki jak wicher i nie szuka szybkości, bo on ją ma. Podobnie jak inteligencję sportową skonfigurowaną do żużla. Przyjemnie patrzeć na niego w czasie jazdy i po niej. Wyluzowany, pewny swojego motocykla, on nim kieruje rozmyślnie a nie motor jego. Sensowny w teamie i wszystko funkcjonuje profesjonalnie.

Drugi w Horsens był 48 – letni/ pierwsza liczba jest prawdziwa, tak, tak/ Amerykanin ze szwedzkim pobytem Greg HANCOCK/ nr 45/. Kalifornijski weteran żużlowych bitew, zwycięskich, czterokrotny mistrz świata. Dokłada przykładnie, bez litości młodszym. Kondycja, szybkie silniki, rutyna, świadowmy celu i swojego wieku. Jak on to robi? Ano robi, też z zasadą…majątkiem udana rodzina. Hancock przeszedł już do historii żużla długowieczną karierą z prestiżowymi laurami.

Trzeci na podium stanął po raz pierwszy Rosjanin Artiom ŁAGUTA/ nr 222/, skromny, utalentowany zawodnik, który obok Emila Sajfutdinowa jest partnerem do wielkich jazd. Robi systematycznie postępy, pojętny uczeń wchodzący do grona pretendentów.

Z finału odpadł po drugim ostrzeżeniu /WARNING/ Australijczyk Jason Doyle. Szkoda, bo finał byłby ciekawszy. W ostatnim wyścigu wieczoru Hancock trochę nacisnął Woffindena, ale Anglik włączył turbo i odjechał. Pięknie. Tai /odpukać/, jeśli zdrowie mu dopisze, będzie zwycięski po raz trzeci na świecie. Przyjemnie patrzeć na rytm jego jazdy, opanowanie i ucieczki od rywali ścigających się czasami bez głowy. Byle jak.

Z Danii do Polski jest wcale nie tak blisko. Turniej kosztuje dużo sił, zdrowia. Żużlowcy od wielu lat następnego dnia po GP ścigają się w ligowych meczach w Polsce. KURIOZALNA sytuacja, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Speedway jest sportem technicznym, ekstremalnym, wymagającym odstresowania, wypoczynku. Kontroluje się w tej dyscyplinie niedozwolone środki, alkohol. Lekceważy karygodnie natomiast czy zawodnik po upadku po nocnym maratonie, może stanąć do ligowej “bitwy” z wypoczętymi rywalami. Terminowe jazdy po Europie męczą i świadczą o zachwianych normach życia. Panel medyczny Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/FIM/ toleruje takie sytuacje od dawna. Nie wyobrażam sobie, by piłkarze na Mundialu grali mecze dzień po dniu. W innych sportach również, proceder niewyobrażalny. Gdzie odnowa? Żużlowa tradycja w tym przypadku bywa czasem uciążliwa i dobrze jeśli wszystko kończy się szczęśliwie, gorzej jednak, kiedy pech boleśnie okalecza. Wystawiam więc z troską tablicę: WARNING! Bye!

Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

Sport nie istnieje ?

hate_sport_no_sport_allowed_sign_statement_classic_round_sticker-r3c84213e771a468484128564ee4b3df6_v9waf_8byvr_324

To ja dodałem pytajnik do tytułu. A pod takim książkę napisali Jan Sowa i Krzysztof Wolański. Można polemizować, choć nie z wszystkim.

Czy istnieje doba społeczeństwa spektaklu i logika aspiracji? Autorzy oświadczają, że polityka też nie istnieje. Sport ma mainstreamowy charakter. Powołują się na chorwacką pisarkę, która dorzuciła, że nie istnieje także literature, tylko rynek książki.

Kończę ten wątek i snuję swój, może subiektywny, dodam – w oparciu o kilkadziesiąt lat dziennikarstwa, pracy w sporcie jako obserwator i recenzent oraz jako działacz też.

