Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.

Różny smak łez, wybaczcie…

682c52897f02bc2cd423e8bbec6b8d6eNo tak. Jeśli szczęśliwe, nie są słone. Gorzkie, kiedy bezradność zamienia się w porażkę. ŚWIAT przeżył i nadal komentuje wydarzenia, które były jak bajki. Nie tylko dzieci je lubią, gdy idą spać. Dorośli też mają swoje baśnie, które pozwalają przenieść się w inny świat bez złudzeń, choć na chwilę piękny i niepowtarzalny. Kiedy mężczyźni płaczą –  jest wielkie święto, mówi się czasami. Życie nie dla wszystkich jest baśniowe ale nawet , kiedy nie jest, to chcemy być w scenerii, która pozwala zapomnieć o codzienności.

Poruszam zwykle w swoich felietonach od lat /nie pamiętam ilu/ wydarzenia nie tylko żużlowe. SPORT jest częścią życia, speedway odłamkiem sportu. Jego wpływ na życiowe zjawiska jest potężny, nie może być lekceważony.

Wybaczcie mi Drodzy Czytelnicy dygresje, refleksje spoza żużlowych aren, są naszymi dniami i nocami, i pomagają zrozumieć co jest ważne, jakim warto być, jakie zapisać karty dla potomności. Ciągle dokonujemy wyborów, jakże często emocjonalnych.

*  W angielskim Windsorze odbył się ślub księcia Harry’ego i księżnej Meghan Markle, Amerykanki o pochodzeniu nie królewskim. Było ślicznie, baśniowo, tłumy z całego świata oglądały orszak, młoda para zachwycała bezpośredniością a rudy Harry ma charyzmę po niezapomnianej mamie księżniczce Dianie. Wybrał małżonkę jaką chciał i nie interesowały go opinie pałacu Buckingham. Charakter nie tylko na księcia ale i króla.

*  Daleko od Windsoru w Turynie, Juventus świętował siódmy tytuł mistrza Włoch, zdobyty rok po roku. Ostatni raz zagrał w drużynie Juve, która była jego dotychczasowym, drugim domem Gianluigi BUFFON, bramkarz, który pokochał futbol, sport i jest zaraźliwie charyzmatyczny. Charakterność potrzebna jest sportowi, jak tlen człowiekowi. Buffon jest postacią na filmową opowieść, która jeśli zostanie kiedyś zrealizowana będzie złotą księgą dla pokoleń. W Windsorze było słońce, w Turynie odwróciło się na koniec plecami i deszcz rozmywał łzy kibiców, którzy chcieli uścisnąć Gigi. Wspaniały facet, nie krył łez, wzruszenie ogarniało wszystkich na stadionie i przed ekranami TV. Takich chwil nie zapomina się do końca życia i warto żyć, by temu świadkować.

*  Andres INIESTA, piłkarz serdeczny, skromny, znakomity sportowiec, zaczął grać 22 lata temu w Barcelonie i tam zakończył karierę. Barca jest mistrzem Hiszpanii, klubem z Nou Camp, stadionu, który jest relikwią Katalonii, symbolem upartej walki o zwycięstwo. Uroczystość związana ze zdobyciem trofeów Barcy połączona była z zakończeniem kariery Iniesty. Cóż za człowiek! Koledzy z drużyny zjawili się po meczu z dziećmi, wielka rodzina a stadion wypełniony po brzegi. Łzy piłkarzy i kibiców, ogromne wzruszenie bohatera, esencji Barcy, najlepszego piłkarza hiszpańskiego w historii. Andres Iniesta człowiek tak skromny, jak i szczery ze łzami w oczach powiedział kibicom, że będzie wszystkich miał w sercu. A oni jego! Uroczystość w Barcelonie była balsamem dla duszy. Bajka do powtarzania, jak wyżej wymienione wydarzenia. Świat może czasami być zwyczajnie piękny, elegancki i normalny.

