Kreator Morris

Na imię ma Phil. Przejął się bardzo swoją rolą od kiedy on, Walijczyk Morris/40 l./ został dyrektorem serialu Grand Prix i pobocznych turniejów, np. Speedway of Nations, czyli wymysłu międzynarodowego towarzystwa wzajemnej adoracji, które brutalnie wykastrowało dużynowe mistrzostwa świata. To szkoda na rzecz tradycji, która dawno powinna być ostro oprotestowana przez polską stronę światowej grupy trzymającej władzę na czele z Włochem Armando Castagną. Tegoroczny turniej SoN był niebezpieczną parodią marki żużla. Anglicy wobec szalejącej pandemii mądrze wycofali urządzenie turnieju dwudniowego/ pomysł wyciągnięty z grobowca/ w Manchesterze, toteż firma angielska BSI vel FIM szukała gorączkowo organizatora. Bydgoszcz, która już raz uratowała angielskich promotorów, kiedy nie wypaliła impreza Grand Prix w niemieckim Gelsenkirchen, odmówiła po kanclersku – nein. No i zgłodniały żużla Lublin załapał się w roli koła ratunkowego. Strażaka do pożaru. Pytam, czy ten turniej był koniecznością? A dlaczego Castagna nie zrobił mityngu u siebie? Przegrał ze strachem? Wybrano Polskę, bo moi rodacy biorą wszystko, co ze stołu BSI spadnie. Znam przypadki psucia handlowego rynku w walce o organizację imprez GP, jakby to było zbawienie dla wszystkich fanów żużla. Polacy, którzy kilkadziesiąt lat temu byli w wąskim gronie / też Szwedzi/ pomysłodawców takich rozgrywek ufundowali historyczną wazę jako trofeum. I nie byli po latach pytani czy likwidacja DMŚ jest słuszna, czy idiotyczna. Komentarz zbyteczny. Polscy żużlowcy zdominowali drużynowe rozgrywki MŚ, bo szkolą młodzież, mogą wystawić teamy A i B. Likwidacja DMŚ obyła się prawie bezszelestnie, arbitralnie. Prestiż SoN – u jest nijaki. Biało – czerwoni zgarniali wcześniej złoto, nie zawsze było łatwo, lecz zdobywali z hasłem “z błota do złota” i tak było ongiś w Lesznie. Zazdrość Zachodu pozbawiła brutalnie dominatorów i obrońców cennego trofum. A niechże kluby pod egidą Międzynarodowej Federacji Motocyklowej szkolą talenty od Bułgarii, Rumunii po Holandię, Norwegię, Finlandię. Niech ileś tam procent z zysków turniejów Grand Prix idzie na szkolenie pod kontrolą FIM. Konkretny plan. Nic z tego. Wyrżnięto tępym nożem tradycję i piękno tego sportu, stworzno dziwoląg, bo SoN to – ani pary ani drużynowe mistrzostwa świata. Klakierom tego projektu zabrakło wyobraźni i charakteru.

LUBLIN. Koniec sezonu, ambitni i spragnieni żużla tamtejsi niemal fanatycy speedway’a podjęli się  organizacji, lecz mieli pecha, gdyż kapryśne niebiosa nie sprzyjały. Żal mi było ich pracy, wysiłku. Ktoś siedział w hotelu a ktoś grzebał się w błocie na torze. Proszę wystawić rachunek w funtach, dobry teraz kurs. Pierwszy dzień zmaltretowała pogoda, tor i żużlowych robotników. Dyrektor SoN wspomniany na wstępie felietonu Anglik Morris latał po parkingu i torze, jak niektórzy nasi prezesi klubowi. Duńczyk Ole Olsen b. dyrektor serialu GP tego nie robił, poza fatalną wpadką w Warszawie, gdzie maszyna startowa uprzytomniła, że warto mieć rezerwę sprzętową, nie tylko w dolarach. W Lublinie, gdzie żużel mają ludzie w sercu deszcz robił na złość, było zimno, jesień zrobiła kuku. Odwołano pierwszy dzień zawodów mimo dyskusji na lewo i prawo. Drugi dzień był nieco lepszy pogodowo, lecz tor dalej tragiczny. Motor Lublin and company dawali z siebie wszystko. Jedni zawodnicy chcieli jechać, drudzy nie. Latający Morris w firmowym poloz krótkimi rękawami, mimo kilku stopni zimna lansował lato, pochlapany błotem stracił realną ocenę sytuacji. Wszyscy w zimowych kurtkach, czapkach wełnianych a on Mr. PM, nie mylić ze znanym koncernem tytoniowym dwoił się i dziesięciokrotnił. Nadaremnie. Morrisowi było gorąco, nie wiem czy jak wrócił do domu, nie wylądował w pościeli. Bardzo chciał aby zawody się odbyły, zwykle “miota się” na stadionach i nawet kiedy jest sucho każe lać wodę na tor. Teraz niebiosa dały mu pompę.

