15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.

Kreator Morris

Na imię ma Phil. Przejął się bardzo swoją rolą od kiedy on, Walijczyk Morris/40 l./ został dyrektorem serialu Grand Prix i pobocznych turniejów, np. Speedway of Nations, czyli wymysłu międzynarodowego towarzystwa wzajemnej adoracji, które brutalnie wykastrowało dużynowe mistrzostwa świata. To szkoda na rzecz tradycji, która dawno powinna być ostro oprotestowana przez polską stronę światowej grupy trzymającej władzę na czele z Włochem Armando Castagną. Tegoroczny turniej SoN był niebezpieczną parodią marki żużla. Anglicy wobec szalejącej pandemii mądrze wycofali urządzenie turnieju dwudniowego/ pomysł wyciągnięty z grobowca/ w Manchesterze, toteż firma angielska BSI vel FIM szukała gorączkowo organizatora. Bydgoszcz, która już raz uratowała angielskich promotorów, kiedy nie wypaliła impreza Grand Prix w niemieckim Gelsenkirchen, odmówiła po kanclersku – nein. No i zgłodniały żużla Lublin załapał się w roli koła ratunkowego. Strażaka do pożaru. Pytam, czy ten turniej był koniecznością? A dlaczego Castagna nie zrobił mityngu u siebie? Przegrał ze strachem? Wybrano Polskę, bo moi rodacy biorą wszystko, co ze stołu BSI spadnie. Znam przypadki psucia handlowego rynku w walce o organizację imprez GP, jakby to było zbawienie dla wszystkich fanów żużla. Polacy, którzy kilkadziesiąt lat temu byli w wąskim gronie / też Szwedzi/ pomysłodawców takich rozgrywek ufundowali historyczną wazę jako trofeum. I nie byli po latach pytani czy likwidacja DMŚ jest słuszna, czy idiotyczna. Komentarz zbyteczny. Polscy żużlowcy zdominowali drużynowe rozgrywki MŚ, bo szkolą młodzież, mogą wystawić teamy A i B. Likwidacja DMŚ obyła się prawie bezszelestnie, arbitralnie. Prestiż SoN – u jest nijaki. Biało – czerwoni zgarniali wcześniej złoto, nie zawsze było łatwo, lecz zdobywali z hasłem “z błota do złota” i tak było ongiś w Lesznie. Zazdrość Zachodu pozbawiła brutalnie dominatorów i obrońców cennego trofum. A niechże kluby pod egidą Międzynarodowej Federacji Motocyklowej szkolą talenty od Bułgarii, Rumunii po Holandię, Norwegię, Finlandię. Niech ileś tam procent z zysków turniejów Grand Prix idzie na szkolenie pod kontrolą FIM. Konkretny plan. Nic z tego. Wyrżnięto tępym nożem tradycję i piękno tego sportu, stworzno dziwoląg, bo SoN to – ani pary ani drużynowe mistrzostwa świata. Klakierom tego projektu zabrakło wyobraźni i charakteru.

LUBLIN. Koniec sezonu, ambitni i spragnieni żużla tamtejsi niemal fanatycy speedway’a podjęli się  organizacji, lecz mieli pecha, gdyż kapryśne niebiosa nie sprzyjały. Żal mi było ich pracy, wysiłku. Ktoś siedział w hotelu a ktoś grzebał się w błocie na torze. Proszę wystawić rachunek w funtach, dobry teraz kurs. Pierwszy dzień zmaltretowała pogoda, tor i żużlowych robotników. Dyrektor SoN wspomniany na wstępie felietonu Anglik Morris latał po parkingu i torze, jak niektórzy nasi prezesi klubowi. Duńczyk Ole Olsen b. dyrektor serialu GP tego nie robił, poza fatalną wpadką w Warszawie, gdzie maszyna startowa uprzytomniła, że warto mieć rezerwę sprzętową, nie tylko w dolarach. W Lublinie, gdzie żużel mają ludzie w sercu deszcz robił na złość, było zimno, jesień zrobiła kuku. Odwołano pierwszy dzień zawodów mimo dyskusji na lewo i prawo. Drugi dzień był nieco lepszy pogodowo, lecz tor dalej tragiczny. Motor Lublin and company dawali z siebie wszystko. Jedni zawodnicy chcieli jechać, drudzy nie. Latający Morris w firmowym poloz krótkimi rękawami, mimo kilku stopni zimna lansował lato, pochlapany błotem stracił realną ocenę sytuacji. Wszyscy w zimowych kurtkach, czapkach wełnianych a on Mr. PM, nie mylić ze znanym koncernem tytoniowym dwoił się i dziesięciokrotnił. Nadaremnie. Morrisowi było gorąco, nie wiem czy jak wrócił do domu, nie wylądował w pościeli. Bardzo chciał aby zawody się odbyły, zwykle “miota się” na stadionach i nawet kiedy jest sucho każe lać wodę na tor. Teraz niebiosa dały mu pompę.

Termin rezerwowy był jeszcze na trzeci dzień, lecz drugiego wieczora w siąpiącym deszczu i rozlewiskach wody, jakby miejscowa Bystrzyca wylała, po próbach toru wydał decyzję: JAZDA! Nie wszyscy chcieli jechać, nawet znani z odwagi mołodcy Rosjanie, którzy już dwa razy poprzednio zdobyli złote medale. Zwykle w idealnych warunkach sędziowie zarządzają równanie toru, teraz na tym kartoflisku bagiennym rozgwywano wyścig za wyścigiem, byle jechać na siłę, bo 14 wyścigów zapewniało przerwanie regulaminowe tych kuriozalnych zawodów. Była mimo wszystko walka zacięta a jeden z komentatorów  telewizyjnych, już nie pierwszy raz, mówił bezpardonowo o wodzie w majtkach, widać ma złe doświadczenie w tym przypadku. To nie jest śmieszne…

Zawody dojechały do XV wyścigu, doszło nagle do karambolu niebezpiecznie widowiskowego i na szczęście/!/ w skutkach niegroźnego. Phil Morris zarządził szybko koniec zawodów, ze źródeł dobrze poinformowanych, dotarł do mnie sygnał, czy sam tak zarządził, bo powinien w gronie ukraińskiego sędziego/ lwowiak, nb. mieszkający w Krakowie/ Aleksandra Latosińskiego oraz szefa Jury FIM /Piotr Szymański/.