*  No a teraz SPEEDWAY, który wjeżdża już na właściwy tor emocji zarówno ligowych, jak i międzynarodowych. Jeden z żużlowców młodego pokolenia, zdolny, ambitny wyraził w TV taką opinię, “ jeśli nie jeździć w polskiej, szwedzkiej lidze, to gdzie?” Czyli jakie jest tło “najlepszej ligi żużlowej świata”, hasła lansowanego z nadęciem i uparcie. Najlepsza liga na gruzach światowego żużla… Trochę skromności bez chorobliwego zarozumialstwa.

W Ekstralidze UNIA LESZNO, broniąca tytułu mistrza Polski, nie daje szans nikomu, kierowana mądrze przez Piotra Barona, człowieka, który potrafi skomentować każdą sytuację czytelnie, jest scalonym zespołem, poukładanym i zdolnym do walki wszędzie.  “Baronowie” pokazali w Toruniu, co znaczy profesjonalizm i atmosfera w drużynie. Szkoleniowcy powinni mieć poczucie swojej wartości, jeśli jej nie mają i ulegają  skłonnościom do przyjmowania bezkrytycznie pochwał bywają prędzej czy później przegrani. Fałszywe ambicje nie grają. Szkoleniowiec, trener – zobowiązujące nie tylko etykiety, lecz: etaty, zarobki oraz konsekwencje. W innych dyscyplinach sportu, choćby w futbolu zagubiony trener jest zwalniany z niedzieli na poniedziałek. W żużlu taki zwyczaj decyzji nie funkcjonuje, bardzo często buduje się mity i ludzie, którzy powinni być np. kierownikami drużyn chcą “bawić” się w trenowanie. Śmiesznie bezradni otoczeni klakierami. Popełniają seryjne błędy mimo wysokich kontraktów znanych zawodników. Wojciech Żabiałowicz, który był kiedyś liderem toruńskiego zespołu, dosiadał jako pierwszy w Polsce maszyn z silnikami GM, patrząc na to co się dzieje w jego byłym klubie oświadcza, że obecny menago torunian powinien odejść. Już dość porażek, gołym okiem widać, że każdy w kapeli gra co innego. Gdzie dyrygent?

Od jakiegoś czasu obserwuję lobbowanie, kreowanie nazwisk i fałszywe wbijanie ignorantom, że potrafią. Pokora jest bezcenna. Honor. Speedway nie jest zabawą ludzików na motorkach, jest odpowiedzialnym sportem, niebezpiecznym, zobowiązującym na torze i na trybunach. Kibice często wiedzą więcej od nominantów.

Polskie ligowe hektary mają trzy części, różne pod każdym względem, dzieli je nie tylko suma pieniądzy w kasie. Od Ekstraligi do drugiej ligi jest tak daleko jak z Krosna do Gorzowa. Albo i dalej.

Supremacja polskiego żużla w Europie, nie piszę już o świecie… jest zjawiskiem bardzo niebezpiecznym w perspektywie. Nic tak nie uzdrawia jak konkurencja, jej brak jest demoralizujący w efekcie. Hegemonia ściemnia wyobraźnię. Światowi sternicy żużla eliminując drużynowe mistrzostwa zjadają swój ogon. Nowe opakowanie imprezy dwudniowej pod szyldem tych wyciętych MŚ jest mało przyswajalne, absolutnie mało marketingowe. FIM zapomina co składa się na markę, czym jest tradycja. Batonik nie zastąpi dobrej, dużej czekolady.

* I na koniec, warto cieszyć się, że SPEEDWAY jest sportem w Polsce popularnym i bezpiecznym dla kibiców. W meczu piłkarskiej Ekstraklasy w Poznaniu z Legią Warszawa/ stołeczni zostali mistrzami Polski/ poleciały na boisko super race, przerwano mecz, zawodnicy uciekali do szatni, stadion zasnuły ciemne chmury dymu, kibice vel bandyci mocno porządzili. Kluby bez pomocy państwa nie dadzą sobie rady z rozbujanym towarzystwem bandziorów podjaranych narkotykami. Kary nie odstraszają, watahy czują siłę i wygląda to groźnie. Poznańskie burdy są bodaj ostatnim ostrzeżeniem i czas na porządki, jeszcze surowsze kary, eliminację gangsterskiej bezczelności.

