23 lutego 2009 roku jedziemy do RYBNIKA!

23 lutego Stowarzyszenie Kibiców i Sympatyków Rybnickiego Żużla „ROW Rybnik” organizuje II Ogólnopolski Turniej Halowej Piłki Nożnej Kibiców KILER CUP 2008. Turniej odbędzie się w hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Rybniku Boguszowicach w godzinach od 10.00 do 18.00. Weźmie w nim udział czternaście drużyn z całej Polski.

Sponsorem tytularnym imprezy po raz kolejny została sieć pizzerii KILER. Wśród pozostałych sponsorów należy wymienić firmy: Primo, Prefrow, DomMar, Techmar, Silesia 2000, Pub Amanis, Gont i Regio. Patronat medialny nad imprezą objęły: Telewizja TVT, Radio 90, Tygodnik Rybnicki, Tygodnik Żużlowy oraz www.rybnik.com.pl

Hala w Boguszowicach będzie nie tylko areną zmagań sportowych, ale również miejscem, gdzie spotkać będzie można wielu znamienitych gości.

Organizatorzy postanowili uhonorować byłych żużlowców stanowiących o sile drużyny 12-krotnego Drużynowego Mistrza Polski i zaprosili na turniej Andrzeja Wyglendę, Antoniego Fojcika, Joachima Maja, Piotra Pysznego, Jerzego Gryta, Jana Nowaka, Antoniego Skupienia, Mirosława Korbela i Adama Pawliczka. Zaproszenia otrzymali również Adam Jaźwiecki i Stefan Smołka, dziennikarze zawsze żywo zainteresowani sytuacją w rybnickim klubie. Oprócz gości związanych z Rybnikiem organizatorzy postanowili zaprosić również Andrzeja Szymańskiego, Rafała Wilka, Piotra Winiarza i Krzysztofa Cegielskiego, którzy z powodu odniesionych na torze kontuzji nie mają tak wielu okazji do spotkania z kibicami co czynni zawodnicy. Swoją obecność na turnieju potwierdzili już Andrzej Wyglenda, Joachim Maj, Antoni Fojcik, Antoni Skupień, Adam Pawliczek, Adam Jaźwiecki, Stefan Smołka, Andrzej Szymański, Rafał Wilk i Piotr Winiarz. Organizatorzy za naszym pośrednictwem bardzo serdecznie zapraszają wszystkich sympatyków i kibiców rybnickiego żużla do odwiedzin hali w Boguszowicach 23 lutego. Wstęp na turniej kibiców jest wolny.

Autor: Maciej Prochowski

Więcej: http://sport24.info.pl/cgi-bin/index.pl?mode=news;id=4462

Eddy to był wyjątkowy gość!

smol1

Nie ważny rok, EDWARD JANCARZ już nie jeździ na żużlu, ale jako menedżer jest w podróży z reprezentacją do Anglii i Szkocji. Reprezentacja dużo powiedziane, zlepek kadrowiczów sklecony naprędce przez Marka Kraskiewicza z Pezetmotu; nagle odpada Ryszard Franczyszyn kontuzjowany w Szwecji, Marek Kępa ma nogę w gipsowym bucie ale ma holowniczy hak w Fordzie Sierra. W nowej roli Eddy jedzie znów na Wyspy, które bardzo lubi, tam też go kochają. W Anglii, gdziekolwiek się pojawiał, był marką, ba, firmą.
Jancarz, nickname „Eddy” zawsze dobry dziś do wspomnień.
 