Raz po raz ktoś odkrywa jak Kolumb Amerykę zjawiska współczesnego życia, które są powielane w innej postaci. Ale to już było, tylko inaczej… Doba społeczeństwa spektaklu? A jaka to była era walk gladiatorów? Jakie zienteresowanie i zmuszanie do morderczego końca i wywoływanie nieprawdopodobnych emocji. Jedni walczyli o życie, drudzy delektowali się katorgami. Starożytny Rzym i dzisiejsze bitwy na ringu, w klatkach, rzucanie przeciwników na dechy z hukiem, poszukiwanie sztuczek by przyciągnąć jak największą widownię.

Polityka i sport. Kiedyś i dziś. W epoce Edwarda Gierka sport był postrzegany jako wsparcie sukcesów władzy. Nigdy i żadna władza nie wyprze się sukcesów sportu, już w starożytnej Grecji olimpijskim zwycięzcom stawiano pomniki. Ze sportowymi mistrzami dziś spotykają się bardzo chętnie i prezydent, i premier, wprost wyrywają sobie zwycięzców i chcą być pierwszymi z władzy, którzy pokażą się ludycznie w otoczeniu uwielbianych gwiazd.

Sport potrzebuje władzy a władza sportowych sukcesów.

Zaprezentowania, że sukcesy są w części udziałem rządzących. Hm… i czasem robi się przykro, kiedy mistrzyni olimpijska i świata pokazuje, w jakich warunkach trenuje. A ktoś nie ma gdzie trenować łyżwiarstwa szybkiego, więc musi wyjeżdżać poza granice, żeby zostać mistrzem nad mistrzami o ułamki sekund. Paradoksy, upadki i wzloty.

SPORT istnieje, on jest w każdym czasie pod innym parasolem. Uwielbiamy od zawsze centralne widowiska, świetnie zorganizowane, wzbogacone o scenografię, reżyserię, muzykę, która zostaje wspomnieniami do końca życia. Każda władza chce mieć jak najlepsze imprezy, najwyższej rangi a kogo stać na prowincji na wydarzenia nobilitujące region oraz tamtejszą władzę zaciekle ubiega się o przyznanie organizacji imprez. Normalne i ludzkie. Jest chuć logiki aspiracji.

Mamy raz po raz do czynienia z grupami ludzi, którzy odnoszą się z pogardą do sportu, uważając tę dziedzinę życia za coś gorszego od kulturalnych wydarzeń. Kiedy przygotowywałem jedną ze swoich książek z życia krakowskiej cyganerii, a byłem jej cześcią, tamtejsi celebryci z niedowierzaniem i dużym leceważeniem odnosili się do ustalonego projektu, no bo jak ktoś z związany z dziennikarstwem sportowym, motorowym może wtrącić się w ELYTĘ. To przecież wyższa SKWERA. Zawistni bez granic z kompleksami.

Pewne grupy społeczne zazdroszczą popularności sportu, olbrzymiej zjawiskowości wydarzeń, które gromadzą na stadionach Barcelony, Paryża, Mediolanu czy Londynu komplety kilkadziesiąt tysięcy widzów. Tak istnieje logika aspiracji; ludzie chcą mieć widowiska, być na stadionie, dotknąć mistrza, zrobić selfi. Na domowej kanapie nie ma atmosfery jaką produkuje spontanicznie ponad 50 tysięcy ludzi, zaopatrzonych w akcesoria barw narodowych, śpiewających gromko narodowy hymn i ocierający bez wstydu łzy, kiedy idol wygrywa bądź przegrywa. Wzruszenia migotania serc.

Sport w akcji jest sam w sobie nieprzewidywalnym reżyserem. Magia niespodzianek.

Gol strzelony w ostatnich sekundach odwraca los meczu, centymetr dalej i pewny złoty medal musi oddać ten, który już wyobrażał sobie trofeum na piersiach. Cudne zjawiska wyciskające z ludzi emocje, jak sok z cytryny.

Wybaczcie osobisty wątek. Otóż miałem żonę artystkę sztuk pięknych, której środowisko nie rozumiało sportu a Ona nauczyła się lubić “mój” sport poznając go od podszewki. Nie jest mi obca sztuka i nigdy nie zatrzaskiwałem, i nie zamykam się przed wydarzeniami, które jak koncerty Rolling Stonesów gromadzą tłumy fanów, zafascynowanych długowiecznością trwania tego zespołu. Obok jest malarstwo, film i muzyka genialnego Ennie Morricone, literatura Hrabala, Singera i Głowackiego To uwielbiam. Obok, poezja, wiersze, które czasami i ja produkuję. Mieszanka jak tlen.

