Wara od Warda

Darcy ma rację, pisząc, że tory twarde jakie są teraz powszechnością zabijają walkę i prawdziwi mężczyźni potrzebują aren zmuszających do walki, mijanek, rywalizacji mimo przegranego startu. Zgadzam się z tym talentem, który miał nieść płomień żużla wszędzie, niestety tragiczny wypadek dramatycznie wcześnie zakończył jego błyskotliwą karierę. Jeden z polskich prominentnych działaczy wdał się w polemikę z australijskim talentem. Beznadziejnie, warto znać speedway. Darcy ma rację i nie tylko on.

Ward urodził się w Nanango w 1992 roku, od małego wykazywał spryt do motocykla. Dekarz z sąsiedztwa Trevor Harding kupił dwa motory i chłopak miał używanie. Wysoki “kangur” przyleciał do Europy, w 2009 roku podpisał trzyletni kontrakt z Unibaxem Toruń. I tak zaczęła się kariera fantastycznego ścigania Warda, choć tragicznie krótkiego, gdyż, jak raniony okrutnie ptak spadł z wysokiego pułapu na wózek inwalidzki. Pierwszy raz został mistrzem świata juniorów w 2009 w chorwackim Gorican, drugi raz następnego roku w czeskich Pardubicach. Fenomenalnie. Był najmłodszym mistrzem w historii, zdobył 13 pkt. Jak jeździł Darcy, sympatyczny, roześmiany, mający charakterek? Zdawał sobie sprawę ze swoich ogromnych możliwości, talentu, bawiło go ściganie, efektownie demonstrował na czym polega speedway. A ten sport w okresie kryzysu stracił charyzmatycznego zawodnika, który mógł podnieść z kolan wegetujący poza Polską żużel. W 2013 wygrał pierwszy w życiu turniej Grand Prix w Kopenhadze. Rok później przed GP na Łotwie wykryto u niego alkohol, znikomą dawkę ale była, gdyż młodzieniec nie stronił od luzackiego stylu bycia. Wrócił po zawieszeniu na tor w 2015. Miał też incydenty z “procentami” w rodzinnych stronach Antypodów. Fantazyjny, swobodny, trudny do utemperowania sportowiec, który był zawsze pewny siebie. Przegrywał start po to, by potem zawadiacko gonić rywali; na tym polegała jego walka, jego finezja. Na takie jazdy przychodzi się na stadion, nie na betonowy tor, gdzie start decyduje o wszystkim. Bzdury plecie ktoś, że Darcy krytykuje twarde tory, bo przegrywał start! Nie on jeden w historii, lecz dla wielu dzieje żużla zaczynają się od kilkunastu lat dopiero, a speedway ma już 97 lat. Józef Jarmuła celowo na Weslake przegrywał często pod taśmą a potem brawurowo gonił rywali, by zameldować się na mecie pierwszym, jego popisy na częstochowskim stadionie wyciskały z 20 tysięcznej widowni łzy szczęścia, furę emocji. Tłumaczeniem na twarde tory jest także fakt wprowadzenia nowych tłumików. Nonsens, bo np. na lubelskim torze chłopcy jadą i potrafią ścigać się na milimetry. Co tłumi prędkość?

Darcy Ward miał ciężki wypadek w Zielonej Górze 23 sierpnia 2015 roku, podczas meczu miejscowych z Grudziądzem i przerwany rdzeń kręgosłupa zakończył krótką, błyskotliwą karierę. Troskliwą opiekę miał ze strony swojej dziewczyny Brytyjki Lizzie Turner, wiernie trwała i podtrzymywala na duchu,  wreszcie młodzi pobrali się na australijskiej farmie Cowbell Creak w 2019 roku. Ward od początku mnie fascynował, nie był łatwym rozmówcą, jakby dojrzały w ocenie swojej “pracy”, który zaczynała swój korowód. Uwodził jazdami, choć nie zawsze udawała mu się sztuka doganiania, czasem zabrakło sekund. Australijczyk z życiem na wózku inwalidzkim jest obecny w speedway’u, zabiera głos, dojrzewa w ocenach, śledzi wyniki, Lizzie jest kumplem –  żoną oboje dają radę, miłość i pasja pokonują życiowe przeszkody.

