Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Rybnickie numery

Z czym kojarzy się Rybnik? Jest tego trochę, np. z węglem, urodą tego miasta, no i żużlem… Na przekór tym, którzy sport widzą tylko w piłce. Od jakiegoś czasu w Rybniku z żużlem nie jest dobrze i wyraźnie dołuje, nie ma szczęścia do prezesów, nie ma pieniędzy, choć tradycja przywołuje do pamięci świetne chwile rybnickiej drużyny, która dwanaście razy była mistrzem Polski, zaś na stadionie rozgrywano finały mistrzostw świata w których Polacy zdobywali złote medale. Stadion zmienił oblicze a przy okazji zburzono symboliczną krytą trybunę projektując dziwadło, które przypomina dziurawy parasol. W części rzędów leje się na głowy. Absurd architektoniczny. Parking maszyn czyli blaszak daje huk potworny. Piano z zachwytu nad tym stadionem kilka lat temu a teraz nikt już nie jęknie, bo mamy inne stadiony żużlowe z prawdziwego zdarzenia. Zespół zleciał na sam dół ligowy zaczął od zera i jakoś przędzie w drugiej lidze. Nijak to się ma do oczekiwań, do potencjału jaki jest w regionie i do ładnego miasta, które można lubić. Gorzej z tym żużlem. – „Sukcesy były w komunie“ –   mówią ludzie i wspominają prezesa Tadeusza Trawińskiego, Antoniego Fica, mecenat górnictwa i działaczy z Brunonem Soblem i Mieczysławem Korbasiewiczem na czele.  – „Wtedy były środki na sport, teraz trzeba je pochytać“ – oświadczają kibice życzliwi i nieżyczliwi, bo w Rybniku od lat panuje opinia, że trudno się dogadać, mędrców nie brakuje, tylko nie ma autorytetu, który porwałby tych, którzy chcą coś zrobić, aby speedway w tym mieście był znów na topie a reprezentanci zdobywali splendor dla Polski.

Tradycje braci Majów i Tkoczów, Woryny i Wyglendy są tak mocne, że nadal wybijają rybnicki żużel do góry, tylko, że to już przeszłość. Kto zaistniał na stolcu prezesa w ostatnim czasie nie miał łatwego życia, bo tam jest tak, że krytyka dominuje a ludzi do pomocy nie ma. Sukces trzeba wypracować i najlepiej w zgranej grupie. Nie wiem dlaczego fatum krąży nad żużlem w Rybniku, że nie mogą się jakoś dogadać.

Ostatnio wróble jednak ćwierkają, że prezydent Adam Fudali po okresie wyczekiwania namaścił grupę inicjatywną na czele której stoi Krzysztof Mrozek, człowiek ambitny,  „chop miejscowy“ którego widywałem w Częstochowie, kiedy tam panował w klubie Marian Maślanka. Prezes Maślanka został odsunięty od rządzenia i podobno tęskni za żużlem i nie może spać po nocach. A jak śpi, to śnią mu się sukcesy. Krzysztof Mrozek organizator Memoriałów Łukasza Romanka i jego sponsor, oczywiście ma ambicje i zna się na żużlu. Podobno w tej grupie inicjatywnej kręci się były prezes Unii Tarnów Grzegorz Ślak, choć nie wiem jak pogodzi Mrozek byłych prezesów Częstochowy i Tarnowa. A prezes może być tylko jeden. Kto kogo chce wyrolować, bo nie wierzę w spolegliwość i zmatowienie ambicji. Pęd do władzy jest, parcie na szkło już zostało zaszczepione. A więc mamy poparcie prezydenta Fudalego dla grupy, która chce super żużla w Rybniku i mają być duże pieniądze. Teraz ich niestety nie ma. Jest dół i cienko piszczą przy ul. Gliwickiej. A stadion należy do miasta. Jak to będzie, bo jeden klub już jest a ma być drugi. Kto kogo połknie? Jeszcze tego nie było ale może być, bo w Rybniku tak jak i w całej Polsce wszystko jest możliwe i nawet to, że w ROW będzie jeździł Tomasz Gollob.

W każdym razie prezydent Adam Fudali, człowiek zasiedziały na tym fotelu od dawna, rybniczanin i człowiek który pilnie chodzi na mecze, bo lubi, dał wreszcie sygnał „ niech się dzieje wola nieba“ ale pod moją kontrolą.

