Bermudy tak daleko i tak blisko

Ile trafnych haseł wpadło mi do głowy w ostatnich tygodniach? Dużo i mądrych, dowcipnych. Do zbierania i publikowania dla potomności. W kobietach jest moc, one nagle wyrzuciły z siebie boleści serc. Przekornie przypomnę, co one /a jedna z nich dała jabłko w raju, mojemu imiennikowi/ mówią o nas. Mężczyźni? – Są jak zabawki, bardzo prości w obsłudze. Tak jest? Nie zawsze. Uprawianie dominacji prowadzi na manowce, bo jak obserwujemy nasze życie codzienne władza nad ciałami ponosi porażkę. A więc? Powtarzam z autopsji, ma ta płeć siłę tajemną. Kto wie, to wie. No, dziś taki wstęp, nie mogłem inaczej i mam nadzieję, że nikt tego nie skreśli. Oto panorama życia, naszego losu, dni, tygodni, miesięcy, lat… Cierpliwość jest cnotą. Rozum jeszcze większą.

Bardzo szanuję gorzowską miłość do żużla i dobrze pamiętam pierwszy pobyt w mieście nad Wartą; czasy były oszczędne w stacje paliw, więc jechałem z 20 litrowym kanistrem oleju napędowego, czyli “ropy”. Było może siermiężnie, lecz wesoło. Towarzysko luźnie, przyjaźnie i za każdym razem tak bywało; zwykle tam się pojawiałem na indywidualnych mistrzostwach Polski. Było bogato i emocjonalnie. Dziś już nie trzeba zabierać kanistra a Mastercard. Trenerem Stali Gorzów, która mianuje się dodatkowo “Moje Bermudy” /romatycznie, acz teraz nie bardzo pewnie w dobie koronawirusa/, jest  zasłużony wynikami Stanisław Chomski. Tam się wychował, ostatnio był także w Gdańsku, gdzie lepsze powietrze znad Bałtyku wieje. Stanley ma praktyczny “przebieg”  i rutyna go broni oraz tajniki wiedzy o speedway’u. Gorzów znany w żużlowym świecie z marek nazwisk Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. Brand tych sportowców ugruntował sławę miasta. Chomski opowiadał mi kiedyś, jak bywało ongiś ze szkółką, do której garnęło się około 300 adeptów. Żużlowy supermarket. Można było wybierać, bo talentów na tym obszarze nigdy nie brakowało, ziemia pachniała żużlem i młodzi chłopcy chcieli zostać znanymi, jak Plech, Jancarz, Bogusław Nowak czy Jerzy Rembas. Dobry warsztat i szkolenie dawały szanse. Po wielu latach hossy, nie ma takiej liczby chętnych, trzeba wyłuskiwać mozolnie w okolicy. Namawiać do ścigania, inna teraz mentalność młodzieży, zmieniły się parytety, tam gdzie zawsze rodzili się królewicze żużla. Ostatni na bogaty tron wjechał Bartosz Zamrzlik, który jako złoty, podwójny medalista mistrzostw świata jest idolem dla wyznawców extra ścigania. Stadion im. Edwarda Jancarza jest miejscem kultowym. Obecny prezes Stali Marek Grzyb zna się na interesach, dlatego oferuje Moje Bermudy. Podpisał dwuletni kontrakt ze Stanisławem Chomskim, chciał nawet na trzy. Szkoleniowiec potrafi czytać grę, ma autorytet u starszych i młodych oraz cenną w wielu momentach cierpliwość. Zimne nerwy. Lata pracy mu schłodziły, choć w środku na pewno gotuje się krew. W tym sezonie gorzowianie zaczęli mało optymistycznie, Zamrzlik rozkręcał się powoli, wiara jednak czyni cuda. Walczyli. I zdobyli srebrny medal Ekstraligi, kto o tym myślał na początku sezonu? Chomski! Już wieszali na nim psy. Znamy się i nie mam zamiaru oblewać lukrem, Stanley jest “prosty w obsłudze”. Kiedyś zanotowałem takie zdania, nie wiem kiedy, ani skąd: “Żeby mieć dobre życie, trzeba w nim zmieścić to, co przerażające i co piękne. Powiedzieć sobie “przetrwaliśmy” i poczuć smak zwycięstwa”. Tak? Ano tak.