Bohaterską szarżą na oślep, jak sam powiedział, Emil Sajfutdinow wcześniej wygrał wyścig i ten sympatyczny jeździec sprawił, że Rosja po raz trzeci zdobyła złoty medal. Nie był to szczyt Mont Blanc a raczej bagna Dniestru, z pełnym szacunkiem dla ofiarnych działaczy Motoru, w tym Macieja Kuciapy, który ratował “dobytek” na torze. Premia mu się należy w funtach a kożuch z Kurowa/ blisko Lublina/ dla Morrisa z flaszką śliwowicy do herbaty. Tylko prawdziwych kibiców żal, dla nich zostaje piwo “Perła”. I domowa kanapa. Plus kanapki.

Czy warto było na siłę z hasłem: “nie sport a biznes” organizować takie ściganie? Za jaką cenę? Przerwane zawody wzbudziły rozmaite kontrowersje, rozdrażnienie, np. Mark Lemon coch Australijczyków protestował, inni dyskutowali: “skoro już zaczęli, trzeba było skończyć” a może Polacy mieli szansę na złoto? Zdobyli srebro, liczyli na więcej, podobnie Szwedzi a Duńczykom wpadł brązowy medal. Hans Nielsen duński menedżer, który w Lublinie ongiś startował i jest tam… prawie radnym znalazł się na kwarantannie covidovej. Wirus w koronie jest bezlitosny, dopada każdego: mistrza, outsidera… Walor speedway’a nad Bystrzycą został upaprany bezmyślnie; Polacy naharowali się za innych,  wszędobylskiemu Philowi Morrisowi życzę –  mniej ADHD na stadionach. 

SoN’20 Lublin będzie dramatyczną, deszczową historią z mottem ”po co nam to było”.  Dodam: nie wszystko dobre, co jakoś tam się kończy. Pech odleciał na szczęście.

PS. Kreatorów żużla jest kilku. Przedstawię. Jeszcze jedna kwestia, jeszcze taka oto glossa…  speedway w Polsce uciekł z czerwonej strefy covidowej w samą porę, bo już zbliżał się do ściany. Polacy powinni dostać specjalne honorowe wyróżnienie z FIM za uratowanie tego sportu, więc może będzie okazja aby działacze międzynarodowi  uczciwie docenili, co zrobiliśmy dla żużla światowego. Przetrwaliśmy z honorem.

Australijskie zastrzyki

Si, si…Mamy serial Grand Prix i Włoch Armando Castagna, który przewodzi światowemu żużlowi, bo nie ma innego wyjścia /?!/ ugasił tegoroczny pożar i Polacy uratują indywidualne mistrzostwa globu. Nie pierwszy raz, bo kiedy na początku zawieruchy i szumnych zapowiedziach nowych rozgrywek GP/start 1995/ nie bardzo interes angielskim pryncypałom spod znaku BSI się wiódł, poznańska Kompania Piwowarska Lech, Jana Kulczyka wzięła na plecy ciężar utrzymania grand tańca. Z koł dobrze poinformowanych dawno już doleciały do mnie wieści, że tak bardzo Castagna nie kocha Polaków, lecz w sytuacji podbramkowej biało – czerwona strefa urządzi igrzyska. A gdyby Niemcy byli silni, Skandynawowie, Anglicy powiedzieli “si”, to moim rodakom spod kół by się żużel sypał na głowy. Zaczyna igraszki GP we Wrocławiu, tak jak w 1995 roku w premierze tego cyklu, który miał być fantastyczną przygodą. “Dziką kartę” teraz dostał ambitny Gleb Czugunow a niektórzy błądzili myślowo, że będzie miał ją w kieszeni… Maksym Drabik. Sądziłem, że pojedzie Bartosz Smektała albo Dominik Kubera. No cóż każdy ma własną ocenę sytuacji. Wyjaśniam koledze, który mnie pytał jakiej narodowości jest debiutant w GP, otóż mieszane barwy: rosyjsko – polskie, Gleb ma nasz paszport. Eto wsio? Zawodnik jest przedstawicielem miejscowego klubu, więc pojedzie jak w domu. Jest odważnym, skromnym reprezentantem Wschodu, reszta należy do niego w debiucie GP. Ot, mołodiec!

Tytułu mistrza świata broni Bartosz Zmarzlik, gorzowskie barwy. Zdobył złoty medal w ubiegłym sezonie na Motoarenie w Toruniu. Było tam ciężko, bo mimo przewagi, ona topniała wobec ataku Duńczyka Leona Madsena, który/ zaznaczam raz jeszcze/ ma żonę Polkę. Towarzystwo jak widać spolszcza się nie tyko na torach, wszak są wygodniejsze też podłoża. Madsen zna kilka naszych klubów i mentalność polskiego suwerena. Gonił Zmarzlika w Toruniu, lecz opatrzność była po stronie gorzowianina. Do brązu, srebra dorzucił Bartosz złoto. Kolekcjoner, który na tym dorobku na pewno nie poprzestanie. Ma w duszy pęd do ścigania, mijania, brawury na krawędzi cienkiej jak nitka, opanowany od dziecka motocykl prowadzi go do efektownych zwycięstw. Madsen nie jest jedynym konkurentem, oto głodny “kalca” jest Emil Sajfutdinow, zgrabny wojownik rosyjski, bojar żużlowych torów, chciałby być carem. W ubiegłym sezonie nie miał szczęścia Anglik Tai Woffinden, trzykrotny mistrz świata, któremu pech kasował punkty i niestety zabrakło bodaj jednego turnieju; wtedy nie wiadomo jakby potoczył się los złotego medalu 2019. Skuteczne akcje prezentuje ostatnio stylowy Słoweniec Matej Zagar, jest jeszcze Słowak Martin Vaculik, a co na to Maciej Janowski? A Patryk Dudek? Były mistrz świata Australijczyk Jason Doyle, Rosjanin Artem Łaguta, Szwed Fredrik Lindgren. Paka konkurentów do tytułu mistrza świata zgrana, znają swoje cele, nawzajem błędy i zalety. Po dwa turnieje w każdym mieście wymyślili bossowie speedpanowania na świecie; Wrocław, Gorzów, PRAGA i finał w Toruniu, jednak nie w Warszawie, gdzie byłby może ósmy cud świata. Jednak Polski Związek Motorowy nie wyczuł bluesa. No tak, rozumiem szeroki zarząd, gdyż  Toruń jest w kilku aspektach życia nad Wisłą ważnym ośrodkiem decyzyjnym.

Tam urządzono IMME i ZMARZLIK dał SHOW, pozostali także śmigali jak w ukropie.

