Prawdy, fałsze, fantazje: Kefir z maślanką

 

0

Wiosna, ach ta wiosna. Wkrótce Wielkanocne Święta, śmigus dyngus i żużel bez dachu. W telewizji mecze piłkarskie najwyższego lotu, wygraliśmy z Czarnogórą i jesteśmy już jedną nogą na MŚ w kraju Putina. Towarzysko Francja zagrała z Hiszpanią i przegrała 0:2. Cudowny mecz. Niemiecki arbiter skorzystał z video, trochę to trwało ale skorygował swoje decyzje. A gdyby nie, wynik byłby inny. Wreszcie sędziowie korzystają z takiej video sprawiedliwości, a ile było wcześniej wypaczonych wyników, zepsutych meczów? Sporo. Speedway także powinien korzystać z takich “zapisów” i sędzia spojrzeć na sytuacje na ekranie, nie po kumotersku w TV, lecz na urzędowych monitorach. Człowiek jest omylny, ale pomyłki psują wysiłek wielu ludzi, niszczą ambicje, drażnią kibiców. Fura kłopotów i sens sportowej rywalizacji traci swoją atrakcyjność. Dno. Elektroniczny sprzęt pomaga wszystkim, dlatego sport nie może zostać w tyle. Nawet pięciu sędziów nie wyjaśni sytuacj tak, jak rejestrująca kamera zdarzenia na boisku, torze. W całym galimatiasie podejmowanych decyzji mnoży się zwiększanie kontroli przez nowe kadry obsługujące widowiska. Nikt nie pracuje za dramo, koszty rosną. W żużlu mamy JURY, które obraduje i obraduje, nie ma czasu obejrzeć treningu, wyciągane są dla… pozorowanej pracy, drobiazgi. Andrzej Grodzki, emerytowany, długoletni i zasłużony działacz międzynarodowy, który dostrzegał złe oczko w siatce okalającej tor, sceptycznie odniósł się na łamach “ TŻ” do obsady ludzi obsługujących mecze, turnieje. Dawniej był sędzia i on był “carem”, panował nad wszystkim, a jeżeli nie zapanował, wpadał w kłopoty, czuł presję i jak sięgnę pamięcią w historię sędziowie dawali radę a byli odpowiedzialni za niemal wszystko. Owszem był delegat Międzynarodowej Federacji Motocyklowej z którym można było skonsultować trudne sytuacje. Przed laty było mniej ludzi funkcyjnych i mniejsze koszty. JURY w żużlu, to taka “rada nadzorcza”, tylko nie wiem po co i dlaczego. Torem zajmował się jeden człowiek, sędzia sprawdzał i koniec. Czy teraz jest lepiej z nawierzchniami przy komisarzach torów? To samo. W nieskończoność można mnożyć funkcje kontrolne. Tor ma być na cacy i koniec dyskusji, a jeśli spreparowany, wówczas kara tak wysoka, że nie opłaca się kombinować. Ranga sędziego poprzez rozmywanie odpowiedzialności zmalała, oficjeli coraz więcej a błędy były i są. Bezczelny potrafi udawać skromnego, lecz skromny nigdy bezczelnego. Aluzje chyba czytelne. Włączam inny kanał.

Otóż połączył się ze mną Pavel Ondrasik, który jest kierownikiem turnieju Grand Prix w Pradze z pytaniem, skąd w Polsce taki pesymizm dotyczący przyszłości tego serialu. Licencja prażan z angielską BSI kończy się w tym roku. Kłopoty są i będą nieodłącznym elementem naszych planów. Pavel i jego tata Petr robią wszystko, żeby utrzymać w Pradze tradycję turniejów Grand Prix. Toczą się rozmowy z primatorem, czyli jakby naszym prezydentem, miasta Pragi o fundusze i podpisanie umowy na kolejne lata. Determinacja Ondrasików jest duża i monituję raz jeszcze, aby władze międzynarodowe pomogły prażanom w sfinalizowaniu przedsięwzięcia na następne lata. Pardubice mają swoją Zlatą Prilbę od klilkudziesięciu lat, pilnują tradycji jak oka w głowie. Dzień po pardubickich jazdach mamy w Pradze na stadionie Marketa Memoriał Lubosa Tomicka, rewanż za Zlatą Prilbę. Oba turnieje owiane bogatą tradycją, mam nadzieję, że nic się nie wykruszy na czeskim rynku i turnieje Grand Prix tam się umocnią, bo kibice z Polski chętnie przyjeżdżają nie tylko na piwo. Gospodarze zawsze liczą na biało – czerwonych.