Sport w kopercie z napisem KULTURA. Istnieje! Widowiska światowej rangi, milionowe spektrum podziwiające zdobywanie medali. Piekło i niebo.

SPEEDWAY ma odbiorców w każdym przedziale społecznym, bywają na turniejach prezydenci i premierzy, ministrowie i prezesi prestiżowych korporacji. Sportem interesują się ludzie różnej zawodowo konfiguracji. Ciągle zmienia się obraz sportu, bo życie jest inne, jego potrzeby, komercja, świat internetu penetruje dusze, wszechobecna sięć zbliża problemy i wcale ich nie wyostrza, lecz spłaszcza przez łatwiznę dostępu do informacji. Piekielna szybkość i brak odpowiedzialności za słowa.

Sport dopasowuje się elastycznie do współczesności. Inny mamy rynek książki, jest literatura ale i nowe czytanie w sieci, skróty myślowe eliminują wyobraźnię. Inne bajki ale emocje te same, treści wyprane schematami, ankietowymi decyzjami. Świat błyskawicznego komunikowania i wyrażania opinii na oślep. Łupu – cupu!

Mieliśmy społeczeństwa spektaklu i mamy. W przyszłym roku mamy mistrzostwa świata w piłce nożnej w Rosji. Wydarzenie po igrzyskach olimpijskich najważniejsze. Putin walczył o te mistrzostwa jak niedźwiedź syberyjski, wcześniej zdobył zimowe IO w Soczi. Sport nobilituje nie tylko państwa, władców, miasta i prowincje. Pop sport? Kiedyś oglądałem transmisję z kolarskiego Tour de Pologne z metą w Katowicach a TV pokazała z góry ile zieleni ma to miasto i region przemysłowy. Niesamowity obraz, zmieniający opinię krajobrazu hut i kopalń. Katowicki Spodek był miejscem światowych imprez i nie tylko sportowych. Obok niego wyrosło wspaniałe, współczesne centrum kultury rangi światowej. Muzyka, sztuka, sport przeplatają się jak polityka przez gałęzie ludzkiej ciekawości. To wszystko dynamicznie pulsuje tu i teraz! Jest dobrze? Jest inaczej.

Dopingowe melodie

a

Każdy sportowiec chce być najlepszy, wygrać, pokonać rywala, stanąć na najwyższym stopniu podium, sięgnąć po złoty medal i wysłuchać hymnu narodowego. Ambicje, adrenalina, szum medialny, aplauz kibiców, to wszystko kumuluje energię wyzwalającą czasem trudne do zrozumienia decyzje. Sport nie jest wolny od skrzywień, gry faul, poszukiwania takich metod aby łatwiej ograć rywala, wydobyć z siebie moc, która jest sztucznym pokonywaniem stresu. Metody wydobywania z człowieka większej siły historia zna nie od dziś. Dawna NRD, państwo nieistniejące dziś na wschodnich terenach Niemiec, opracowała laboratoryjne metody dające siły, których normalną pracą nie można było osiągnąć. Trening był potęgowany środkami medycznymi, zawodnicy dostawali potem mocy, która wynosiła ich na podium. Przetaczanie krwi, specyfiki wstrzykiwane, tabletki i płyny dawały nieprzeciętną siłę i wygrywano z rywalami, którzy w pocie czoła nie byli w stanie obronić pozycji. Niemieckie laboratoria przeszły do historii ale metody i środki dopingujące wcale nie. Świat sportu nie jest okruchem, jest tortem, który czasem wybornie smakuje, zwłaszcza, kiedy emocje sięgają zenitu; imprezy szczytowe wynoszą sportowców, państwa na topowe miejsca w rankingach. Ten świat zmobilizowanych sił medycznych napotkał jednak na skuteczny opór ludzi, którzy chronią honoru sportowców. Ryzyko zawsze było elementem gry, ryzyko także stosowania specyfików, które dodawały sił, uskrzydlały, wynosiły na piedestał nie tylko solistów, lecz również teamy. Bajkowy świat sportowych rewii, olimpiad, igrzysk, mistrzostw świata, ęuropy, międzykontynentalnych potyczek pokazywanych na ekranach całego świata. Producenci, reklamodawcy żądają wręcz sukcesów. Dodatkowym elementem może być doping i takim się stał, mamy nadal przykłady dyskwalifikacji. Laboratoria opracowujące medykamenty konfrontują się ze sztabami antydopingowymi, stojącymi na straży fair play, uczciwych gier i postaw. I z jednej strony mamy stadiony, bieżnie, tory, pływalnie, boiska, maty i ringi a z drugiej mozolne wykrywanie środków dopingujących, które penetrują ludzkie organizmy. Ryzyko jest ogromne, gdyż kary są bolesne. Jednak nie ma życia bez ryzyka, sportu bez adrenaliny i mega ambicji bycia najszybszym, najlepszym. Świat sportu wariuje nie tylko finansowo, honorując niektórych idoli zarobkami, które dla normalnego człowieka są anormalne i wręcz kosmiczne. Czy to jest normalna sytuacja, że piłkarz/barceloński Messi/ zarabia 50 mln euro rocznie z samego kontraktu, bez reklamowych bonusów?!

