Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

20 metrów szczęścia

 

1280px-Motorspeedway

Nad ziemią! 20 metrów, z takich wysięgników w Lublinie kibice oglądają mecze Motoru. Obraz tej nowości kosmicznie piękny, Artur Bieniaszewski, który powiększa liczbę tych urządzeń rozbi światową karierę. Grand pomysł. Widowiskowa sprawa, z koszy wysięgników trudno wypaść, jest bezpiecznie, obraz bitwy żużlowej jak na stole. Wspaniały pomysł godny upowszechnienia. Ma być coraz więcej tych urządzeń, które  tylko nie zabezpieczają przed deszczem. Burza nagła jest zagrożeniem i wichura diabelska. W porę jednak można przewidzieć takie pogodowe niespodzianki. Dawno temu np. w Rybniku/nie tylko tam/ kibice oglądali mecze wspinając się na topole. Można było zlecieć w dół, acz nie słyszałem o takich przypadkach, bo kibice mają moc. W każdym razie lublinianie raz po raz zaskakują żużlowy świat: jak nie kontraktem przed laty mistrza świata Duńczyka Hansa Nielsena, to brawurowym awansem/ po dłuższej nieobecności/ do elity ligowej i atrakcyjnymi meczami z prądem emocji 300 v! Miasto żyje żużlem na ziemi i na wysokościach. Chwała im wielka: na stadionie i nad nim, jak w niebie. Atmosfera czegoś wyjątkowego, bez reżysera z Hollywood.

Ale spadnijmy bezpiecznie na ziemię, oto pojawił się projekt mini serialu Grand Prix anno 2020. Polska, Dania, Czechy i Polska mają być gospodarzami. Armando Castagna i BSI kombinują jak wozacy do Morskiego Oka. Osiem turniejów, czyli 4 razy po dwie imprezy: Wrocław, Vojens, Praga i Toruń. Good luck. Tak być musi? Co na to koronawirus, który nie daje za wygraną, on czyha, niezależnie od reklam.

Przełożono Grand Challenge do GP z Żarnovicy do Gorican, Słowacja Martina Vaculika odstawiona a szkoda, wybrano już otrzaskany imprezami Gorican. Niech tak będzie, polska strona desygnuje Krzysztofa Kasprzaka jako swojego kandydata, bo wygrał rok temu Złoty Kask. To było dawno, jak jeździ teraz były wicemistrz świata widzimy. Pokazuje speedway, który nie porywa, schematyczny na torze odstaje, więc ironizuję z przesłaniem czy postawiono na… młodzież? A mamy tak wielce utalentowaną. Czy trzeba kogoś ośmieszać dotrzymując słowa za wygranie ZK, albo ratując prestiż polskiego żużla.  Nie zawsze cel uświęca środki. Życzę zatem powodzenia specom od przewidywania. Oczywiście może tak się stać, że KK awansuje do GP i drżę co będzie potem. Z Chorwacji awansuje trzech pierwszych zawodników; turnieje challenge nie są łatwe, ale też nie zawsze kandydaci mają potem co robić w serialu GP. Przypominają mi się dawne czasy, kiedy z tzw. strefy kontynentalnej IMŚ awansowali żużlowcy do finału światowego i oblewali egzamin w konfrontacji z Zachodem. Ale to już było, bo wymieszał się Wschód z Zachodem. Serial GP jest wymagający, “wożenie się” nie ma sensu. Mam myślowe skakanki, oddalam się więc od mistrzostw świata, od włoskiego makaronu, który lubię, lecz nie bardzo znoszę, kiedy mi ktoś nawija go na uszy. Sport jest dyscypliną odważnych decyzji, wręcz pokerowych zagrań i kompromisy bywają kosztowne.

Mamy kolejne covidowe poluzowanie i 50 % widzów może wchodzić na stadiony. Zastrzyk ulgi dla klubów, które z frekwencją są na bakier w kasie. Dobrze, gdyby fani nie siadali gromadnie, bo licho nie śpi a co dopiero wirus wszędobylski. Ostrożność w cenie.

Monopolowy talent czyli Rafał Sz. z Rybnika posiedzi dłużej w areszcie, jest on klasycznym przykładem talentu zmarnowanego przez nałóg. Talent czystej krwi, która od razu była zasilana alkoholem. Rafał zdawał sobie sprawę ze swojego talentu, startował incydentalnie w turnieju Grand Prix, był w Rybniku objawieniem, charakter miał nie tyle górniczy co góralski. Niestety meandry życiowe zaprowadziły go tam, skąd mało widać normalnego świata. Ale jest spóźniony czas na refleksje, tylko żałowanie nie jest pocieszeniem dla bliskich. Rafał Szombierski potrzebował mentora silnego, mocnego autorytetu, który by opanował jego rogaty charakter od początku kariery. Nie było takich dla niego, on łatwo przełamywał bariery a ostatnia jazda samochodem w pijanym widzie była tragiczna w skutkach. Ubolewam, że młodzi ludzie mając wielkie perspektywy rozwoju tracą wszystko. Za krótkie i za szybkie jest życie, żeby w głupi sposób marnotrawić co ono ofiarowało. Oj, Rafał… co się  z twoim życiem porobiło.