Międzynarodowe mistrzostwa Ekstraligi były szybką imprezą, na wzorowym torze, gdzie mijanki były powszechne. Ściganie zatem efektowne i efektywne. Można też bez cyrkowych popisów funkcjonariuszy pod taśmą? Taaak! BARTOSZ  ZMARZLIK wykonał na Motoarenie extra sesję! Swobodny niczym orzeł szybował “nad” torem, potrafi zmieniać ścieżkę jazdy na pełnej szybkości, ma wyczucie mocy silnika, opanowany motocykl jak zegarmistrz zegarki. Przyjemnie patrzeć na koncert prawie już kompletnego mistrza sypkich torów. U siebie w Gorzowie również prezentuje klasę lux.

Przy okazji: czy sędziowie mają imiona i nazwiska na polskich stadionach, bo rzadkością jest ich wymienianie. Sami jakoś nie buntują się wcale, wolą być bezimienni? Dlaczego? Przecież nie wymienianie ich jest swoistym lekceważeniem. TV nie podaje na “paskach”.

Osiem turniejów GP, będzie więc ostra jazda! “Dwudniówki” pokażą w pigułce możliwości zawodników, ich kondycję, zmotywowanie, stan techniczny napędowych koni. Koniec sierpnia premiera a finał początek października. Dla kogo gloria? Turniej poprowadzi doświadczony Szwed Krister Garder, zna się na rzeczy.

Woffinden pojedzie na swoim klubowym torze we Wrocławiu, Zmarzlik potem uderzy w tony u siebie w Gorzowie. Atuty własnych torów nie grają obecnie, przy tak wyśrubowanych jednostkach napędowych, takiej roli jak dawniej. Zaufanie chowa się czasem w małej budce, jednak swoje ściany ciut pomagają, choć adrenalinowych kibiców w komplecie zabraknie niestety. Praga będzie jakby neutralna i na małym stadionie Marketa ściganie zapowiada się maksymalnie sprężone. Dociekam, jak decydenci GP namówili familię Ondrasików do urządzenia plochej drahy? Mistrzostwa świata tam właśnie mają swój kult a miasto stwarza malownicze tło. Ahoj!

Wydaje mi się z pozycji przedstartowej, z fotela, że wszystko rozstrzygnie się w GP, jak rok temu na Motoarenie.

Elita jest zapracowana, polskie ligi wyciskają max poty, nadto play- offy Ekstraliga szczytuje z wyścigami ostrymi jak żyletki. Tu liga, tu mistrzstwa świata, tu jeszcze inne turnieje. Zwariować można, karuzela napięć 300 wolt. Serca muszą być sprawne, tętnice przedmuchane. Speedway zacisnął pętlę kibicom, zabrał czas, nie ma nawet chwili na dyskusje. Herbata stygnie. Żali się do mnie żona jednego z kibiców, że mąż zaniedbuje obowiązki domowe, bo codziennie tylko żużel od południa do północy. Więc uspokajam: są szybkie przerwy, można wiele, tylko trzeba chcieć panowie. Ludzie z żużlowym krwioobiegiem nie mają łatwego życia, pandemia z wirusem w koronie wytworzyła tempo i atmosferę expressu Paryż  – Marsylia. Pilnujmy jednak rozsądku.

W tytule felietonu jest Australia… Tak. Mówi i pisze się o żużlowym świecie a gdzie ten świat? Speedway jest obecnie głównie europejski, gdyby nie australijscy zawodnicy, byłby tylko w skansenie Starego Kontynentu i z kalifornijskimi migdałami. Młodzi chłopcy z talentem do ścigania w extremie i duszami kangurów przylatują do Europy z drobnymi oszczędnościami i pilnie żyłują swoje ambicje, głównie na polskich klubowych uniwersytetach. Bez nas nie ma dyplomów. Nabierają więc szybko wiedzy o życiu i żużlu. Taki np. Jaimon Lidsey/ ur. 1999/, który zapoznał się z Rawiczem, przedmurzem Leszna a w Unii, u mistrzów Polski ten sympatyczny chłopak o twarzy niewiniątka, daje upust swojej radosnej ambicji bycia coraz doskonalszym, podobnie inni np. Rohan Tungate, Jack Holder. Australijczycy mimo nieszczęść/ porażenia: Leigh Adams, Darcy Ward/ pragną być wirtuozami na torach. Obdarzeni magicznym talentem, lecą do Europy na korepetycje, naukę i nie zapominajmy, że przecież u Aborygenów narodził się  dawno temu speedway. Europa kupiła go na pniu za sprawą Johnnie Hoskinsa. Polska jest dla “Kangurów” konkretną szansą sportową i życiową. I odwrotnie, dla naszych klubów rodzi się okazja do atrakcyjnych sesji wyścigowych. Australijskie “zasilanie” stwarza widowiska na miarę światowych, dawnych, legendarnych mistrzów z Antypodów. Ponadto dla europejskiego żużla australijski zastrzyk talentów buduje optymizm, że “kangurowy kontynent” podtrzymuje markę pn. ŚWIAT.

TARGowisko. Pl.

I brak tylko kogucików blaszanych. Heca, goni hecę, pośrednik pośrednika. W polskim żużlu mimo wszystko pieniędzy nie brakuje. Jak je łowić? Na wędkę nie, na żywca grube ryby… Skandal w Pile odbił się echem wielkanocnym. Przeminęło z wiatrem? Nie. Betonowy krawężnik straszył. Trochę historii.

Dawno temu imprezy poszczególnym klubom zlecał Polski Związek Motorowy, jeśli to były zawody rangi mistrzostw świata, ustalano kwotę dla federacji; gestor nie był chytry, dobrze zorganizowana impreza była zastrzykiem finansowym. Klubowi organizatorzy nie zawodzili, wtedy był czas działaczy, którzy pracowali ideowo, wyjazdy rozliczano delegacjami. “Jakoś się żyło”, mówi jeden z byłych działaczy, których już nie ma, bo jak oświadcza inny, “dziś nikt już niczego nie zrobi za darmo”. Inaczej się żyje. Nie jakoś…