Transferowy okres w żużlu, który rozpoczął się bardzo wcześnie przyniósł sporo rozterek tym, którzy nalegali i tym, którzy wybierali. Gorzowianie chcieli pozyskać talent z Tarnowa, Mateusza Cierniaka, syna Mirosława Cierniaka. Nie tylko Stal, która ma Bartosza Zmarzlika, kokietowała 18 –letniego tarnowianina, za którym stoi jego trener wspomniany tata, były żużlowiec, “porwany” kiedyś do Wrocławia/ a jak to się skończyło?/. Ostatecznie Mateusz wylądował w Motorze Lublin. Dlaczego nie w Stali? Otóż Stanley nie zgodził się na ofertę talentu ziemi tarnowskiej, gdzie też rodzą się zawodnicy pierwszej klasy non – stop. Trener Chomski, człowiek życiowo i sportowo doświadczony powiedział NIE. Towarzystwo tarnowskie odjechało, nie przyjęło oferty stosownej do wieku, do warunków klubowych i wyrastania obok Zmarzlika. Nie znam negocjacji aby nie mówiło się o pieniądzach.  Przypomniała mi się historia Bartosza Kapustki, piłkarza młodego, który utalentowany nadmiernie, szybko został reprezentatem Polski, strzelił w debiucie gola na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz z Cracovii rychło poleciał za duże pieniądze do angielskiego klubu, by siedzieć na ławce rezerwowej. Dziś gra w stołecznej Legii i jego przygoda była raczej zmarnowanym “rejsem” po Europie. A jaki jest aktualny los jednego z częstochowskich talentów, który skuszony ofertą opuścił okolice Jasnej Góry? Jest we Wrocławiu. Tamtejszy klub często przewija się w transferowych pajęczynach. Pouczające? Stanisław Chomski stanął na gruncie /…”nieetyczne pieniądze”/ udeptanym przez rzeczywistość, dlatego go ceni prezes Marek Grzyb. I ja też. Bermudy bywają realne… I koniec wieszania makaronu na uszach. Z Tarnowa wszak znacznie bliżej na Roztocze, czas ścigania pokaże komu było po drodze, bo przypomnę, że np. Jakub Jamróg błądził. Nie zawsze “time is money”. W Lublinie pracuje sprawny menedżer Jacek Ziółkowski, młody Cierniak ma ojca trenera. Motor nie jest też klubem, który sroce wypadł z gniazda. Pieniądze nie lubią rozgłosu ale muszą mieć solidną płynność i nie rozpuszczać młodych, bo casus niegdysiejszy Adama Łabędzkiego/Leszno – Wrocław/ jest wymownym tego przykładem. Talenty jeszcze nie wyrośnięte a wcześnie skuszone bywają w efekcie skruszone zmanierowaniem. Sport zna takie przykłady w wielu dyscyplinach. Przykre.

A wzorcami udanymi w treści emanują na ulicach hasła polskich kobiet w różnym wieku. Wartość ich spontanicznego gniewu nie ma ceny. Dygresja. Pisałem nie raz, ani dwa: tyle kobiet, młodych dziewczyn uwielbia speedway, chcą być również aktywne w tym sporcie nie tylko na trybunach a nie mogą się przebić przez męskie szlabany. Męski sport jakim jest żużel broni się przed płcią piękną. Kobiety biją się na ringach oficjalnie ale nie mogą ścigać na torach legalnie. Działaczki kobiety? Stać je na sędziowanie, udowodniły, także na arenie międzynarodowej. Mają wdzięk i refleks, potrafią okiełzać każdego krnąbrnego i budzą respekt. Nie pożądanie, bo to zupełnie inna gra… Kochają speedway a on ich nie! Dlaczego są tylko tłem? W żużlu, bo gdzie indziej imponują swoimi walorami, nie tylko pod taśmą startową. Żużlowcy nie są starymi kawalerami, fanki tego sportu zostają chętnie żonami, dzieci potem mistrzami czterech okrążeń. Takie są Bermudy “czarnego sportu”, który bez kobiet nie może żyć, lecz na zasadach patriarchatu. Tylko? Boję się, że panie mogą kiedyś protestować nawet na torach. I będą miały rację, jestem za…

Photo by Sandra Seitamaa on Unsplash

15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.