A SPEEDWAY nadal jest wzorem rodzinnego kibicowania na stadionach i przyjemnie patrzeć na familijne grupy. Podobnie było w Barcelonie, gdzie piłkarze z małymi dziećmi na rękach przeżywali razem z kibicami święto, w Turynie imponowała fantastyczna publiczność i w Windsorze było wspaniale. Niezapomniane majówki.

Ludzie normalni zwyczajnie pragną igrzysk, radości, bajkowych, wzruszających wydarzeń, które chowają z uwielbieniem w sercu do częstego wspominania.     

Adam Jaźwiecki      

Felieton na 3 czerwca 2018, pozdrawia AJ

  

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.

KOLORYT ŻUŻLA

Było cicho i jakoś tak dziwnie przed końcem sezonu, i nagle wiatr historii zaczął wichurę w jesiennych liściach. Zawirowało. Zrobiło się malowniczo. Cieplej na duszy. Sport pokazał raz jeszcze, że nie ma pewniaków, nie ma mocnych na żywioły. Panie i panowie po kolei.

GREG HANCOCK po przykrej kolizji w Gorzowie, podczas GP zaleczył lewą rękę i pojechał w swojej drugiej ojczyźnie, czyli Szwecji, jak przystało na pretendenta do trzeciego złota. 44 – letni Amerykanin, który mieszka z ładną rodziną pod Sztokholmem nie odpuścił młodzieży i udowodnił, że w finale GP na toruńskim torze będzie bronił pozycji lidera przed atakami m.inn. Krzysztofa Kasprzaka. No właśnie na przestrzeni sezonu GP każdego zawodnika dotykają cierpienia kontuzji i absencje. Roni łzy obrońca tytułu Anglik Tai Woffinden i skręca się z bólu sponiewieranej ręki, wypadł z gry Duńczyk Niels Kristian Iversen a byłby blisko cennego trofeum. KK też miał kłopoty, podobnie Duńczyk Nicki Pedersen. W tym kontekście rodzi się od razu pytanie, czy cykl kilkunastu turniejów jest bardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem od jednodniowego finału?! Czekam na odpowiedzi, bo tasiemiec GP jest ciągle dziwolągiem zaspakajającym chyba tylko funkcjonariuszy tego serialu.

Rok temu w Toruniu triumf święcił Woffi a turniej wygrał Adrian Miedziński, który jest sezonową zagadką. W tej walce finałowej zabraknie niestety Australijczyka Darcy Warda, którego jazdy bywają cudowne, acz picie mocnych napojów skraca życie, czytaj: karierę. Niestety, za błędy młodości trzeba płacić, traci też publiczność, która zawsze jest łasa na popisy nie tylko na prostej. Skoro jestem w Toruniu, jeszcze raz ubolewam, że po kilku sezonach i wydaniu ok. 19 milionów złotych Roman Karkosik żegna się z Unibaxem /nazwa od jednej z jego społek/. Człowiek bogaty zaznał w sporcie żużlowym odrobiny luksusu /DMP ‘08/, kiedy najmniej go ten “interes” na początku przygody kosztował. Potem finanse zawirowały, przyssali się do bankomatu RK jak pijawki poszukiwacze lukratywnych podpisów za starty. Roman Karkosik chciał mieć coś do powiedzenia z “Aniołami”, lecz pokazano mu drzwi. Skończył ośmioletni “epizod” z klasą, nie zostawił zadłużeń, co bywa w żużlowej modzie. A hasło, kogo pieniądze, tego religia nie może na żużlowym rynku zaistnieć. Karkosik nie chciał być zakładnikiem “organizacji”. Finis coronat opus, koniec wieńczy dzieło. Było, minęło, szkoda.