Szalejący mały, spolszczony Duńczyk Leon Madsen wygrywa turnieje na obszarze SEC, czyli indywidualnych mistrzostw Europy. Jest szybki, zwinny, potrafi zostać na pierwszym wirażu w tyle i gonić, kombinować, chce być zawsze pierwszy, natura podobna Bartoszowi Zmarzlikowi, który też gna przed siebie finezyjnie. Pierwszy mistrz świata, drugi wice. Przyjemnie patrzeć jak ścigają się obaj, dbają na każdym metrze o fair play, nie ma jazdy na oślep, jest speedway łokieć w łokieć,  porywający serca.

Kiedy trzeci turniej SEC rozgrywano w Rybniku publiczność przypominała Griszy Łagucie exodus z ROW po odbytej karencji. Były gwizdy; tacy są fani: jak kochają, tak nie lubią; rosyjski wojownik zajął drugie miejsce w turnieju. Można sobie czasem przecież pogwizdać, choć lepiej gromko pośpiewać. Mało tego na polskich stadionach, w odróżnieniu od widowisk sportowych poza Polską, dreszcze przebiegają, kiedy kibice Liverpoolu, Barcelony czy Milanu dają głos… Nie będziesz nigdy szedł sam… słynny hymn Liverpoolu. Gwizdy także tam się zdarzają. Daje czadu gwizdami “żyleta” na warszawskiej Legii, lecz jak oni drą się cudownie, gdy leci “Sen o Warszawie”, przejmujący song Niemena. Hymny sportowych klubów mają historię, która utrwala pamięć o drużynach, tworzą oryginalne scenariusze niezapomnianych widowisk.

Jeszcze o SEC, który zawstydza niemrawą FIM. W Gnieźnie odbył się zaległy turniej.

Przypominał chwilami Rajd Paryż/ Dakar. Kurzyło się strasznie a wody brakowało. Susza na torze, Wygrał tym razem rozpędzony jak Pershing Robert Lambert, Anglik wycofał na fotelu lidera SEC Madsena. I dobrze. Coś się dzieje, finał w Toruniu 29 lipca. W VII wyścigu w karambolu z Rosjaninem Andriejem Kudriaszewem ucierpiał Nicki Pedersen /Duńczyk go przeprosił/, pojechał do szpitala z silnym bólem ręki, szkoda, bo liga na karku. Dawno nie widziałem takiego oszczędzania wody. Tumany pyłu były widowiskowe niczym burza piaskowa, lecz to przecież speedway!

Kończę, dzwoni limiter. Patrzę na trybuny stadionów, siedzą ludzie w różnym wieku, jedna wielka rodzina, maski schowane, strach pomyśleć jaka lekkomyślność i jaką może mieć cenę. Żywioł unicestwia nawet betony, dlatego szczęściem jest panoramiczne oglądanie żużla 20 metrów nad ziemią. Po lubelsku.

Marka KIBIC tanieje, ZDROWIE drożeje

 

 

Nie ma fantazji, nie ma fałszu, jest prawda. I liczy się wyobraźnia. Amen? Jest walka. Głos jednego z byłych prezesów gorzowskich Stali, który raz po raz zabiera głos ale niestety czegoś mu brakuje, zapowiadał niedawno, że będzie walczył o mecze żużlowe z kibicami. O laboga… Zgubił poczucie rzeczywistości. Taka wada jak grypa.

Sytuacja z szalonym koronawirusem dynamicznie rozwinęła sieci na całej planecie. Z początku bagatelizowano problem, lecz kiedy okazało się, że zbiera śmiertelne żniwo a w szpitalach zaczęło brakować miejsc, państwa sukcesywnie zaczęły organizować front walki z groźną chorobą, która przede wszystkim najbardziej zagraża starszym wiekiem. A zatem prezesie uwaga.

W poprzednim felietonie sygnalizowałem problem i liczyłem, że żużlowy panteon podejmie mądrą taktykę wobec zbliżającego się niesamowitego sezonu. Zresztą każdy projekt z zewnątrz bazy, jaki by nie był, jest wyraźnie “olewany”, powielanie zadrosnych twarzy, pomysły odrzucane jak zaraza. Panowie vel działacze zrozumcie wreszcie, że nie jesteście niezniszczalni i będziecie trwać w okopach aż do ostatniej kropli wody.