Mamy na polskim rynku Ekstraligową Spółkę, która zarządza klubami elitarnymi. Mamy w Toruniu firmę One Sport, która kreuje mistrzostwa Europy i ma w kalendarzu datę, kiedy IMG/BSI kończy się za kilkanaście miesięcy kontrakt na mistrzostwa świata. IMG jest gigantem amerykańskim, który partycypuje w światowych wydarzeniach sportowych. BSI, angielska jest cząstką. One Sport drepcze obok mistrzostw świata. W układzie kontraktowym nic się nie zmieni, mam tylko pretensje do władz żużlowych, które odpowiadają za speedway, że “zarzynają tępym nożem” speedway poza turniejami Grand Prix. Jeden z moich rodaków wypowiada się, że to bardzo dobrze, że zlikwidowano drużynowe MŚ, bo niektóre federacje mają kłopot z wystawieniem mikro teamu na Puchar Narodów, więc nie mogę zrozumieć tej głupoty. Otóż trzeba zająć się tymi federacjami, pomóc im w kreacji żużla, a nie cieszyć się, kiedy komuś obcięto nogę. “Show must go on”… Obok One Sport jest też marka SpeedwayEvents. pl, która dostaje zlecenia np. na organizację imprez typu finał Złotego Kasku w Pile. Ani mi swat ani brat, kto tym interesem kieruje, ale pośrednik jest, rolnik sadzi ziemniaki i zarabia grosze a ten kto ma warzywniak zarabia kilkanaście razy więcej. Rozumiecie. Teraz życie polega, że dodajemy do obietnic +. Odium odwołania imprezy w Pile spadło na zawodników, wyselekcjonowano ich, ukarano losowo. Bzdura. A kto odpowiada za bałagan, za ten odkryty krawężnik?! No dobrze, zawodnicy jadą, bo jak mędrcy oświadczają, na gorszych torach startuje się poza Polską. A gdyby stało się nieszczęście i powstał zarzut prokuratorski, gdzie winowajca? Draka kaskowa w Pile uderzyła w klub, w miasto, które niby rangę finału Złotego Kasku zdegradowało. A kto zlecił imprezę, gdzie jest firma Speedway Events. pl ? Transmisja Polsatu live w świątecznym czasie odwołana, stacja straciła kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie mówiąc o zaufaniu kibiców. A pogoda była nadto jeszcze dopisująca. Incydent obnaża mechanizm działania organizacyjnego prestiżowych imprez, zrobionego łańcuszka, który jest środkiem pozyskiwania środków bynajmniej NIE dla tych, którzy potrzebują sportu przez duże S. Panowie róbcie tak dalej, na końcu jest ślepe targowisko, które może mieć deficyt towaru.

Kto zweryfikuje organizację żużlowego sytemu na świecie, w Polsce? Nie ma takiej unii… Nie ma takiego lidera. Mamimy się polskimi sukcesami ligowymi, meczami wyrywającymi serca, tak, wszystko ładnie, jest napięcie, lecz druty coraz cieńsze. Drgają. “Ptaki” na nich nie siadają boją się porażenia.

Coraz bliżej do otwarcia sezonu IMŚ w Warszawie. Jest dach, będzie koncert żużlowy. Rośnie adrenalina. A jeszcze po drodze liga. Kto myślał, że Lublin będzie “białym koniem”? Stadnina Motoru perła Roztocza. Nie ma chłopców do bicia na ligowych torach, wyniki rozstrzygają się w ostatnich wyścigach. Każdy chce wygrać obojętnie gdzie, być piłkarską Barceloną, flagowym statkiem ligowego morza bez mielizn. W Lublinie działa teatr żużlowego spleenu, Broadway na motorach. Kultowo. Bajecznie.

Wspomniałem o fladze, był taki dzień, takie jej święto. Flaga jest ruchomym znakiem powiewającym na wietrze, jak… rękawy kevlarów zawodników. Odlatuję pamięcią.

Siedzę oto z Tomaszem Lorkiem/ Polsat/ przy kawie i przypominam raz jeszcze, kto w USA, w słynnym koncernie DuPont wymyślił w połowie lat 60- tych silne włókna kevlarove. Amerykanka z polskimi korzeniami, znakomita wynalazczyni  STEPHANE KWOLEK! Zmarła kilka lat temu w wieku 90 lat. Na koncie ma blisko 30 patentów. Kevlar zrobił karierę, speedway jest “drobiazgiem”, kamizelki kuloodporne mają kevlar! W latach osiemdziesiątych złota drużyna USA pod kierunkiem Johna Scotta i sponsorsko z Excide w takich właśnie lekkich “ubraniach” zaprezentowała się światu. Przełom, ciężkie skóry odstawiono. Dziś częstochowska pracownia szyje z powodzeniem kombinezony z atrakcyjnym designem, bo materiał chemiczki Stephane Kwolek dokonał w żużlu rewolucji. Tylko kevlar? No nie do końca, bo motocykle sprawiają wrażenie extra pojazdów, lśnią, mienią się kolory, jest ekologicznie. Zmieniło się bardzo na plus; w szczegółach, nadto wiedza, mentalność. Szpan? Raczej priorytety. A nie zarabia się tak, jak niektórzy futboliści 350 tys. funtów tygodniowo. Speedway: sport max ryzyka ma inne konta bankowe, inne kieszenie, smaki, wzruszenia i marzenia. Nisza bywa czasem wielka.

I w takiej konfiguracji mamy jeszcze z udziałem pośredników, którzy jak komisarze/!!!/ są zbyteczni, straszny obraz wystających krawężników pod bandą na torze. Jakiś symbol zła. Lekceważenie, co ważne, niby drobiazg a decydujący o tym, co najcenniejsze. Życie.

Nie mogę, nie przypomnieć, jaką karierę zrobiły bandy pneumatyczne. Rewolucja ratująca życie. Ile było karamboli a te “materace” fantastycznie amortyzowały uderzenia.  W tym kontekście sięgam pamięcią do wypadku tragicznego w skutkach, kiedy na torze Imola (GP San Marino) zginął 1 maja 1994 roku wybitny 34 – letni kierowca F -1 Ayrton Senna da Silva. As ścigania, uczestnik 160 wyścigów GP, trzykrotny mistrz świata, idol, zwycięzca 41 wyścigów w stylu zapierającym dech, charyzmatyczny Brazylijczyk z Sao Paulo, który wyleciał z szybkością ponad 300 km/h w bolidzie z toru i uderzył w… ścianę. Dramat. Koniec. I świat zapłakał szczerze. Ten wypadek wstrząsnął światem, obudził instynkty w obszarze zblazowanych ludzi w lukratywnym cyrku F – 1. BEZPIECZEŃSTWO od tego czasu zaczęło mieć inne znaczenie, jak cenne jest życie każdego, kto się ściga i musi mieć zapewnione standardy ochronne. SENNA! Zginął w bolidzie Williamsa – Renault i paradoksalnie jego śmierć “obudziła” sumienia. W tym bogatym świecie biznesu, gonitwie za prędkościami kosmicznymi…DZWON. Trwoga. Lista ofiar w tym sporcie nie jest mała a ryzyko nosi znamiona porażek. Podobnie jest na żużlu. Trudno uciec od różnorodnych myśli… Włoski piosenkarz Cesare Cremonini śpiewa: ”Odkąd Senna przestał się ścigać, to już nie jest ta niedziela”. Kogoś i czegoś /mijanek/ brakuje w ściganiu. Deficyt waloryzacji wrażeń stał się dokuczliwy dla fanów.