SPORT dysponuje potężnymi akcjami, finansami, jest olbrzymią sferą naszego życia, która dzięki przekazom telewizyjnym kształtuje obrazy emocjonalnego wysiłku na stadionach i w halach na poziomie niezapomnianych wydarzeń. W takiej osłonie, jak w kokonie wirują tendencje co zrobić, żeby łatwiej wygrać, pokonać rozum, zaciemnić sytuację zdrowego myślenia o zwycięstwie.

Szaleńczy świat sportu wjechał na szczyty absurdu, bo takim są finanse i sztuczne pozyskiwanie mocy zawodników. Dyskwalifikacje na igrzyskach olimpijskich są przykrym zjawiskiem, zresztą wszędzie, lecz tam doping jest szczytem głupoty przekraczającej wyobraźnię. Pływanie, kolarstwo, lekkoatletyka, podnoszenie ciężarów, boks, biegi narciarskie, to tylko niektóre dyscypliny, które nie mogą “żyć” bez prób używania środków napędzających kondycję.

Speedway nie jest odosobniony w kontekście dopingowych kalkulacji. Ważne w tym ambarasie, żeby sportowiec odnalazł swoje miejsce po dyskwalifikacji, tak bolesnej dla siebie i kibiców, którzy wierzą w ikony. Patryk Dudek, wyjątkowy talent żużlowy miał przypadek, który odcierpiał zawiesznie i rehabilituje się jazdami na krawędzi ryzyka, walczy o medal mistrzostw świata w serialu Grand Prix. Wyprostował się po tym incydencie, uwierzył w siebie oraz idée, że jak nie warto mieszać się w nieczyste sprawy, tak bardzo warto uczciwie wykonywać przesłanie sportowego idola. Nie każdy potrafi, wszystko zależy od wieku, od sytuacji, od wspomagania ludzi życzliwych.

Każdy może zabłądzić, co jednak nie tłumaczy ciągłych wpadek. Oto rosyjska “torpeda”, Grisza Łaguta /rocznik 1984/ został zawieszony po wykryciu u niego środka z listy zakazanych. Jako reprezentant Rosji, nie tylko sam się ukarał zawieszeniem, ale i drużynę, podobnie jako zawodnik rybnickiego klubu ROW. Wpakował w niezłe tarapaty oba zespoły.

Najczęściej sportowcy przyłapani na stosowaniu niedozwolonych środków tłumaczą się naiwnie, że nic nie wiedzieli, że to przypadek etc. Kiedyś polski hokeista na olimpiadzie w Kanadzie tłumaczył się… zjedzeniem paszteciku. No, no dobry pasztet to był ale po powrocie z igrzysk. Fatalne echa i kara, wstyd.

