2 razy po 6 i 3 razy po 1 cz. 2

Na czym skończyłem ostatni felieton? Ano śmierci Ivana Maugera/ ur. 1939/, który zmagał się z udarem, otoczony troskliwą opieką rodziny, zmarł w domu na australijskim wybrzeżu Gold Coast 16. 04. 2018 roku. Postać wybitna, profesjonalista 100%, esteta, techniczny czempion/ jeździł na Jawie/ z nienagannym, głównie fabrycznym sprzętem. Prekursor w tym sporcie, na rynku reklamowym, to na jego plastronie pojawiła się znana, francuska marka alkoholi Ricard. Ostatni raz widzieliśmy się w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”, kilkanaście lat temu. Miejsce sielanka, staw przed oknami a na nim dzikie kaczki. Cisza głucha. Był w świetnej formie, już nie ten Ivan, bez startowego stresu. Nowozelandzki as zdobył 6 indywidualnych tytułów mistrza świata, mniej/5/ Szwed Ove Fundin. Czy ktoś “zrobił” więcej? Nie. “Tylko” zrównał się z nim Szwed TONY RICKARDSSON. Zawodnik innego stylu, z mądrego zaciągu coacha Bo Wirebranda, który odbudował szwedzką reprezentację po regresie spowodowanym stratą młodego Tomy Janssona/ zginął na torze Getingarny w Sztokholmie/. Tony, jako pierwszy żużlowiec zaprezentował nowy styl bycia, zamówił samochód – dom, w którym można mieszkać i pracować, były tam ponadto motocykle i warsztat. Niezależny na parkingach stadionowych, wzorem stajni wyścigowych F – 1, miał luzackie miejsce. Próbowano go naśladować, lecz nikt nie zainwestował w taki pojazd, były mniejsze, Rickardsson miał zrobione wg. modelu najszybszych ścigantów samochodowych. Z biegiem lat przyzwyczajono się do standartu Szweda, wcześniej oglądano jak/ w tym polski akcent mechanik, menedżer doświadczony Tomasz Suskiewicz/ wędruje z zawodów na zawody ogromnym vanem – domem. Pozornie swobodnie, bo ambicje sportowo – życiowe miał konkretne: zdobyć więcej złotych singli MŚ od Maugera. Nie chciało mi się za bardzo wpierw wierzyć, Tony nie był moim idolem. Tak jakoś, doceniałem talent, nowatorstwo, chwaliłem za profesjonalizm do ostatniej śrubki w motorach, butów i prezencji na galach. Był ambasadorem nowej jakości w żużlowej przestrzeni, zarabiał i mądrze inwestował. Chciał pobić rekord Maugera, lecz nie udało się, “tylko” wyrównał. Miał pomysły jak wygrywać, śmigał jak jaskółka, choćby przypomnieć szaleńczą szarżę w Cardiff w jednej z GP po bandzie. Kaskaderka. Pewny motocykli a jazdy były żywiołem opanowanym.

Przypatrywałem mu się wielokrotnie, także ten ostatni raz/ zaproszeni goście startowali gratis/ w pożegnalnym show/ Gollob nie przyjechał!/ w Tarnowie, gdzie jeździł w Unii a mówiono tam niego pieszczotliwie “Tosiek”, w lokalnym slangu. “Tosiek” obleciał kilka polskich klubów, rywalizował ostro z Tomaszem Gollobem, obaj potrafili ścigać się brawurowo po bandzie. Zaczynał polską karierę klubową Rickardsson w Bydgoszczy, potem walczył w klubach Ostrowa Wlkp., Zielonej Góry, Gorzowa, Gdańska, Torunia, Tarnowa. Medali mistrzostw świata ma worek, trzy córki, jednego syna z dwóch małżeństw, pierwszą wybranką była Anna, poznaliśmy się gdzieś na zawodach, drugą miłością Christine.