SPORT jest dziedziną, która bez kibiców umiera, oni dają moc, tworzą spektakle. Nigdy nie będziesz szedł sam… słynny hymn piłkarskiego Liverpoolu bije jak dzwon! Jak wypełnić pustkę? Światowa gospodarka, finanse przeżywają ciężkie chwile. Straszne w wielu przypadkach. Zdrowie, życie ludzi zostało wystawione na próbę wojny z koronawirusem. Raczej zdeterminowany bój o przetrwanie. Obyczajowość, tradycja, przyzwyczajenia są elementami, które wtopione w codzienność wydają się nie do ruszenia. Los jednak zawrotnie, bez ceregieli weryfikuje harmonogramy, przyspiesza czas, nie liczy się z nikim i niczym.. “Będę zabiegał o kibiców na trybunach…” Litości. A kto zabezpieczy i zagwarantuje zdrowie, życie…? Sprawiedliwie.

Koronawirus dotarł do Polski i wywraca nasze życie skutecznie. Sport nie jest pod specjalnym nadzorem, jak każda inna dziedzina naszego bytu, muszą być decyzje, które mądrze wybiorą z troską o dobro. Wspólne DOBRO. Empatia, finanse są bezcenne.

Oglądałem onegdaj dramatyczny, fantastyczny mecz Ligi Mistrzów w Liverpoolu, gdzie The Reds przegrali z Atletico Madryt. Ten pojedynek odbył się przy pełnych trybunach/?!/, chyba już ostatni w takiej konstelacji mecz LM: przyjechało ponad 4 tysiące Hiszpanów. Głupota będzie drogo kosztować. Włoska liga piłkarska odwołana, konkursy skoków narciarskich o MŚ zakończyły sezon w Norwegii, oświadczono słusznie, że trochę za późno. Tak. Koncerty, imprezy są odwoływane. Na kiedy? Tego nie wie nikt, nawet niebiosa. Na rynku żużlowym robi się lament a ostateczne decyzje ligowe zapadną w tym tygodniu. Wkrótce premiera sezonu, sparingi drużyn zostały odwołane do końca marca. Nie łudźmy się, tsunami wirusa paraliżuje bezlitośnie, nie oszczędza nikogo. W dalszej perspektywie sezon mistrzostw świata i premiera/ok. 50.000 fanów/ w Warszawie pn. Grand Prix, na Stadionie Narodowym. Ktoś palnął, też prezes ale innego fasonu, że nie wyobraża sobie tego turnieju bez udziału publiczności. A wyobraża skutki pandemi? Nawet VIP –y muszą być pokorne. Nie chcę być złowieszczy, ale chwieje się mocno kalendarz imprez motorowych, marka KIBIC leci na łeb na szyję, a ZDROWIE drożeje jak dolar. Giełda rozmaitości naszej codzienności zmienia obraz. Matowieje tło. Kalejdoskop wydarzeń zacznie chyba hulać bez reklam. Panowie –  umiejętność przewidywania powinna być nominowana na skalę Nobla. Kto szybko daje, dwa razy daje. Ktoś kiedyś mnie obśmiał za ten wers, chytrość go zgubiła.

Szef światowego żużla Armando Castagna mieszkający w najbardziej zagrożonej części Włoch/ północ/, ba, Europy, już puścił sygnał na łamach londyńskiej “ Speedway Star” dotyczący serialu Grand Prix. Armando and company, idźcie po rozum do głowy i zróbcie wreszcie rewolucję; ograniczcie liczbę turniejów, 3 -4 z finałem! BSI da radę, tyle lat brali, mogą raz dołożyć. Krach dotknie innych, potrzebna odwaga i stanowczość.

Nagle kluby płaczą, że zbankrutują bez kibiców a tak prawdę mówiąc, czy kokietowali  bez fałszywek, życzliwie, fanów? Tłumy płaciły, solidarnie, nie raz, nie dwa sugerowałem, że kibiców trzeba dopieszczać…Wszak dają na klubową tacę. Teraz same maski nie wystarczą, nadal mamy brudne foteliki, toalety krzyczące o pomstę, a na mydle nie można się poślizgnąć. Brak samokrytycyzmu rajcuje pychę. “Misiu” tylko kasa?

Trudna piekielnie sytuacja bez wystrzałów i bomb. Oto błyskawicznie napłynęła chińska fala Wuhan i zrobiła ferment jakiego do tej pory świat nie widział. W mega rozmiarze, bez granic, bez szacunku dla każdej populacji, płci i wieku. Wyroki zapadają drastyczne.

Komunikaty codzienne nie są optymistyczne, speedway nie jest osamotniony, inne sporty zmuszone obiektywnymi warunkami podejmują bolesne decyzje. Dla każdego, bo kibice dla sportowców są porywającą rzeką emocji, dają siłę. Bez nich stadiony są martwe, przypominają treningowe sesje. Już zrobiło się szaro, nijako, bezdusznie. Przeczekać? Straty warto obliczać, one już są i nie będą maleć, bo WHO nie widzi na razie kresu dramatu. Oglądałem w TV mecze przy pustych trybunach, bezpłciowe, sportowcy w takiej aurze tracą animusz. Siedzenie w domu jest okupacją telewizji, radia. Drastyczne kwarantanny wywołują arytmie serca. Liczy się jednak finał. Jaki będzie?