Od Torunia nie jest blisko do Zielonej Góry, ale oba miasta powiązała rok temu afera ekstraligowa. W Falubazie zakotłowało się, zespół wypadł z gry o mistrzostwo Polski. Słabo wypadli w meczach prawdy ci, na których liczono, brakuje zawieszonego Patryka Dudka. Trener Rafał Dobrucki zapowiedział odejście, raczej tam nie zostanie Jarosław Hampel, który przez jakiś czas miał podobno problemy z sobą/ krążą o tym barwne plotki/, został odsunięty od składu, potem po fantastycznej jeździe w Sztokholmie w GP Skandynawii przywrócono go do drużyny. Cyrk i znowu wersje, kto za tym stoi: czy senator Robert Dowhan były guru klubowy, czy prezes Maciej Jankowski. Odcina się Dobrucki, urażony Hampel śmieje. Kabaret, który jednak odbił się na postawie i obrazie Falubazu. Wizerunki klubów podupadły także “dzięki” licencjom pod specjalnym nadzorem. Vide co jest w Czestochowie, nie mówiąc o bałtyckim wstydzie z drużyną Wybrzeża. Na tym tle rodzinna firma Skrzydlewskich z Łodzi wypada jak dziewica. No może przesadziłem, lecz ich desant w pierwszej lidze zasługuje na nowy stadion w Łodzi. Budżet został wyczerpany przez… sukces, toteż prezes Witold Skrzydlewski “szantażuje” panią prezydent miasta, że jeśli będzie baraż z Częstochową, to za pieniądze miasta. Interesy trzeba umieć robić a na tym szef Orła, o którym śpiewa Sławek Kowalewski/ “Trubadur”/, zna się dobrze.

Znają się też jak zarabiać decydenci Polskiego Związku Motorowego. Utworzenie Ekstraligowej Spółki jest dziwolągiem, który kosztuje krocie, bo prezes tego ugrupowania zarabia tyle, ile prezes dużej społdzielni mieszkaniowej. Nie pogardził by taką robotą może i tuskowy Igor Ostachowicz, bo to więcej, niż w rządzie, lecz znacznie mniej, niż w Orlenie. Rada nadzorcza spółkowej extraligi jest nieliczna, zgrana i również dostaje przelewy na konto. Teraz w żużlu funkcjonariusze dostają nawet za przejście się po parkingu. Po co spółka? Co ludzie robią od niedzieli do niedzieli? Za duże pieniądze? Dawniej obsługiwał wszystko Giekażet. PZM nie ingeruje, bo sam musiałby sobie poobcinać. Absurd.

Gospodarniej byłoby bez “gipsowych” i fasadowych firm powiększyć rutynowy Giekażet o jedną osobę i dalej działać po bożemu, bez szastania pieniędzmi. Podobno speedway ich potrzebuje. Kolejny absurd. Eskalacja zjawiska tworzenia spółek w Polsce w łonie różnych organizacji jest łacnym interesem dla ludzi, którzy chcą dużo mieć za… mało roboty. Nie wiem skąd nadleciał ten trend, czy aby nie z PKP? Działacze mają jednak mało wspólnego z kolejami, raczej z innymi ”furami”.

W sprawie ekstraligowej spółki czekam na głosy czy jest sens “pieszczenia” sztucznego ciała, które jest bliższe członkom, niż sportowi.

