15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.

Królewskie/ GB/ lekcje

GB… Great Britain, oznaczenia na samochodach. Wyspy, gdzie królowa rządzi a speedway sprowadzony został z podległej Australii. Pojechał na koniec świata Johnnie Hoskins i spodobały mu się wyścigi na motocyklach, więc postanowił spróbować jazd tylko w lewo i na motorach bez hamulców w Anglii. W północnym Londynie zaczęła się zabawa, która prawie 100 lat temu opanowała serca fanów, dirty – track, potem pojawiła się nazwa speedway, zaś u nas żużel, porywający dusze, wywołujący dreszcze emocji. Spleen. Anglicy od razu “kupili” ten rodzaj sportu, zaaranżowali na stadionach, zaczęła się walka, mistrzostwa, ligowe rozgrywki. Bary na stadionach zajęte, raz piwo, potem wyścigi, wieczorna pora dodawała fantastycznych wrażeń, sypały się iskry spod okutego stalą lewego buta. Covery muzyczne, kanapka, piwo, jazdy szalone na torach o różnych parametrach. Karambole, puchary, hity płytowe i okruchy żużlowej nawierzchni na twarzach, ubiorach. Festyny, fajerwerki wciągające jak gąbka wodę. Urodził się kult. Odrębność. Speedway był trendy. Gazety GB opisywały zdarzenia futbolowe, golfa, lekkoatletykę, gonitwy koni i psów, krykieta, speedway miał swoje, mniejsze miejsce, bez specjalnego  szumu medialnego, pierwszym, legendarnym bastionem był stadion Wembley, ikona sportowych obiektów światowych, Mekka piłkarskich fantastycznych szczytów, zaciekłe gonitwy chartów – hazardu bez końca, no i speedway’a, który gromadził ponad 90 tysięcy fanów. Zamieniali oni stadion oraz okolice w niecodzienny jarmark rozmaitości. Obrazki niepowtarzalne, wyścigi ściskające serca, wywołujące niemal ekstazę, bo ogłuszający doping wciskał wykonawców na murawie, na torze –  w ziemię. Show. Extrema bajeczna.

Warto było mi to przeżyć, choć tylko trzy razy/ 1975, 1978, 1981/ jeszcze na starym Wembley, gdyż po liftingu speedway tam nie wrócił. Pamiętam szczegóły dokładnie. Unosiła mnie fala euforii, wracałem napompowany super żużlową estradą. Londyn był długo miejscem, gdzie kończył się sezon międzynarodowy z koronnym finałem mistrzostw świata. Opisywałem w jednym z poprzednich felietonów, jak na Wembley dokonywały się mistrzostwa, zapoczątkowane jeszcze przed II Wojną Światową. Pierwszym poza Wyspami finałem był turniej w Szwecji, w Malmoe/ 1961/ i wyrastaniem/ wcześniej wygrał MŚ w Londynie/ gwiazdy Ove Fundina. Potem przyszła kolej też na Polskę, bo moi rodacy byli aktywnymi działaczami z autorytetem, potrafili zorganizować nie tylko we Wrocławiu finał marzeń a żużlowcy z orłem na piersiach wygrywać, nie tylko tam.

Zanim jednak wyląduję w rodzimym krajobrazie, zatrzymam się jeszcze w Anglii, bo dała ona żużlowo światu, choć nie była kolebką tego sportu, kulturę, ukształtowała styl widowisk. Wciągały magnetycznie. O ile na Antypodach trudno było o regularną ligę, to na Wyspach pomyślano gibko o rozgrywkach, które przyciągały kibiców, funty promotorom wpadały do kieszeni, zbudowano system do powielania. Nie myślano za wiele o unifikacji torów, miały geometrię zróżnicowaną, dzięki temu jazdy były porywające, atutem był refleks zawodnika, uparta walka od startu do mety, bo nie koniecznie wygrywał ten, kto wystrzelił pierwszy spod taśmy. Ograniczenia przyszły potem. Regulaminy są potrzebne, dbałość o bezpieczeństwo, lecz wyszukiwanie rygorów  prowadzi przesadnie do eliminacji piękna imprez. Jakości, ponieważ oprócz równania toru, polewania wodą obserwujemy np. na polskim gruncie do znudzenia niezrozumiałe powtórki startów. Patologia zjawiska irytującego zawodników i obserwatorów.

W polskiej lidze na podstawie spuchniętych regulaminów obsesją arbitrów są starty. Co to znaczy, że ktoś ukradł start? Jest taśma, zielone światło, każdego adepta uczy się cierpliwie, żeby był jak indiańska strzała. Ile razy sędziowie karzą żużlowca za piorunujący start?! Ile powstaje kontrowersji, ile traci widowisko na powtórkach, nie tylko w polskiej lidze, także na gruncie Grand Prix. Komu służą idiotyzmy powtórek?  Przy obecnych środkach technicznych, elektronice, sędziowie psują show, okradają zawodnika z refleksu pod taśmą, publiczność nie wytrzymuje takich numerów. A więc pytam, dlaczego tzw. wstrzelenie się zawodnika w przycisk sędziego jest notorycznie karane, jest recydywą “niewolnictwa regulaminu”. Sport jest piękny ale może być brzydkim zjawiskiem za pieniądze, które wykładają kibice. Wcale mi nie ulżyło, lecę na Wyspy Brytyjskie, które od początku nie dobijały żużla regulaminowymi bzdurami Zawsze liczyła się walka, ciasne jazdy, z loterią zwycięstwa do końca. Oczywiście są sprawy wymagające elastyczności, lecz musi być show: sportowy, organizacyjny. Oto motocyklowa corrida na dwóch kółkach, bez ograniczeń psujących atmosferę.