No dobrze… też chciałbym żeby w Rybniku odżyły tradycje żużlowe, które kiedyś mnie uniosły duchowo i przykładałem jak tylko się dało do tego, by świat przyjeżdżał na turnieje. Kto wie, to wie… Były udane finały światowe i atrakcyjne asy na torze.

Józef Cycuła, człowiek z rybnickim żużlem związany na dobre i złe przeżył już wszystkie zawieruchy w klubie i przeżyje pewnie nowe rozwiązania, które oby nie pogrążyły jeszcze bardziej środowisko, które jest w tej chwili na pewno zdołowane; drużyna bez kasy jakoś się morduje, wygrywa, przegrywa, w tym sporcie bez nazwisk czyli bez pieniędzy niczego się nie zrobi. Polski speedway jest mocarstwowy z jednej strony a z drugiej kulawy i ślepy. Generalnie po denominacji Giekażetu i powołaniu Extraligowej Spółki dualizm wytrącił równowagę, którą ze szczytu PZM obserwuje nadprezes. Tego, co mówi się w kuluarach nie bardzo bierze się pod uwagę a szkoda, bo zawsze w tym szepcie „prowincji“ są prawdy. Podczas konfliktów prawda zawsze pierwsza ginie. Prawda?

Rybnik słynie z arcymistrzów żużlowego toru. Jeszcze nie tak dawno dobrze się działo na mini torze, gdy Andrzej Skulski pod bokiem klubu na swoje zawołanie zbudował tor i wyszkolono talenty na miarę tradycji. Andrzej Skulski zmarł a był niezwykle operatywny i chciał nie tylko dla miejscowego żużla zrobić dużo, choć musiał pokonywać stos przeszkód. Nie wiem dlaczego tak się tam dzieje, że kiedy tylko ktoś wyskoczy ponad poprzeczkę ucina mu się skrzydełka. Rybnicka specjalność?

Jest teraz wizja nowego klubu; czy będą dwa wątpię, więc jak się utrąci ten jeden? Pewnie już wszystko obmyślone, bo animatorzy nowego chcą w ciągu najbliższych lat być na górze ligowej drabiny. Powodzenia panowie! Oby metody były czyste, w intencje przecież wierzę, acz polskie zwyczaje kruszenia betonów są nie zawsze czyste dla powietrza.

I jeszcze jedno na koniec, otóż Daniel Defoe napisał: „Lepiej mieć lwa na czele armii owiec, niż owcę na czele armii lwów“. Koniec.

Ponadzwiązki jak podwiązki

Co tam rym, nie patrzcie na to! W polskim sporcie wrze, wpierw wyskoczyła sprawa pozbawienia przez futbolowy związek reprezentacyjnych ubiorów piłkarzy tradycyjnego symbolu czyli orzełka. Potem wybuchła afera korupcyjna, która jest badana. Prezes Grzegorz Lato ocalał narazie, ale padł Zdzisław Kręcina jako sekretarz generalny PZPN. Głośno zrobiło się znów wokół futbolowej centrali, podobnie jak i wokoł wystąpienia w Berlinie polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Z jednej strony mamy heroiczne próby uratowania Unii Europejskiej, jej budżetu, z drugiej ciągle istnieje problem banków, co burzy sny normalnych obywateli. Z trzeciej strony mamy sprawy poboczne, lecz bardzo istotne a taką jest raz po raz PZPN.

Na tym wątku, nienaruszalności sportowych związków, które funkcjonują często jak państwo w państwie, powstaje dylemat związany z sanacją tych organizmów, ich zdrowej odnowy. Jak to zrobić, skoro statuty bronią struktur i trudno nowym działaczom, choćby mieli złote pomysły na wagę Nobli, przebić się przez sito wyborów obwarowanych już od podstaw. W takich strukturach, gdzie nie ma mowy o wyborach ludzi z ulicy zdarzają się osoby przypadkowe, które w wyniku jakiś tam sytuacji działają w klubach i nagle awansują w zamieszaniu wyborczym jako ludzie znikąd. Skąd? Niby wiadamo, lecz ich dorobek  jest marny. Statuty związków sportowych są stare jak świat, przestarzałe nie  dają szans młodym, prezesi oraz zarządy tak manipulują przy wyborach, żeby osoby niewygodne absolutnie nie miały szans na wyborczej drodze. Przykłady? W wyborach Polskiego Związku Motorowego do władz wszedł prezes kulejącego klubu żużlowego z Rybnika. Znany? Trzeba można zapytać choćby na terenie okręgowego związku motorowego na Śląsku. Klub dołuje, rodzą się różne pomysły, nawet takie żeby tradycję spuścić już na sam doł ligowych tabel i zaczynać od nowa, bo budżet jest obciążony długiem z przeszłości. Trudna sytuacja dwunastokrotnego drużynowego mistrza Polski, owiana sławą Antoniego Woryny, Andrzeja Wyglendy, braci Majów i Tkoczów.  Tradycja rybnickiej kuźni jest tak duża, że dziwię się bardzo, że nikt w Rybniku od dłuższego czasu nie może zdecydować się na historyczny ruch ratujący ikonę polskiego i światowego jakby nie było żużla. Człowiek, który prezesuje i który nie ma pomysłu na ratunek ROW jest wybrany w strukturze PZM do władz. Jak to się stało?