Termin rezerwowy był jeszcze na trzeci dzień, lecz drugiego wieczora w siąpiącym deszczu i rozlewiskach wody, jakby miejscowa Bystrzyca wylała, po próbach toru wydał decyzję: JAZDA! Nie wszyscy chcieli jechać, nawet znani z odwagi mołodcy Rosjanie, którzy już dwa razy poprzednio zdobyli złote medale. Zwykle w idealnych warunkach sędziowie zarządzają równanie toru, teraz na tym kartoflisku bagiennym rozgwywano wyścig za wyścigiem, byle jechać na siłę, bo 14 wyścigów zapewniało przerwanie regulaminowe tych kuriozalnych zawodów. Była mimo wszystko walka zacięta a jeden z komentatorów  telewizyjnych, już nie pierwszy raz, mówił bezpardonowo o wodzie w majtkach, widać ma złe doświadczenie w tym przypadku. To nie jest śmieszne…

Zawody dojechały do XV wyścigu, doszło nagle do karambolu niebezpiecznie widowiskowego i na szczęście/!/ w skutkach niegroźnego. Phil Morris zarządził szybko koniec zawodów, ze źródeł dobrze poinformowanych, dotarł do mnie sygnał, czy sam tak zarządził, bo powinien w gronie ukraińskiego sędziego/ lwowiak, nb. mieszkający w Krakowie/ Aleksandra Latosińskiego oraz szefa Jury FIM /Piotr Szymański/.

Bohaterską szarżą na oślep, jak sam powiedział, Emil Sajfutdinow wcześniej wygrał wyścig i ten sympatyczny jeździec sprawił, że Rosja po raz trzeci zdobyła złoty medal. Nie był to szczyt Mont Blanc a raczej bagna Dniestru, z pełnym szacunkiem dla ofiarnych działaczy Motoru, w tym Macieja Kuciapy, który ratował “dobytek” na torze. Premia mu się należy w funtach a kożuch z Kurowa/ blisko Lublina/ dla Morrisa z flaszką śliwowicy do herbaty. Tylko prawdziwych kibiców żal, dla nich zostaje piwo “Perła”. I domowa kanapa. Plus kanapki.

Czy warto było na siłę z hasłem: “nie sport a biznes” organizować takie ściganie? Za jaką cenę? Przerwane zawody wzbudziły rozmaite kontrowersje, rozdrażnienie, np. Mark Lemon coch Australijczyków protestował, inni dyskutowali: “skoro już zaczęli, trzeba było skończyć” a może Polacy mieli szansę na złoto? Zdobyli srebro, liczyli na więcej, podobnie Szwedzi a Duńczykom wpadł brązowy medal. Hans Nielsen duński menedżer, który w Lublinie ongiś startował i jest tam… prawie radnym znalazł się na kwarantannie covidovej. Wirus w koronie jest bezlitosny, dopada każdego: mistrza, outsidera… Walor speedway’a nad Bystrzycą został upaprany bezmyślnie; Polacy naharowali się za innych,  wszędobylskiemu Philowi Morrisowi życzę –  mniej ADHD na stadionach. 

SoN’20 Lublin będzie dramatyczną, deszczową historią z mottem ”po co nam to było”.  Dodam: nie wszystko dobre, co jakoś tam się kończy. Pech odleciał na szczęście.