Branie czegokolwiek świadczy nie tylko o głupocie ale i słabości, kompleksach i oszustwie w pięknej dyscyplinie życia jaką jest sport. Czy tak być musi? Władze sportowe tropią konsekwentnie wszelkie próby oszukiwania i bezwzględne zawieszenia są często dramatem w karierze. W historii sportu mamy przykłady permanentnego ryzyka stosowania zakazanych środków, mimo wysokich kar, zawodnicy nie poprzestają na próbach, bo może się uda! Myślenie fatalne w skutkach. Sport sam w sobie niesie z sobą ryzyko, choćby przykrych kontuzji, w żużlu stosowanie takich “gier” jest niebezpiecznym procederem, bo człowiek dosiada maszyny przecież. Niegdyś nie było w speedway’u prób antyalkoholowych, antydopingowych, ufano do czasu i zabrano się do kontroli. Przykład Griszy Łaguty jest kolejnym sygnałem, że nie ma tolerancji dla tych, którzy oszukują nie tylko siebie, lecz środowisko, które wierzy w intencje czyste jak łza.

Można się pomylić.

RYZYKO jest elementem sportu, stosowanie dopingu mega ryzykiem, które nie opłaca się absolutnie. Zburzenie wizerunku jest kosztowną “ inwestycją”, która może się czasem już nigdy nie zwrócić; kariery sportowe nie trwają wiecznie i nie znoszą po prostu plam.

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.

 

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Nie ma życia bez…

 

kuba1

Bez czego? Bez wielu rzeczy, sytuacji ale dla kibiców żużlowych nie ma życia bez speedway’a. Tak to jest i basta. Globalne ocieplenie ma różne odcienie i czasem sypnie śniegiem, coś tam zamarznie, no bo jak jest zima, jest zimno, prawda? Kiedyś już jesienią przygotowywano sie na nadejście zimy, które były srogie w mrozach, wiosna przeciągała premierę a ponieważ utarło się w polskiej tradycji tego sportu, że klasyczne otwarcie ligowego sezonu następuje w drugi dzień Wielkanocy, w Śmigus Dyngus, start zależał w dużej mierze od tego, kiedy ten dyngusowy dzień wypadnie; czy w marcu czy w kwietniu. Treningi na torze były utrapieniem, nie było problemów z jazdami na nartach, ćwiczeniami w hali, ale wyjazdy na tor zawsze są zagadką dla metereologów. Wyjazdy poza granice Polski, na południe Europy graniczyły z cudem, nie było wtedy takich mocnych. Aż tu nagle w małym włoskim LONIGO grupa zapaleńców zrobiła czerwony tor a wiosny pod niebem Italii są przyjemnością dla serca i oka. W pobliżu tego kameralnego miasta, na wsi w manufakturze zaczął się proces robienia silników przez Giuseppe Marzoto, ekscentrycznego zawodnika, kochającego motolotnie, startującego w lidze angielskiej jako Charlie Brown. No, bo jak na Wyspach wypowiadać nazwisko Marzotto? Brown OK. Włoch skończył karierę, był przeciętnym zawodnikiem, bo też speedway w jego kraju jest traktowany jak u nas plus minus szachy. Może trochę przesadziłem, więc proszę o pokutę. Pokutą za grzechy było w Polsce planowanie premiery ligowej, no bo jak Wielkanoc wypadała w połowie marca, to zimna sprawa. A święto ruchome, nie zawsze jest w połowie kwietnia… Lonigo stworzyło zatem szansę na treningi w normalnych warunkach. Polacy mieli tam preferencje z tytułu sympatii. Tego tam wiele razy doświadczyłem. Chętnie przyjeżdżali np. Niemcy albo Duńczycy, bo w Skandynawii mroźno i mało sympatycznie wczesną wiosną. U Marzotto w Monticello di Fara kupował silniki GM dla Wojciecha Żabiałowicza sponsor, nieżyjący już, Edward Walczak. U niego w Toruniu były zimą pomidory pod folią a w Lonigo silniki robiące furorę i jazdy treningowe. Reprezentanci Polski mieli więc dobre przygotowanie we włoskich warunkach. Próbowali też jazd w Chorwacji. Sielanka treningowa trwała dość długo i jak w życiu bywa, wszystko zależy od ludzi. Dziś LONIGO już nie przyciąga żużlowcówa a były tam kiedyś super zawody, turnieje rangi mistrzostw świata. Mały stadion, trochę ludzi, raczej więcej przyjezdnych spoza Włoch, podobna sytuacja zresztą, jak w Pradze na stadionie Marketa. Lonigo zrzekło się praw organizacji Grand Prix na rzecz Terenzano, na przedmieściach Udine. Ale i tam kontakt się wypalił, po prostu Włochy kochają motocykle tylko na dużych szybkościach, rodzą się talenty i na torach Imola, czy Monza śmigają jak gazele. A jaka widownia, no proszę, o ile radowano się, gdy przyszło 10 tysięcy widzów, zaś na wyścigach dziesięć razy więcej! Takie jazdy! W Lonigo skończyły się kariery Armando Castagny, Armando dal Chiele i Valentino Furlanetto, który ma na sumieniu fatalne poturbowanie Edwarda Jancarza. Włosi mieli sprzęt marki GM, szybkie motory, ale trzeba mieć otrzaskanie by je opanować na łukach. A liga włoska, podobna była czeskiej, niemieckiej. Mizeria nie popieprzona. Z Lonigo pochodzi Renzo Giannini, który był szefem światowego żużla przez kilkanaście lat a schedę po nim przejął rodak Castagna. Włosi uwielbiają takie przekazywanie władzy. Lonigo padło, podobnie inne w odbiorze i sympatyczności Terenzano/ Tomasz Gollob został tam mistrzem świata w 2010/.