A tak w ogóle, zrobiło się w żużlu na koniec barwnie, bo jeden drugiego, trzeci czwartego i mamy męską końcówkę. Jeszcze do Rybnika zjadą mistrzowie świata, żeby zrobić reprint turnieju, jaki mieliśmy rok temu w Lublinie. Show po koronacjach GP w Toruniu. Jakby mało było sportu dla prawdziwych kibiców, w Warszawie “kopiemy się” z Niemcami, co szpanuje hazardzistów nie mniej, niż jazdy tego samego dnia w toruńskiej Motoarenie. Oj, będzie się działo!

ps. Dochodzą mnie słuchy o kandydowaniu do samorządów także sportowców, w tym ze środowiska żużlowego. Mieliśmy już takie doświadczenia w przeszłości z miernym skutkiem, więc polecam choć trochę samokrytycyzmu, bo żeby coś załatwić trzeba umieć sklecić trochę zdań. Mumie nie są narodowi potrzebne, zatem “mierz siły na zamiary”; rozliczenia bywają smutne i przynoszą szkody Polsce.

Do jednej bramy

Polska przeżywa siatkarskie święto w kilku miastach. Bomba. Mistrzostwa Świata są wielką imprezą a ponieważ mamy coś do powiedzenia sportowo i organizacyjnie cieszmy się z dobrej zabawy w innym sporcie. A na żużlu powoli zbliżamy się do końca mistrzostw świata w solowej jeździe. I liczymy na podium, podczas toruńskiego finału GP. Ale zanim do tego dojdzie radujmy się ze złota juniorów w MŚ zdobytego pod wodzą Marka Cieślaka w duńskim Slangerup. Polska młodzież „rozwaliła“ rywali, przede wszystkim gospodarzy. Niech się jeszcze uczą. Polska przekora medialnie już płacze, że z tą młodzieżą nie jest tak najlepiej, bo jak ci wjadą w wiek seniora, za nimi nie widać następców. Zgrozą powiało, kiedy usłyszałem takie biadolenie w wykonaniu jednego z ekspertów. Zobaczymy. Nie potrafimy się cieszyć ze srebra seniorów w MŚ, narzekamy mając w kieszeni złote medale juniorów, zdobyte po kowbojsku na trudnym terenie. Co z kraj… I za co kocham tę Polskę? Hm, Polska a ludzie, chyba dwie różne sprawy…

Fatalnie wyglądają żużlowe mecze, gdzie pojawia się drużyna z Gdańska albo z Częstochowy. W pierwszym przypadku promotor nie przygotował się do sezonu jak trzeba. Wybrzeże dostaje lanie za laniem a tak optymistycznie było, kiedy w premierze żużlowcy z Trójmiasta wygrali z toruńskim Unibaxem. Potem zaczęło się; stracili trenera, prestiż i dostarczali punktów rywalom. Częstochowianie mają podobne „wykopki“ i kłopoty finansowe. Miasto spod Jasnej Góry zakochane jest w żużlu a dołuje okropnie. Czym to się skończy? Tragedią jest oglądać mecze z udziałem outsiderów, przegrane podwójnie wyścigi. Kibice są wyrolowani i zamiast meczów na krawędzi funduje im się rezerwowe składy. Licencje nadzorowane są kompletnym nieporozumieniem, prolongatą ligowego oszustwa dla kibiców. Pamiętam takie zdarzenie z angielskiego stadionu, kiedy tor był trudny i zawodnicy kręcili nosami, nie bardzo chcieli jechać, wtedy promotor powiedział: „ popatrzcie na trybuny, kibice przyszli i zapłacili za bilety żeby was oglądać“. Może to trochę nietypowy przykład, bo dotyczy ciężkiego toru, lecz promotorzy angielscy tak kombinują składy by mecze były zacięte, fani mieli rozrywkę, przyszli na następną imprezę rozgrzani walką zawodników. Nie ma meczów „do jednej bramki“. Mamy ekstraligową spółkę oraz pod auspicjami PZM Giekażet, ludzi żądnych splendorów, wszak gdy nie udało im się w klubie, szukają kasy i pokazania w innej roli, jakby nadrzędnej. Celebryci z Bożej łaski. Bzdura. I tak robotę wykonują inni.