PS. Kreatorów żużla jest kilku. Przedstawię. Jeszcze jedna kwestia, jeszcze taka oto glossa…  speedway w Polsce uciekł z czerwonej strefy covidowej w samą porę, bo już zbliżał się do ściany. Polacy powinni dostać specjalne honorowe wyróżnienie z FIM za uratowanie tego sportu, więc może będzie okazja aby działacze międzynarodowi  uczciwie docenili, co zrobiliśmy dla żużla światowego. Przetrwaliśmy z honorem.

Wyprzedaż dusz?

 

 

No to rym cym cym. Nie ma co owijać w bawełnę, ostatnie tygodnie środowisko, które wie czym jest metanol i jak po nim ściga, zajmowało się i nadal to robi, zawodnikiem wrocławskiego klubu, który wlewał do żyły za dużo, czego nie powinien robić. Noblista, pisarz, poeta, paryżanin Anatol France kiedyś zeznał: “W naturze człowieka leży rozsądne myślenie i nielogiczne działanie”. Sport jest ważną dziedziną życia, nie zawsze ludzie zachowują umiar, nie wszyscy rozumieją, że wynik nie jest ceną, za którą trzeba zapłacić rozumem, stracić go, przy tym przysłowiową twarz. Działania w sporcie bywają różne, pieniądze są niezbędne aby funkcjonować, coraz większe sumy gubią płynność rozumowania. Nie wszystko za wszelką cenę. Speedway jest sportem trudnym, to nie jest skok wzwyż ani rzut oszczepem. Jest sprzęt, silnik wymaga odpowiednich parametrów. Problemy. Aby uzyskać wynik drużynowy potrzebny budżet, który pozwoli skompletować skład gwarantujący osiągnięcia na jakie czeka odbiorca, czyli kibic, także w ostateczności sponsor, który wykłada na stół pieniądze. Dobry gospodarz musi zabiegać o finanse i być racjonalnym płatnikiem, mającym zaufanie wykonawców, mocodawców. W “komponowaniu” budżetów bierze udział sztab ludzi, są odpowiedzialni i są tacy, którzy bujają w przestrzeni, tracą poczucie rzeczywistości i zapominają skąd przyszli.

To nie jest łatwy tekst; bez tanich frazesów, prosto pod powieki.

Czy jeśli ktoś wyłoży na stół potężną kasę i namówi mnie na zmianę nazwiska/ choćby vel taki czy ów/, przyjmę ofertę i skalam przeszłość moich przodków? Tradycja jest świętą rzeczą, są narody, które tradycję stawiają na pierwszym miejscu. Nie może być inaczej, tradycja buduje także przyszłość, jest historią i lekcją obowiązkową dla następców, którzy zawdzięczają markę protoplastom. Znakomita aktorka, piosenkarka o krystalicznym głosie, scenarzystka, producentka filmowa, zdobywczyni Oscara Barbra Streisand z Nowego Jorku, której przodkowie pochodzą z dawnych polskich ziem za naszą wschodnią granicą, o tradycji mówi z estymą jak o religii. Zrobiła wszystko aby uhonorować swojego ojca i urządziła muzeum jego pamięci na Brooklynie. Cześć szczerze oddana i pielęgnowana. Pamiątki historii rodziny, dokonań, zwykłe rzeczy, które zebrane w całość czynią miejsce niezwykłym. Nowy Jork kocha pamięć a Polska wypełniona walecznymi tradycjami, jednak czasem głupotami niszczona, w ostateczności bywa rozsądkiem na szczęście ratowana. Balans nerwów, bo kapryśny los błądzi: karze i nagradza. Płynie rzeka z rwącym nurtem.

Mamy kluby sportowe, których tradycja, sukcesy budzą szczery podziw. Nie wyobrażam sobie Cracovii bez tej nazwy, Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, żużlowe marki wzbogacone o sponsorów nie tracą korzeni, więc broni się Włókniarz Częstochowa, Sparta Wrocław, czy Unia Leszno. Dodatki do nazw klubowych wypełniają skarbce bankomatów. W żużlu pusty sejf grozi upadkiem, czasem końcem sportowego świata.