Ulubiony mój czeski autor Bohumil Hrabal w “Zbyt głośnej samotności” pisze:  “Jestem tylko sam, żeby żyć w zaludnionej myślami samotności”. Prawdziwe, szczere, ach…

SPEEDWAY. Wyścigi i karambole. Niewiadome do ostatniej kreski. Rośnie temperatura emocji a to przecież dopiero zielony maj. Ile jeszcze przed nami palpitacji serca; więc musimy mieć zdrowe, żeby wytrzymały migotania na każdym okrążeniu.

BSI/IMG sprząta speedway cz. 1

Processed with VSCO with l2 preset
Processed with VSCO with l2 preset

Coś niesamowitego, warto w życiu czekać na takie wydarzenia. Marzenia. Speedway wjeżdża na światowe areny z hukiem, promocją, imprezami, które wstrząsną wyścigami kibiców nie tylko przywiązanych łańcuchami do tego sportu. Oto sztuczny tor położony na legendarnym londyńskim Wembley. Pamiętam jak dziś, co tam się działo jeszcze na starym stadionie, finały światowe miał niemal siedzibę, organizowane były z szykiem angielskiego fasonu oraz improwizacji. Wygrać tam mistrzostwo świata było nie tyle cudem, co rangą i prestiżem. Jakby olimpijskie złoto. No, no…

Co tam Londyn, magnetyczne przeżycia w królewskiej stolicy, lecimy przecież dalej. “Odgrzebujemy” USA, zachodnie wybrzeże olimpijskie z Los Angeles, stadion legenda – Coliseum, gdzie podobnie jak na Wembley cieszył się złotem Bruce Penhall. Będzie wręczał medale jako mężczyzna 60 plus! Dalej przystojny, ciacho a w Londynie obecni byli m.inn. mistrzowie świata z Peterem Collinsem i Ole Olsenem. Kalifornia słoneczna, rodząca żużlowców, którzy jak sprężyny pracowali na europejskich torach. Lot z Europy do Ameryki dla turystów atrakcja jak Niagara, dla bogatszych skok do Nowego Jorku, Brooklyn ze słynnym mostem, Bronx i Little Italy. Koncert seksownej Caroline Campbell, która na skrzypcach gra dziko i bosko. Show bez frytek. Cygara i kapelusze.

Argentyna. Jeszcze tam nie było światowego żużla, wielkie steki i czerwone, mocne wino, wołowina z tangiem na ulicach. Niebo z gwiazdami i ocean, Bueneos Aires a speedway nasączony luzackim klimatem niezapomniany, trzeba znów wrócić, do raju tańca ciało w ciało, tam partnerki nie wypuszcza się z rąk. One chcą tańczyć do rana.

Europa. No tak, Petersburg, Wenecja Północy, carskie mroczne historie, Lenin i Pałac Zimowy. Rewolucja czerwona w tle. Kiedyś w dawnym Leningradzie żużel często gościł; finały kontynentalne, mniejsze wydarzenia. Nazwy Leningradu już nie ma, jest  malowniczo rozłożone nad wodą miasto, gdzie historia II Wojny Światowej miała wymiar bezgranicznego heroizmu rosyjskiego losu i głodu. Niemcy odeszli won. Spasiba. Reanimujemy motogonki. No i Moskwa, atrakcje złotych cerkwi, Kreml “wiecznie żywy”. Stolica otwiera się wreszcie na speedway, przypomina dawne sukcesy Igora Plechanowa, który szalał pioniersko  na Wembley. O turnieju gwiazd w Moskwie  marzy Emil Sajfutdinow i kokietuje Putina. Noworuscy mają dolary, chcą show USA.

Niemcy. Monachium, olimpijski stadion i sztuczny tor. Bawarczycy uwielbiają wyścigi motorowe, krótkie, długie, latem oraz zimą. Inzell. Lód. W śniegu wyrzucone miniaturki po różnych procentowych napojach przypominają, że mróz można ocieplić w sercach. Wygrał kiedyś złoto w stolicy piwa Hans Nielsen, duński arcymistrz żużlowego szachowania, piekielnie wyrachowany od kredy do kredy na wszystkich stadionach świata. Bawaria kocha futbol i Bayern z Robertem Lewandowskim. Pobyt w Monachium ma przeżycie kaca. Ogórki, śledzie i auf wiedersehen!

Amsterdam. Morning fresh. Miasto z urokiem o każdej porze roku. Muzea i erotyka, muzyka na ulicy i stadion olimpijski, raz zorganizowano finał historyczny na żużlu, aż dwudniowy. W jednej z dzielnic miasta mówią kobiety “wystarczy raz a dobrze”.

POLSKA, kluby biją się o organizację żużlowych wydarzeń na poziomie światowym. Warszawa, Wrocław, Chorzów, Leszno albo Toruń. Wystarczy. Legendy stadionowe. Kibiców nie trzeba, aż tak bardzo naciągać, choć teraz inny czas i kibice wymagają dopieszczania. No więc do dzieła agencje PR i reklamowe. Show goni show. Zabawa musi trwać, przyciąganie widowiskami, promowanie żużla jest konieczne non – stop.

6 imprez w randze mistrzostw świata indywidualnych turniejów wystarczy, by uczestnicy zachowali radość z wyścigów. Jeszcze mamy drużynowe MŚ, czeka na to Szwecja, Dania. Goeteborg i Kopenhaga. Tam może być zresztą wszystko, co jeździ po torach. Piknik i metanol. A gonitwy ciasno parami? Oczywiście, Australia na początek sezonu, słońce oceaniczne a w Europie śnieg i srogi mróz. Kibice lubią miejsca żużlowe, które mają charyzmę lokacji, tak jak Praga, która kusi zawsze urokami dniem i nocą. Taka mała, taka duża i nie można tam spać. Ahoj! Piwo i głos Vondraczkowej. To je dobre.