Dzierżawca MŚ firma BSI zamierza negocjować z FIM prolongatę umowy do roku 2030. Myślę, że nie będzie przeszkód, bo FIM nie zabiega o konkurencyjność, przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza serial w takich ramach. Anglicy mają indywidualne mistrzostwa świata i drużynowe, pierwsze pod flagą GP, drugie jako Puchar Świata im. Ove Fundina. Dziwny zapis… już poruszałem ten niezrozumiały pomysł. Dlaczego Fundina, legendarnego Szweda ale NIE jedynego na żużlowym rynku o dorobku medalowym. W historii MŚ zawsze dużą popularnością cieszyła się rywalizacja par. BSI te rozgrywki zlekceważyła/!/ Toruńska firma ONE SPORT zaistniała na rynku i przy poparciu Eurosportu organizuje wyścigi par w cyklu turniejów. Pierwszy odbył się w Toruniu; zestaw par jest mieszany, Amerykanin z Australijczykiem, Szwed z Polakiem, Czech z Niemcem, taki “miszung” a pary ubrane w marki sponsorskie. Jeździ “kefir z maślanką”, kibice wolą jednak czyste reguły gry. BSI uważa One Sport za konkurenta, a toruński biznes chce się przebić na światowe czoło. Trudna batalia, bo międzynarodowy układ dominuje nad rozsądkiem. Kto traci? Kibice. Toruński turniej sponsorów o karkołomnych nazwach poza finałem toczył się niemal “gęsiego”. Zawody z przytupem Eurosportu otworzyły sezon w Polsce. Upadła zatem tradycja bydgoskiego Kryterium Asów im. Mieczysława Połukarda, świetnego zawodnika i szkoda, że bydgoska Polonia zaniechała tego turnieju. Bydgoszczanie marzą o Grand Prix na… Śląsku a “olewają” bogatą tradycję. A było dawniej zwykle tak: wpierw atrakcyjne, indywidualne Kryterium Asów a potem premiera ligowa. Czas zmienia ludzi i pieniądze zmieniają ludzi. Podziwiam więc praskich Ondrasików Petra i Pavla, którym nie wiele potrzeba i walczą ambitnie o utrzymanie tradycji turniejów na Marketa. A w Polsce kluby biją się o organizację serialu GP i panoszy międzynarodowa anomalia. Jedni mają nadmiar imprez i nie brakuje funduszy, drugim nie starcza do pierwszego. Rzecz w tym, aby rzucać koła ratunkowe i nie tracić tego, co nas tak mocno kręci tu i tam.

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Dżen dybry

boniek

Jechałem autem i słuchałem rozmowy Andrzeja Janisza z radiowej “Jedynki” z nowym prezesem PZPN. Zbigniew Boniek poruszył kilka istotnych spraw, jedna utkwiła mi w głowie na dłużej. Dotyczy również żużla. O tym jednak potem.