Pierwszy test – mecz na londyńskim Wimbledonie, kibice czekają na Polaków ponad dwie godziny, opóźnienie spowodowane jest strajkiem dokerów i prom z Ostendy do Dover  w końcu przypływa. Tylko dzięki Jancarzowi ekipa dociera na Wimbledon w czasie, kiedy cierpliwość fanów nie skończyła się jeszcze. Drużyna jest bez jednego zawodnika, jeden ze stopą w gipsie, bez ochoty na jazdę. Szef Anglików John Berry wścieka się okrutnie i słyszę „fucki”; Ryszard Dołomisiewicz w pierwszym starcie prostuje motocykl, wali w bandę i ambulans odwozi go do szpitala. Berry  wysyła protestacyjny faks do Pezetmotu, bo polskie tournee jest zagrożone, „Dołek” zwany „ czarną skrzynką” wraca na szczęście bez gipsu do hotelu „Londyn”. To nie był kres pechów, bo kiedy ekipa dotarła za dwa dni do Szkocji, w Edynburgu lało jak z cebra i mecz się nie odbył, potem lanie sprawili nam Anglicy w górniczym Stoke. Jancarz nie poradził, tylko był, zewsząd poklepywany przez angielskich fanów. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, gdyż podczas tej podróży znając Edka tyle lat, dostrzegłem ogromne zmiany w jego zachowaniu. Towarzyszył nam wtedy niezapomniany mechanik gorzowski Edward Pilarczyk, osobisty majster niemal na wszystkich turniejach Jancarza, włącznie z tym epizodem amerykańskim w Los Angeles, gdzie na olimpijskim Colisseum Eddy był w finale IMŚ dziesiąty. Turniej w iście w kowbojskim stylu rozegrano na sztucznej nawierzchni, a stewardem FIM, tak się wtedy nazywała funkcja na finałach MŚ, był numer 1 wśród światowych działaczy Władysław Pietrzak. Los Angeles zapisało się pamiętnym konfliktem pomiędzy Amerykaninem Bruce Penhallem i Anglikiem Kenny Carterem, ten drugi zastrzelił potem żonę i siebie na swojej farmie. Speedway miał swoje życiowe dramaty w wymiarze kryminalnym.
 
Nie ważny rok. Edward Jancarz już nie jest zawodnikiem. Jest menedżerem na półfinał indywidualnych mistrzostw świata w Lublanie. Startują, jego dobry kompan Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, osławiony potem skazaniem, razem ze swoim klubowym kolegą z Zielonej Góry, za zabójstwo. Warszawa, upał niemiłosierny, czekamy na Jancarza. Jedzie do stolicy czerwonym Mercedesem, nie dojeżdża, rozbija auto w rowie, zjawia się lekko sfatygowany i Fiatem 126 p wspomnianego Kraskiewicza, z żużlowymi oponami na dachu, wespół w tym mikrym aucie z rosłym mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem jadą do Lublany. Plech i Błażejczak awansują, „Maluch” wraca do stolicy, lecz czeka go gruntowny remont. Jancarz dał radę. Niesamowita trasa, niemiłosierny upał i auteczko, które wytrzymało taką trasę z wymagającymi pasażerami.
 
Nie ważny rok. Jakaś eliminacja IMŚ w Miszkolcu. Mieszkamy w Tapolcy, gdzie woda w miejscowych grotach jest lecznicza jak balsam. Następnego dnia po zawodach w których Jancarz startował, czekamy na wyjazd, no i Edka nie ma. Wreszcie zjawia się ze szkockim kumplem, żużlowcem George Hunterem. Widać, że mało spali, zabalowali, Szkot był kilka lat starszy od Polaka. Było, minęło. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
 
Ważny rok. 1946, rodzi się w Gorzowie Wielkopolskim kruczowłosy talent, przyszła gwiazda żużla nie tylko na polskim firmamencie. Światowa tęcza. Od razu zaskoczył w Stali i tam pozostał do końca kariery. Ilu takich mamy twardzieli? Mało, którzy mają stadion nazwany swoim imieniem, pomnik i ulicę. Gorzów Wlkp. z Edwardem Jancarzem w herbie. Ile o nim naopowiadał się gorzowski spiker w wymiarze mega ogólnopolskim Krzysztof Hołyński, który dziś niestety jest w ogromnych tarapatach zdrowotnych oraz finansowych. Niektórzy zapomnieli o nim.

Objechałem z Edą, jak nieliczni na niego mówili, Stary Kontynent z przygodami w ramach MŚ. Razem z gorzowianinem a potem gdańszczaninem Plechem startował EJ w mistrzostwach świata par i drużynowych oraz indywidualnie. Jancarz to był ktoś, wierzcie!