Grand Szczakiel

Jerzy. Zmarł o świcie 1 września 2020, w dniu tak pamiętnym dla Polski, ze względu na wybuch II Wojny Światowej. Po cichutku, takim był zresztą zawsze. Skromny swoim charakterem, obyczajowości, jako sportowiec i człowiek. JERZY SZCZAKIEL. Z Grudzic pod Opolem, przywiązany do Kolejarza Opole przez całą karierę. Wspomina Andrzej Grodzki, fachowy działacz międzynarodowy, były szef polskiego żużla, znany w środowisku od Bałakowa, przez Pragę po Krsko. – Pamiętam jak zjawił się w klubie, byłem prezesem Kolejarza, dyrektorem patronackich zakładów ZNTK, które znajdowały się za płotem stadionu. Jerzy ukończył zakładową szkołę, ścigał się obiecująco na torze. Zawsze był skromnym chłopakiem spod Opola, stamtąd wyjeżdżał raz po raz w wielki świat. Jego sukcesy rozsławiły Kolejarza, miasto. Nie było z nim kłopotów.

Szczakiel w 1971 roku w Rybniku razem z Andrzejem Wyglendą z miejscowego klubu zdobyli złoty medal mistrzostw śwata par z kompletem punktów, pokonując brawurowo nowozelandzki, znany duet: Barry Briggs, Ivan Mauger. Sławny sukces, świetnie zorganizowany turniej przez górniczy klub, wszystko zagrało jak 600 metrów pod ziemią. Trudno było zagranicznym reporterom wymawiać nazwisko opolanina. Mamy rok 1973. Otwarcie toru żużlowego na śląskim gigancie w Chorzowie. Na Stadionie Śląskim ponad 100 tysięcy kibiców, szok i show dla zagranicy, arena większa od legendarnego Wembley w Londynie. Największa scena żużlowa świata otworzyła bramy, potem jeszcze tam odbyło się pięć finałów światowej rangi, indywidualnie, parami, drużynowo. Faworyzowano w 1973 roku gorzowianina Edwarda Jancarza, lecz Nowozelandczyk Mauger był głównym faworytem. W ekipie efektownie zaistniał 19 – letni Zenon Plech/ zdobył brązowy medal!/ Stadion wył emocjami, dopingiem, władze regionu pieściły imprezę aby pokazać światu, że stać ich na widowisko, które odbije się głośnym echem. Potrafili. Żużlowy rock and roll wypadł rewelacyjnie a po dodatkowym wyścigu z Ivanem Maugerem –  Jerzy Szczakiel zdobył, jako pierwszy polski speedwayman złoty medal, wcześniej mieliśmy w dorobku srebro i brązowe medale IMŚ. Zaskoczenie niespodziewanym zwycięstwem Jerzego było niewiarygodne, reporterzy zachłystywali się wyścigami Polaka, który idealnie wstrzeliwywał się na startach kontrolowanych przez sędziego bawarskiego Georga Transpurgera, /potem był zawieszony przez FIM za  “szybkie puszczanie taśmy”/. A Mauger, który w tym barażu przewrócił się z bólem serca pogratulował Szczakielowi zwycięstwa. Wiwatów innych nie zabrakło.

W mega zachwycie nad turniejem, nad wyścigami, umykała wiedza, że przecież dwa lata wcześniej opolanin zgarnął już złoty medal w MŚ par na rybnickim torze. Wtedy na jego start postawił stanowczo ówczesny szef Głównej Komisji Sportu Żużlowego Polskiego Związku Motorowego ppłk Rościsław Słowiecki, żołnierz o twardym charakterze, mający dar wydawnia “frontowych” decyzji. Oba finały, ten rybnicki i ten chorzowski ustawiły karierę Jerzego Szczakiela. “Wskoczył” do polskiej reprezentacji, były starty międzynarodwe, włącznie z trudnymi test – meczami na terenie Anglii. Przywiązanie do barw klubowych było w czasie lat siedemdziesiątych i wcześniej charakterystyczną cechą w żużlu.

Szczakiel na stadion Kolejarza z domu rodzinnego miał kilka kilometrów. Klub dobrze prowadzony był w elicie polskiej ligi, wyrosło tam wielu znanych zawodników, a Jurek był sztandarowy. Mały stadion, tor specyficzny w stylu angielskim krótki, trudno rywalom przychodziło wygrywać. Co z tego zostało? Z tej ogromnej tradycji? Czas rozmienił zebrany kapitał dobra. Klub jednak istnieje i walczy w najniższej grupie ligowej/ II/.