Marek Cieślak trener kadry narodowej zostaje, kolekcjonuje złote medale, ma na koncie po pięć w kategorii seniorów i juniorów. Innych kolorów medali nie podaję, są w metryce. Już byli tacy, co czyhali na jego abdykację, poczekają jeszcze trochę. I chyba Cieślak zostanie także w Unii Tarnów, gdyż drużyna ma wszelkie szanse by zaliczyć złoto w Ekstralidze. Czekają nas we wrześniu dobre mecze z udziałem najlepszej czwórki zespołów. I mam nadzieję, że incydent z udziałem Unibaxu w Zielonej Górze nauczył rozumu toruński zespół; bolesne doświadczenie, prestiżowo, finansowo. Zespół gwiazd a bez występu w ostatecznej walce o mistrzostwo Polski. Właściciel klubu stracił dużo i słyszę o zamiarach Romana Karkosika: porzuceniu Unibaxu, przeniesieniu aktywów do innego miasta, innego klubu. Marzyciele niechaj więc marzą; dream teamy mają swoje historie, w polskim żużlu nie będzie Realu, Bayernu ani Barcelony. Speedway made in Poland ma inny wymiar kapelusza.

Wróble ćwierkają, że Warszawa będzie otwierała od przyszłego roku cykl Grand Prix, przez trzy lata. W plotkach znajdujemy czasem ziarno prawdy a są ludzie, którzy marzą aby swoje plecy przyłożyć do pleców polityków i celebrytów. Co by nie powiedzieć aktywność Stadionu Narodowego w stolicy jest ostatnio duża, wiele się dzieje, nie są to wprawdzie tanie wizyty kibiców na tym obiekcie, ale oferta bogata i chyba była minister sportu żałuje, że nie jest w środku tego wszystkiego. Widać los chciał inaczej.

Zasmuciła mnie mocno sprawa Australijczyka Darcy Warda, do którego mam słabość, bo widzę w nim talent do jazd wyśmienitych. Niestety chłopak ma też słabość, lecz do życiowych pokus i po wybryku w Rydze, gdzie stwierdzono u niego alkohol przed turniejem Grand Prix, FIM zawiesiła go aż do odwołania i Darcy nie może się ścigać. Fatalna sprawa dla tego chłopaka, dla którego speedway jest żywiołem. Słyszę głosy, że ma pecha, bo w Europie jest osamotniony etc, etc. Bzdura. Każdy młody człowiek, kiedy opuszcza rodzinny dom jest zdany na siłę własnego charakteru. Pokusy krążą wszędzie i trzeba być odpornym a w sporcie szczególnie. Speedway jest ekstremalnym sportem, człowiek dosiada maszyny, musi być sprawny, nie może być odurzony. Ward ma 22 lata i musi sam zrozumieć wreszcie czym jest dla niego sport, jaki talent marnuje. Nie ma pobłażania dla używek, dla dopingu w żadnym sporcie. I pisząc o Darcym mam też na myśli Patryka Dudka, który też jest talentem. Nie osamotnionym, ma dom pod ręką. A jednak zdarzyło się z dopingiem! Polscy zawodnicy są przemęczeni, nawet 10 kaw nie postawi żużlowca na nogi po karkołomnym turnieju i jeździe na kolejne zawody 1500 kilometrów. Wypoczynek jest niezbędny, każdy potrzebuje więcej czy mniej snu. Jeśli toleruje się taki kalendarz, że w sobotę wieczorem mamy turniej Grand Prix a następnego dnia mecze ligowe w Polsce i uczestnicy muszą gnać na łeb i szyję, żeby zdążyć na zawody, więc wybaczcie moi drodzy: nie każdy wytrzymuje taki rozkład jazdy! Pęka. Szuka jeden z drugim sztucznego wzmocnienia za wszelką cenę aby zarobić i nie stracić. A w tym przypadku jest „po drodze“ jeszcze ŻYCIE. Jakże kruche przy zmęczeniu i minimalnym błędzie.