Jak aranżować widowiska sportowe, z czego zrezygnować, a co ocalić. Decydujcie.

Błąkają się myśli rozmaite, kalendarz żużlowy musi być zweryfikowany, przekładanie imprez ma drugie dno, bo zabraknie dat. Polski speedway liczy na cud, trwa ciąża decyzji, gdyby żył Rościsław Słowiecki, którzy rządził ongiś żużlem, mielibyśmy już jasność, nie konsultował kto/ Jerzy Szczakiel/ ma pojechać z Andrzejem Wyglendą w finale MŚ par w Rybniku w 1971 roku. Arbitralnie podjął decyzję/taki był/ i obaj wygrali. Słaby zawsze szura nogami. Medytuje a pociąg historii nie czeka i odjeżdża bez gwizdka. Tematy zastępcze cechują charaktery o wątpliwych postawach. Brrr…

Ograniczenie serialu GP jest szansą na jego…  prestiżowe wzmocnienie. Odwołanie bzdurnego turnieju Pucharu Narodów zbawieniem, bo ta impreza jest powszechnie krytykowana, wyrzuciła za burtę atrakcyjne drużynowe mistrzostwa świata. Nikt nie będzie beczał po odwołaniu, wręcz odwrotnie. Czasem los nagle weryfikuje głupoty.

Historia pokazuje, że podejmowane strategiczne decyzje/ jak na wojnach/ albo przegrywają, albo wygrywają batalie. Kompromisy zostawiają niedosyt. Ból głowy.

SPEEDWAY ekscytujący w swoim wizerunku, tradycjach, emocjach, szalonej popularności w polskiej egzystencji musi za każdą cenę przetrwać wirusową nawałnicę; futbol, F- 1, inne dyscypliny sportu, elastycznie zareagowały, bo balansowanie na krawędzi życia i śmierci nie ma sensu. ROZUM jest darem. Na spowiedź przyjdzie czas.

F. Getty

108, 45 i 222 oraz reszta

ru-0-r-660,660-q-80-n-bbd57115ed3ca1ba1184b3c561b49422PaYpBSDWiren

Smutny sobotni poranek. Zmarła w Warszawie IRENA SZEWIŃSKA/ 72 lata/, najwybitniejsza polska lekkoatletka, jedna z najlepszych w historii światowego sportu. Była szybsza od wiatru, wygrywała z czarnoskórymi biegaczkami na mistrzostwach świata i olimpiadach, multimedalistka, ikona, legendarna, znana na całym globie. Fenomen biegów, nazywana gazelą. Należała do elitarnego grona Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w Polsce działaczka i osoba dla której sportowa rodzina była serdecznym domem. Bywałem z Panią Ireną na licznych spotkaniach organizowanych przez jedną ze sportowych gazet, gdzie przekazywała swoje doświadczenia i były to zwykle wydarzenia. Postać światowego formatu. Sport potrzebuje takich ludzi, którzy swoimi karierami dają satysfakcję milionom. Irena Szewińska przegrała ostatni życiowy wyścig, choroba była szybsza tym razem. Niestety. Przykro, smutno. RIP.

Inny wymiar smutku dostarczyli wypieszczeni na maksa piłkarze, którzy “wyparowali” z Mundialu. Przegrali dwa spotkania, ostatnie wygrane można oznaczyć jako przegrane w kategoriach fair play. Dla sportu taki mecz, jak z Japonią jest porażką. Ktoś wyraził opinię, że Polacy grali tak, jakby nie chcieli wygrać. Trudna do zrozumienia teza. Tłumaczenia były żenujące, trener reprezentacji wyczerpał swój repertuar a sztab szkoleniowy w liczbie kilkunastu osób powinien zapłacić koszty pobytu w luksusach Soczi. Nie ma co “pieścić się” w takich przypadkach z frustratami, którym rosyjski Mundial udwodnił wyraźnie w jakim miejscu jest aktualnie polski futbol. Koniec, kropka.