Polski Związek Motorowy nie jest odosobniony przy czteroletniej kadencji w wyborczej walce o stołki. Demokratycznie oczywiście. Trzeba tylko mieć zawsze mandat na wybory jakiejś grupy, klubu. Bez tego ani rusz. I nie ważne czy ktoś coś zrobił społecznie, ma zasługi, plany i jest osobowością potrzebną dla rozwoju związku czy nie, istotny jest kartonik mandatowy. Najważniejszy. Jego posiadanie uprawnia do głosowania a opinie zbiera się i liczy dokładnie kto na kogo. Niepewni są na cenzurowanym. Przygotowanie wyborów jest majstersztykiem, który trwa wiele tygodni, trud w efekcie się opłaca, ponieważ trzeba być pewnym swoich wyborców. Na 100 procent.

Kto odmieni statuty sportowych związków? Mają one swoje kody zapewniające zarządom trwanie i trwanie. Polski sport potrzebuje nowej fali działaczy. Futbolowa władza jeszcze za prezesa Michała Listkiewicza utrwaliła przekonanie, że trudno cokolowiek zmienić. Sukcesję jaką zostawił Listkiewicz w postaci bramkostrzelnego kiedyś piłkarza z Mielca odbija się głośną czkawką w Europie. Wstyd. Kilkaset osób z zarzutami korupcyjnymi, piłkarze, działacze, sędziowie. Lista długa, teraz odwołany został człowiek, który długo przeżył w PZPN różne czasy. Nic nie trwa wiecznie, ucho od garnka wreszcie się urwało. A następne?

Związki sportowe mamy rozmaitej urody, prezesów, sekretarzy generalnych i mniej generalnych. Sport zawsze był magnesem, sam byłem przecież działaczem PZM. I nie tylko w tej organizacji, którą tak świetnie ustawił kiedyś prezes nad prezesami Roman Pijanowski.

Zła sława PZPN sieje w społeczeństwie niemal filmowy obraz patologii, ludzie kojarzą sport z takimi wyczynami z jakimi potem mają do czynienia prokuratorzy. Fatalna passa, która obudowana i umocniona przez majestat FIFA za czasów wspomnianego prezesa Listkiewicza dała teraz efekty.  Kiedy nastąpi kres? Czy prezesi mają honor? A kto ma, jeśli niektórzy prominenci z zarzutami dalej sprawują władzę w kraju?!  Jest wina, powinna być kara. Ale nie ma. Harcowanie kwitnie.

W perspektywie mamy EURO – 2012. Prezes Lato z perlistym uśmiechem zapewnia, że abdykuje kiedy Polska nie wyjdzie z grupy. A jak wyjdzie, zostanie? Drwina z nas wszystkich i przeświadczenie, że można kpić w żywe oczy i nic się nie stanie. Prezesi z żelaza. Kto widział, żeby lato trwało latami…

Nie ma kadencyjności, niektórzy ciągle są i nie dają szans młodszym. Był taki czas w historii polskiego sportu, że w latach 70 – tych do związków sportowych władza desygnowała młodych działaczy partyjnych o szerokich horyzontach. Niektórzy nie utrzymali się, większość jednak dała o sobie znać i daje. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w katastrofie samolotowej w Smoleńsku był dobitnym przykładem działacza, który jako młody człowiek kierował związkiem lekkoatletów. Byli inni np. Jerzy Dachowski. Dostali kiedyś szansę i ją wykorzystali; dziś takiej okazji młodzi nie mają, bo statuty “ponadzwiązków” bronią wyborczej machiny utrwalającej patalogiczny brud, choć nie wszędzie tak się dzieje na szczęście.

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.