Łomot

Mam sentyment do rybnickiej tradycji żużlowej, do sukcesów zawodników, którzy byli reprezentantami Polski, do imprez światowych organizowanych na tym stadionie gdzie charakterystyczny dach trybuny był prawdziwym dachem a nie jak teraz nie dachem. I pamiętam jeszcze parking z którego zjeżdżało się na tor z góry, jak teraz w Rzeszowie. Były dobre lata i dwanaście razy górniczy klub zostawał mistrzem Polski. Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda, Joachim Maj wcześniej, czy Stansław Tkocz i młodszy Andrzej, i Piotr Pyszny, Jerzy Gryt. Byli chłopcy co śmigali po torach jak jaskółki.

Było ale się skończyło?

Imprez prestiżowych nie ma, nawet nie odgrzewa się Memoriału redaktora Jana Ciszewskiego, a szkoda. Klub opuścił na dobre ekstraligowe podłoże i nie widać,żeby tam szybko wrócił, choć był blisko za czasów szkoleniowych Jana Grabowskiego.Coś jednak wisiało nad awansami i niestety mimo aspiracji, mimo niezłych wynikóew w ostatniej chwili nawalała taktyka szkoleniowa.Bo w żużlu z jednej strony mamy szkolenie adeptów, przygotowywanie ich do kariery na torze, uczenie ABC, a z drugiej strony układanie się do meczów i wtedy ten, co szkoli młodych nie musi mieć takich samych umiejętności, co ten od taktyki i przysłowiowego nosa. A w sporcie ten nos, taki Cieślakowy, taki Smudowy, czy Wentowy ma sens dla sukcesów. Czy nie tak?

Rybnik ma talenty, choć nie zawsze one rozwijają się tak jak należy. Tragedia Łukasza Romanka i jego samobójcza, bezsensowna śmierć wstrząsnęła środowiskiem nie tylko rybnickim. Pojawienie się Rafała Szombierskiego rokowało nadzieje na rasowego zawodnika, co potrafi walczyć z najlepszymi, niestety zmogły go życiowe pokusy i kariera rozmyła się bezpowrotnie. Wielka szkoda, bo wydawało się, że polski speedway, w tym rybnicki będzie miał gwiazdę.Zgasła.Czasami człowiek rwie życie garściami, żyje dziś, o jutrze zapomina. Młodość ma swoje niebezpieczeństwa, więc ktoś musi kontrolować szlifowanie diamentów. Nie było takiego, a nawet jak był, to widocznie nie dawał rady.Luz wygrał z Szombierskim. Grabowski odszedł po kilku razach, zresztą nie rzeczw tym by mieć notes przepełniony notatkami, które nie uskrzydlają zawodników.Potrem zjawił się Czesław Czernicki, który też nie spełnił oczekiwań, choć asymilacja ze środowiskiem szła mu gładko.W Rybniku jest specyfika towarzyska, znam trochę, mam niedaleko. Sponsorzy nie byli szczodrzy, choć jedna z firm kokietowała klub wcale nieźle.Przestał to robić, kiedy nie było wyników a i sama firma straciła wiarę prezesów.Wydaje się, że w Rybniku nie może być problemów finansowych, bogaty region, bardzo, lecz takich co dają na żużel nie jest wielu. Dyskutują, obiecują, wydają za miedzą, choć na rybnicki stadion kukają.

Mirosław Korbel, były zawodnik podjął się próby szkoleniowej, szło mu nieźle, ale potrzebuje czasu na autorytet, jego następca Adam Pawliczek był nietrafionym strzałem szkoleniowym, menedżerskim, choć fart na początku sezonu zaostrzył apetyt kibiców, acz realistom otwierał oczy w dzień, potem zmuszał do refleksji Drużyna ocierała się o spadek a miało być tak pięknie. Nastał prezes, który wprowadził nowe rządy, jak to zwykle bywa, Michał Pawlaszczyk. Mówiono, że człowiek znikąd. W Rybniku takie numery nie przechodzą.Gdzie indziej zresztą też. Prezes był widoczny, organiczną pracą walczono z zastanymi długami, sklecono skład i jazdy były do czasu. Presja w Rybniku na wynik jest duża, bo tradycje swędzą każdego, nawet urząd miasta z prezydentem na czele.