Darcy ma rację, speedway z nadzorem spec komisarzy w Polsce, jest absurdalny, nie wszyscy znają się przecież na torach. Kto wpadł na pomysł KOMISARZY niech powie głośno: to ja, znam się na tym… Brakuje ciągle w żużlu odwagi na miarę internetowej MISJI FUTBOLU, bez obrażania się majestatu na prawdy.

Misja… Leszek Demski, członek GKSŻ odpowiadający za tory, sędziów, sprawia wrażenie człowieka przemęczonego obowiązkami, telewizja kusi, wirują kontrowersje, szeptem wypowiadane. Obsady sędziów dziwne a zmiany potrzebne, patynowa rutyna zabija demokratyczne oceny. Sędzia żużlowy nie może wypowiedzieć się w ogóle, hm… być niemową na zawsze? “Knebel” nawet w sytuacji, kiedy oczekuje się na wypowiedź autorytetu? Jeśli zasłużony arbiter boi się cokolwiek powiedzieć, umiera demokracja sportowa. Marcin Borski sędzia piłkarski, w 2018 roku zakończył karierę, gdyż miał kłopoty z mówieniem prawdy, więc odszedł. Mój przyjaciel nie żyjący Alojzy Jarguz, znakomity międzynarodowy sędzia piłkarski z mazurskich Mikołajek, który miał język niewyparzony, ciągle był na indeksie, lecz mało sobie z tego robił, docniała go światowa centrala, był pierwszym polskim arbitrem na Mundialu, który prowadził spotkanie jako główny rozjemca. Zbigniewa Bońka ukarał czerwoną kartką, kiedy inni bali dać żółtą. Bardziej doceniał go np. szejk, niż rodacy. Męska gra nie dla mięczaków.

Kneblowanie źle się kończy.Wazelina plami. Czy tak trudno spojrzeć w oczy?

SPORT powinien być wolny od układów, kolesiostwa i bicia brudnej piany. Nie zawsze tak jest, oto w skokach narciarskich z uporem maniaka rodzina Kotów jest promowana, słabość wyniku zwalana na mentalność. Musi ktoś skakać, nie może robić czegoś innego? Odwagę warto cenić, chronić twardy charakter, charyzmatyczność pieścić. Prawda szeptana po kątach powoduje niejasności, wspólne zaufanie powinno być majątkiem.   

ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

ONE SZCZAKIEL

IMG_2024

Pojechali! Odjechali! Stadion Śląski, po kilkunastu latach przerwy, sztucznym torem znów zaprosił sympatyków żużla. No i dobrze. Mecz Polska kontra Reszta Świata był prologiem przed indywidualnym finałem Mistrzostw Europy/faworyt Leon Madsen, skażony miłością do Polski, mieszkaniec Wejherowa/, który odbędzie się 15 września na wyszykowanym na nowo stadionie, który w przeszłości był areną kilku finałów MŚ. O meczu inaugurującym sezon na “odgrzebanym” obiekcie innym razem. Obie imprezy pod egidą toruńskiej firmy One Sport, z kapitałem Karola Lejmana i Jana Konikiewicza, którzy obok Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, z żużlowym guru włoskiego pochodzenia Armando Castagną, podsycają ogień na palenisku tego sportu. Wkładają podpałkę, bo speedway wpadł w niebezpieczną rutynę rozgrywania mistrzostw świata. W pseudoelicie jadą o medale nie wszyscy, którzy powinni, a lepsi patrzą na popisy frustratów. Mam nadzieję, że Lejman z Konikiewiczem wybaczą mi tytuł, ściągnięty z nazwy ich firmy One Sport, ale… Po kolei panie i panowie.