Pamiętam, kiedy Norweg z polskim paszportem Rune Holta wygrał w Bydgoszczy pierwszy swój finał IMP i został mistrzem Polski. Wyraziłem wtedy w felietonie opinię, że wolałbym, gdyby jednak mistrzem mojego kraju został ktoś inny. Oczywiście doceniam wielkie ambicje i umiejętności Rune, ale… Po prostu jestem zazdrosny o polskie zwycięstwa i chciałbym aby rdzenni moi rodacy kolekcjonowali najważniejsze tytuły. Czy jestem Europejczykiem? Takim się czuję, choć mój patriotyzm być może ma znamiona skrajności. Wybaczcie. Po powrocie do Częstochowy Holta został uhonorowany przez macierzysty wówczas klub, dostał owacje publiczności, w pełni zasłużone hołdy, a mnie ktoś przy okazji pouczył, że nie potrafię cieszyć się z takich sukcesów, obniżam ich rangę i w ogóle piszę głupoty. Zacietrzewienie działaczy bywa czasem bardziej chore niż kibiców, którzy w przekroju historii mają trzeźwiejsze opinie.

Z ĺwalczakiemĺ do upadłego Holtą, który nauczył się żużla w Polsce bywało potem różnie, bo on na przekór rywalom, moim rodakom dawał łupnia i potrafił wygrywać jak chciał. Waleczne serce Vikinga nabrało również słowiańskości, bo długie przebywanie w naszym kraju dało znać o sobie. A więc “Rysiek” prawie nasz.

Rune Holta to osobny, reprezentacyjny rozdział, zdobywał punkty dla Polski w drużynie, w serialu Grand Prix zaznaczył swoją obecnosć wygranymi i Mazurkami Dąbrowskiego, którego to hymnu niestety nie umiał ani nie rozumiał, bo nikt mu chyba nie wytłumaczył sensu.

Roman Poważnyj mówi po polsku, żonę ma Polkę, więc nie wyobrażam sobie żeby nie była wdzięczną nauczycielką w każdej sytuacji. Polskie obywatelstwo otrzymał podczas rybnickiej, klubowej przynależności.

Pierwszy, który otworzył kaskadę transferową do polskich klubów Duńczyk Hans Nielsen, znakomity zawodnik, wielokrotny mistrz świata pożegnał się z Polską po obfitych latach startów w Pile. Otrzymał Krzyż Kawalerski i to mnie zabolało, bo inni może więcej z moich rodakow zrobili a nie otrzymali, takich wysokich odznaczeń. Pożegnalne dary w stylu bizantyjskim chyba go zażenowały, bo moi rodacy lubią przedobrzyć i nie znają umiaru. W każdym razie góra prezentów spadła na skromnego w gruncie arcymistrza żużlowych torów od Brovst po Lublin, od Oxfordu po Piłę. Hans po polsku się nie nauczył, choć to był jego najlepszy okres w karierze pod każdym względem.

Rechoczemy kiedy zagraniczny gość mówi do nas “dżenkuję”, przyjechał na chwilę do Polski i zwrotów grzecznościowych nauczył się w trzy migi.

Spotykam Grega Hancocka amerykańskiego mistrza i ten mówi dzień dobry, spotykam innych i nie potrafią.W klubach kiedy lawina zagranicznych zawodników spadła na nasze utrzymanie zatrudniano tłumaczy. Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby ich “zmuszać” do nauki polskiego. Pracujesz w Polsce, ucz się języka, niektórzy zawodnicy przebywają u nas już długo i nikt ich nie zmusza, nie ma takich opcji. Czy Robert Lewandowski mówi w Borussi Dortmund po polsku do swojego trenera? Wszyscy uczą się języków i Zbigniew Boniek również nuczył się prędko włoskiego, kiedy wylądował w Juventusie Turyn. Nie było innnej możliwości. Zibi Europejczyk.

W tej konfiguracji pomijam polskich działaczy, którzy bez znajomości języka obcego dostawali się do władz międzynardowych i były śmieszności. Czy się poprawiło? Byłem kiedyś świadkiem, kiedy prominent pomylił w menu po angielsku indyka z… tureckim. To “tarki” i to “tarki”… Działacze, sędziowie, już z tymi jest lepiej, nadchodzi nowa fala ludzi młodych i język angielski jest opanowywany. Gorzej w klubach i zaciągiem zagranicznych zawodnikow, bo nasi młodzi nie bardzo kumają a powinni ich mistrzowie mobilizować. Przyjemnie jest słuchać w angielszczyźnie Sebastiana Ułamka czy Jarosława Hampela. Są jeszcze także także, przyjdzie kolej na pochwały. Mamy inne czasy, inna jest mentalność mechanikow, którzy kiedyś wiedzieli tylko co to jest “box”.  Obecnie najlepsi zatrudniają  gremialnie w swoich “stajniach” polskich majstrów.