Pomarzyłem jak we śnie. Jeden sen, drugi, trzeci, potem była kawa. Rozlały się marzenia. Upatruję serial Grand Prix jako promocję na słynnych stadionach, natomiast mistrzostwa świata powinny wrócić do starego schematu. Jeden finał IMŚ jak olimpiada. Super event!

Czas na włoską robotę. Bez rzymskich wakacji i sycylijskiej mafii. Bene.

Egregio Signore Armando CASTAGNA! Szefie światowego żużla. Czas szybko leci, speedway zestarzał się i posiwiała broda. Co w ramach serialu Grand Prix zrobiono generalnie nowego? Od 1995 roku? Niestety, Armando bój się papieża Franciszka, speedway schodzi na psy. Po dyrektorze GP Duńczyku Ole Olsenie schedę objął nie tak dawno młodszy jego syn Torben. Mądry facet, lecz nie bardzo go ten biznes kręci. Kilkanaście imprez GP, bez sensu a niemiecki Teterow jest symbolem słabości tego sportu. Pisałem o tym wiele razy i rozmawiałem o braku koncepcji na speedway nie tylko z Armando. Opór, wygoda, pozorowanie działań. Zero projektów. Organizacyjna elita Międzynarodowej Federacji Motocyklowej pod kierunkiem włoskim znalazła się w mrocznym zaułku, brakuje tylko fans Napoli kontra Lazio, by wzniecić ogień.

IMG/ BSI, amerykańsko – włoska firma / słona, długoletnia dzierzawa od FIM/ organizująca MŚ szuka byle gdzie i byle jak, nowego szefa, bo Torben Olsen, młody człowiek z aspiracjami, nie wierzę aby nie radził się ojca, niestety odchodzi! Z żużla ale nie z “kółek”. Speedway szczytowy jest więc do wzięcia, chcą kogoś, może być spoza żużla, super menedżera, który uzdrowi towarzystwo i da nadzieję na załatwianie płatności wobec FIM. Polski speedway ma sie dobrze, lecz nie jest wolny od światowego. Kryzys poza Polską kłuje w oczy. Anglia, matecznik żużla oddycha sztucznie, nie podniecajmy się przeszłością i polską frekwencją ciągle zadziwiającą. Drepcze pycha z narcyzmem. “Najlepsza liga świata”, slogan wyświechtany odbiega daleko od wyobraźni. Dżentelmenom z FIM oraz korporacji IMG/BSI jej brakuje, jest deficytem, bez niej nie można ułożyć normalnego życia. Brniemy w zapaść, niskie ciśnienie niemożności.

Speedway w Polsce postrzegamy nadal przez pryzmat ligowego zainteresowania, ekscytujących meczów w strefie play – off. Rzeczywiście włosy niektórym wypadają, jak emocje przetaczają się przez stadiony, bo jest co oglądać. Jednak trzeba koniecznie spojrzeć co dzieje się w miejscach, gdzie nie ma Ekstraligi i jakie są koszty utrzymania.  Ten rok – oceniają analitycy żużlowi, fachowcy z branży, może być przełomowy. Z jednej strony mamy problem braku koncepcji na rozwój żużla na świecie, z drugiej polski “romantyzm” tradycyjnie zauroczony kibicami. Wyścigi szczytowe, stadiony wypełnione. Quasi “bezrobocie” w stylu Grega Hancocka jest pewnym sygnałem, że zrobiło się inaczej, niż dawniej. Centrala nie ma łączności twórczej z agendami.

Sezon 2019 przed nami, spirala już się nakręca, kibice gonią za karnetami, prezesi rachują, iluzja telewizyjnej magii meczów ekstraligowych utrwala przeświadczenie, że nic nam nie grozi. Będzie jak zawsze, na zawsze? No cóż, tradycyjnie, jesienne liście zlecą z drzew i nie przykryją tego, co nas tak boli./cdn/

Pierońskie ściganie

593c39cb90bab_o

Patryk Dudek jest pechowcem tego sezonu. Wygrał w słoweńskim Krsku kolejny turniej serialu Grand Prix, na torze wyboistym, bez udziału gwiazdy żużlowej Słowenii Mateja Zagara. Zielonogórzanin zwyciężył w stylu wicemistrza świata. Półfinałów w tym turnieju ominął wskutek dyskwalifikacji na starcie Anglik Tai Woffinden. Bardzo kontrowersyjna decyzja polskiego sędziego, którego z regulaminem w ręce broni guru na polskim rynku, decydent wątpliwych sytuacji. Regulaminy made in Poland z sezonu na sezon rosną w objętościach, w szczegółach, kiedyś była mała tzw. niebieska książeczka i polski speedway funkcjonował tak, jak i teraz przy grubości dzieła komunistycznej wiary “Kapitał” Marksa i Engelsa. Czym grubszy, tym lepszy? No, no, niekoniecznie.

Dudek, podczas meczu w Malili złamał rękę, wozili go po szpitalach, wrócił do Polski i będzie szykowany by jak najprędzej wrócił do rzeczywistości. Każdy sportowiec jest bardzo nieszczęśliwy, gdy eliminuje go los i pozbawia szans, zwłaszcza w sytuacji rozstrzygania miejsc ostatecznych na podium. Patryk miał szanse na kolejny medal MŚ, dużo potrafi, nie jeździ na oślep, myśli i kiedy spasuje mu sprzęt melduje się w elicie. No co zrobić, kiedy jesteśmy bezradni wskutek dramatycznych wydarzeń na torze. Tam się nie czołga, tam się pędzi.

Sezon po lecie jest przeładowany niemiłosiernie. Rozgrywki finalne w ligach, nie tylko polskich oraz światowe i europejskie wyścigi. Napięty czas maksymalnie. Gdzie Słowenia, gdzie Szwecja a wracać trzeba szybciej, niż wieje wiatr do Polski na mecze ligowe. Wszysto jest ważne, angielskie starty, szwedzkie ściganie, polska scena w której przy kompletach widzów atmosfera jest podgrzana jak woda na herbatę. W tym tyglu wyścigów bez liku, w pajęczynie wyjazdów kilometrami po Europie trzeba mieć szczęście aby nic złego się nie stało. Można mieć wiarę, lecz ona czasem fiknie kozła.W głowie zawodników jest dobrze pojechać w meczu rozgrywanym w tygodniu, potem jeszcze w sobotnie imprezy prestiżowe a nazajutrz ścigać się w swojej drużynie ligowej. Głowa bez miejsca na relaksowe myślenie. Gdzie umiar, wypoczynek, świeżość.