No a teraz speedway. Elita powróciła do mistrzostw świata w singlu. W duńskim Horsens odbył się kolejny turniej Grand Prix z finałem bez Polaka/ów/. W mistrzostwach startuje czterech polskich zawodników, czyli jedna czwarta. Najbliżej finału był Bartosz Zmarzlik, który potrącił w decydującym wyścigu Duńczyka Nickiego Pedersena i został słusznie wykluczony. Gorzowianin powiedział, że nie czuje się winny. Nie spotkałem się jeszcze z reakcją wykluczonych zawodników w sytuacjach upadków, żeby przyznawali się do winy. Nicki Pedersen jest ulubionym zawodnikiem niektórych komentatorów telewizyjnych, którzy uważają go za rozrabiakę na torze. W tym przypadku trąbiono, że Nicki lubi się przewracać. Lansowanie opinii tego typu jest przeinaczaniem faktów i takie brednie można tłumaczyć niewidomym, z całym szacunkiem dla nich. Impreza w Horsens pokazała, że ilość nie znaczy jakość. Maciej Janowski wygrywał tam dwa razy, teraz był w ogonie stawki, nie mówiąc o Przemysławie Pawlickim, który ma inny charakter od brata Piotra. Jak oświadcza szuka rozwiązań, szybkości. Pamiętajmy, to sa mistrzostwa świata i starszy z braci Pawlickich odrabia lekcje w serialu GP słabo, potrzebne korepetycje, które jak wiemy ze szkoły nie zawsze dają efekt, ale czasem tak. Patryk Dudek nie zaliczy występu do udanych. Zakomunikował, że to nie był jego dzień. Jeździ w kratkę i pewnie szuka szybkości. Ma ją Bartosz Zmarzlik/ odpadł w półfinale/, który czasami szczęśliwie wychodzi z karkołomnych opresji. Wygrywa i przegrywa. Bywa cudownie ocalony i ma dużo szczęścia w jazdach na krawędzi. Maciej Janowski był wolny, też to nie był jego dzień. Tak to było z Polakami w Horsens, duńskim obiekcie, który po małym Vojens i stołecznym Parken w Kopenhadze zastąpił te areny.

A co robili inni?

Wygrał swobodny jak ptak Anglik Tai WOFFINDEN/ nr 108/ nazywany przez komentatorów “Tajskim”. Trudno akceptować oficjalnie te ksywy. Jest ich kilka. Woffinden objął pozycję lidera GP, bo dołożył Szwedowi Frederikowi Lindgrenowi. Tai odjeżdża systematycznie. Jest dwukrotnym mistrzem świata i jak powiedział, “bez rodziny byłbym nikim”. Ma urodziwą żonę i małą córeczkę i nie ma zamiaru tyrać na żużlu bez końca, układa w głowie pomysł na życie po zakończeniu kariery. Repertuar na pewno nie będzie banalny. Jest zawodnikiem, który myśli na torze, ucieka ze startu by nikt mu krzywdy nie zrobił, widzi co się dzieje na torze, szuka dogodnych ścieżek a sprzęt ma prędki jak wicher i nie szuka szybkości, bo on ją ma. Podobnie jak inteligencję sportową skonfigurowaną do żużla. Przyjemnie patrzeć na niego w czasie jazdy i po niej. Wyluzowany, pewny swojego motocykla, on nim kieruje rozmyślnie a nie motor jego. Sensowny w teamie i wszystko funkcjonuje profesjonalnie.

Drugi w Horsens był 48 – letni/ pierwsza liczba jest prawdziwa, tak, tak/ Amerykanin ze szwedzkim pobytem Greg HANCOCK/ nr 45/. Kalifornijski weteran żużlowych bitew, zwycięskich, czterokrotny mistrz świata. Dokłada przykładnie, bez litości młodszym. Kondycja, szybkie silniki, rutyna, świadowmy celu i swojego wieku. Jak on to robi? Ano robi, też z zasadą…majątkiem udana rodzina. Hancock przeszedł już do historii żużla długowieczną karierą z prestiżowymi laurami.

Trzeci na podium stanął po raz pierwszy Rosjanin Artiom ŁAGUTA/ nr 222/, skromny, utalentowany zawodnik, który obok Emila Sajfutdinowa jest partnerem do wielkich jazd. Robi systematycznie postępy, pojętny uczeń wchodzący do grona pretendentów.

Z finału odpadł po drugim ostrzeżeniu /WARNING/ Australijczyk Jason Doyle. Szkoda, bo finał byłby ciekawszy. W ostatnim wyścigu wieczoru Hancock trochę nacisnął Woffindena, ale Anglik włączył turbo i odjechał. Pięknie. Tai /odpukać/, jeśli zdrowie mu dopisze, będzie zwycięski po raz trzeci na świecie. Przyjemnie patrzeć na rytm jego jazdy, opanowanie i ucieczki od rywali ścigających się czasami bez głowy. Byle jak.

Z Danii do Polski jest wcale nie tak blisko. Turniej kosztuje dużo sił, zdrowia. Żużlowcy od wielu lat następnego dnia po GP ścigają się w ligowych meczach w Polsce. KURIOZALNA sytuacja, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Speedway jest sportem technicznym, ekstremalnym, wymagającym odstresowania, wypoczynku. Kontroluje się w tej dyscyplinie niedozwolone środki, alkohol. Lekceważy karygodnie natomiast czy zawodnik po upadku po nocnym maratonie, może stanąć do ligowej “bitwy” z wypoczętymi rywalami. Terminowe jazdy po Europie męczą i świadczą o zachwianych normach życia. Panel medyczny Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/FIM/ toleruje takie sytuacje od dawna. Nie wyobrażam sobie, by piłkarze na Mundialu grali mecze dzień po dniu. W innych sportach również, proceder niewyobrażalny. Gdzie odnowa? Żużlowa tradycja w tym przypadku bywa czasem uciążliwa i dobrze jeśli wszystko kończy się szczęśliwie, gorzej jednak, kiedy pech boleśnie okalecza. Wystawiam więc z troską tablicę: WARNING! Bye!

Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

Sport nie istnieje ?

hate_sport_no_sport_allowed_sign_statement_classic_round_sticker-r3c84213e771a468484128564ee4b3df6_v9waf_8byvr_324

To ja dodałem pytajnik do tytułu. A pod takim książkę napisali Jan Sowa i Krzysztof Wolański. Można polemizować, choć nie z wszystkim.

Czy istnieje doba społeczeństwa spektaklu i logika aspiracji? Autorzy oświadczają, że polityka też nie istnieje. Sport ma mainstreamowy charakter. Powołują się na chorwacką pisarkę, która dorzuciła, że nie istnieje także literature, tylko rynek książki.

Kończę ten wątek i snuję swój, może subiektywny, dodam – w oparciu o kilkadziesiąt lat dziennikarstwa, pracy w sporcie jako obserwator i recenzent oraz jako działacz też.

Raz po raz ktoś odkrywa jak Kolumb Amerykę zjawiska współczesnego życia, które są powielane w innej postaci. Ale to już było, tylko inaczej… Doba społeczeństwa spektaklu? A jaka to była era walk gladiatorów? Jakie zienteresowanie i zmuszanie do morderczego końca i wywoływanie nieprawdopodobnych emocji. Jedni walczyli o życie, drudzy delektowali się katorgami. Starożytny Rzym i dzisiejsze bitwy na ringu, w klatkach, rzucanie przeciwników na dechy z hukiem, poszukiwanie sztuczek by przyciągnąć jak największą widownię.

Polityka i sport. Kiedyś i dziś. W epoce Edwarda Gierka sport był postrzegany jako wsparcie sukcesów władzy. Nigdy i żadna władza nie wyprze się sukcesów sportu, już w starożytnej Grecji olimpijskim zwycięzcom stawiano pomniki. Ze sportowymi mistrzami dziś spotykają się bardzo chętnie i prezydent, i premier, wprost wyrywają sobie zwycięzców i chcą być pierwszymi z władzy, którzy pokażą się ludycznie w otoczeniu uwielbianych gwiazd.

Sport potrzebuje władzy a władza sportowych sukcesów.

Zaprezentowania, że sukcesy są w części udziałem rządzących. Hm… i czasem robi się przykro, kiedy mistrzyni olimpijska i świata pokazuje, w jakich warunkach trenuje. A ktoś nie ma gdzie trenować łyżwiarstwa szybkiego, więc musi wyjeżdżać poza granice, żeby zostać mistrzem nad mistrzami o ułamki sekund. Paradoksy, upadki i wzloty.

SPORT istnieje, on jest w każdym czasie pod innym parasolem. Uwielbiamy od zawsze centralne widowiska, świetnie zorganizowane, wzbogacone o scenografię, reżyserię, muzykę, która zostaje wspomnieniami do końca życia. Każda władza chce mieć jak najlepsze imprezy, najwyższej rangi a kogo stać na prowincji na wydarzenia nobilitujące region oraz tamtejszą władzę zaciekle ubiega się o przyznanie organizacji imprez. Normalne i ludzkie. Jest chuć logiki aspiracji.

Mamy raz po raz do czynienia z grupami ludzi, którzy odnoszą się z pogardą do sportu, uważając tę dziedzinę życia za coś gorszego od kulturalnych wydarzeń. Kiedy przygotowywałem jedną ze swoich książek z życia krakowskiej cyganerii, a byłem jej cześcią, tamtejsi celebryci z niedowierzaniem i dużym leceważeniem odnosili się do ustalonego projektu, no bo jak ktoś z związany z dziennikarstwem sportowym, motorowym może wtrącić się w ELYTĘ. To przecież wyższa SKWERA. Zawistni bez granic z kompleksami.

Pewne grupy społeczne zazdroszczą popularności sportu, olbrzymiej zjawiskowości wydarzeń, które gromadzą na stadionach Barcelony, Paryża, Mediolanu czy Londynu komplety kilkadziesiąt tysięcy widzów. Tak istnieje logika aspiracji; ludzie chcą mieć widowiska, być na stadionie, dotknąć mistrza, zrobić selfi. Na domowej kanapie nie ma atmosfery jaką produkuje spontanicznie ponad 50 tysięcy ludzi, zaopatrzonych w akcesoria barw narodowych, śpiewających gromko narodowy hymn i ocierający bez wstydu łzy, kiedy idol wygrywa bądź przegrywa. Wzruszenia migotania serc.

Sport w akcji jest sam w sobie nieprzewidywalnym reżyserem. Magia niespodzianek.

Gol strzelony w ostatnich sekundach odwraca los meczu, centymetr dalej i pewny złoty medal musi oddać ten, który już wyobrażał sobie trofeum na piersiach. Cudne zjawiska wyciskające z ludzi emocje, jak sok z cytryny.