Edward Jancarz zrobił dla Stali Gorzów tak dużo, że stadion nosi jego imię, zasłużenie. W klubie zaszła zmiana, nie tylko faktem, że mistrzem świata został Bartosz Zmarzlik. Jest nowy, aktywny, komunikatywny prezes Marek Grzyb, wszedł do gabinetu/ otworzył drzwi/ w dobrym momencie, bo złoto mistrza świata promieniuje i przyciąga sponsorów o pokaźnej wartości na rynku reklamowym. Bardzo dobrze, tak się dzieje wszędzie, gdzie sportowiec, drużyna zostają mistrzami, jest głośno i sławnie. Liverpool jest jeden! Popularność ma swoją cenę. Inny był czas, kiedy zwyciężał Jerzy Szczakiel, już inny zupełnie, gdy wygrywał Tomasz Gollob, bo ranga reklamy windowała interes w górę. Syndrom koniunktury non – stop zgarnia walory. Zmarzlik podbił cenę w stylu olimpijskim. Bardzo potrzebny zastrzyk racjonalnej euforii. Kesz nie spada z nieba, wiedzą o tym co sieją i orzą, a pogoda, polityka nie mają wpływu na niebiosa. Słońce raduje serce, deszcz rosi pragnienia.

Doszły mnie wieści, że nowy prezes Stali Gorzów i właściciel Cash Broker nie kryje faktu uzupełnienia vel zmiany nazwy stadionu za cenę wynegocjowaną ze sponsorem, który wrzuci konkretny pieniądz. Już jeden mecenas w tym klubie zaistniał, potężna marka, zapewniająca egzystencję na jaką zasługuje drużyna mistrza świata.

Jednak hola, hola… nie wszystko złote, co świeci.

Gorzów jest miastem usportowionym, speedway dyscypliną, która dzięki talentom, które kiełkują na Ziemi Lubuskiej wywindował się w górę potężnie a Edward Jancarz był postacią wybitną. Jego tragiczna śmierć była szokiem, kariera obfitowała w sukcesy sławiące imię Polski. Startował w lidze angielskiej na Wimbledonie i wyspiarze nie zapomną nigdy jego profesjonalizmu. “Eddy” był w narodowej reprezentacji Polski silnym punktem, indywidualne osiągnięcia i medal brązowy MŚ/ 1968, Goeteborg/ ma znaczenie kolosalne. Następne medale zdobywane razem z innym ziomalem Zenonem Plechem umocowały centrum żużlowe nad Wartą na mapie świata. Z końcem marca odbędzie się XVII/ od 1992 r. z przerwami/ Memoriał Edwarda Jancarza na stadionie jego imienia z udziałem elity polskiej i światowej. Tam nie ma odmowy startu, bo tradycja jest pamiętaniem bogatej, soczystej kariery Edwarda. Stadion Stali Gorzów czeka… Wyobraźmy sobie, że uczestnicy turnieju, kibice już nie idą na stadion Jancarza a na obiekt np. Wrzeciono czy Odlew, albo, albo… Moja wyobraźnia nie sięga konta bankowego klubu. Jancarz pozostanie Jancarzem i kropka. Szukanie i “deptanie” za pieniądze tradycji nie ma racjonalnego tłumaczenia i powoływanie się na inne stadiony, które mają sponsorskie nazwy, nie ma sensu. Każda droga prowadzi do celu? Bez objazdów? Forum kibiców jest zawsze pomocnym narzędziem, bo rekonstrukcja /wzbogacona/ dotyczy nazwy obiektu o imieniu, które rozsławia miasto nie tylko w sportowym środowisku. Refleksja i decyzja o nawet kuszącej ofercie powinna być dla potomności rozumna. Kompromis koczuje w naszej codzienności.

Ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich odbył się w Zakopanem na Wielkiej Krokwi, która nosi imię wspaniałego narciarza, skoczka, patrioty Stanisława Marusarza, jego siostra Helena, narciarka, kurierka tatrzańska została rozstrzelana w 1941 roku przez hitlerowców w Pogórskiej Woli/ jest okazały obelisk/, pod Tarnowem. Zamyśliłem się znów głęboko… Kończę, nadciąga halny. Gdzie Giewont, gdzie Warta.