W tym kontekście już dawno urodziło się myślenie jak zrobić , żeby zawodnicy mieli komfort ścigania się bez presji. Przed rokiem 1995, kiedy jeszcze nie objawił się serial Grand Prix, do początków września rynek światowy był “posprzątany”, najważniejszy finał indywidualny rozgrywano na przełomie sierpnia i września. To było wydarzenie nr 1! Rozbicie indywidualnych mistrzostw świata powoduje zamęt w końcówce. Bohaterowie są zmęczeni. 7/słownie siedem/ turniejów by wystarczyło. No, bo napinanie organizatorów do jak największej ilości turniejów mija się z sensem sportowego myślenia z ideą: MISTRZ to MISTRZ. Mam taką nadzieję, że gdy skończy się era panowania BSI, angielskiej firmy na placu organizacji Speedway MŚ, następcy albo powrócą do systemu sprzed lat, albo na zasadzie łagodnego lądowania ograniczą edycję Grand Prix i będzie czas na racjonalne ukształtowanie rozgrywek najwyższej rangi.

Mamy ścigania się europejskie organizowane przez One Sport, są światowe zrutynizowane turnieje BSI, angielski kapitał, który pomnażany głównie przez polskie kluby. W tym “ambarasie” finalnego zakończenia sezonu wbija ostrą szpilę polska liga. Sportowiec, który segreguje może stracić wszystko. Pokusy nitek emocji i pragnień kuszą oczywistymi ambicjami. Ruletka nie toleruje kombinacji. Albo wygrywasz albo jesteś na dnie. Pośredni wynik nie satysfakcjonuje ani wykonawców, ani odbiorców.

Zawodnik startujący w sobotnim turnieju czy to Grand Prix/ BSI/, czy SEC/One Sport/ mimo wszystko myśli o niedzielnym meczu Ekstraligi, który pruje żyły. Kto popuszcza? Nikt. Te starty, to także giełda konszachtów klubowych i zdobywania najlepszych zawodników. Transfery finalizowane kiedyś na początku roku są już pozamiatane jesienią, zanim liście opadną z drzew. Sytuacje transferowe, szczytowe w krótkim czasie kluby zapinają na amen. Spokojne święta muszą być.

A wakacje pełne atrakcji i znów powrót do treningów w nowym układzie klubowego istnienia. Kości wygrzane, ciało zregenerowane. I plany ambicjonalne.

Dochodzą do mnie głosy o niby wysokich transferach. Nie sądzę, żeby w elicie sportowej speedway w obliczu grożących kontuzji, czasem eliminacji zdrowia, figurował wysoko na listach płacowych. Jeśli tenisistka w ciągu tygodnia może zgarnąć MILION DOLARÓW, a bramkarz Juventusu rocznie zarobić kilkanaście milionów euro, więc gdzie jest zdrowy rozsądek? Eskalacja finansowej głupoty wobec poważnych problemów ludzi.

Jaka jest cena ryzyka, jak mocno finansowe kontrakty rujnują mentalność ludzkiej codzienności?! Ongiś usłyszałem: ”Jak im się jeszcze chce kopać piłkę za million złotych dziennie?!” No więc zostawmy speedway, ekstremalny sport. Złamanie nogi czy ręki na boisku jest wydarzeniem, to samo na żużlu ma zupełnie inny wymiar. Dwa światy.

Dojeżdżam do mety… Śląska ballada żużlowa/ dwie imprezy/ na stadionie, który wrócił do wspomnień i pokazał, że nowe spektakle zasługują na pochwałę. Ten obiekt powinien wpinać się w kalendarz imprez, bo żużel na “ Śląskim” był zawsze wydarzeniem nie tylko w skali Polski. Chwała One Sport, która transferuje speedway w ten punkt. On ma miejsce historyczne i powinien pulsować 2 – 3 razy w roku zacnymi wydarzeniami.

I smutna wiadomość. Otóż 1 września spotkałem na Stadionie Śląskim PAWŁA WALOSZKA, skromnego byłego reprezentanta Polski, który w 1970 we Wrocławiu został wicemistrzem świata i to nie był jedyny medal MŚ. – “Paweł, co słychać?- zapytałem tradycyjnie – dawno nie widzieliśmy się”… “Jakoś leci, skończyłem 80 lat”…

5b92aeefadc4a_p

No a za kilka dni dotarła nagle bolesna wiadomość, że umarł na serce. Pochowano Pawła w rodzinnych Świętochłowicach z szacunkiem bardzo licznego grona z całej Polski. Legenda żużlowej sceny zamknęła rozdział, Paweł Waloszek był zawodnikiem, który ściganie miał zakodowane pierońsko i startował z charakterem prawdziwego Ślązaka.

Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.

Szał futbolu i zakręcony speedway

645x400-poland-eliminated-from-world-cup-after-losing-3-0-to-colombia-1529871069591.jpg