Wybaczcie osobisty wątek. Otóż miałem żonę artystkę sztuk pięknych, której środowisko nie rozumiało sportu a Ona nauczyła się lubić “mój” sport poznając go od podszewki. Nie jest mi obca sztuka i nigdy nie zatrzaskiwałem, i nie zamykam się przed wydarzeniami, które jak koncerty Rolling Stonesów gromadzą tłumy fanów, zafascynowanych długowiecznością trwania tego zespołu. Obok jest malarstwo, film i muzyka genialnego Ennie Morricone, literatura Hrabala, Singera i Głowackiego To uwielbiam. Obok, poezja, wiersze, które czasami i ja produkuję. Mieszanka jak tlen.

Sport w kopercie z napisem KULTURA. Istnieje! Widowiska światowej rangi, milionowe spektrum podziwiające zdobywanie medali. Piekło i niebo.

SPEEDWAY ma odbiorców w każdym przedziale społecznym, bywają na turniejach prezydenci i premierzy, ministrowie i prezesi prestiżowych korporacji. Sportem interesują się ludzie różnej zawodowo konfiguracji. Ciągle zmienia się obraz sportu, bo życie jest inne, jego potrzeby, komercja, świat internetu penetruje dusze, wszechobecna sięć zbliża problemy i wcale ich nie wyostrza, lecz spłaszcza przez łatwiznę dostępu do informacji. Piekielna szybkość i brak odpowiedzialności za słowa.

Sport dopasowuje się elastycznie do współczesności. Inny mamy rynek książki, jest literatura ale i nowe czytanie w sieci, skróty myślowe eliminują wyobraźnię. Inne bajki ale emocje te same, treści wyprane schematami, ankietowymi decyzjami. Świat błyskawicznego komunikowania i wyrażania opinii na oślep. Łupu – cupu!

Mieliśmy społeczeństwa spektaklu i mamy. W przyszłym roku mamy mistrzostwa świata w piłce nożnej w Rosji. Wydarzenie po igrzyskach olimpijskich najważniejsze. Putin walczył o te mistrzostwa jak niedźwiedź syberyjski, wcześniej zdobył zimowe IO w Soczi. Sport nobilituje nie tylko państwa, władców, miasta i prowincje. Pop sport? Kiedyś oglądałem transmisję z kolarskiego Tour de Pologne z metą w Katowicach a TV pokazała z góry ile zieleni ma to miasto i region przemysłowy. Niesamowity obraz, zmieniający opinię krajobrazu hut i kopalń. Katowicki Spodek był miejscem światowych imprez i nie tylko sportowych. Obok niego wyrosło wspaniałe, współczesne centrum kultury rangi światowej. Muzyka, sztuka, sport przeplatają się jak polityka przez gałęzie ludzkiej ciekawości. To wszystko dynamicznie pulsuje tu i teraz! Jest dobrze? Jest inaczej.

Dopingowe melodie

a

Każdy sportowiec chce być najlepszy, wygrać, pokonać rywala, stanąć na najwyższym stopniu podium, sięgnąć po złoty medal i wysłuchać hymnu narodowego. Ambicje, adrenalina, szum medialny, aplauz kibiców, to wszystko kumuluje energię wyzwalającą czasem trudne do zrozumienia decyzje. Sport nie jest wolny od skrzywień, gry faul, poszukiwania takich metod aby łatwiej ograć rywala, wydobyć z siebie moc, która jest sztucznym pokonywaniem stresu. Metody wydobywania z człowieka większej siły historia zna nie od dziś. Dawna NRD, państwo nieistniejące dziś na wschodnich terenach Niemiec, opracowała laboratoryjne metody dające siły, których normalną pracą nie można było osiągnąć. Trening był potęgowany środkami medycznymi, zawodnicy dostawali potem mocy, która wynosiła ich na podium. Przetaczanie krwi, specyfiki wstrzykiwane, tabletki i płyny dawały nieprzeciętną siłę i wygrywano z rywalami, którzy w pocie czoła nie byli w stanie obronić pozycji. Niemieckie laboratoria przeszły do historii ale metody i środki dopingujące wcale nie. Świat sportu nie jest okruchem, jest tortem, który czasem wybornie smakuje, zwłaszcza, kiedy emocje sięgają zenitu; imprezy szczytowe wynoszą sportowców, państwa na topowe miejsca w rankingach. Ten świat zmobilizowanych sił medycznych napotkał jednak na skuteczny opór ludzi, którzy chronią honoru sportowców. Ryzyko zawsze było elementem gry, ryzyko także stosowania specyfików, które dodawały sił, uskrzydlały, wynosiły na piedestał nie tylko solistów, lecz również teamy. Bajkowy świat sportowych rewii, olimpiad, igrzysk, mistrzostw świata, ęuropy, międzykontynentalnych potyczek pokazywanych na ekranach całego świata. Producenci, reklamodawcy żądają wręcz sukcesów. Dodatkowym elementem może być doping i takim się stał, mamy nadal przykłady dyskwalifikacji. Laboratoria opracowujące medykamenty konfrontują się ze sztabami antydopingowymi, stojącymi na straży fair play, uczciwych gier i postaw. I z jednej strony mamy stadiony, bieżnie, tory, pływalnie, boiska, maty i ringi a z drugiej mozolne wykrywanie środków dopingujących, które penetrują ludzkie organizmy. Ryzyko jest ogromne, gdyż kary są bolesne. Jednak nie ma życia bez ryzyka, sportu bez adrenaliny i mega ambicji bycia najszybszym, najlepszym. Świat sportu wariuje nie tylko finansowo, honorując niektórych idoli zarobkami, które dla normalnego człowieka są anormalne i wręcz kosmiczne. Czy to jest normalna sytuacja, że piłkarz/barceloński Messi/ zarabia 50 mln euro rocznie z samego kontraktu, bez reklamowych bonusów?!