Zbigniew Boniek w radiowej rozmowie powiedział, że nie wyobraża sobie aby reprezentant Polski w futbolu, ściągnięty z zagranicznego klubu, urodzony poza rodzimym krajem nie mógł porozumieć się w ojczystym języku z trenerem. I tu nie chodzi o accent, jak zaznaczył Zibi, tylko o elementarne słowa. Skoro przywdziewa koszulkę z białym orłem na piersiach?! No to jak ma się porozumieć? Po niemiecku?

Rozszerzam wątek prezesa Bońka i dedykuję przesłanie nauki języka polskiego żużlowym pracodawcom klubowym, którzy zatrudniają i dobrze płacą nie tylko elicie. Niech wymagają nauki w kilka miesięcy, niech zarobią nasi nauczyciele i niech nie straszy już żadne “ dżen dybry”. Opłacamy a nie wymagamy, cieszymy się jak ktoś bąknie byle co po polsku w fatalnym wydaniu, byle nie “fuck”. Szanujmy się zatem i niech mistrzowie na torze, “ kominiarze” w kasie uczą się jak Boruc, Szczęsny, Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski, Hampel, Ułamek, czy z innych sportów, którzy zarabiają poza Polską, przecież jest sporo koszykarek, siatkarek, siatkarzy, koszykarzy. Dlaczego nie mamy zrobić zapisu w skali całego żużla, że z polskim pracodawcą po jakimś czasie należy mówić po polsku, choćby z obcym akcentem. “Oki”?

Boniek i Emma

Taka zbitka tytułowa i gdzie futbol a gdzie speedway i gdzie Rzym a gdzie Krym…

Zbigniew Boniek pochodzi z żużlowego miasta Bydgoszczy, gdzie speedway wysysany jest niemal z mlekiem matki. Powiedzmy, że tak. Nad Brdę wraca serial Grand Prix i znowu kibice tamtejsi będą mieli radość jakiej doznawali  już kilkanaście razy. Boniek piłkarz niegdyś znakomity i charakterny został nowym prezesem skompromitowanego związku piłkarskiego. Rudowłosy talent z Bydgoszczy wsławił się ongiś transferem z charakternego łódzkiego Widzewa do Juventusu Turyn i szybko został ulubieńcem tej drużyny. Strzelał tam bramki i i zdobywał je również dla polskiej reprezentacji. Ma zawsze swoje zdanie, rodzinę w Rzymie, robi interesy i znany jest właśnie z tego, że nie daje sobie dmuchać w kaszę. Charakter /widzewiaka/ ma od zawsze i pamiętam jeszcze z czasów redakcji „ Sportu“, jak reprezentacja Polski wyprawiająca się do Holandii w autokarze w proteście przeciw dziennikarzom „zaszczekała“ a sprawa dotyczyła obrony bramkarza Józefa Młynarczyka, który zabalował w stolicy. Mówiono, że „Zibi“ był czołową postacią w tym proteście szczekania. Taki epizod z dawnych lat. Po zakończeniu chlubnej kariery Boniek został szanowaną postacią, przeżył swoje pięć minut jako trener reprezentacji umiejętnie wtedy wmanewrowany przez prezesa PZPN Michała Listkiewicza i niestety nie dał rady. Dziwiłem się bardzo, że podjął się tej roboty. Nie podołał i jakby zesmaczył się tym incydentem, jako człowiek ambitny i zadziorny. Tak bywa też z góralami. Podejmował też próby zostania prezesem piłkarakiej centrali ale został wybrany Grzegorz Lato kolega z boiska, który miał duże poparcie zdetronizowanego prezesa czyli Michała Listkiewicza. Kiedy Lato okazał się kiepski jako prezes i mówca, dyplomata działacz Zbigniew Boniek znów zaczął grać, no i wygrał w cuglach. Kiedyś powiedział Lacie, że: “chciałeś Grzesiu rower, to teraz pedałuj“. Historia się zmienia, rowery zostają i pedałowanie też.