U Petra na Markete

No i znowu w Pradze walczyć będą najlepsi żużlowcy świata, w czwartym turnieju tegorocznego serialu o Grand Prix. Tam w górze miasta, skąd fantastyczny widok na Pragę i królewski zamek Hradczany. Stolica Czech jest piękna o każdej porze roku, jednak w maju przyroda dodaje miastu specyficznego kolorytu, wzbogaconego o aromat świeżej zieleni, krzewów, kwiatów. Przepołowione miasto stare jak świat przez Wełtawę, mosty, domy waniliowego koloru z czapami czerwonych dachów. I ten majestat nad wszystkim strzelistych, czarnych wież Hradczanów, które jakby pilnowały malowniczego miasta wypełnionego turystami z całego świata. Cudownie. Nie tylko na starym, zatłoczonym, kamiennym moście Karola. Nie dziwię się, że Praga wciąga turystów jak magnes, jak ich urzeka nie tylko urodą, ale skutecznie kokietuje jedzeniem z obowiązkowym czeskim piwem. Super. Browary pracują na pełnych obrotach, mówi się od lat, że kiedy zabraknie w Czechach piwa skończy się ten kraj. Nie przewiduję. Filozofia Szwejka krąży po Pradze, książki Bohumila Hrabala są jak mantra a jaskrawe malarstwo Muchy pieści oczy jak majowe bzy.

Lubię to miasto, które rozległe jest zarazem w swojej ciasnocie uliczek do poznawania bez kłopotów. Tradycja w Pradze ma swoją cenę i jest pielegnowana, co dedykuję swoim rodakom. „Praha je zlata“ od wieków. A teraz skok w sport.

Speedway może nie jest w Czechach tak popularny, ma jednak sprawdzonych wielbicieli. Sporty motorowe mają stare korzenie i choć słyszę tu i tam odbijane piłki tenisowe na praskich kortach wtulonych, gdzie tylko można a latem mówi się gorąco o hokeju na lodzie, to speedway albo po ichniemu plocha draha nie spada z kalendarza. Gdzie? A na stadionie Marketa w VI części miasta przez wiernych sympatyków tego sportu. Tam też jest ligowa drużyna, no i turnieje o Grand Prix.

Czy można zatem wyobrazić sobie serial GP bez Pragi? Raczej nie! Jak Czech bez piwa! 31 maja mamy kolejne spotkanie światowej elity. Ze stadionowego dachu widok jest słoneczny, zaś wieczorem przypomina mocno rozświetlone niebo. Poniżej na 353 metrowym torze mamy jazdy! Jest zabawa, zawsze coś się dzieje. Jest kameralnie i przyjemnie towarzysko. „Super jizdy“.

Szef imprezy, były żużlowiec, reprezentant Czech dr praw Petr ONDRASIK zawsze liczy na liczny udział polskich kibiców, którzy w czasie ery Tomasza Golloba stwarzali niepowtarzalną atmosferę na stadionie i poza nim. Było głośno i kolorowo. Na liście startowej nie ma już Golloba ale są: Krzysztof Kasprzak, który lideruje jednym punktem i jest Jarosław Hampel. Kasprzak nie pojechał w turnieju w fińskim Tampere z powodu kontuzji kolana, jakiej doznał w bawarskim Landshut w ściganiu się najlepszych par świata. Kolano to nie ból głowy, tabletka nie pomoże i czasem niewinnie wyglądający wypadek zostawia bolesny ślad. Krzysztof ma dylemat, jego ekipa również. Dobrze zaczął i taki pech! Dzwonił do mnie wspomniany Petr z pytaniem co z Krzysztofem, bo jego start w Pradze jest związany z przyjazdem kibiców. Polak fanów nie chce zawieść i zdaje sobie sprawę, co oznacza absencja. W Tampere rywale zbliżyli się do niego na mrugnięcie powieki. Polacy mają drugiego fightera, który może obudzi się teraz, Jarosław Hampel zna stopnie praskiego podium. Liczymy na finał! Ba, jeszcze więcej.