Histeria ma różne oblicza. Mundial piłkarski jest imprezą w wymiarze globalnym nie do ogarnięcia. Szał opanowuje miliony ludzi, kibiców, którzy znają się na futbolu i tych, którzy łączą się z nimi. Rosyjski Mundial staje się turniejem, który fascynuje i tak będzie do końca, jeszcze grad emocji. Polska reprezentacja naszpikowana zawodnikami grającymi za miliony plus /euro/ pod wodzą Adama Nawałki zamieszkuje w SOCZI nad Morzem Czarnym w kurorcie znanym od czasów rosyjskich, radzieckich i znów rosyjskich a z okien hotelu roztacza się bajeczny widok, który zostaje w pamięci, jak obrazy francuskich impresjonistów. Rosja i mundialowe warunki światowe. Kawałek nieba na ziemi. Piłkarze z orzełkiem na piersiach przegrali w debiucie z czarnym Senegalem i niektórzy mówili, że pechowo, drudzy, że zabrakło szczęścia. A co to jest szczęście? Jak głosił mój znajomy, który uratował się w czasie zawieruchy wojennej niemal z piekła: “szczęście, to nie mieć pecha”. Senegalscy kibice w niedużej grupie są fantazyjnie kolorowi z dominacją zieleni. Afrykańskie państwo ma piłkarzy, którzy “kopią” w najlepszych europejskich klubach; młodzieńcy utalentowani, wysocy, zgrabni i wybiegani skutecznie. Taki piłkarz Mane jest gwiazdą, która wszędzie zagra po mistrzowsku. Trener wyglądem zachwycił Marylę Rodowicz. Polacy przegrali w premierze 1:2 i był to kiepski start, marny “żart”, bez koncepcji, nudny chwilami. Polacy nic się nie stało? Stało i widać było chaos. As Robert Lewandowski był… jakby nieobecny. A Senegal grał tak, jak przeciwnik pozwolił. We wszystkim potrzebny jest umiar, zwłaszcza w optymiźmie. Prezes polskiego futbolu Zbigniew BONIEK oświadczył, że drużyna zagrała słabo ale jeszcze Mundial się nie skończył. Racja panie prezesie, cenię pana teraz i dawno temu, jako piłkarza nie tylko Juventusu. “Zibi” pochodzi z Bydgoszczy i speedway jest mu bliski ale trochę dalej, niż futbol. Towarzysko lansuję od dawna opinię, że żużlowi brakuje takiego prezesa, czasami trudnego ale wiedzącego co chce osiągnąć. Nie każdy jednak zasłużył na takiego prezesa Bońka. No trudno, kopiemy dalej. Jak powiedział “Zibi”, to nie była ostatnia wieczerza… Grillowanie trwa. Kolumbia wybiła nam z głowy stare metody trenerskie czyli “nawałkowanie”. Formuła się zużyła, rutyna, brak świeżości, potrzeba nowej iskry.

Nie mogłem, nie zacząć felietonu od piłki, która jest okrągła a bramki są dwie, jak mawiał klasyk/ trener Kazimierz Górski/.

A speedway?

“Jedzie” obok napompowanego futbolowego szaleństwa. Kalendarz żużlowy pęka w szwach; turnieje, mecze, ekstraligowe ściganie zakręcone jak mundialowe wydarzenia.

W żużlu liczy się START, bardzo liczy. Często decyduje o wycięstwie. Potem cztery okrażenia, około minuty i już po zabawie. Speedway szpikowany jest raz po raz fobiami, które budzą kontrowersje. Jeśli zawodnik utrudnia start, czyli nie siedzi na motocyklu jak manekin, sztywno, dostaje groźne upomnienie: WARNING a kiedy zrobi to jeszcze raz jest wykluczony z wyścigu, podobnie gdyby dotknął kołem taśmy. Trzeba uważać, tak jak na drodze, gdzie są ograniczenia szybkości, no cóż “mandaty” mają różne boleści. Od jakiegoś czasu sędziowie są mocno uczuleni przy puszczaniu taśmy, że głowa boli nie tylko mnie. Kiedy zawodnik siedzi na motorze nieruchomo i nawet mu powieka pod kaskiem nie zadrży ale idealnie wstrzeli się startowo, bywa za taki cenny refleks ukarany. Wyścig jest zatrzymany, powtórzony, lecz zawodnik nie zostaje ukarany ostrzeżeniem. DZIWNE, prawda? Mało logiczne. W powtórce ten sam zawodnik już nie “wstrzeliwuje” się idealnie/ nic dwa razy się nie zdarza?/, acz wcześniej błysnął refleksem ale sędzia go skarcił. Niesprawiedliwie. Stracił szansę. Złość. Sport w tym momencie jest zamazany.

Zawodnicy ćwiczą starty ale muszą uważać w oficjalnych zawodach… na refleks, gdyż perfekcyjny, jest… karalny. Totalna bzdura. Czerwona kartka dla sędziego, który nie szanuje sportowej ikry, stopuje żużlowca, dyskredytuje. Powszechna choroba startowa w różnych kategoriach rozgrywkowych jest zakaźna, grozi jej epidemia karania tego co jest cennym walorem. REFLEKS! Irytujące decyzje sędziowskie, kontrowersyjne, niszczą coś, co jest w żużlu cennym walorem. Eskalacja karania tych, którzy uciekają ze startu jak torpedy dezawuuje sportową rywalizację. Kto powie STOP?

W Ekstralidze trwa energiczna walka o pozycje play – offowe. Pierwsza czwórka powalczy o mistrzostwo, pozostali o utrzymanie się w lidze, która dostarcza mega wrażeń, zwłaszcza wtedy, kiedy losy meczu rozstrzygają się w ostatnich dwóch wyścigach. Napięcie rośnie jak na mundialowych arenach. Na żużlu nie “jeżdżą” miliony dolarów, na boiskach “grają” wielkie miliony. Nie ma porównania. Jeśli ktoś zarabia million euro w ciągu tygodnia wcale nie przekłada się to na poziom, gdy następuje skok z drużyny klubowej do reprezentacji kraju. W sporcie globalnym, klubowym, indywidualnych grach, krąży już od dawna niewyobrażalny pieniądz, którego spirala nakręca się niebezpiecznie. Zwykli zjadacze chleba nie są w stanie ogarnąć wysokości kontraktów. Irytują sytuacje, kiedy miliarderzy zawalają mecze i zawodzą kibiców. Spirala nakręca się bez kontroli i nie każdy wie, co zrobić z bankowymi kontami wielu zer. Bogactwo czasem odbiera rozum.

Speedway jest sportem ekstremalnym, w jednej sekundzie można zostać kaleką do końca życia. Futbol jest sportem elitarnie wypieszczonym z zainteresowaniem świadczącym o potędze, namiętnościach, dramatach, gorzkich porażkach i złotych zwycięstwach. W tym pierwszym przypadku można być skazanym na życie z bolesną raną, w tym drugim kontuzje są uleczalne a porażki wybaczalne. Życie nie ma taryfy ulgowej dla słabości.

Speedway jest jedyny w swojej urodzie, zaś futbol histerycznie zniewalający świat. Vide Mundial na rosyjskiej ziemi, który jest imprezą podobną olimpijskim igrzyskom. Z zadrością patrzę, że takie wydarzenie raz na cztery lata, potężnie ekscytuje miliony kibiców na całym świecie. W żużlu też był kiedyś WIELKI FINAŁ raz do roku: indywidualny szczyt mistrzostw świata, który nie był histeryczny ale entuzjastycznie, fantastycznie i naturalnie przyciągał do siebie wszystkich, którzy kochają ten sport bezgranicznie. Nawet wtedy, gdy szalało energetyczne, mundialowe tornado piłki podczas których fani wraz z sympatyzującym otoczeniem tracą paznokcie, jak przegrani inkasują gole. A bywa, że tracą nawet więcej!