Rickardsson był błyskawicą, ale też miał wypadki, jeden groźny z urazem głowy i ten fakt zadecydował, że w 2006 roku postanowił zjechać z toru, bo nie chciał ryzykować życiem, kalectwem, za dużo miał do stracenia. Jeździł świetnie i tam samo tańczył /podobnie jak słynny Duńczyk Ole Olsen/ więc zajął drugie miejsce w telewizyjnym show Let’s Dance z partnerką Aniką Sjoo /ostatnie dwie literki z dwoma kropeczkami/, reklamował popularne w Skandynawii snusy, tabaki do żucia pod górną wargą, brand Swedish Match, wierny sponsor, podobnie błyskały zapalniczki Criket, robione w holenderskim Assen, jest tam duża hala z lodowym torem, w której ścigają się na motorach. Holendrzy nie przepadają za żużlem, lecz za wyścigami motorowymi na trawie, lodzie rangi MŚ. Speedway nie zachwycił w kraju wiatraków, mimo prób i nawet organizacji dwudniowego finału indywidualnych mistrzostw świata na historycznym, olimpijskim stadionie w Amsterdamie/ 1987/. Po raz pierwszy jako Polak sędziował imprezę Roman Cheładze z Torunia, Roman Jankowski zajął wtedy 14. miejsce a wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Nie powtórzono już potem dwudniowego finału, “poszukano” bezsensownej “pralni” w postaci serialu Grand Prix. I tak się wlecze, choć widać dno.
Tony był jednym z dyrektorów firmy, która produkuje miliony sztuk zapalniczek do blisko 150 krajów świata: Cricket jak zapałki! Ścigał się również autami, był mocno popularny swego czasu w rodzinnej Szwecji; zdobył dla “Trzech Koron” mistrzostwa świata na żużlu, który Skandynawowie kochają, traktują barwnie piknikowo, zaś w tamtejszej lidze polscy zawodnicy mają duże poważanie.

TONY RICKARDSSON, choć nie mój idol, zapisał się w historii żużla jako człowiek, który dał ofertę bycia innym w każdym elemencie kariery. Pokazał, że wpierw wynik, potem luksus a nie każdy ma taką filozofię. Rozważam, że gdyby pod koniec kariery nie ten “łomot” na torze, podszepty lekarzy “daj już sobie spokój ze sportem”, byłby w stanie być siedem razy mistrzem świata. Trudny rekord, dziś już raczej niewyobrażalny. Był tak często w Polsce, że poznał świetnie naszą mentalność, rzeczywistość; w Trójmieście ma swoją bazę, którą odwiedza z przyjemnością; lata mijają, spójrzcie w jego mega kronikę zdobyczy na żużlowych torach… Księga imponująca, pierwszy tytuł mistrza świata w 1994/ jeszcze finał jednodniowy Vojens, Dania/, ostatnie złoto w 2005 /serial Grand Prix, finał we włoskim Lonigo, gdzie zdobywa komplet pkt, z 7 wygranymi wyścigami. Perfekcja. Ten sezon był dla niego bogaty, oto cztery triumfy z rzędu, 6 turniejów zwycięskich na 9!

16 września 2006 w Tarnowie koniec, łzy pożegnania; nieżyjący prezes Unii Szczepan Bukowski był tak zadowolony z tego turnieju, jak i beneficjent. Kameralny bankiet na tarnowskiej Starówce był spotkaniem doprawdy serdecznym. Szwedzkie pożegnanie mistrza odbyło się w rodzinnej Aveście, meczem pomiędzy Masarną a Resztą Świata i dodatkowy wyścig o motocykl “Tośka”wygrał Australijczyk Leigh Adams, który po zakończeniu swojej kariery miał wypadek na motocrossie/ jak Tomasz Gollob/ i niestety musi być na wózku. Dramat.

Fakty radosne mieszają się w tym sporcie z bardzo przykrymi. Los reżyseruje nie tylko karierami ale także ich końcami. Extrema jest diabelnym ryzykiem, czasem mało sprawiedliwym. Ot, życie!

Idole, ikony, legendy…

Moim asem od serca na zawsze pozostanie Amerykanin z kalifornijskiego wybrzeża BRUCE PENHALL, finał na Wembley w Londynie w 1981 roku był dla niego zwycięski, powtórzył wyczyn w 1982 w Los Angeles, ten angielski był bodaj najlepszym turniejem w historii żużla i nie jest to tylko moja opinia. Bruce na Coliseum też wygrał, był członkiem wspaniałej złotej reprezentacji USA; dziś ponad 60 – letni, przystojny mężczyzna. W latach kariery nie mógł przejść spokojnie wobec naporu urodziwych dziewczyn, kobiet. Uwielbiano go, był filmowym idolem. Penhall chciał grać w Hollywood, zdradził publicznie plan wcześniej, miał jasny cel i występował w sitcomach, uganiał się po plażach na motocyklu w scenerii oceanu, błękitu nieba i skąpo odzianych girls. Nie przebił się jednak na wyżyny “fabryki snow”, jego kariera nie potoczyła się w kierunku ambitniejszych produkcji. Z Brucem/ma dużą firmę budowlaną/ widziałem się kilka lat temu w Toruniu, dokąd przyjechał na GP ze starszym synem/ młodszy zginął tragicznie/. Maniery pozostały te same, aparycja dojrzała, popularność tylko dla wybranych fanów jego talentu, osobowości, bo charyzma Penhalla, żużlowego aktora jest godna sklonowania. Jego postać przyciągała fanów, podnosiła temperaturę emocji.
CO NAM zostało jeszcze z tamtych lat? Muszę być wierny tytułowi, więc za tydzień na tych łamach: “3 razy po 1”… A może jeszcze jakaś promocyjna refleksja? /cdn/.

