Bermudy tak daleko i tak blisko

Ile trafnych haseł wpadło mi do głowy w ostatnich tygodniach? Dużo i mądrych, dowcipnych. Do zbierania i publikowania dla potomności. W kobietach jest moc, one nagle wyrzuciły z siebie boleści serc. Przekornie przypomnę, co one /a jedna z nich dała jabłko w raju, mojemu imiennikowi/ mówią o nas. Mężczyźni? – Są jak zabawki, bardzo prości w obsłudze. Tak jest? Nie zawsze. Uprawianie dominacji prowadzi na manowce, bo jak obserwujemy nasze życie codzienne władza nad ciałami ponosi porażkę. A więc? Powtarzam z autopsji, ma ta płeć siłę tajemną. Kto wie, to wie. No, dziś taki wstęp, nie mogłem inaczej i mam nadzieję, że nikt tego nie skreśli. Oto panorama życia, naszego losu, dni, tygodni, miesięcy, lat… Cierpliwość jest cnotą. Rozum jeszcze większą.

Bardzo szanuję gorzowską miłość do żużla i dobrze pamiętam pierwszy pobyt w mieście nad Wartą; czasy były oszczędne w stacje paliw, więc jechałem z 20 litrowym kanistrem oleju napędowego, czyli “ropy”. Było może siermiężnie, lecz wesoło. Towarzysko luźnie, przyjaźnie i za każdym razem tak bywało; zwykle tam się pojawiałem na indywidualnych mistrzostwach Polski. Było bogato i emocjonalnie. Dziś już nie trzeba zabierać kanistra a Mastercard. Trenerem Stali Gorzów, która mianuje się dodatkowo “Moje Bermudy” /romatycznie, acz teraz nie bardzo pewnie w dobie koronawirusa/, jest  zasłużony wynikami Stanisław Chomski. Tam się wychował, ostatnio był także w Gdańsku, gdzie lepsze powietrze znad Bałtyku wieje. Stanley ma praktyczny “przebieg”  i rutyna go broni oraz tajniki wiedzy o speedway’u. Gorzów znany w żużlowym świecie z marek nazwisk Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. Brand tych sportowców ugruntował sławę miasta. Chomski opowiadał mi kiedyś, jak bywało ongiś ze szkółką, do której garnęło się około 300 adeptów. Żużlowy supermarket. Można było wybierać, bo talentów na tym obszarze nigdy nie brakowało, ziemia pachniała żużlem i młodzi chłopcy chcieli zostać znanymi, jak Plech, Jancarz, Bogusław Nowak czy Jerzy Rembas. Dobry warsztat i szkolenie dawały szanse. Po wielu latach hossy, nie ma takiej liczby chętnych, trzeba wyłuskiwać mozolnie w okolicy. Namawiać do ścigania, inna teraz mentalność młodzieży, zmieniły się parytety, tam gdzie zawsze rodzili się królewicze żużla. Ostatni na bogaty tron wjechał Bartosz Zamrzlik, który jako złoty, podwójny medalista mistrzostw świata jest idolem dla wyznawców extra ścigania. Stadion im. Edwarda Jancarza jest miejscem kultowym. Obecny prezes Stali Marek Grzyb zna się na interesach, dlatego oferuje Moje Bermudy. Podpisał dwuletni kontrakt ze Stanisławem Chomskim, chciał nawet na trzy. Szkoleniowiec potrafi czytać grę, ma autorytet u starszych i młodych oraz cenną w wielu momentach cierpliwość. Zimne nerwy. Lata pracy mu schłodziły, choć w środku na pewno gotuje się krew. W tym sezonie gorzowianie zaczęli mało optymistycznie, Zamrzlik rozkręcał się powoli, wiara jednak czyni cuda. Walczyli. I zdobyli srebrny medal Ekstraligi, kto o tym myślał na początku sezonu? Chomski! Już wieszali na nim psy. Znamy się i nie mam zamiaru oblewać lukrem, Stanley jest “prosty w obsłudze”. Kiedyś zanotowałem takie zdania, nie wiem kiedy, ani skąd: “Żeby mieć dobre życie, trzeba w nim zmieścić to, co przerażające i co piękne. Powiedzieć sobie “przetrwaliśmy” i poczuć smak zwycięstwa”. Tak? Ano tak.