SPORT dysponuje potężnymi akcjami, finansami, jest olbrzymią sferą naszego życia, która dzięki przekazom telewizyjnym kształtuje obrazy emocjonalnego wysiłku na stadionach i w halach na poziomie niezapomnianych wydarzeń. W takiej osłonie, jak w kokonie wirują tendencje co zrobić, żeby łatwiej wygrać, pokonać rozum, zaciemnić sytuację zdrowego myślenia o zwycięstwie.

Szaleńczy świat sportu wjechał na szczyty absurdu, bo takim są finanse i sztuczne pozyskiwanie mocy zawodników. Dyskwalifikacje na igrzyskach olimpijskich są przykrym zjawiskiem, zresztą wszędzie, lecz tam doping jest szczytem głupoty przekraczającej wyobraźnię. Pływanie, kolarstwo, lekkoatletyka, podnoszenie ciężarów, boks, biegi narciarskie, to tylko niektóre dyscypliny, które nie mogą “żyć” bez prób używania środków napędzających kondycję.

Speedway nie jest odosobniony w kontekście dopingowych kalkulacji. Ważne w tym ambarasie, żeby sportowiec odnalazł swoje miejsce po dyskwalifikacji, tak bolesnej dla siebie i kibiców, którzy wierzą w ikony. Patryk Dudek, wyjątkowy talent żużlowy miał przypadek, który odcierpiał zawiesznie i rehabilituje się jazdami na krawędzi ryzyka, walczy o medal mistrzostw świata w serialu Grand Prix. Wyprostował się po tym incydencie, uwierzył w siebie oraz idée, że jak nie warto mieszać się w nieczyste sprawy, tak bardzo warto uczciwie wykonywać przesłanie sportowego idola. Nie każdy potrafi, wszystko zależy od wieku, od sytuacji, od wspomagania ludzi życzliwych.

Każdy może zabłądzić, co jednak nie tłumaczy ciągłych wpadek. Oto rosyjska “torpeda”, Grisza Łaguta /rocznik 1984/ został zawieszony po wykryciu u niego środka z listy zakazanych. Jako reprezentant Rosji, nie tylko sam się ukarał zawieszeniem, ale i drużynę, podobnie jako zawodnik rybnickiego klubu ROW. Wpakował w niezłe tarapaty oba zespoły.

Najczęściej sportowcy przyłapani na stosowaniu niedozwolonych środków tłumaczą się naiwnie, że nic nie wiedzieli, że to przypadek etc. Kiedyś polski hokeista na olimpiadzie w Kanadzie tłumaczył się… zjedzeniem paszteciku. No, no dobry pasztet to był ale po powrocie z igrzysk. Fatalne echa i kara, wstyd.

Branie czegokolwiek świadczy nie tylko o głupocie ale i słabości, kompleksach i oszustwie w pięknej dyscyplinie życia jaką jest sport. Czy tak być musi? Władze sportowe tropią konsekwentnie wszelkie próby oszukiwania i bezwzględne zawieszenia są często dramatem w karierze. W historii sportu mamy przykłady permanentnego ryzyka stosowania zakazanych środków, mimo wysokich kar, zawodnicy nie poprzestają na próbach, bo może się uda! Myślenie fatalne w skutkach. Sport sam w sobie niesie z sobą ryzyko, choćby przykrych kontuzji, w żużlu stosowanie takich “gier” jest niebezpiecznym procederem, bo człowiek dosiada maszyny przecież. Niegdyś nie było w speedway’u prób antyalkoholowych, antydopingowych, ufano do czasu i zabrano się do kontroli. Przykład Griszy Łaguty jest kolejnym sygnałem, że nie ma tolerancji dla tych, którzy oszukują nie tylko siebie, lecz środowisko, które wierzy w intencje czyste jak łza.

Można się pomylić.

RYZYKO jest elementem sportu, stosowanie dopingu mega ryzykiem, które nie opłaca się absolutnie. Zburzenie wizerunku jest kosztowną “ inwestycją”, która może się czasem już nigdy nie zwrócić; kariery sportowe nie trwają wiecznie i nie znoszą po prostu plam.

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.