Zmarły/ 71 lat/, były mistrz świata pod koniec kariery zaliczył bardzo groźny wypadek na swoim torze, długo rehabilitował się i wydaje mi się, że przykre zdarzenie przyczyniło  do przyspieszenia końca startów. Jerzy próbował szkolenia, jednak nie nadawał się do takiej roli. Wielu znanych zawodników sportu nie potrafiło być coachami z sukcesami.

Jakim był Jurek w odbiorze kolegów? Trochę traktowano go jako dziwaka, bo nie uczestniczył w koleżeńskich balangach, spotkaniach, lubił spokój i miał myśli zebrane na swój użytek. Rywale zdawali sobie sprawę, że potrafi ścigać się, miał szybkie starty, walczył na dystansie. Charakter miał inny od kolegów, przyzwyczaili się do niego.

Długo był jedynym mistrzem świata w solowej jeździe, bo aż 37 lat, dopiero w 2010 we włoskim Terenzano Tomasz Gollob dołączył do złotego klanu, a rok temu Bartosz Zmarzlik powiększył grupę lux. Jest ich zatem trzech “zuchwałych”, co zgarnęli złoto mistrzów świata, bogaty sztos zapisany w historii polskiego i światowego żużla.

Kiedy wjeżdża się do Opola od strony Katowic, zjeżdża z autostrady, jest ładne rondo, a na nim stoi… motocykl żużlowy… Znak symboliczny a rondo nosi imię pierwszego polskiego, złotego medalisty MŚ. Rzadkie uhonorowanie sportowca, który rozsławił OPOLE, znane też w innej kategorii, gdyż Festiwale Polskiej Piosenki są imprezami wyjątkowymi na kulturalnej mapie naszego kraju. Luzacki, sympatyczny opolski amfiteatr i jest “tronem” polskiej piosenki, udanych debiutów i nieprzemijających przebojów polskich gwiazd estrady. A żużel? Trochę tam podupadł, lecz nie zginął. Wciąż tam przędą tradycję kolejarskiego klubu, nie jest łatwo, życzę wytrwałości.

Teraz smutkiem żałobnym okryło się miasto i okolice po śmierci prawdziwej ikony żużlowego lansu. JERZY SZCZAKIEL. Przez 37 lat samotny na tronie króla nad Wisłą, chętnie zapraszany na imprezy, sam również z zadowoleniem uczestniczył w znaczących wydarzeniach i nigdy nie stronił od wywiadów dla mediów, traktowano go zawsze z  należnym szacunkiem dla pierwszego Mistrza. W swoim lakonicznym stylu podtrzymywał w rozmowach nadzieje na lepsze jutro. Będzie? To już inny tor jazdy.

Bywałem kilka razy w jego domu. Sport nie może zastygnąć w rutynie, ciągle potrzebuje zastrzyków inowacyjnych, pompowania nowej krwi do twórczego krążenia. Ostatni raz widzieliśmy się na Stadionie Narodowym w Warszawie rok temu, podczas majowej Grand Prix. Szykował się do implantu biodra. Martwił się koniecznością zabiegu.

Na początku tego roku nagle przyplątała się choroba, groźna i nie było żadnego ratunku, oto kilka miesięcy cierpienia i Jerzy Szczakiel, umarł zanim wzeszło słońce. Coś się skończyło, era tamtych pionierskich czasów, polskiego zdobywania podium na torach świata. Wspomnienia są zapisem historycznym, pomocą w nauce dla młodych. Lekcją.

Dzisiejszy speedway jest inny swoim wizerunkiem; nie ma już siermiężnych przyczepek do aut, na których stały motocykle a w podłużnych skrzynkach przewożono “warsztat”. To były charakterystyczne obrazki, które akcentowały “ jadą żużlowcy”. Dziś mamy wygodne vany, eleganckie, syndrom czasów lśniących motocykli, zdobnych kevlarów z designem charakteryzującym “czarny sport”. Jerzy Szczakiel zrobił karierę w tamtej epoce. Może chwilami siermiężnej ale i chyba radosnej z wszystkiego wokół.