Bońka poznałem kiedyś w Pile na dobrych zawodach, gdzie kibicował Tomaszowi Gollobowi. Bywał często na turniejch i meczach, gdzie bydgoszczanin spotykał się ze swoim rodakiem. Kiedy w 1999 roku Tomasz Gollob miał makabryczny wypadek  we Wrocławiu i wyleciał za tor; w klinice ratowano mu życie a złoty medal mistrzostw świata uciekał z rąk, Zbigniew Boniek natychmiast przyleciał do swojego pupila. Z czasem jakoś przeszło mu bywanie na żużlu i nie wiem dlaczego a nie miałem okazji zapytać, co było powodem oziębłości do sportu, który w jego rodzinnym mieście jest kultowym.

Boniek został prezesem PZPN, mocno wzruszył się i ten wybór okrzyczano jako przełomowy, bo pękł mur „betonowych działaczy“. Pojawili się nowi ludzie w zarządzie i nastąpił odwrót “leśnych dziadków“. Wreszcie!.

Minister sportu odetchnęła i otworzył się chyba dach nad jej głową. Lato bramkostrzelny piłkarz przeżył w swoim życiu epizod w roli prezesa PZPN mało chlubny, aczkolwiek bardzo intratny. Zaliczył także największą, historyczną imprezę jaką było w Polsce EURO, udane organizacyjnie, mało udane sportowo. Zostały nam po EURO  „pomniki“ stadionowe w kilku polskich miastach.

Jakim będzie prezesem Boniek pokaże czas. Mieszka w Rzymie, pracować będzie musiał w Polsce. Jak mówi… nic nowego.

Wybór Bońka na prezesa w tak trudnym związku jakim jest centrala piłkarska oznacza, że przychodzi czas na nowe zarządy i prezesów w innych związkach, gdzie “leśne dziadki“ okopali się aż po zgon. Uważam, że ten wybór powinien być hasłem do kolejnych zmian w polskim sporcie. Polski Związek Motorowy ma statut i wybory zabezpieczające kadencje na lata. Dlaczego kadencyjność obejmuje funkcje państwowe, samorządowe a związki sportowe mają zapewnioną dla prezesów rutynę nie ograniczoną niczym i tak kwitnie klakierstwo bez końca. Nijak to się ma do demokracji i haseł dawania szansy młodym ludziom, którzy mają dużo do powiedzenia i chcą działać z pomysłami. Nie dziwię się zatem gwizdom kibiców, którzy sprawiedliwie oceniają prace prezesów związków sportowych.

A skąd w tytule tego felietonu Emma? Takie imię ma żona tragicznie zmarłego w tym roku na torze Anglika Lee Richardsona. Polacy mocno przeżyli ten wypadek 13 maja we Wrocławiu, lubianego żużlowca, który startował w polskiej lidze. W Rzeszowie, gdzie jeździł uczczono jego śmierć turniejem charytatywnym, także w Częstochowie, gdzie ongiś jeździł,  specjalnym wyścigiem na jego cześć. Do Rzeszowa przyjechała Emma i koszt jej pobytu był nadto wysoki. Jej rodacy potrafią liczyć funty i na pewno nie byliby tacy szczodrzy. Pani Emma upomniała się o pieniądze za ten turniej, naskarżyła do Pezemotu i w ogóle nad Wisłokiem przekroczyła nie ładnie budżet. Prezes Marmy Marta Półtorak poirytowała się tym faktem. I nie tylko ona. Prezes Włókniarza Częstochowa Paweł Mizgalski też dostał niesłusznego prztyczka w nos. Narozrabiała pani Emma i jak się okazuje mąż Lee był bardziej skromny.