Cofnijmy czas, który strasznie szybko leci w dobie błyskawicznej informacji, przesył myśli skraca życie. Cywilizacja, cały świat przez internet wyciskany jest jak gąbka.

Lata 1972 – 1973. Grupa sympatyków żużla na Śląsku, z prezesem okręgu Polskiego Związku Motorowego Aleksandrem Szajerem, który miał pełne zaufanie prezesa Zarządu Głównego PZM nieodżałowanego o świetnej dyplomacji motorowo – sportowej na świecie i trudnych czasów w Polsce Romanem Pijanowskim, postanowiła zbudować tor na Stadionie Śląskim. Linia Katowice – Chorzów, obiekt obok warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia największy z niezapomnianymi meczami polskiej reprezentacji, klubowymi pojedynkami Górnika Zabrze i telewizyjnymi komentarzami redaktora Jana Ciszewskiego, który nie krzyczał a komentował z wyczuciem, dając odetchnąć w emocjach kibicom. Wzór. A kibice chętnie przychodzili na stadion, on był ich, władza była potrzebna inwestycyjnie, patronacko a tacy fani, wierni z hasłami piłkarskiego triumfu zabrzan np. “tako Roma momy doma”. Było hucznie, wesoło, zwycięsko. Był “fuzbal”, lecz nie było tam żużla, który bujał się w Rybniku a śląski speedway miał etykietę szybkich i niezawodnych mistrzów toru. Rybnik był Mekką, przy ul. Gliwickiej rozgrywano światowe finały i w 1971 para rybnicko – opolska, czyli Andrzej Wyglenda plus Jerzy Szczakiel wymanewrowała wielkich bossów nowozelandzkich jak: Barry Briggs i Ivan Mauger. W finale MŚ par, polski duet wywalczył komplet punktów, szok dla Zachodu; Rybnik był synonimem żużla sportowo, organizacyjnie na światowym poziomie, który jeszcze glancował na angielskich torach Antoni Woryna. Nie wymieniam wszystkich, którzy tam ścigali się pod patronatem górnictwa, to była zgrana paka ludzi, którzy kochali ten sport na zabój. I działacze byli na poziomie, i zawodnicy świadomi swoich celów. Trochę oddaliłem się od Katowic. Byłem świadkiem i nie tylko, jako dziennikarz “ Sportu” tego, co robiono, żeby speedway zaistniał na Stadionie Śląskim. Władza zaufała działaczom, nikt nie liczył czasu i nie pytał za ile… Pasjonaci za bułkę bez banana. A dziś jakie mamy czasy? No dobrze, “tamto” było podobno szare, a dziś jest kolorowe i coraz droższe. Jak sobie postawiono cel, to zrobiono, bo na Śląsku, kiedy mówią tak, znaczy TAK.

Klubowymi siłami Rybnika i Świętochłowic odwalono kawał roboty, szychty były pracowite i przyniosły efekt. Organizacyjnie, familijnie, sportowo udany.

2 września 1973 roku odbył się finał indywidualnych MŚ, najbardziej prestiżowa impreza w tym sporcie. Magiczne było londyńskie Wembley, które nie gromadziło 100 tysięcy widzów, byłem tam trzy razy i doznałem uczucia jakbym wpadł w piekło i niebo zarazem. Wembley pozostanie dla mnie wspomnieniem do końca życia turniejów z gatunku największych wzruszeń. W głowie buzuje mi atmosfera legendarnego stadionu.

STADION ŚLĄSKI, położony w ogromnym, atrakcyjnym parku chorzowskim, “płucach” śląskiego klimatu, pomysłu Jerzego Ziętka, prawdziwego gospodarza.