Przebudowa stadionu nie była wyczynem, bo jak to się ma do wyobraźni i realiów, i jak wygląda ten stadion w obliczu zmieniających się obiektów żużlowych w Polsce, nie wspominając już toruńskiego cacka. Rybnickie inwestycje/ i częstochowskie/ są takie jakie są, warto czasem poczekać, zastanowić się, posłuchać ekspertów i wypełnić przestrzeń światowo, na lata. Nie na dziś, nie na jutro, a na pojutrze. Mnożenie cudaczności w stylu Stadionu Śląskiego jest marnotrawieniem pieniędzy. Zostawmy jednak budowle, które już są już dystansowane przez inne. POLSKIE SZKOLENIE w żużlu jest od lat zacofane, mimo pojawiania się talentów i dobrych wyników w kategorii juniorów. Gorzej potem. Rynek jest ubogi, wystarczy zaczarować prezesa i już się zostaje menago.

W Rybniku powiedziano dość czarom szkoleniowym, słusznie nowa tamtejsza klubowa władza poszła po rozum do głowy i nie chce zatrudnić z urzędu  szkoleniowca pierwszej drużyny. No i po co! Do szkółki tak. Wiceprezes sportowy Dariusz Momot chce prowadzić zespół, kto będzie mentorem młodzieży? Może Antoni Skupień, który miał niezłe wyniki w Rybkach, klubie Andrzeja Skulskiego, który nie tak dawno zmarł. Odszedł animator życia na mini torach a także człowiek napędowy imprez w Rybniku. Skulski potrafił, miał nieodparte ambicje sportowe i organizacyjne. Kiedy nie dawano mu szansy, z Rybkami robił swoje.

Wracam jednak do RKM. Do klubu, który obnaża rynek szkoleniowy w Polsce. Od lat wielu ten rynek jest ubogi, nie zawsze dobry zawodnik potrafi „ czytać jazdy, grę”. Oczywista prawda. Dariusz Momot rwie się do prowadzenia drużyny, w tym, co się postanawia gładko widać, że wreszcie Giekażet powinien dostrzec problem skurczonego, ograniczonego do kilku osób rynku szkoleniowego. Niektórzy nie mają matury a uczą… Jak to się ma do innych sportów w futbolu, siatkówce, koszykówce etc. etc. Nijak. Prezesi niektórych klubów odwrotnie, niż rybnicki boss Pawlaszczyk nie wyobrażają sobie życia bez instytucji „trenera”, sankcjonują zwyczaj, płacą i nie zastanawiają się, że to samo może robić ktoś z klubu albo nikt, choć cudów nie ma i „Człowiek Nos” musi być, ktoś musi ustawiać, mądrze działać w czasie meczu, interweniować, wprowadzać zmiany. No właśnie. Menago. Widzieć wszystko. Wiedzieć co dzieje się w innych ligach, być na bieżąco ze światem, co też w dobie internetu nie jest sztuką. Potrzebna jest oczywiście znajomość języka angielskiego. Migi umarły już dawno.

Rybniczanie szukają rezerw i oszczędności a przy okazji dotknęli problemu, który tkwi w polskim żużlu od lat. Kompetencje szefów drużyn, instruktorów, bo nazwa trener jest mniejszością wstydliwą, ulegają zatem weryfikacji.
I tak to leci; casus rybnicki może okazać się już wkrótce bezrobociem dla „znawców” i olbrzymią szansą, okazją dla innych, którzy wskutek nieudaczników byli blokowani mimo tzw. „nosa” w meczowym, turniejowym pojedynku. Powstaje pytanie w tej sytuacji czy Dariusz Momot da radę, no… gorszy od Pawliczka nie będzie. Powodzenia.
RKM daje hasło, sygnał czytelny dla środowiska, które w wymiarze szkoleniowym okrutnie zubożało. W niedawnym konflikcie w Unii Leszno pomiędzy trenerem a familią Kasprzaków warto dostrzec może i to, z czego rybniczanie zrezygnowali. Ktoś ten łomot zaczął i chyba pierwsi nie będą ostatnimi.

„Kombatant” Pawliczek

Tak, Adam Pawliczek ma taki epizod ze swojej kariery, otóż kiedy był na zawodach w Niemczech, jako dobrze zapowiadający się zawodnik rybnickiej drużyny i reprezentant Polski, nagle oddalił się od zespołu. To były lata osiemdziesiąte, trudne jeszcze, bo jeszcze przed Okrągłym Stołem. Poszła informacja, że Adam uciekł… Draka. Ale jak szybko się ulotnił, tak szybko odnalazł. Okazał wielką skruchę i niefrasobliwość, więc kara nie była aż tak dotkliwa. Adam Pawliczek obecny trener/ nowa rola, ciekawy debiut/ rybniczan, tłumaczył, że chciał odwiedzić swoją ciotkę w Niemczech. I pojechał samowolnie, no i wrócił samowolnie na szczęście.

Z dużej chmury, mały deszcz ale dreszcze były. 

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.