Transferowy okres w żużlu, który rozpoczął się bardzo wcześnie przyniósł sporo rozterek tym, którzy nalegali i tym, którzy wybierali. Gorzowianie chcieli pozyskać talent z Tarnowa, Mateusza Cierniaka, syna Mirosława Cierniaka. Nie tylko Stal, która ma Bartosza Zmarzlika, kokietowała 18 –letniego tarnowianina, za którym stoi jego trener wspomniany tata, były żużlowiec, “porwany” kiedyś do Wrocławia/ a jak to się skończyło?/. Ostatecznie Mateusz wylądował w Motorze Lublin. Dlaczego nie w Stali? Otóż Stanley nie zgodził się na ofertę talentu ziemi tarnowskiej, gdzie też rodzą się zawodnicy pierwszej klasy non – stop. Trener Chomski, człowiek życiowo i sportowo doświadczony powiedział NIE. Towarzystwo tarnowskie odjechało, nie przyjęło oferty stosownej do wieku, do warunków klubowych i wyrastania obok Zmarzlika. Nie znam negocjacji aby nie mówiło się o pieniądzach.  Przypomniała mi się historia Bartosza Kapustki, piłkarza młodego, który utalentowany nadmiernie, szybko został reprezentatem Polski, strzelił w debiucie gola na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz z Cracovii rychło poleciał za duże pieniądze do angielskiego klubu, by siedzieć na ławce rezerwowej. Dziś gra w stołecznej Legii i jego przygoda była raczej zmarnowanym “rejsem” po Europie. A jaki jest aktualny los jednego z częstochowskich talentów, który skuszony ofertą opuścił okolice Jasnej Góry? Jest we Wrocławiu. Tamtejszy klub często przewija się w transferowych pajęczynach. Pouczające? Stanisław Chomski stanął na gruncie /…”nieetyczne pieniądze”/ udeptanym przez rzeczywistość, dlatego go ceni prezes Marek Grzyb. I ja też. Bermudy bywają realne… I koniec wieszania makaronu na uszach. Z Tarnowa wszak znacznie bliżej na Roztocze, czas ścigania pokaże komu było po drodze, bo przypomnę, że np. Jakub Jamróg błądził. Nie zawsze “time is money”. W Lublinie pracuje sprawny menedżer Jacek Ziółkowski, młody Cierniak ma ojca trenera. Motor nie jest też klubem, który sroce wypadł z gniazda. Pieniądze nie lubią rozgłosu ale muszą mieć solidną płynność i nie rozpuszczać młodych, bo casus niegdysiejszy Adama Łabędzkiego/Leszno – Wrocław/ jest wymownym tego przykładem. Talenty jeszcze nie wyrośnięte a wcześnie skuszone bywają w efekcie skruszone zmanierowaniem. Sport zna takie przykłady w wielu dyscyplinach. Przykre.

A wzorcami udanymi w treści emanują na ulicach hasła polskich kobiet w różnym wieku. Wartość ich spontanicznego gniewu nie ma ceny. Dygresja. Pisałem nie raz, ani dwa: tyle kobiet, młodych dziewczyn uwielbia speedway, chcą być również aktywne w tym sporcie nie tylko na trybunach a nie mogą się przebić przez męskie szlabany. Męski sport jakim jest żużel broni się przed płcią piękną. Kobiety biją się na ringach oficjalnie ale nie mogą ścigać na torach legalnie. Działaczki kobiety? Stać je na sędziowanie, udowodniły, także na arenie międzynarodowej. Mają wdzięk i refleks, potrafią okiełzać każdego krnąbrnego i budzą respekt. Nie pożądanie, bo to zupełnie inna gra… Kochają speedway a on ich nie! Dlaczego są tylko tłem? W żużlu, bo gdzie indziej imponują swoimi walorami, nie tylko pod taśmą startową. Żużlowcy nie są starymi kawalerami, fanki tego sportu zostają chętnie żonami, dzieci potem mistrzami czterech okrążeń. Takie są Bermudy “czarnego sportu”, który bez kobiet nie może żyć, lecz na zasadach patriarchatu. Tylko? Boję się, że panie mogą kiedyś protestować nawet na torach. I będą miały rację, jestem za…