Umarł cicho, tak jak żył. A tego czego dokonał jako nr 1 w polskim wydaniu nie można zapomnieć. Historia zapisała, warto zatem w Opolu zobaczyć jak wygląda rondo Jego Imienia, z motocyklem, niczym herbem. Oryginalny w ekspresji pomnik. Podziwiany. SYMBOL. Warto więc zwolnić i objechać cztery razy. Jak na żużlu, tak jak robił Jerzy Szczakiel, kiedy żył. Mgła smutku tak szybko nie opadnie.

Kreator Morris

Na imię ma Phil. Przejął się bardzo swoją rolą od kiedy on, Walijczyk Morris/40 l./ został dyrektorem serialu Grand Prix i pobocznych turniejów, np. Speedway of Nations, czyli wymysłu międzynarodowego towarzystwa wzajemnej adoracji, które brutalnie wykastrowało dużynowe mistrzostwa świata. To szkoda na rzecz tradycji, która dawno powinna być ostro oprotestowana przez polską stronę światowej grupy trzymającej władzę na czele z Włochem Armando Castagną. Tegoroczny turniej SoN był niebezpieczną parodią marki żużla. Anglicy wobec szalejącej pandemii mądrze wycofali urządzenie turnieju dwudniowego/ pomysł wyciągnięty z grobowca/ w Manchesterze, toteż firma angielska BSI vel FIM szukała gorączkowo organizatora. Bydgoszcz, która już raz uratowała angielskich promotorów, kiedy nie wypaliła impreza Grand Prix w niemieckim Gelsenkirchen, odmówiła po kanclersku – nein. No i zgłodniały żużla Lublin załapał się w roli koła ratunkowego. Strażaka do pożaru. Pytam, czy ten turniej był koniecznością? A dlaczego Castagna nie zrobił mityngu u siebie? Przegrał ze strachem? Wybrano Polskę, bo moi rodacy biorą wszystko, co ze stołu BSI spadnie. Znam przypadki psucia handlowego rynku w walce o organizację imprez GP, jakby to było zbawienie dla wszystkich fanów żużla. Polacy, którzy kilkadziesiąt lat temu byli w wąskim gronie / też Szwedzi/ pomysłodawców takich rozgrywek ufundowali historyczną wazę jako trofeum. I nie byli po latach pytani czy likwidacja DMŚ jest słuszna, czy idiotyczna. Komentarz zbyteczny. Polscy żużlowcy zdominowali drużynowe rozgrywki MŚ, bo szkolą młodzież, mogą wystawić teamy A i B. Likwidacja DMŚ obyła się prawie bezszelestnie, arbitralnie. Prestiż SoN – u jest nijaki. Biało – czerwoni zgarniali wcześniej złoto, nie zawsze było łatwo, lecz zdobywali z hasłem “z błota do złota” i tak było ongiś w Lesznie. Zazdrość Zachodu pozbawiła brutalnie dominatorów i obrońców cennego trofum. A niechże kluby pod egidą Międzynarodowej Federacji Motocyklowej szkolą talenty od Bułgarii, Rumunii po Holandię, Norwegię, Finlandię. Niech ileś tam procent z zysków turniejów Grand Prix idzie na szkolenie pod kontrolą FIM. Konkretny plan. Nic z tego. Wyrżnięto tępym nożem tradycję i piękno tego sportu, stworzno dziwoląg, bo SoN to – ani pary ani drużynowe mistrzostwa świata. Klakierom tego projektu zabrakło wyobraźni i charakteru.