Żużel, święto całego regionu, Polski też. Wszystko podporządkowane tej imprezie na którą przyszło ponad 100 tysięcy ludzi! Wyobrażacie sobie? Do dziś spotykam wnuczki, wnuków, którzy z babciami, dziadkami uczestniczyli w tym wydarzeniu. Dobrze wspominają, starsi, młodsi, jak film z Bondem czy Klosem. Otwarcie turnieju przy pogodzie, sceneria w regionalnym stylu, co ważne, bo każde duże wydarzenie powinno mieć akcenty rodzime. Nie zawsze tak niestety się dzieje, bo rutyna jest wygodna i mniej kosztuje, ale robi się cholerna grand nuda: wybieg super dziewczyn na starcie, Harley’e, bzykanie fajerwerków, wszędzie podobnie i nie wiem czy jestem w Polsce, czy Danii.

Pretendentów do podium było kilku, po cichu liczono na cud, na polskie cudowne objawienie. Polska do tej pory nie miała mistrza świata w solowym ściganiu.

Asem był Ivan Mauger, Nowozelandczyk, sprytny na starcie, z dobrym sprzętem. W polskim zestawie był ze złotej pary/ 1971/ Jerzy Szczakiel, także m.inn. Zenon Plech /był trzeci/, Edward Jancarz. JUTRO nie każdemu jest dane… Szczęście sprzyja lepszym.

Trybuny pełne, święto jak się patrzy. Sędziuje Bawarczyk/ z Pocking/ Georg Transpurger. Odrębny rozdział. Wcześniej notabli kokietowali włodarze regionu, bogato i skutecznie. Doping dla każdego Polaka niesamowity, brawurowe jazdy na maksa. No i co się dzieje? Jurek Szczakiel z opolskiego Kolejarza imponuje piorunującymi startami, nie daje rady Mauger. Zagraniczni kibice w liczbie kilkudziesięciu tysięcy/tak, najwięcej z Wielkiej Brytanii/ “wbici” w drewniane ławki, bo takie tam były. Baraż; Ivan przewraca się na wirażu, leży i patrzy ukradkiem, jak Jerzy szaleńczo pędzi przy ogłuszjącym, radosnym aplauzie widzów; wygrywa, zostaje mistrzem świata jako pierwszy Polak. Jest cudownie, kończy się śląska ballada, darmowa komunikacja rozwozi zadowolonych kibiców. Wspomnienia tułają się do dziś. Nic dwa razy się nie zdarza. Szkoda.

1973 rok, 2 września, rocznica, 45 lat temu… Po tylu latach Szczakiel/ rocznik 1949/ znów robi rundę honorową, dobrze się trzyma, raz jeszcze honorowo jedzie, tym razem na kładzionym torze. Brawa. Podziw. Jerzy był w 1973 roku “ogłuszony” złotym medalem, dostał wysoki puchar kryształowy, kiedy wsiadał do dużego Fiata, zleciało mu przykrycie z tego trofeum, na szczęście nie rozbiło a mistrz świata pojechał z Chorzowa wprost na grób niedawno zmarłej mamy. Pozostał skromnym facetem, długo czekał na kolejnego, polskiego mistrza świata, aż do 2010 roku, gdy Tomasz Gollob zdobył złoto we włoskim Terenzano. Szczakiel jest bohaterem stadionowej legendy sportu.

z17598835V,Jerzy-Szczakiel--w-srodku--na-podium-w-Chorzowie--

45 lat temu ikona z Grudzic, przedmieść Opola, klubu, który dziś boryka się z dużymi kłopotami, znów pojawił w cywilnym ubraniu na motocyklu. Jeszcze może! Nie zapomniał tego dnia, niedzieli 2 września i co wydarzyło się na oczach ponad 100 tysięcy widzów. Absolutnie niezapomniana, sentymentalna podróż w czasie, dla mnie również, bo jestem starszy o te lata, pamiętam każdy fragment tego szczęśliwego dla polskiego żużla dnia. I pamiętam barwne, kontrowersyjne komentarze z niespodziewanym bohaterem, które są historią sensacyjnego wydarzenia pt. ONE SZCZAKIEL.