Photo by Sandra Seitamaa on Unsplash

Samoodejście, dlaczego? Największym dobrem jest życie

Wypadek, choroba, nagła, trudna sytuacja… Samobójcy zostawiają po sobie gwałtowny ból. Rodzą się pytania dlaczego i najczęściej nie ma odpowiedzi a przypuszczenia bywają tajemnicze i nieodgadnione. Speedway jest sportem ekstremalnym, niebezpiecznym nie tylko z powodu na kraksy, które okaleczają ciało ale bywa, że zostawiają trwałe kalectwo do końca życia. Zawodnik jeżdżący na żużlu ma stres, on nie boi się ale nie jest wolny od myśli o niebezpieczeństwie. W trakcie walki na torze zapomina się o tym, tam buzuje adrenalina i każdy sportowiec chce swoją ambicją pokonać wszystko. Albo udaje się, albo zwycięstwo zostaje odłożone na później, trudno zresetować niebezpieczeństwo.

Profesor dr. hab. Agnieszka Gmitrowicz, psychiatra z AM w Łodzi mówi tak: “ Ja nigdy bym się nie podjęła wytłumaczenia, dlaczego ktoś popełnił samobójstwo, jeśli tej osoby nie poznałam i nie mogłam jej wcześniej zdiagnozować”.

“Wskakuję” w historię żużlowych przejść, nie mam zamiaru robić statystyk, dotknę tych faktów, no i osób, które znałem. Dawno temu Australijczyk William Robert “Billy” Sanders popełnił samobójstwo, wsiadł do auta, włączył silnik i zatruł się w garażu spalinami. Był nazywany “australijską strzałą”, uczestnik wielu finałów światowych, znakomity, sympatyczny, przystojny. Wicemistrz świata, medalista, postać znacząca w żużlu. Billy miał problem z żoną, którą zainteresował się jego kolega z reprezentacji “Kangurów”. Szok a psychika Sandersa była za słaba, więc sam zadał sobie cios. Koniec.

Wielki talent angielskiego żużla Kenny Carter, zwinny na torze, marzący o tytule mistrza świata, nie doczekał takiej satysfakcji, w Los Angeles na Coliseum w kontrowersyjnej sytuacji lepszy od Cartera okazał się Bruce Penhall, kalifornijskie bożyszcze żużlowych serc, także mojego. Na swojej farmie Kenny po rodzinnej sprzeczce bierze dubeltówkę i strzela do żony, potem do siebie. Dwie ofiary, dramat oblatuje sportowy świat. Kariera Cartera stała otworem, furiat popełnia morderstwo, dzieci zostają sierotami. Tragiczny western.

DLACZEGO on to zrobił?

A dlaczego Edward Jancarz zostaje zasztyletowany przez drugą żonę pewnej styczniowej nocy w Gorzowie? Ikona polskiego i światowego żużla ginie a sensacja jest wstrząsem, nie tylko w środowisku żużlowym. Noż jest ostry tak, jak i wiadomość, że Eddy umiera.

Polska scena żużlowych wydarzeń. Robert Dados, lubelski matador, talent wyjątkowy do ścigania się na torach. Mistrz świata juniorów. Luzacki idol, popularny, efektowny jazdami i efektywny punktowymi zdobyczami. Odlatuje z Lublina, jest we Wrocławiu, w Grudziądzu. Przeżywa ciężki wypadek drogowy w Grudziądzu, “zalicza” próbę samobójstwa, już nie wiem, co było pierwsze. Podczas Grand Prix w Kopenhadze na Parken nagle jedzie pod prąd. Ma zaburzenia psychiczne, błądzi, zły duch czeka na okazję. Robert Dados wybiera śmierć, skraca życie, zadaje potężny ból rodzinie. Dotychczasowe jego życie już było karierą a mogło być jeszcze większą. Już nie będzie.

DLACZEGO on to zrobił?