LUBLIN. Koniec sezonu, ambitni i spragnieni żużla tamtejsi niemal fanatycy speedway’a podjęli się  organizacji, lecz mieli pecha, gdyż kapryśne niebiosa nie sprzyjały. Żal mi było ich pracy, wysiłku. Ktoś siedział w hotelu a ktoś grzebał się w błocie na torze. Proszę wystawić rachunek w funtach, dobry teraz kurs. Pierwszy dzień zmaltretowała pogoda, tor i żużlowych robotników. Dyrektor SoN wspomniany na wstępie felietonu Anglik Morris latał po parkingu i torze, jak niektórzy nasi prezesi klubowi. Duńczyk Ole Olsen b. dyrektor serialu GP tego nie robił, poza fatalną wpadką w Warszawie, gdzie maszyna startowa uprzytomniła, że warto mieć rezerwę sprzętową, nie tylko w dolarach. W Lublinie, gdzie żużel mają ludzie w sercu deszcz robił na złość, było zimno, jesień zrobiła kuku. Odwołano pierwszy dzień zawodów mimo dyskusji na lewo i prawo. Drugi dzień był nieco lepszy pogodowo, lecz tor dalej tragiczny. Motor Lublin and company dawali z siebie wszystko. Jedni zawodnicy chcieli jechać, drudzy nie. Latający Morris w firmowym poloz krótkimi rękawami, mimo kilku stopni zimna lansował lato, pochlapany błotem stracił realną ocenę sytuacji. Wszyscy w zimowych kurtkach, czapkach wełnianych a on Mr. PM, nie mylić ze znanym koncernem tytoniowym dwoił się i dziesięciokrotnił. Nadaremnie. Morrisowi było gorąco, nie wiem czy jak wrócił do domu, nie wylądował w pościeli. Bardzo chciał aby zawody się odbyły, zwykle “miota się” na stadionach i nawet kiedy jest sucho każe lać wodę na tor. Teraz niebiosa dały mu pompę.

Termin rezerwowy był jeszcze na trzeci dzień, lecz drugiego wieczora w siąpiącym deszczu i rozlewiskach wody, jakby miejscowa Bystrzyca wylała, po próbach toru wydał decyzję: JAZDA! Nie wszyscy chcieli jechać, nawet znani z odwagi mołodcy Rosjanie, którzy już dwa razy poprzednio zdobyli złote medale. Zwykle w idealnych warunkach sędziowie zarządzają równanie toru, teraz na tym kartoflisku bagiennym rozgwywano wyścig za wyścigiem, byle jechać na siłę, bo 14 wyścigów zapewniało przerwanie regulaminowe tych kuriozalnych zawodów. Była mimo wszystko walka zacięta a jeden z komentatorów  telewizyjnych, już nie pierwszy raz, mówił bezpardonowo o wodzie w majtkach, widać ma złe doświadczenie w tym przypadku. To nie jest śmieszne…

Zawody dojechały do XV wyścigu, doszło nagle do karambolu niebezpiecznie widowiskowego i na szczęście/!/ w skutkach niegroźnego. Phil Morris zarządził szybko koniec zawodów, ze źródeł dobrze poinformowanych, dotarł do mnie sygnał, czy sam tak zarządził, bo powinien w gronie ukraińskiego sędziego/ lwowiak, nb. mieszkający w Krakowie/ Aleksandra Latosińskiego oraz szefa Jury FIM /Piotr Szymański/.

Bohaterską szarżą na oślep, jak sam powiedział, Emil Sajfutdinow wcześniej wygrał wyścig i ten sympatyczny jeździec sprawił, że Rosja po raz trzeci zdobyła złoty medal. Nie był to szczyt Mont Blanc a raczej bagna Dniestru, z pełnym szacunkiem dla ofiarnych działaczy Motoru, w tym Macieja Kuciapy, który ratował “dobytek” na torze. Premia mu się należy w funtach a kożuch z Kurowa/ blisko Lublina/ dla Morrisa z flaszką śliwowicy do herbaty. Tylko prawdziwych kibiców żal, dla nich zostaje piwo “Perła”. I domowa kanapa. Plus kanapki.

Czy warto było na siłę z hasłem: “nie sport a biznes” organizować takie ściganie? Za jaką cenę? Przerwane zawody wzbudziły rozmaite kontrowersje, rozdrażnienie, np. Mark Lemon coch Australijczyków protestował, inni dyskutowali: “skoro już zaczęli, trzeba było skończyć” a może Polacy mieli szansę na złoto? Zdobyli srebro, liczyli na więcej, podobnie Szwedzi a Duńczykom wpadł brązowy medal. Hans Nielsen duński menedżer, który w Lublinie ongiś startował i jest tam… prawie radnym znalazł się na kwarantannie covidovej. Wirus w koronie jest bezlitosny, dopada każdego: mistrza, outsidera… Walor speedway’a nad Bystrzycą został upaprany bezmyślnie; Polacy naharowali się za innych,  wszędobylskiemu Philowi Morrisowi życzę –  mniej ADHD na stadionach. 

SoN’20 Lublin będzie dramatyczną, deszczową historią z mottem ”po co nam to było”.  Dodam: nie wszystko dobre, co jakoś tam się kończy. Pech odleciał na szczęście.