Moim rodaczkom i rodakom radzę więc z całego serca aby dbali przede wszystkim o swoje rodaczki i rodaków, którym trzeba pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Jesteśmy narodem bardzo honorowym, lecz nie pozwólmy sobie skakać po głowach i szanujmy się, bo raz po raz zagraniczni goście dają odczuć nam swoją wyższość i zarazem poniżanie. Bardzo mnie bolą takie fakty i nie ważne dla mnie okoliczności, liczy się klasa ludzi, charakter oraz ich morale. Niskie pobudki i monety w oczach powinny być ocenione trafnie już na progu. Po prostu szanujmy się a najlepsze trunki wypijmy skromnie sami, bez towarzystwa ludzi zblazowanych i mało charakternych. Prawda prezesie Boniek?

Dobruszek wybrał Danutę

Raz po raz czytam książki, kupuję, niektóre przeglądam i odkładam na bok. Świat sportowych książek jest specyficzny, nie opisuje raczej zdarzeń a głównie bohaterów aren. Kibice uwielbiają statystyczne zestawienia, bardzo potrzebne, lecz mnie nudzą, bo wolę w ten obszar zajrzeć dzięki internetowi. O właśnie, internet wtargnął mocno w przestrzeń zainteresowań kibiców i mają na ekranach co tylko zapragną. Niesamowity świat, który przybliżył historię, poznawczo zbratał się z nami już chyba na zawsze. Przed laty książki sportowe w Polsce były rarytasem, istniało bodaj tylko jedno wydawnictwo, które zmonopolizowało rynek, choć zdarzały się wyjątki i mieliśmy książki na chwałę czempionów. Było tego jednak zbyt mało. Czesi wydawali o wiele więcej i zawsze kiedy impreza rzuciła mnie w ten rejon przeglądałem z ciekawością wydawnicze hity, językowo bliskie. Gorzej było z Węgrami, oni chyba jeszcze więcej wydawali książek sportowych od Czechów. Kiedyś miałem okazję kupić „ciepłą“ wydawniczo pozycję o legendarnym piłkarzu Puskasie. Kolega z redakcji, hungarysta, poźniejszy sędzia i prezes PZPN przetłumaczył i została w odcinkach publikowana na łamach „ Sportu“. O brytyjskim sportowym rynku wydawniczym wspominam z wielką zazdrością, bo tam jest tego tyle, że wylatuje z witryn. Zostawmy na boku ich ocenę literacką, nie o to chodzi. Liczą się fakty, dokumentacja, zdjęcia. Skandynawowie mają urozmaicony dorobek sportowego koszyka książkowego, zaś Amerykanie publikują w nakładach tyle ile Europie się nie śni. A mnie się śni nie tylko wydawanie ale i dystrybucja, i… popyt.

No i tak zabrnąłem w kozi zaułek, bo statystycznie Polak czyta rocznie bardzo mało, wstydliwie śladowo i chyba branżowe publikacje mają największe szanse. Hobby i pasja biorą górę, lecz mimo wszystko i nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Taki kiepski rynek. Interenet wciąż połyka czytelnika i kusi ofertami. Co robić? Z E –bookami?

Przed laty żużlowe środowisko było wydawniczo wyraźnie na cenzurowanym, nie wiem dlaczego ale o ile sięgnę pamięcią, to na palcach dwóch rąk można policzyć pozycje, które traktowały speedway. A w Anglii, Skandynawii? Angielska machina napędzana przez „Speedway Star“ i np. Petera Oakesa może być wzorem do naśladowania. Mam kilkanaście pozycji, cennych i często je przeglądam. Wielcy zawodnicy zjeżdżali z torów i mieli od razu w rękach kompedium swojej kariery. Wartość bezcenna dla hobbystow, kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat. Sam piszę i coś tam mi wydają, choć nie tylko żużlowe przeżycia, bo nie tylko samym sportem żyję.