“Problem samobójstw jest bardzo złożony, a każda osoba ma inną historię życia”, mówi prof. A. Gmitrowicz. – “Zidentyfikowane zostały oczywiście różne czynniki ryzyka. Samobójstwo nie jest przeważnie czymś, co się zdarza bez uprzedzenia. To bardzo często jest proces” oświadcza profesor w rozmowie z Urszulą Rybicką… “Można go przedstawić w postaci wykresu. Na jednej osi można zaznaczyć czynniki ryzyka genetyczne i uwarunkowania osobowościowe, a na drugiej osi można odłożyć stresory, czyli kolejne sytuacje w życiu powodujące stres.”

Młody zawodnik Falubazu Zielona Góra Rafał Kurmański targnął się przed laty na życie. Niesamowita historia, jak inne przypadki, niestety. Młody talent, obiecujacy, życie i medale przed nim a jednak śmiertelna decyzja jest silniejsza od rozumu. Straszne.

Rybniczanin Łukasz Romanek, mistrz Europy, sentymentalny, ambitny. Miał presję na wynik, lecz poza żużlem są też sprawy ważne. O tym warto pamiętać! Trzeba o tym mówić. Był taki skoczek narciarski z USA, który cieszył się z tego, że poleciał, nie wywrócił, wylądował. Oczywiście ambicje są nie do zważenia, inne u każdego, nic jednak na siłę. Łukasz podobnie, jak Rafał i Robert wybrali samoodejście, brutalnie przerwali młode życia, które rokowało sukcesy. Wcześnie złamali swoje charaktery.

Słoweniec Matej Ferjan, żużlowiec lubiany, zżyty z Polską decyduje się na koniec. Wstrząsające. Nitka życia przecięta wbrew naturze. Płaczemy i brniemy w nicość.

DLACZEGO oni to zrobili?

Na oko gladiatorzy, w środku wątli. Szacuje się, że ok. 40 proc. młodych ludzi w Polsce ma myśli samobójcze. Liczba ta rośnie w cywilizacyjnym zawrotnym kieracie.

Bohaterów nie satysfakcjonują słowa: musisz wziąć się w garść. Wszystko albo nic?

TOMASZ JĘDRZEJAK ostatni smutny, tragiczny przypadek samobójstwa…

Znów przywołuję opinię prof. A. Gmitrowicz: – Jeżeli dojdzie do pewnej kumulacji, czyli u osoby, która ma predyspozycje/ tzw. podatność/ nagromadzą negatywne doświadczenia i kryzysy, to ryzyko zamachu samobójczego znacznie wzrasta…

Tomasz Jędrzejak, b. mistrz Polski, zawodnik urodzony w Ostrowie Wlkp. tam mieszkający z rodziną/ dwie nastoletnie córki/ kilka dni temu okrył żałobą bliskich. I nie tylko, cały sportowy świat nie może zrozumieć dlaczego to zrobił, półtora dnia po udanym meczu. Dyskusje trwają, człowiek czasem nie może sobie poradzić sam. Ale dlaczego inni nie widzą załamań, no właśnie jest taki kamuflaż psychiczny. Niby nic a jednak zło dopada. Niszczy psyche, obezwładnia, brakuje wyobraźni, jest destrukcja.

Samobójstwa są nagłymi zdarzeniami, które jak atak serca szokują otoczenie. Jeśli nie ma widocznych symptomów, zrozumienie ostatecznej sytuacji jest niemożliwe. Absolutnie.

SPEEDWAY jest znaczony śmiertelnymi wypadkami na torze, trwałym kalectwem na całe życie. A jednak startują młodzi, chcą być mistrzami, ginie na torze zawodnik a jego brat zaczyna ściganie. Nieprawdopodobne, prawdziwe. Cóż za moc w ludziach, strach wypędzony, ambicja wyżyłowana, wygrywa etos ścigania za wszelką cenę. A cena ostatniej chwili życia jest wciąż bardzo wysoka! Paradoksy gniotą sumienia.

Każdy człowiek ma swój Stalingrad życiowy, mniejszy, większy, górki i dołki, trzeba pokonać zło, żyć dobrymi wspomnieniami a te malowane na czarno odrzucić.