PS. Kreatorów żużla jest kilku. Przedstawię. Jeszcze jedna kwestia, jeszcze taka oto glossa…  speedway w Polsce uciekł z czerwonej strefy covidowej w samą porę, bo już zbliżał się do ściany. Polacy powinni dostać specjalne honorowe wyróżnienie z FIM za uratowanie tego sportu, więc może będzie okazja aby działacze międzynarodowi  uczciwie docenili, co zrobiliśmy dla żużla światowego. Przetrwaliśmy z honorem.

Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Orzeł na motorze leci po złoto

Tekst z 29/09/2020 r.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza świata Szwed Ove Fundin/ ur. 1933 w Tranas/ trzymał w swoim sejfie długo, aż zrównał się z nim dorobkiem Nowozelandczyk Ivan Mauger/ ur. 1939/. Tak się stało na Ullevi w Goeteborgu w 1977 roku. W przedzień mocno lał deszcz, następnego dnia tor był ciężki i w takich warunkach Ivan dojechał medalowo do słynnego Ove. Szwed serdecznie/ byłem przy tym/ pogratulował złota nowozelandzkiemu asowi, który w 1979 roku na Stadionie Śląskim zdobył szósty złoty medal; fenomenalny sukces w świetnej atmosferze na polskim torze. Zenon Plech był wtedy drugi. Mauger/ uczeń legendarnego Jacka Younga/ został królem nad królami. Zdobyć tyle medali nie jest łatwo, konkurencja jest czujna, sprzęt opracowany szczegółowo, w tym sporcie decydują czasem okruchy nie tyle szczęścia, co brak pecha. Ivan Mauger/ honorowy obywatel Gniezna/ panował długo, aż pojawił się kolejny kolekcjoner medali Tony Rickardsson/ur.1970 Avesta, klub Masarna/, udane dziecko szwedzkiego żużla, z pokolenia wybrańców cocha o wybitnej osobowości Bo Wirebranda. To on po wstrząsie wywołanym tragicznym wypadkiem nadziei “Trzech Koron” Tommy Janssona zebrał grupę utalentowanych młodych żużlowców, doskonalił ich w test – meczach na brytyjskim rynku i doczekał się medalodajnego Rickardssona, który wiedział, że techniczne możliwości mogą uskrzydlić jego zdolności. Tonny był uparty w ambicjach, stworzył team mechaników, kupił “dom” na kółkach, który stał się symbolem jego sukcesów na torach europejskich. Team samowystarczalny na stadionach; imponowali, nikt nie dorównał im w wizerunku jakości stylu bycia. Model wzorowany na teamach wyścigowej F -1. Tony razy sześć, pierwsze złoto w 1994 w duńskim Vojens a ostatnie 2005 roku w Lonigo na stadionie Marina. Wiedział, kiedy zakończyć karierę /2006/, w pełni sił i perspektywy dalszego żywota. Let’s Dance na parkiecie TV.

Mauger zmarł /2018/, Tony/honorowy obywatel Tarnowa/ ma życie przed sobą, sędziwy Ove Fundin cieszy się dobrym zdrowiem, uwielbia turystyczne jazdy na motocyklu. Przypomnę, że czterokrotny mistrz świata Barry Briggs/ ur. 1934/ z Nowej Zelandii, który wymyślił deflektory nie stroni od bacznej obserwacji żużla. A trzykrotni mistrzowie świata Duńczyk Nicki Pedersen i Anglik Tai Woffinden ścigają się skutecznie, ten drugi ma apetyt w GP na kolejne złoto. Czy da radę? No właśnie. Wisła i Toruń miasto kultowych pierników, smakowitych jak i prince polo. Dojechałem do Motoareny, bo tam tradycyjnie od lat kilku, rok temu też, nastąpi ceremonia kreowania nowego mistrza świata sezonu 2020, szczególnego, pośpiesznego, popędzanego wirusem COVID – 19. Tytułu broni sprzed roku gorzowianin Bartosz ZMARZLIK, który ostatnie dwa turnieje w Pradze błykotliwie wygrał w stylu mistrza świata. Jest liderem klasyfikacji Grand Prix, serialu, który w tym wyjątkowym czasie składa się z czterech podwójnych mityngów. Ostatnie dwie rundy mamy 2/3 października w Toruniu, mieście genialnego odkrywcy Mikołaja Kopernika. Miasto sprzyja oryginałom życiowym.