Co było dawniej odeszło jednak w niepamięć. Nowe czasy uruchomiły wyobraźnię i ambicje, stworzyły warunki do „kupowania“ fanów. I takim wydawcą jest skromny dziennikarz i redaktor Wiesław Dobruszek z Leszna, miasta, które żużlem żyje a jego sławę podał światu Alfred Smoczyk. Unia Leszno kojarzy się z żużlem jak jezioro z wodą. I jeszcze wydawany jest tam jedyny w swoim rodzaju „Tygodnik Żużlowy“. Dopełnię reszty, kiedy podam, że w tej redakcji pracuje od wielu lat Wiesław Dobruszek. I tam zainicjował wydawniczą karierę „Ligą Polską“, pod auspicjami AWA PRESS/ TŻ/. Z Unią Leszno wydał cenną pozycję „ Pół wieku Memoriału Alfreda Smoczyka“, jakże mogło być inaczej. Dobruszek wtedy już połknął bakcyla wydawniczego;  „nauczyłem się sporo“ jak powiedział, „przy tych pierwszych pracach“, choć nie był żółtodzióbem. Z jednej strony była praca redakcyjna w „TŻ“, z drugiej myślenie i praca nad tym co wydać dla czytelników – fanów żużlowych na amen.

Od 2003 roku powstała firma wydawnicza „Danuta“, bo takie imię ma żona Wiesława. Wybrał nazwę firmy sam czy żona? Nie pytałem, w każdym razie mezaliansu w tym nie widzę, tylko normalność w celu spełnienia ambicji i sprawienia satysfakcji kibicom.  „Żeby jeszcze więcej kupowali“ wzdycha Wiesław. Pocieszam, że to bolączka wszystkich wydawców, przecież nie tak dawno katowicki „Videograf“ wydał mi żużlowe refleksje pt. „Szybkość nie wybacza nikomu“, co zeznaję przy okazji. Skręcam jednak do Dobruszka i jego DANUTY.

Hitowe było „Żużlowe ABC“, w sumie 10 tomów. Bardzo fajna rzecz. „Asy żużlowych torów“, to osiem tomów, w tym cztery autorstwa bossa DANUTY. Co dalej? „Żużlowe mistrzostwa“, to siedem pozycji, które spłodził Dobruszek. Trzy pozycje w cyklu „Żużlowcy znani i lubiani“, też cenna. Tak prawdę mówiąc nie ma tutaj pomysłów chybionych, np. „Żużlowy leksykon ligowy“. Wiesław Dobruszek wydał w sumie 30 pozycji żużlowych, w tym 26 napisał sam. Na rynku brytyjskim czy amerykańskim byłby chyba krezusem, mieszka jednak w Polsce.

Mimo słabego rynku wydawniczego w sporcie przed laty, dziś wprawdzie jest inaczej, jednak czasy tak się zmieniły, że potrzeby czytelnicze potaniały niemiłosiernie. Paradoksy. Wiesław Dobruszek i jego DANUTA bynajmniej nie mają zamiaru rezygnować ze swoich planów i ambicji wydawniczych chować za regał.

Żużlowe książki sygnowane przez Dobruszka mają swoją renomę i każdy kibic ich poszukuje by mieć na półce. To branżowe egzemplarze, więc z nakładem nie ma szaleństwa, co jest rzeczą normalną w biznesie nie rozpasanym przez kapitał. Liczy się każda złotówka, nie… ważona w funtach.

Dość na razie o książkach, które dotyczą żużla, kupujcie je i czytajcie, a ja biorę do ręki ulubionego Hrabala i kiedy chcę sobie poprawić humor czytam o choćby takie opowiadania jak „ Obsługiwałem angielskiego króla“ czy “Jak to zostałem milionerem“. Nawet czytelniczy monopol czasami szkodzi, wierzcie mi, więc trochę tego, trochę tamtego, no i zawsze w lewo.