Porady psychologów w życiu pomagają, psychoanalitycy, psychiatrzy pozwalają wrócić do normalności. Każdy chce może czasem wynurzyć się z otchłani dręczących myśli i lekarz jest konieczny. A jeśli furtka ratunkowa zamknięta? Co się robi, by pomóc zawodnikom? Szkoleniowcom, nawet prezesom… Nie ma co się wstydzić. Stać chyba polską władzę żużlową na taką osobę, która bezpłatnie pomoże każdemu w potrzebie. Pogoń za wynikami, pęd dygnitarzy za apanażami – zaciemniają skomplikowane problemy ludzi. Jeśli władze żyją z “żużlowych galerników”, powinny obowiązkowo zadbać o ich życie, kondycję, pomyślność. Pamiętacie jak bohater amerykańskiego serialu Soprano korzystał z psychoanalityczki? Kosztowne, konieczne wizyty; mam informacje, że obecnie w Polsce sporo osób korzysta z porad psychologów, psychiatrów, gdyż życie jest bezwzględne w swojej istocie. “Wyścig szczurów” zabija humanizm i drenuje bezwzględnie. Jak to możliwe, żeby zawodnicy po turnieju Grand Prix w Szwecji/ Malilla/ pędzili 1600 km na mecz Ekstraligi do Częstochowy; byłem tam i widziałem zmęczenie, zawody GP skończyły się późno w sobotę z powodu złej pogody a mecz w Polsce zaczynał w niedzielę o godz. 17.00. no a we wtorek ligowe ściganie w Szwecji. Człowiek musi zregenerować siły, być w pełni wypoczętym, zdrowym, gotowym do jazdy. Działacze z innych sportów nie pojmują tak obciążonego kalendarza. Czy piłkarz Ronaldo gra mecz dzień po dniu? On biega, żużlowiec jeździ. Proponuję, by po turnieju GP daleko poza granicami Polski, dygnitarze żużlowych salonów szybko wrócili/ śpiąc czy nie/ a potem przebiegli na stadionie choćby jedno okrążenie na torze… Za darmo.

DAXuCtBXcAAnaxV

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

Prawdy, fałsze, fantazje: Pieniądze, plebiscyty, pączki

 

52

Karnawał, bale, plebiscyty, pączki z różą nie tylko do kawy. I pieniądze o których w sporcie na dzień dobry mówi się 50.000 euro plus. Pączki bywają różne, bale też a plebiscyty ekscytują szerokie gremium. Mega spotkania osobistości, bale i laurki.

Tradycyjny, najbardziej popularny “Przeglądu Sportowego” chyba zakończy się sukcesem Anity Włodarczyk, młociarki, mistrzyni i rekordzistki świata, która z uśmiechem macha młotem na arenach globu jak Chińczyk pałeczką do ryżu. Piszę o tym, bo lubi żużel jako urodzona rawiczanka i być może spotka się na plebiscytowej scenie laureatów z Bartoszem ZMARZLIKIEM, który jest w grupie, z której kibice będą wybierać dziesiątkę najlepszych polskich sportowców.