 

Photo by Jay Wennington on Unsplash

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Palikot na tor

Jak ten czas leci, pędzi jak szalony. Ledwie skończyły się ostatnie wyścigi  sezonu, jeszcze czujemy zapach metanolu a już myślimy o nowych przeżyciach. Jaki był ten sezon, jakie zostawił wrażenie na polskim gruncie i na międzynarodowej arenie, no jakie te odczucia mamy na zimowe dni? Za oknem śnieg sypie, a w sercu tamte, gorące dni.

Mistrzem świata został zasłużenie Nicki Pedersen, Duńczyk pędził przez rundy Grand Prix tak aby zostać po raz trzeci mistrzem świata. Nie jest wyrazistym mistrzem, skutecznym bojownikiem na pewno, uczestniczył w kontrowersyjnych wyścigach gdzie decyzje sędziowskie były różnie oceniane. Zwycięzców się nie sądzi; Nicki zmobilizował swoje środki finansowe, przygotował cel na rok 2008 i dopiął swego mimo uciążliwego bólu urologicznego w drugiej połowie serialu. Ścigali go w końcówce zahartowani w pogoniach za lisem, ale lis okazał się chytry do końca. Nicki zasłużył na mikołajkowy prezent bez rózgi, dobre wakacje na Martynice na przykład i osobiście życzę mu nadal kontrowersyjnych, acz bezpiecznych dla innych i siebie wyścigów, bo ten speedway niby światowy w istocie martwieje. NP ożywia jednak atmosferę.
Skoro jestem przy serialu Grand Prix, skostniałym w przegubach, to ogranicza się on do tych samych poletek i jak tak dalej pójdzie to będziemy mieli po trzy polskie Grand Prix, po trzy duńskie, tyle samo szwedzkich i angielską wersję Cardiff. Wygoda i marketingowy luz. Trasy ustalone, menu także, te same hotele i te same stragany przed stadionami. Super Grand Prix made in… China? Oj, nie, a John, Ole i reszta pospólstwa FIM.
Radzę dobre rózgi przygotować ale kto kupi i kto się odważy. Nie ma takich. My, Polacy? Cichosza byle nas wybierali a my latali po świecie… No dobra lećmy dalej.


Gonił Nickiego, może nie tyle jego co Grega Hancocka Tomasz Gollob i nie ślepy los okazał mu się przychylny. Dogonił Jankesa na bydgoskim torze i dorzucił do kolekcji brązowy medal. – „Traktują nas jak zwykłe numerki”, powiedział Greg, a kwestia dotyczyła przeniesienia ostatniej imprezy z Gelsenkirchen do Bydgoszczy. Jego wypowiedź łączy się z poprzednim akapitem. Zawodnicy nie mają nic do powiedzenia, choć w Gelsenkirchen protestowali solidarnie. Nabrano kibiców na przejażdżkę do Niemiec z różnych stron Europy.  – Nic tak nie kształci wyobraźni, jak podróże – powiedział kiedyś jeden z czołowych prominentów żużlowych powracając z Rumunii w czasach, kiedy jeszcze nie zastrzelono tam przywódcy narodu. Raju nie ma i na Jamajce, choć niektórym wydaje się, że tak. Tomasz Gollob w kolorze brązu, ciekawe czy załapie się do dziesiątki najlepszych sportowców w Polsce największej sportowej gazety, choć rok 2008 jest olimpijski i trochę medali uzbieraliśmy. No i jeszcze jest bezmedalowy ale uwielbiany Robert Kubica w niemieckim bolidzie i tenisistka Agnieszka Radwańska, która może uczyć nawet weterana Fibaka.

Młodzi polscy żużlowcy udowodnili na wiejskim torze w duńskim Holsted, że są najlepsi na świecie. Ograli przede wszystkim Duńczyków, a jeszcze Australijczyków, którzy ratują speedway od wykastrowania z miana światowego. A gdzie Amerykanie z filmowej krainy USA Arnolda Schwarzeneggera? No gdzie?
Gollob ponad wszystkimi w Polsce i złoci juniorzy. Zdyskontowanie sukcesów nie nastąpiło w słynnym warszawskim hotelu Sheraton jeszcze w starym roku, gdyż przeniesiono imprezę na styczeń roku 2009. Pewnie prezes Pezetmotu miał jakieś zagraniczne tournee, spieszę więc donieść jako senior doradca Piotrowi Szymańskiemu z Giekażetu, iż kto szybko daje dwa razy daje. W styczniu będzie wspomnienie tego, co już było jesienią. Można i tak ale dlaczego?