Nowozelandzki Ivan VI

0007AZ0I1AGELVLC-C122-F4

Coraz ich mniej. Mistrzowie świata odchodzą na „drugą stronę rzeki“. Umarł multimedalista żużlowych torów, Nowozelandczyk IVAN MAUGER. Miał 78 lat, Ivan za wcześnie odjechał z życiowego stadionu, gdzieś tam daleko, hen, skąd nie ma już powrotu do żywych/ pogrzeb 27 kwietnia/. Jest legendą, pisałem o Nim ponad rok temu, ciężko chorował, miał wylew, afazja utrudniała porozumiewanie się z rodziną, z innymi. Opiekowali się nim troskliwie. Urodził się w nowozelandzkim Christchurch w 1939 roku, mieszkał w Golden Coast na australijskim wybrzeżu w stanie Queensland. Z żoną Raye mieli dwie córki Julie i Debbie oraz syna Kyma. Tworzyli sympatyczną parę, ona jeździła na zawody, kiedy tylko mogła, mistrzostw świata nie opuszczała, była kobietą przyciągającą wzrok mężczyzn. Odnosiłem zawsze wrażenie, że Ivan był mężczyzną jej życia. Był…

Uczył się speedway’a pod okiem mistrza świata/ Wembley- 1951,1952/ Jacka Younga; zaczął w 1955 roku, dwa lata później przyleciał do Anglii. Startował w wielu klubach brytyjskich, robił prędko karierę, szybki na startach, inteligentny, walczył, inwestował w sprzęt. Miał ponadto zmysł do interesów. To on ulokował na swoim ubiorze markę francuskiego alkoholu Ricard. Razem z angielskim dziennikarzem Peterem Oakesem wydawał książki, m.inn. sezonowe statystyki, zgrabnie edytowane, pilnowała tego także Raye. Widywaliśmy się na mistrzostwach świata, drużynowych, indywidulanych, parami, na długim torze. Budował swoją legendę profesjonalizmem, który nie zawsze był odbierany trafnymi ocenami, doszukiwano się „sprytu“, bo Ivan imponował zwykle skutecznością. Sympatyczny, rozmowny, acz skupiony gdzie trzeba. Chciał/ korespondowaliśmy w tej sprawie/ po zakończeniu kariery /podjął decyzję w wieku 46 lat/ zorganizować turnieje na Stadionie Śląskim, na obiekcie, gdzie w 1973 roku przegrał sensacyjnie w obecności ok. 100 tysięcy kibiców, dodatkowy wyścig z Jerzym Szczakielem. Przewrócił się na wirażu, opolanin pędził do mety jak szalony, Ivan leżał i nie mógł pojąć, że tym razem złoty medal nie dla niego. Na tym samym stadionie w 1979 roku zdobył szósty tytuł/!/ mistrza świata; to był świetny, pogodny turniej. Zenon Plech zdobył srebro, choć bardzo marzył o złocie, lecz niskiego wzrostu Mauger okazał się Wielki. Rycerz żużlowych torów, które z jego udziałem miały atmosferę show, rozbudzały spekulacje, podkręcały emocje. Mauger umacniał autorytet postawą na torze i poza nim. Zawsze obok niego stała wierna Sarah Raye, były dzieci/ najstarsza Julie/. Kym próbował startów, lecz wycofał aspiracje, mimo ojcowskiego patronatu.

W 1971 roku na rybnickim torze razem ze swoim rodakiem Barry Briggsem /rocznik1934/ przegrał sensacyjnie finał mistrzostw świata par, bo szybsi byli z kompletem punktów/!/ Jerzy Szczakiel i miejscowy talent Andrzej Wyglenda. Bajkowe zawody, wielcy wygrani i wielcy przegrani. Ale w 1968 roku indywidualnie był najszybszy w szwedzkim Goeteborgu, zaś Edward Jancarz w swoim debiucie trzeci! Polacy jak cienie jeździli za słynnymi ścigaczami. W 1970 roku we Wrocławiu także w indywidualnym finale MŚ Mauger wygrał zawody przed Pawłem Waloszkiem. Paweł nigdy nie był tak blisko złota, no, ale ten “gold” wpadł do kolekcji Ivanowi.