Drugim plebiscytem obok którego nie można absolutnie przejść obojętnie jest oczywiście w Lesznie po raz 27. organizowany przez Tygodnik Żużlowy 25 lutego 2017. Bal dla całej społeczności żużlowej, głosowanie, trofea i rockowy luz. Karnawał, pora na relaks ale i przygotowania do nowego sezonu. Co było wiemy a co nas czeka, wie chyba tylko wicepremier Mateusz Morawiecki. Bez żartów jednak na początku roku, kiedy trzej królowie na wielbłądach pędzą do Betlejem. Chcę przypomnieć a propos różnych plebiscytów o człowieku, który na sędziowskim szlaku przecierał drogę jako pierwszy Polak innym. ROMAN CHEŁADZE z Torunia zmarł w 2002 roku, dziś minąłby licznik urodzinowy /1936/ po raz 80. Prowadził kilkanaście prestiżowych imprez, po raz pierwszy jako Polak dwudniowy finał indywidualnych mistrzostw świata w Amsterdamie w 1987 roku, wygrany przez Duńczyka Hansa Nielsena. Był bezkompromisowym arbitrem, cenionym na europejskich arenach no i w polskich potyczkach nie tylko ligowych. Był sędzią, działaczem, zaczynał jako żużlowiec, odpowiadał za sztab sędziowski w ramach Głównej Komisji Sportu Żużlowego oraz infrastrukturę torów. Dla niego nie było przysłowiowego “zmiłuj się”, działacze mieli respekt, podobnie zawodnicy na wszelkich odprawach. Decyzjami wzbudzał szacunek, znał jezyk niemiecki i swobodnie poruszał się na arenie międzynarodowej. Otrzymał wyróżnienia i medale za zasługi przyznawane przez Międzynarodową Federację Motocyklową ale nie był włączony do prac FIM – owskich, choć w ewentualnych wyborach wygrywałby w cuglach. Czasem Polak Polakowi wilkiem… Cheładze miał chore serce, czekał na przeszczep, profesor Zbigniew Religa wiedział o tym, ale niestety Roman nie doczekał operacji. Wspominam o tym, bo w szumie plebiscytowych głosów warto pamiętać o ludziach, którzy otworzyli świat dla innych. Polscy sędziowie mają twardą szkołę praktyczną, bo ile sędziuje przeciętny arbiter z Niemiec, Austrii, nawet Danii czy Szwecji. Pamiętam z przeszłości wpadki zagranicznych debiutantów na ważnych turniejach, kompromitacja to łagodne słowo dla takich incydentów. Gubili się jak dzieci we mgle… Nie ma oczywiście bezbłędnych sędziów, w futbolu teraz jest ich aż pięciu i nadal mamy karygodne wypaczenia wyników. Człowiek bywa omylny, lecz rzecz w tym by skutecznie eliminować “wielbłądy”. W żużlu obraduje w ramach elitarnych imprez JURY FIM i co z tego? Jest kontrola torów, długie dyskusje, kanapki, napoje i koszty rosną a sędziowie i tak pozostają za pulpitem samotni, z nieomylnym tylko podglądem TV. Czy w wyniku obradowania jury nie ma kontrowersji, telefonów zbulwersowanych zawodników do sędziego?

W Polsce funkcja komisarzy d/s torów jest nijaka, oczywiście poza honorariami. Jest więc dodatkowa kontrola i co wynika? Ąpologeci tego pomysłu twierdzą, że sytuacja z torami poprawiła się, jednak taka opinia jest mocno dyskusyjna. Sędzia był kiedyś “carem” na stadionie, dziś zabrano mu niektóre “zabawki” ale i tak to ON odpowiada za wizerunek i jakość widowiska.

Dni bez żużla mijają szybko, ledwie skończył się sezon a już myślimy o nowym. Brakuje zimą halowych turniejów w Europie. Eskapady na Antypody organizowane kiedyś przez Ivana Maugera skończyły się wraz z upływem wieku tego multimedalisty MŚ. Brakuje kontynuacji, koszty liczy każdy, zgrupowania krajowe nie szukają lokalizacji w ciepłych rejonach. Na szczęście przy globalnym ociepleniu warunki w Polsce sprzyjają szybszym wyjazdom wiosną na tor. W internecie nie znajdziemy zapachu żużla, jest on tylko na stadionach.

Sikorki zaćwierkały, że Tomasz Gollob za to co zrobił dla polskiego żużla powinien mieć… pomnik. W Polsce pomnikomania jest powszechna, w zależności od władzy jest większa albo mniejsza i ciągle przybywa tablic pamiątkowych i obelisków. Zasługi Tomasza Golloba są duże, w innych sportach nie brakuje również postaci, olimpijczyków z medalami, arcymistrzów aren. Gollob jeszcze jeździ, jego końcówka kariery przypomina aktualnie starty też “pomnikowej” narciarskiej biegaczki Justyny Kowalczyk, która ciągle chce, walczy charakternie, lecz ciężko z wygrywaniem.