Ważny rok, 1968. Ullevi w Goeteborgu. Tam wygrywają Nowozelandczycy Ivan Mauger i Barry Briggs, trzeci jest 22 – letni Edward Jancarz, chłopiec znikąd, ma pięknie ułożoną sylwetkę na motocyklu, klasyk. Wchodzi do historii światowego speedway’a. Zaczyna budować markę. Kilkadziesiąt finałów światowych zapisze na swoje konto, medale, walki do upadłego. Jego sylwetkę mnoży zdjęciami gorzowski fotoreporter, który ma podobny refleks na wirażu jak jego idol, a nazywa się Mirosław Wieczorkiewicz. Żona Edka Halina przeżywa wszystko jako kochająca kobieta wielkiego sportowca, który jest gościem w domu. Na dobrej działce w rodzinnym mieście Jancarz buduje, bodaj jako pierwszy żużlowiec w Polsce, zgrabny dom zwany wtedy szumnie willą. Kto pomyślałby, że kiedyś dojdzie tam do tragedii.
 
Kariera umocniona zostaje startami w Anglii. Na Wimbledonie Edek był solidnym polskim żużlowym robotnikiem. O ile dobrze pamiętam z Johnem z angielskim mechanikiem doskonalili silniki. Marek Cieślak, który mieszkał przez jakiś czas z Edkiem wspomina, że Jancarz godzinami pracował w warsztacie. Weslake, dobre silniki, elastyczne, ale jak mówi Cieślak miały kiepskie popychacze.Za punkt płacono cztery funty, za start dwa i pół. Takie to były czasy. Pożałował Anglik Dave Jessup na popychacza/ dwa funty/ i stracił tytuł mistrza świata na Wembley w pamiętnym roku 1978.Ile warte są dziś dwa funty?
 
Ważny rok, 1978. Złote Gody światowego żużla i oczywiście Wembley, świątynia tego sportu. 90 tysięcy ludzi, niezapomniany wieczór, zaproszono byłych mistrzów świata, pierwszy łuk ciasny, pozostałe każdy inny, to był  ten zaczarowany tor o którym komentator Jan Ciszewski mówił z uwielbieniem i tajemniczym podekscytowaniem. Jancarz z Pilarczykiem pomagają ze swoim motocyklem ziomkowi z Gorzowa Jerzemu Rembasowi, ten jeździ jak w transie w tym niebywałym finale, a wjechał tam z rezerwowego miejsca, gdyż Niemiec Hans Wasserman miał ciężki wypadek. Jeden wyścig z Dave Jessupem zadecydował, że Rembas jest piąty, a startował w wyścigu barażowym o brązowy medal! „Groził” mu życiowy sukces i wyczyn jakiego nie zaliczył nikt z polskich żużlowców na boskim Wembley. Sukces, mimo wszystko, piątego miejsca był także zasługą Jancarza, Pilarczyka i wspomnianego skromnego mechanika z Wimbledonu.
 
– „Zawsze będę pamiętał Eddiego jako mocnego człowieka, profesjonalnego zawodnika, który dobrze przysłużył się Polsce w Anglii” –  powie Phil Rising, szef  „Speedway Star”. Bardzo komplementarne opinie o Jancarzu wydają wszyscy, którzy z nim jeździli, spotykali na torze i poza; w hotelach, na promach, w pubach. Jancarz stworzył swoją markę, dlatego tak chętnie przyjeżdża elita na Memoriały Edka w Gorzowie. Nikt nie odmawia, kto nie… z Polski. Jancarz jest nie do zapomnienia.
 
Nie ważny rok? W Lesznie finał drużynowych mistrzostw świata, nie ma w zespole polskim Jancarza, leży w poznańskiej klinice, dopytują się o niego Anglicy, jadą do niego w odwiedziny. Trudna sytuacja, ale nie beznadziejna. Będzie żył.
 