Czasy się zmieniają wraz z działaczami, rosną bankowe konta albo plajtują. Dawniej, kiedy sport był dotowany przez zakłady pracy, organizowano zgrupowania zimowe w domach wczasowych i to kosztowało tyle, co nic. Komercja jednak zatrzasnęła drzwi przed darmochą. Ale nie jest tak źle, reprezentacja Polski ma zgrupowania w górach, najczęściej w Szklarskiej Porębie, gdzie już dawniej bywali żużlowcy innych klubów. Tym razem była niezła zima, treningi są potrzebne i bez przygotowania kondycyjnego nie ma co wyjeżdżać na surowy tor i łamać kości. No więc bogatszych stać na narty w warunkach*****, biedniejszych w gorszych a zupełnie gołych na treningi w hali, basenie. Zawsze jeszcze można jeździć na rowerze a taki przykład daje non – stop trener kadry seniorów Marek Cieślak. Ten ma zdrowie nie tylko do psów. A młodszy trener, od młodzieżowki Rafał Dobrucki też potrafi wycisnąć pot z delikwentów. Inni klubowi szkoleniowcy bywają nie gorsi.

Żyjemy sezonem, toteż romans z żużlem na progu, już ruszyła machina i kibice poczuli   adrenalinę. Powoli, będzie czas na atrakcyjne wyprawy i doznania. Hitem Ekstraligi będzie na początek mecz w Toruniu ze Stalą Gorzów. Będzie bitwa. Dawniej transfery grzały głowy zimą, teraz wszystko jest posprzątane do końca roku, jeszcze sezon stary się nie skończy a już mamy finalizowanie kontraktów. Brakuje zatem dreszczy w dyskusjach zimową porą, usychają emocje. STOP. Najgorsze mamy za sobą, dyrygenci przygotowują klubowe orkiestry, bo premiera żużlowa w Polsce była zawsze mega wydarzeniem i pamiętam czasy frekwencji w meczach/ łącznie/ najlepszych drużyn na poziomie blisko 100 tysięcy widzów. Gdzie te czasy, “gdzie te prywatki”? Ano odleciały w siną dal. Speedway tradycyjnie przebijał bez trudu futbolistów, a proszę ostatnio dwa mecze ekstraklasy piłkarskiej obejrzało 80 tysięcy kibiców! Mamy wygodne stadiony, mamy konkurencję i świat sportu zwyżkuje, kiedy jaśnieją gwiazdy, idole wygrywają, to oni windują wyczyn, budują atmosferę widowisk niezapomnianych. Dzisiejszy speedway nie jest tak mocny frekwencyjnie, jak dawniej. Bajka się skończyła. Mimo wszystko nie wszyscy ale pędzimy na stadiony, bo przed ekranem TV ten sport nie pachnie, nie pasi. Mamy przedbiegi a wszystko co najlepsze przed nami: LIGA, potem grand mistrzostwa świata i tak będzie do jesieni. Cudownie.