W tytule znalazły się pieniądze, walor bardzo poszukiwany ale i wydawany na lewo i prawo. Gigantyczne zarobki piłkarzy biją rekordy filmowych gwiazd, kompozytorów dzieł i artystów sztuk pięknych. Wypłaty w tenisie są chorym przykładem, jak bez skrupułów honoruje się wybrańców, podobnie golfistów, którzy trafiają do dziurki tam, gdzie wzrok nie sięga. Myślę, że niektórych z elity sportowej już nie cieszą te fortuny, błądzą w podatkach, frustrują odczuwalnie. Dziecko cieszy się każdą zabawką ale kiedy nagle dostaje komputer, to za chwilę chce już lepszy. Hamulce są konieczne. Wprawdzie motocykle żużlowe nie mają hamulców, to generalnie speedway nie jest tak dopieszczany finansowo jak inne sporty. A cena życia w żużlu jest bardzo wysoka.

Miejmy zawsze szacunek do wyników, medali i sprawiedliwie, realnie oceniajmy osiągnięcia. Talent, praca, jeśli jest konsekwentna, kształtuje od premiery charaktery zawodników, pod jednym oczywiście warunkiem, że rozum wygrywa z głupotą. Pieniądze są konieczne, plebiscyty mamy prestiżowe a pączki najlepsze tylko z różą.

Dobruszek wybrał Danutę

Raz po raz czytam książki, kupuję, niektóre przeglądam i odkładam na bok. Świat sportowych książek jest specyficzny, nie opisuje raczej zdarzeń a głównie bohaterów aren. Kibice uwielbiają statystyczne zestawienia, bardzo potrzebne, lecz mnie nudzą, bo wolę w ten obszar zajrzeć dzięki internetowi. O właśnie, internet wtargnął mocno w przestrzeń zainteresowań kibiców i mają na ekranach co tylko zapragną. Niesamowity świat, który przybliżył historię, poznawczo zbratał się z nami już chyba na zawsze. Przed laty książki sportowe w Polsce były rarytasem, istniało bodaj tylko jedno wydawnictwo, które zmonopolizowało rynek, choć zdarzały się wyjątki i mieliśmy książki na chwałę czempionów. Było tego jednak zbyt mało. Czesi wydawali o wiele więcej i zawsze kiedy impreza rzuciła mnie w ten rejon przeglądałem z ciekawością wydawnicze hity, językowo bliskie. Gorzej było z Węgrami, oni chyba jeszcze więcej wydawali książek sportowych od Czechów. Kiedyś miałem okazję kupić „ciepłą“ wydawniczo pozycję o legendarnym piłkarzu Puskasie. Kolega z redakcji, hungarysta, poźniejszy sędzia i prezes PZPN przetłumaczył i została w odcinkach publikowana na łamach „ Sportu“. O brytyjskim sportowym rynku wydawniczym wspominam z wielką zazdrością, bo tam jest tego tyle, że wylatuje z witryn. Zostawmy na boku ich ocenę literacką, nie o to chodzi. Liczą się fakty, dokumentacja, zdjęcia. Skandynawowie mają urozmaicony dorobek sportowego koszyka książkowego, zaś Amerykanie publikują w nakładach tyle ile Europie się nie śni. A mnie się śni nie tylko wydawanie ale i dystrybucja, i… popyt.

No i tak zabrnąłem w kozi zaułek, bo statystycznie Polak czyta rocznie bardzo mało, wstydliwie śladowo i chyba branżowe publikacje mają największe szanse. Hobby i pasja biorą górę, lecz mimo wszystko i nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Taki kiepski rynek. Interenet wciąż połyka czytelnika i kusi ofertami. Co robić? Z E –bookami?

Przed laty żużlowe środowisko było wydawniczo wyraźnie na cenzurowanym, nie wiem dlaczego ale o ile sięgnę pamięcią, to na palcach dwóch rąk można policzyć pozycje, które traktowały speedway. A w Anglii, Skandynawii? Angielska machina napędzana przez „Speedway Star“ i np. Petera Oakesa może być wzorem do naśladowania. Mam kilkanaście pozycji, cennych i często je przeglądam. Wielcy zawodnicy zjeżdżali z torów i mieli od razu w rękach kompedium swojej kariery. Wartość bezcenna dla hobbystow, kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat. Sam piszę i coś tam mi wydają, choć nie tylko żużlowe przeżycia, bo nie tylko samym sportem żyję.