A jednak ważny rok, 1984, to właśnie wtedy w Gorzowie na meczu Polska – Włochy, utalentowany młody Valentino Furlanetto nie opanowuje motocykla, Jancarz ma przykrą kolizję po której jego życie zawisło na włosku. Gorzów, Poznań. Żona Halina wierna przy mężu, który odzyskuje przytomność i wraca do zdrowia, które jest dla niego jednak innym już życiem, innym etapem po tym fatalnym i dramatycznym wypadku.
 
To co napisałem na początku już dzieje się po wypadku, Jancarz ma inne oblicze. Nie odmienisz losów, nie zmienisz wydarzeń, spadają czasami jak ciosy, przed którymi nie ma obrony – mówi jeden z przyjaciół Edka. Nie był samotny, ale samotny wewnętrznie.

Zawsze lubił życie a życie jego. Kończy karierę w 1986 roku. Mówi do mnie: „Wiesz mam następcę jest nim Piotr Świst, cieszę się, że jeździ tak jak ja”. Świst sylwetką identycznie przypominał swojego mentora, choć nigdy nie dorósł do swojego arcymistrza.
 
Jancarz ma dużo czasu. Lubi towarzystwo. Żona Halina nie wytrzymuje jego trybu życia, odchodzi po tylu latach trudnych zmagań się z gorzowskim idolem. Eddy ma nową żonę, młoda Katarzyna również niespodziewanie nie wytrzymuje napięcia, kiedy były mistrz nie jest w formie i dochodzi do spięcia dramatycznego. Końcowe lata Jancarza po zakończeniu kariery nie są łatwe, pamięta w szczegółach co było 20 lat temu a zapomina, co było przedwczoraj. Trudne momenty, kiedy nie jest się samemu. Pętla jest nieubłagana.
 
Ważna data, 1992. jest karnawał. Styczeń, sobota i zapadła już noc.Rodzinna sprzeczka przeradza się w filmowy kryminał w domu Jancarzów. W ogromnym afekcie młodsza Katarzyna bierze nagle nóż i wbija go z desperacją w pierś męża. Koniec. Nie ma ratunku. Tragedia wyjeżdża w świat. Dowiaduję się o dramacie z radia, odzywa się Londyn, dzwonią już koledzy ze „Speedway Star”, czy to prawda, czy to możliwe, czy Eddy będzie żył. Tym razem już nie. Zgasła gwiazda o dużym dorobku, sportowy świat doznał szoku.

Media mają super tragiczny temat, z udziałem postaci, która stworzyła odrębny rozdział w historii polskiego i światowego żużla. Od 1992 roku rozgrywany jest w Gorzowie Memoriał Edwarda Jancarza. Nieprzerwanie. Jest piękniejący stadion, gdzie uczył się jeździć, gdzie wszystko się zaczęło w jego sportowym życiu, jest pomnik i ulica. I budzone raz po raz wspomnienia. Raz jeszcze ożywają przygody z udziałem wyrazistego charakteru, choć ten charakter został zmiękczony a potem tragicznie unieszkodliwiony. Mamy jezioro żalu.
 
Można napisać i skomponować o nim balladę, którą mógłby zaśpiewać  Maciej Maleńczuk, który również ma niebanalną karierę. Eddy, kiedy zginął miał 46 lat, dziś miałby 63 lata.

Wiecie co? Nie mogę zatrzymać nurtu myśli i wspomnień, ponieważ sporo kilometrów przejechałem w gorzowskich Mercedesach i byłem w różnych miejscach Starego Kontynentu przy okazji finałów światowych. Paka jak się patrzy Plech, Rembas, Pilarczyk i mój bohater Jancarz. Żelazna ekipa. Eskilstuna, Landshut, Londyn, Goeteborg, Praga, Vojens, Olching…Było różnie. Nie ma świętych w takim gronie. Oj, nie.
 
Ważna data, 1979 rok, finał w duńskim Vojens. Ściganie się o tytuły mistrzów świata par. Jancarz 13 punktów, Plech 7 i brązowy medal. 