Serial GP „rozjeżdża“ się na dobre i niektórzy początkowi „maruderzy“ zaczynają łapać odpowiedni rytm. Kiedy myśli się o tytule, o medalach nie można dawać luzu przeciwnikom, trzeba trzymać ich krótko. Różnica punktów w elicie serialu jest bliska na oddech. Kontuzje kolan są zmorą nie tylko żużlowców, w każdym sporcie, no może poza… szachami. Australijczyk Darcy Ward również cierpi i narzeka na kolano. Daje jakoś radę, próbuje i pewnie polski lider nie chce spasować. Z kolanami jest tak, że pomaga rehabilitacja ale najlepsza jest operacja, co w konsekwencji oznacza odlot z serialu. Popatrzmy na innych bohaterów serialu GP. Dochodzi do siebie Anglik Tai Woffinden, który miał kiepski początek a broni przecież tytułu. „Wytapetowany“ Woffy jest zdolny znów wygrać w Czechach. Odnajduje formę były mistrz świata Australijczyk Chris Holder, który przez rok pauzował. Jego rodak wspomniany Ward jest zawsze groźny, fruwa na każdym torze jak ptak, fantazyjnie walczy z ostatniej pozycji do mety, lubi taką zabawę i kocha wygrywać. Jego speedway jest radosny, wulkaniczny, zarażający do oglądania. W Tampere wygrał po raz pierwszy w życiu Słoweniec Matej Zagar i trzeba go brać pod uwagę. Duńczycy są jak dobre wino, mogą zawsze zrobić wszystko z każdym. A Szwedzi? Erik Lindgren? Czesi z „dziką kartą“ wysyłają w bój Vaclava Milika/ rocznik 1993/ ze Zlatej Prilby Pardubice, który uczy sie pojętnie w angielskim Poole. W rezerwie będą Zdenek Holub i Roman Czejka. Rekord toru Taia Woffindena 62,33, czeka na korektę.

Rywalizacja w światowej elicie wytrąciła niektórych zawodników z serialu GP, choćby wspomnieć Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który na praskim torze w swoim debiucie wygrał w rewelacyjnym stylu. Nie ma bojowego Słowaka Martina Vaculika ale jest przecież super Niemiec Martin Smoliński i jego kibice nie tylko z Bawarii przyjadą do Pragi. Niemcy uwielbiają piwo jest zatem jedna i druga okazja. Noce bywają czasem za krótkie, zwłaszcza w takich miejscach jak Praga i trzeba mieć dobre zdrowie. Na doping!

W Tampere tor był dziurawy, były więc duże przerwy. Organizatorzy zaliczali premierę i wypadła ona średnio, za wyjątkiem dobrej frekwencji. W Pradze ekipa Petra Ondrasika ma bogate doświadczenie, mocno wspomagane przez kamratów z innych, czeskich klubów. Bólem może być tylko pogoda, która nie zawsze jest łaskawa i lubi straszyć a speedway nie lubi deszczu. Prognozuję jednak, że wszystko będzie w porządku i… Polak stanie na podium. Machina serialowa GP rozkęca się i czołówka się układa, rzecz w tym, by w samej szpicy byli biało – czerwoni. Gospodarze ze stadionu Marketa spodziewają się tradycyjnie sporego przyjazdu polskich kibiców oraz zabawy, która na trybunach buduje fajną scenerię, wszak kiedyś gollobomania zrobiła karierę. Echa nie są głuche.

Na Markete jest zwykle piknikowo, bardzo swojsko a zatem cóż… do miłego spotkania u Petra w sobotę wieczorem, gdzie plocha draha będzie widowiskiem tak sentymentalnie wspominanym, jak królewska Praga z władczym Hradem i majestatyczną Wełtawą.