Czy Bartosz Zmarzlik poruszy “ziemię” żużlowych serc?

Jazdy na praskim Marketa były popisem nad popisami, finezyjnym, brawurowym ściganiem, które miało urodę fantazji, odwagi, umiejętności technicznych i przygotowaniem sprzętu wzorowym. Bartosz wcześniej, przed Pragą wygrał raz na swoim, klubowym torze w Gorzowie GP. Fruwał w swoim stylu, jednak w Pradze dał koncert o czym przekonał się w ostatnim wyścigu na finiszu Woffinden. Tak “latać” umie tylko BZ. W sumie Bartek zwyciężył trzy razy w GP’20. Nabrał mocy…

Historia indywidulanych mistrzów świata rodem z Polski jest krótka. Pierwszy złoty medal zdobył na Stadionie Śląskim w 1973 roku Jerzy Szczakiel, niedawno zmarły. Długo czekał na rodaka na tronie ozłoconym, gdyż dopiero w 2010 roku we włoskim Terenzano Tomasz Gollob był pierwszy. W roku 2019 Bartosz Zmarzlik mający już brąz i srebro na koncie w tej konkurencji wjechał triumfalnie na szczyt speedway’a. Niebywały wyczyn, wykonany niemal w desperackim stylu, widzowie wówczas w komplecie na Motoarenie osłupieli z wrażenia. Pojechał fantastycznie! Tak jak pokonał w Pradze prowadzącego Tai’a. On tak potrafi, bezceremonialnie, pewny sprzętu i władczego opanowania motocykla. 25 lat sobie liczy, od dziecka “ćwiczony” na motorze, zgrany z maszyną jak cyborg. Jego sprinty są zmartwieniem przeciwników.

Gorzowianin ma 7 pkt przewagi nad Szwedem Fredrikiem Lindgrenem i 10 pkt nad Woffindenem. Jest faworytem, przeciwnicy lubią odcinać skrzydła liderom. Taka istota sportu, ba! Nawet sól życia naszego doczesnego. “Bić” mistrza? Spoko, gorzowski mistrz jest mocny i ma autorytet w tym towarzystwie. Ono wie, co potrafi Bartek, również obserwatorzy, fachowcy, komentatorzy, mechanicy, zawodnicy i fani. Zmarzlik wjeżdża z furią na swoje żużlowe Himalaje, nie odrywa się do ściany, wie czego chce, kocha speedway a on jego.

Przyjemnie patrzeć na sportowców, którzy kompletują laury, budują dom z medali, obraz nienaganności w tej dziedzinie i rozsławiają krainę, w której wyrośli. Ten dom jest twój i mój… Zmarzlik wyrósł konekwencją, uporem, taki musi być sportowiec, który nałogowo spieszy do ZWYCIĘSTW. Medale, miejsca na podium, wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego. Hymn narodowy jest wpisany w scenariusz widowisk, łzy szczęścia spadające w tym przypadku z niebieskich oczu mistrza. Kochamy reżyserię takich turniejów nie tylko na żużlu; na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata, Europy – w licznych konkurencjach na różnych stadionach i halach. Adrenalina i atmosfera łamią serca. Emocje wyciskają łzy bez pardonu, nikt nie wstydzi się tego.

Czy Bartosz Zmarzlik da radę na Motoarenie stanąć po raz drugi, aby odebrać złoto IMŚ? Do odjeżdżenia są dwa turnieje, dużo może się wydarzyć, bo speedway funkcjonuje jako extrema. Piątek/ sobota, ten pierwszy dzień ustawi drugi. Odpukuję w niemalowane drewno, tylko jakaś zła moc może udaremnić cel Polaka. Rywale za jego plecami znają swoją wartość, wiele potrafią i nie zapominajmy, że to jest finał Grand Prix, koniec mistrzostw świata anno 2020 i najcenniejszy prestiżowo tytuł do zdobycia. Czy polska Motoarena/ w Pradze były pustki/ może być pomocna? Nie będzie tym razem kompletu, bo wirusowa pandemia wyklucza kibiców, więc siła dopingu osłabiona, lecz gorzowianin jest silnie zmotywowany do wyczynu, jakiego nie dokonał na żużlu jeszcze nikt z jego rodaków. A więc? Toruńska brama szczęścia jest otwarta.

Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.