Ważna data, 1980 rok, finał MŚ par w Krsko na Słowenii. Jancarz i Plech jadą z Anglii, spóźniają się na trening, zawsze mieli jakieś spotkania, diabelnie towarzyscy obaj i z osobna. Prominenci polskiej ekipy Zbigniew Flasiński, Bronisław Ratajczyk i Andrzej Grodzki kręcą nosami, upał czerwcowy jest przy tym nie do zniesienia. Znad rzeki Savy nie ma chłodu. A oni para J – P zmęczeni , lecz zawsze żądni sławy i zwycięstwa zdobywają srebrny medal, przegrywając tylko z wypoczętymi Anglikami. I jak tu nie napić się zimnego piwa? Duet J – P na topie. Anglia, Skandynawia, Australia, USA, polskie tory, niemieckie i czeskie, każde są dobre, nie ma grymaszenia, byle do przodu. Żużlowcy – zawodowcy. Przybliżyli wtedy świat do Polski, co było ogromnym sukcesem i dziś ten cyrkowy świat jeździ na polskich torach. Jest u stóp, każdy as na dotyk. Luksusy spowszedniały.

800px-jancarz_pomnik

EDWARD JANCARZ jest postacią niezapomnianą, gorzowską ikoną godną taśmy filmowej, gdzie sport jest najważniejszy ale poza nim istnieje jeszcze wspaniała i burzliwa proza życia. Jak się okazało to nie sport wyeliminował mistrza z życia, a brutalnie obeszło się z nim drugie ego; coś pękło, nie wytrzymało i jedno pchnięcie kuchennym nożem wyrwało z mocno zakręconego kręgu człowieka, który w tym drugim etapie istnienia nie mógł sobie/ ani inni obok niego/ poradzić ze słabościami. Kiedy to nastąpiło? Postępowało raczej…I nagle zabrnęło w zgubną ciemność. Żal, szok i raz po raz wspomnienia o tym co było i się nie odmieni. Los wyreżyserował film o wspaniałej karierze i nieszczęśliwym zakończeniu. Happy endu nie było. Żalu nie schowasz do szuflady. Jak tęczy i jak jeziora. Jest jak cień obok nas, zawsze pod ręką.

Nie ważny rok…

Ważna prawdziwie męska kariera i tak okrutnie tragiczny koniec z nożem. Życie jest naprawdę zagadkową grą a czasem jakby tylko zwykłą kartką rzuconą na wzburzone wody oceanu. Albo utonie albo popłynie za horyzont. 

Więcej o Edku: http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Jancarz

Co ma Janas do Golloba?

Udana była ta gala, acz… o tym potem.  Dobry program artystyczny. Konkretny i na poziomie. Gratuluję „Przeglądowi Sportowemu” 74 plebiscytu na najlepszego sportowca roku 2008. Transmisja na żywo w TVP 1 dopełniła formalności. Wygrał Robert Kubica, zasłużenie. Brylowali niżej w klasyfikacji olimpijczycy, wszak to był rok igrzysk letnich w Pekinie. Drugi był Leszek Blanik, złoty gimnastyk i z wielką miłością do żużla, którą wyhodował na rybnickim stadionie, bo pochodzi z pobliskiego Radlina. Tam, gdzie kiedyś była gimnastyczna stajnia braci Kubiców. Pamiętacie?

Siódme miejsce zajął wszech czasów polskich żużlowiec Tomasz Gollob. Znów speedway w dobrym towarzystwie. Formuła wręczania nagród jest taka, że dokonuje tego jakaś znana osoba. Najczęściej z tego środowiska, z którego wywodzi się laureat. Próżno było jednak wypatrywać bratniej duszy na scenie w przypadku Golloba Otóż akt wręczenia przypadł w udziale Pawłowi Janasowi, byłemu selekcjonerowi polskiej reprezentacji piłkarskiej i byłemu trenerowi Bełchatowa. Dlaczego? Co ma Janas do Golloba? Co za przełożenie?

I dlatego dziwię się niepomiernie, iż żużlowe lobby „PS” wybrało taką opcję, która na pewno była policzkiem dla środowiska żużlowego, którego niekwestionowanym liderem jest brązowy medalista mistrzostw świata. 

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.