Z pękiem fajnych róż pędzić trzeba na Dzień Kobiet do kobiet, bo one zaczną jeździć na żużlu. Męska w działaniu wielkopolska ostrowianka Kinga Wachowska, choć nie brakuje jej należytych kobiecych wdzięków, dopięła swego i amazonki dosiądą motocykli oficjalnie, zatem „Playboy” może szykować sesję. Kinga jest warta motocykla i ścigania się z  facetami, którzy chyba nie będą mieli sumienia wywieźć jej w płot. A ona może ? Chyba tak.

Jeszcze o kobietach. Marta Półtorak wydała w Rzeszowie sporo ze swojej firmy na żużel. Marma Polskie Folie sponsorowały nad Wisłokiem tyle, że drużyna była ekstraligowa. Miała pani Marta odwagę powiedzieć dość, jako kobieta mężczyznom, którzy zadawalali swoje jakże czasami przeciętne ambicje. Nie wszyscy jednak zadawalali jej ambicje. Kto w Mikołaja przyjdzie do byłej prezes? Już liczę. Jak to się mówi, każdy dobry uczynek będzie ukarany… Na Boga, nie.

Numer rzadkiej urody wywinął zasłużenie dla siebie i swojej rodziny oraz fanów Adam Skórnicki. Mój imiennik zdobył bezdyskusyjnie tytuł mistrza Polski i to tym bardziej cenny, bo na familijnym torze w Lesznie. Skórnicki jest zawodnikiem elokwentnym, zna speedfach, dochodził do kunsztu pracowicie na angielskich torach i niech mi nikt nie mówi, że jak się chce to się udać nie musi. Jest ponadto efektowny na torze, usprawnił w tym sezonie starty, trzyma się krawężnika jak nie jeden prezes klubu i pędzi po amerykańsku wyginając się jak dobra skóra na motorze do mety. Jak go przelotnie znam, to nie odpuści Mikołaja rodzinie i sam przyniesie worek z prezentami. W perspektywie mamy imieniny, fatalne bo wigilijne Zawsze niezmienne przy karpiu. W tym samym czasie, co nadredaktor Adam Zając na dodatek, więc chyba przyjadę po świętach do Leszna. Na kaczki do Pawlickich. Żużel jako światowy jest tak po prawdzie europejski i nie wiem po co owocuje edycja pn. UAEM z kategoriami rozlicznych rozgrywek, które nie mają żadnego prestiżu. Po prostu są i tyle. Kiedyś padną, nie wiem tylko kiedy, choć mi różni nieprzychylni podpowiadają kiedy. Polski żużel jest silny juniorsko, wyostrzony seniorsko przez Tomasza Golloba a budżety klubowe oszałamiają ekstraligowo. Zawsze nam jednak czegoś brakuje. Złotówki przysłowiowej dla rodaka i złota solowego do duetu z Jerzym Szczakielem. W Polsce mamy przerosty bogactwa nad możliwościami, mamy zdolnych juniorów, którzy niestety nie gonią mistrza Golloba i ten jest uciskany ciągle przez PRESJĘ.

Tak mi się wydaje przewrotnie, że speedway  przeżywający ostry kryzys w Anglii, o wiele cięższy niż światowa recesja finansowo – gospodarcza, zdołowany w kilku miejscach na polskich torach np. w Pile czy Lublinie potrzebuje takiego kopa, który da znów nadzieję. Nadzieję dla nas. Mas szerokich. Potrzebna jest wolta kadrowa i organizacyjna. Minister sportu nie da rady nawet latem. A więc?


Kiedy widzę i słyszę Janusza Palikota, posła niepokornego z  Lublina, który jest niesłychanie konsekwentny w swojej walce z cudacznościami made in Poland, to zastanawiam się czy nie byłby przydatny w żużlu nie tylko jako sponsor w Lublinie ale jako gorzki naczelny satyryk wad i promotor dobrych biznesowych ruchów w żużlowej materii. W końcu ma doświadczenie w utarczkach z prezydenckim pałacem, ma  wyczucie sejmowych trendów i koligacje w świecie, gdzie czasem żołądkowy toast rozwiązuje trudne problemy i sytuacje nie tylko w przebraniu Mikołajowym. Ciekawe co powiedziałby w Canal Plus Grzegorzowi Milko gdyby ten zapytał posła ile może dać na reanimację żużla w Lublinie np. Toniemu Rickardssonowi? I jeszcze … Już widzę jak pędzą do niego Gollobowie, Ułamek, Holta, Protasiewicz, Drabik, Kowalik i Żyto. Kasa przecież jest. No i ta „niepoliczalna” osobowość Palikota!