Gorzowskie w lubuskiej krainie ma treściwą tradycję, swoistą obyczajowość speedway’a. Fani Stali zagorzali w fascynacji i gloryfikowaniu ścigania. Tyle lat obserwuję i zawsze chętnie przyjeżdżam na prestiżowe turnieje. Mistrz tam kłania się mistrzowi. A jakie były początki tego zauroczenia, które owocuje niczym rajska jabłoń? Od Jancarza do Zmarzlika czas szybko przeleciał, na bogato; nazwa stadionu jest symbolem i wg. mnie nietykalna, jak biblijna rzeka Jordan. Pozdrawiam prezesa Stali and company spod Wielkiej Krokwi, gdzie górale z ciupagami czczą pamięć… No właśnie!

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Prawdy, fałsze, fantazje: Pieniądze, plebiscyty, pączki

 

52

Karnawał, bale, plebiscyty, pączki z różą nie tylko do kawy. I pieniądze o których w sporcie na dzień dobry mówi się 50.000 euro plus. Pączki bywają różne, bale też a plebiscyty ekscytują szerokie gremium. Mega spotkania osobistości, bale i laurki.

Tradycyjny, najbardziej popularny “Przeglądu Sportowego” chyba zakończy się sukcesem Anity Włodarczyk, młociarki, mistrzyni i rekordzistki świata, która z uśmiechem macha młotem na arenach globu jak Chińczyk pałeczką do ryżu. Piszę o tym, bo lubi żużel jako urodzona rawiczanka i być może spotka się na plebiscytowej scenie laureatów z Bartoszem ZMARZLIKIEM, który jest w grupie, z której kibice będą wybierać dziesiątkę najlepszych polskich sportowców.

Drugim plebiscytem obok którego nie można absolutnie przejść obojętnie jest oczywiście w Lesznie po raz 27. organizowany przez Tygodnik Żużlowy 25 lutego 2017. Bal dla całej społeczności żużlowej, głosowanie, trofea i rockowy luz. Karnawał, pora na relaks ale i przygotowania do nowego sezonu. Co było wiemy a co nas czeka, wie chyba tylko wicepremier Mateusz Morawiecki. Bez żartów jednak na początku roku, kiedy trzej królowie na wielbłądach pędzą do Betlejem. Chcę przypomnieć a propos różnych plebiscytów o człowieku, który na sędziowskim szlaku przecierał drogę jako pierwszy Polak innym. ROMAN CHEŁADZE z Torunia zmarł w 2002 roku, dziś minąłby licznik urodzinowy /1936/ po raz 80. Prowadził kilkanaście prestiżowych imprez, po raz pierwszy jako Polak dwudniowy finał indywidualnych mistrzostw świata w Amsterdamie w 1987 roku, wygrany przez Duńczyka Hansa Nielsena. Był bezkompromisowym arbitrem, cenionym na europejskich arenach no i w polskich potyczkach nie tylko ligowych. Był sędzią, działaczem, zaczynał jako żużlowiec, odpowiadał za sztab sędziowski w ramach Głównej Komisji Sportu Żużlowego oraz infrastrukturę torów. Dla niego nie było przysłowiowego “zmiłuj się”, działacze mieli respekt, podobnie zawodnicy na wszelkich odprawach. Decyzjami wzbudzał szacunek, znał jezyk niemiecki i swobodnie poruszał się na arenie międzynarodowej. Otrzymał wyróżnienia i medale za zasługi przyznawane przez Międzynarodową Federację Motocyklową ale nie był włączony do prac FIM – owskich, choć w ewentualnych wyborach wygrywałby w cuglach. Czasem Polak Polakowi wilkiem… Cheładze miał chore serce, czekał na przeszczep, profesor Zbigniew Religa wiedział o tym, ale niestety Roman nie doczekał operacji. Wspominam o tym, bo w szumie plebiscytowych głosów warto pamiętać o ludziach, którzy otworzyli świat dla innych. Polscy sędziowie mają twardą szkołę praktyczną, bo ile sędziuje przeciętny arbiter z Niemiec, Austrii, nawet Danii czy Szwecji. Pamiętam z przeszłości wpadki zagranicznych debiutantów na ważnych turniejach, kompromitacja to łagodne słowo dla takich incydentów. Gubili się jak dzieci we mgle… Nie ma oczywiście bezbłędnych sędziów, w futbolu teraz jest ich aż pięciu i nadal mamy karygodne wypaczenia wyników. Człowiek bywa omylny, lecz rzecz w tym by skutecznie eliminować “wielbłądy”. W żużlu obraduje w ramach elitarnych imprez JURY FIM i co z tego? Jest kontrola torów, długie dyskusje, kanapki, napoje i koszty rosną a sędziowie i tak pozostają za pulpitem samotni, z nieomylnym tylko podglądem TV. Czy w wyniku obradowania jury nie ma kontrowersji, telefonów zbulwersowanych zawodników do sędziego?