Tor na Wembley miał swoją specyfikę, zdobyć tam mistrzostwo było sztuką, nie tylko ze względu na klasę uczestników. Poziom zróżnicowany, żużlowcy ze strefy tzw. zachodniej mieli lepszy sprzęt od tych zza “żelaznej kurtyny”. Ale w sporcie liczy się jeszcze brawura i fantazja. Wembley było zagadkowe, pierwszy łuk wąski jak przesmyk, więc start był bardzo ważnym momentem, ciasna jazda  na całym dystansie, każdy wiraż inny, nawierzchnia do uporczywej walki, plus, minus 300 metrów bitwy bez hamulców. Cenna była jakość sprzętu, dobór przełożenia. Kilka rzeczy dzieliło jednych od drugich; zawodnicy ze strefy środka i wschodu Europy przegrywali batalię, podglądano mechaników, rozdawano ulubiony czysty alkohol, on jednak nie regulował różnic, dawał tylko na pocieszenie szanse towarzyskie. Podium było tradycyjnie na Wembley trudnym do zdobycia królewskim “pudłem”. Finały MŚ jednodniowymi igrzyskami.

Dlaczego Anglia była takim miejscem kultowym, o którym marzono z kontynentu aby tam się ścigać? Atmosfera. Nauka. Lekcje procentowały. Warto było korzystać z korepetycji. Wyspiarska liga nic nie dawała? To był prawdziwy, męski uniwersytet czterech okrążeń. Eskapady na mecze międzynarodowe były zwykle porażkami sportowymi. Kto mądry starał się jednak permanentnie o wyjazd do angielskich klubów, Polaków bardzo ceniono;  Edwarda Jancarza, Antoniego Worynę, Zenona Plecha, Romana Jankowskiego… innych. Płacono funtami bez złoconych portfeli. Oni chcieli, bo tam była nauka i świat. Po kryzysie w Szwecji, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych cwany coach Bo Wirebrand zebrał młodziutkich chłopaków z talentem i jeździł na test mecze, aż się ukształtowali mistrzowie – Per Jonsson, Tony Rickardsson. A co zrobił Duńczyk Ole Olsen? On dobrze wiedział ile daje angielska liga, więc Hans Nielsen, Erik Gundersen and company podbijali giełdę. Dziś sytuacja w brytyjskim żużlu, jak na świecie z koronawirusem/ wyjątek diamentowy Tai Woffinden/. Wspominam o złotej przeszłości angielskiej, bo obecnie w speedway’u, w sporcie zrobiło się bardzo smutno, globalne zarażenie COVID – 19 powoduje sytuację z której nikt nie wie, kiedy świat się wygrzebie. Syndrom roku przestępnego 2020 wbił nóż w serca, potargał kalendarz i zdewaluował kontrakty. Polskie ligowe bankomaty będą musiały zrewidować wypłaty, niektórym rozpieszczonym asom mentalnie kryzys wyjdzie chyba /acz nie jestem pewny/ na zdrowie. Kto będzie miał pomysł na przetrwanie tej pandemii uratuje sport. Polskie Eldorado pn. Speedway, znormalnieje?  Żadna praca nie hańbi, oto prezes X może nim nie być, wreszcie skasuje szyderczy uśmieszek, zaś gwiazda, której kometa spaliła szare komórki zacznie organiczną pracę. Tam gdzie start, jest meta. To speedway tak ma. Co powiedział kiedyś autor tekstów piosenek pamiętanych Jonasz Kofta? “Pospolitość najwyższą cnotą”.

A moje wspomnienia z dawnych lat może pozwolą w czasie kwarantanny/ mogą trwać bardzo długo/ na rozluźnienie napięcia nerwowego, jakie nas dopadło. Nagle, wyjątkowo groźnie, z niepewnością jutra. Narody mają teraz zupełnie inne priorytety, walczą o inne wartości, w trudnych sytuacjach zwykle mocne charaktery rokują nadzieję. Sito historii odstawia/ nie zawsze/ plewy, daje szanse /nie zawsze/ prawdzie.

Człowiek z panoramicznym horyzontem pisarz, publicysta Leopold Tyrmand, który ofensywnie lansował skutecznie w Polsce jazz w czasach siermiężnych i zakazanych muzycznych trendów, napisał, “prawda najbardziej dotyka tego, który ją wypowiada”. Czy ja się boję? Zgadnijcie.