Indywidualne ściganie, parami/ z Briggsem, potem m.inn. z małym Mitchem Shirrą/, drużynowe finały, na długim torze. Nowa Zelandia, taka mała a lepsza była wtedy od większej Australii. Mauger głośno sławił swoją ojczyznę. Gdzie są dziś następcy Maugera i wielokrotnych mistrzów świata Briggsa/4/, Ronnie Moore’a/2/? Nie widać i nie słychać. Niestety. Nowozelandzki speedway jest na mieliźnie.

MAUGER w okresie zimowej pory w Europie, organizował na słonecznych w tym czasie Antypodach turnieje; chętnie tam dolatywano, ścigano się w innych warunkach torowych, nie tylko pogodowych. Ciekawe doświadczenie dla przyjezdnych i cenne przedłużenie sezonu. Polacy tam bywali, indywidualnie i drużynowo. Mauger o Polsce nie zapominał, okazywał sentyment, podobnie Raye. Dlatego zrobił dwa pożegnalne turnieje w Gnieźnie i Lesznie, niestety miał kolizję na stadionie Startu z Andrzejem Huszczą/ bez winy Polaka/ i w Lesznie poobijany już nie wystartował. W pałacu w Rydzynie, dobrze pamiętam, Ivan był oblepiony plastrami, liczne grono kibiców zagranicznych współczuło i rozumiało pech swojego idola. Wszyscy żałowali i hotelowy bar miał upojne powodzenie; wódka rywalizowała z szampanem.

Na Antypodach współpracował z Czechem Vaclavem Vernerem, który niedawno zmarł w Pradze. Ubywa autorytetów, asów ścigania, ich medale nabierają muzealnej wartości. Niestety życie i jego nieubłagana ucieczka w inny świat są nieuchronne.

Ivan Mauger był firmą bez ograniczonej odpowiedzialności. Nie wspominam teraz statystyk, jego udziałów w mistrzostwach świata. Robiłem maugerowski bilans kariery ponad rok temu w felietonie pt. MAUGER, nie tak dawno wspominałem raz jeszcze dokonania w kontekście choroby i ogłoszenia wyprzedaży jego motocykli z powodu wysokich kosztów leczenia. Barry Briggs i jego syn Tony w rozmowie ze mną, postrzegają Ivana jako wybitnego sportowca, który speedway umacniał skutecznością i barwą jazd oraz moralnym autorytetem. Podobnie zaznaczył Duńczyk Ole Olsen, gdzie w Vojens Mauger ścigał się wielokrotnie w dramatycznych turniejach. Były to czasy złotego oświecenia, wydarzeń jak igrzyska olimpijskie, znakomitych jazd na londyńskim Wembley, Stadionie Śląskim, we Wrocławiu, Lesznie. Kultowe wobec kompletów publiczności. Jednodniowe finały IMŚ były żużlowym szczytem i tego nam brakuje. Ostatni raz rozmawiałem z Ivanem bodaj w 1999 roku w duńskim Haderslev/ tam urodził się Olsen/ w hotelu „Norden“, gdzie przyjechał na zawody w pobliskim Vojens.

Uff, apeluję gorąco, by włodarze śląskiego obiektu nazwali imieniem legendarnego Ivana Maugera choćby jakąś cząstkę tego stadionu, na którym Nowozelandczyk swoim uczestnictwem podnosił wyraziście rangę. I nie trzeba tego absolutnie tłumaczyć. Czekam zatem na pomyślny lot mojej idei a nic by się nie stało dziwnego, gdyby zaistniał Stadion Śląski im. Ivana Maugera. Antypody bliżej Europy a „Śląski“ światowy i pomysł nie jest chyba szatański.

 

339339.jpg

Żużlowy, sportowy świat okrył się szczerym smutkiem po śmierci Ivana. Bardzo mi żal także… moje dziennikarstwo było silnie ozdobione laurami tego zawodnika rywalizującego z polskimi oraz innymi asami. Pokonać na starcie Maugera, było połową