Co było dawniej odeszło jednak w niepamięć. Nowe czasy uruchomiły wyobraźnię i ambicje, stworzyły warunki do „kupowania“ fanów. I takim wydawcą jest skromny dziennikarz i redaktor Wiesław Dobruszek z Leszna, miasta, które żużlem żyje a jego sławę podał światu Alfred Smoczyk. Unia Leszno kojarzy się z żużlem jak jezioro z wodą. I jeszcze wydawany jest tam jedyny w swoim rodzaju „Tygodnik Żużlowy“. Dopełnię reszty, kiedy podam, że w tej redakcji pracuje od wielu lat Wiesław Dobruszek. I tam zainicjował wydawniczą karierę „Ligą Polską“, pod auspicjami AWA PRESS/ TŻ/. Z Unią Leszno wydał cenną pozycję „ Pół wieku Memoriału Alfreda Smoczyka“, jakże mogło być inaczej. Dobruszek wtedy już połknął bakcyla wydawniczego;  „nauczyłem się sporo“ jak powiedział, „przy tych pierwszych pracach“, choć nie był żółtodzióbem. Z jednej strony była praca redakcyjna w „TŻ“, z drugiej myślenie i praca nad tym co wydać dla czytelników – fanów żużlowych na amen.

Od 2003 roku powstała firma wydawnicza „Danuta“, bo takie imię ma żona Wiesława. Wybrał nazwę firmy sam czy żona? Nie pytałem, w każdym razie mezaliansu w tym nie widzę, tylko normalność w celu spełnienia ambicji i sprawienia satysfakcji kibicom.  „Żeby jeszcze więcej kupowali“ wzdycha Wiesław. Pocieszam, że to bolączka wszystkich wydawców, przecież nie tak dawno katowicki „Videograf“ wydał mi żużlowe refleksje pt. „Szybkość nie wybacza nikomu“, co zeznaję przy okazji. Skręcam jednak do Dobruszka i jego DANUTY.

Hitowe było „Żużlowe ABC“, w sumie 10 tomów. Bardzo fajna rzecz. „Asy żużlowych torów“, to osiem tomów, w tym cztery autorstwa bossa DANUTY. Co dalej? „Żużlowe mistrzostwa“, to siedem pozycji, które spłodził Dobruszek. Trzy pozycje w cyklu „Żużlowcy znani i lubiani“, też cenna. Tak prawdę mówiąc nie ma tutaj pomysłów chybionych, np. „Żużlowy leksykon ligowy“. Wiesław Dobruszek wydał w sumie 30 pozycji żużlowych, w tym 26 napisał sam. Na rynku brytyjskim czy amerykańskim byłby chyba krezusem, mieszka jednak w Polsce.

Mimo słabego rynku wydawniczego w sporcie przed laty, dziś wprawdzie jest inaczej, jednak czasy tak się zmieniły, że potrzeby czytelnicze potaniały niemiłosiernie. Paradoksy. Wiesław Dobruszek i jego DANUTA bynajmniej nie mają zamiaru rezygnować ze swoich planów i ambicji wydawniczych chować za regał.

Żużlowe książki sygnowane przez Dobruszka mają swoją renomę i każdy kibic ich poszukuje by mieć na półce. To branżowe egzemplarze, więc z nakładem nie ma szaleństwa, co jest rzeczą normalną w biznesie nie rozpasanym przez kapitał. Liczy się każda złotówka, nie… ważona w funtach.

Dość na razie o książkach, które dotyczą żużla, kupujcie je i czytajcie, a ja biorę do ręki ulubionego Hrabala i kiedy chcę sobie poprawić humor czytam o choćby takie opowiadania jak „ Obsługiwałem angielskiego króla“ czy “Jak to zostałem milionerem“. Nawet czytelniczy monopol czasami szkodzi, wierzcie mi, więc trochę tego, trochę tamtego, no i zawsze w lewo.

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?