W Polsce funkcja komisarzy d/s torów jest nijaka, oczywiście poza honorariami. Jest więc dodatkowa kontrola i co wynika? Ąpologeci tego pomysłu twierdzą, że sytuacja z torami poprawiła się, jednak taka opinia jest mocno dyskusyjna. Sędzia był kiedyś “carem” na stadionie, dziś zabrano mu niektóre “zabawki” ale i tak to ON odpowiada za wizerunek i jakość widowiska.

Dni bez żużla mijają szybko, ledwie skończył się sezon a już myślimy o nowym. Brakuje zimą halowych turniejów w Europie. Eskapady na Antypody organizowane kiedyś przez Ivana Maugera skończyły się wraz z upływem wieku tego multimedalisty MŚ. Brakuje kontynuacji, koszty liczy każdy, zgrupowania krajowe nie szukają lokalizacji w ciepłych rejonach. Na szczęście przy globalnym ociepleniu warunki w Polsce sprzyjają szybszym wyjazdom wiosną na tor. W internecie nie znajdziemy zapachu żużla, jest on tylko na stadionach.

Sikorki zaćwierkały, że Tomasz Gollob za to co zrobił dla polskiego żużla powinien mieć… pomnik. W Polsce pomnikomania jest powszechna, w zależności od władzy jest większa albo mniejsza i ciągle przybywa tablic pamiątkowych i obelisków. Zasługi Tomasza Golloba są duże, w innych sportach nie brakuje również postaci, olimpijczyków z medalami, arcymistrzów aren. Gollob jeszcze jeździ, jego końcówka kariery przypomina aktualnie starty też “pomnikowej” narciarskiej biegaczki Justyny Kowalczyk, która ciągle chce, walczy charakternie, lecz ciężko z wygrywaniem.

W tytule znalazły się pieniądze, walor bardzo poszukiwany ale i wydawany na lewo i prawo. Gigantyczne zarobki piłkarzy biją rekordy filmowych gwiazd, kompozytorów dzieł i artystów sztuk pięknych. Wypłaty w tenisie są chorym przykładem, jak bez skrupułów honoruje się wybrańców, podobnie golfistów, którzy trafiają do dziurki tam, gdzie wzrok nie sięga. Myślę, że niektórych z elity sportowej już nie cieszą te fortuny, błądzą w podatkach, frustrują odczuwalnie. Dziecko cieszy się każdą zabawką ale kiedy nagle dostaje komputer, to za chwilę chce już lepszy. Hamulce są konieczne. Wprawdzie motocykle żużlowe nie mają hamulców, to generalnie speedway nie jest tak dopieszczany finansowo jak inne sporty. A cena życia w żużlu jest bardzo wysoka.

Miejmy zawsze szacunek do wyników, medali i sprawiedliwie, realnie oceniajmy osiągnięcia. Talent, praca, jeśli jest konsekwentna, kształtuje od premiery charaktery zawodników, pod jednym oczywiście warunkiem, że rozum wygrywa z głupotą. Pieniądze są konieczne, plebiscyty mamy prestiżowe a pączki najlepsze tylko z różą.

Nowa książka już wiosną!

Pragnę poinformować wszystkich kochających żużel, że już wiosną (raczej pożniejszą) na rynku książkowym pojawi się najnowsza moja publikacja, która będzie podsumowaniem blisko 30 lat obecności w żużlu. Znajdą się tam wspomnienia, sylwetki postaci świata speedwaya – polskiego i światowego, zdjęcia. Chcę żeby była to pozycja poruszająca, inspirująca, taka do której będzie się wracać i przekazywać pokoleniom. Taka mam nadzieję. O przygotowaniach będę na bieżaco informować na moim blogu!