Rozpalone lato

Kanikuła. Jeszcze nie podliczyliśmy do końca futbolowego EURO a już mamy na horyzoncie Londyn i letnią olimpiadę. Wydarzenie niesamowite i wierzę, że złote medale, inne medale polskiej reprezentacji osłodzą nam sportowe życie. W tegorocznym konglomeracie wydarzeń, które wyraźnie dominują w świadomości, bo przecież igrzyska olimpijskie są zjawiskiem oczekiwanym z nadziejami, emocjami i niosą z sobą przeżycia jakich się nie zapomina a speedway jedzie obok.

Przypomnę niedawno zmarłą królową komedii romantycznej, scenarzystkę i reżyserkę Norę Ephron z Nowego Jorku, nominowaną trzy razy do filmowego Oscara. Tak oto mówiła: „Większość z nas żyje życiem pozbawionym momentów nadających się do kina“. Dodam przy okazji, że jej ostatnim mężem był scenarzysta /„ Chłopcy z ferajny“ reż. Martin Scorsese / Nicholas Pileggi, a burmistrz Nowego Jorku oświadczył, że śmierć Ephron jest wielkim spustoszeniem dla środowiska artystycznego NYC.  Ale do rzeczy… Czy nie mamy życia na… kino? Wszystko zależy od tego jak się rozumie to KINO. Ono istnieje w przestrzeni obok nas. Na poważnie i śmiesznie.

Oto jadę autem i nagle słyszę, że prezes PZPN Grzegorz Lato będzie jednak ubiegał się o reelekcję. Krytykowany prezes, obśmiewany na lewo i prawo jakby nie słyszał głosów i brnie w zaparte. Dla mnie to bardzo symptomatyczne zjawisko i WIELKIE KINO. Co jeszcze trzeba napisać, żeby prezes ten czy tamten się zawstydził, miał honor, poza tym, że trzyma się kurczowo stanowiska i zarobków. Podobno jest projekt by rozwiązać PZPN. Już poprzedni prezes Michał Listkiewicz także bronił się rękami i nogami żeby tkwić w fotelu władcy polskiej piłki. Pani minister sportu liczyła na abdykację szefa PZPN, jednak nie doczekała się i nie ma siły na tych ludzi kopanej.

Prawo jest takie a nie inne, od kilkudziesięciu lat modyfikowane za sprawą prezesów na rzecz umacniania władzy. Poszczególne punkty statutów bronią tych, którzy tkwią w zaklętym kręgu. Chyba, że sami zrezygnują albo jaskrawo zlinczują prawo. Jeśli ktoś umiejętnie lawiruje może tkwić na stanowisku dożywotnio. Zgadzam się, bywają tacy władcy sportu, którzy dobrze działają i wyniki oraz osobista kultura i jasne horyzonty na przyszłość umacniają ich w poszczegółnych związkach. Nie wyobrażam sobie jednak dalszej egzystencji bez kadencyjności i statutowych zmian.

Inne przykłady.

Władza spod znaku PZM jest nie do ruszenia, bo zabiegi socjotechniczne są staranne i obwarowują ją bezgranicznie. Klakierzy prezesów jeśli są umiejętnie dobierani bronią swoich synekur, ich lojalność bywa fałszywa i co tu gdybać wywołuje reakcje po kątach na miarę opozycji. Jednak włdza nie słyszy takich głosów, jest głucha i niewidoma. Warto więc prezentować takim ludziom białe laski. Nie żartuję. Twierdza PZPN jest  „wzorem“ dla innych związków sportowych, które mogą się powoływać na taki casus.

Kadencyjność władzy jest sankcjonowana mimo wyborczych reguł w wielu dziedzinach naszego życia i dobrze służy demokracji.  Nie ma ludzi niezastąpionych i nie ma takich, którzy są genialni. Porzyspawanie się do stołków powoduje przykre wynaturzenia.

Martwi mnie bardzo, że statuty polskich związków sportowych uchwalone kilkadziesiąt lat temu, liftingowane umiejętnie przez sprytnych prezesów służą umocnieniu władzy, choć społeczny odbiór jest bardzo krytyczny. Wspominany Lato, kiedyś świetny strzelec bramek, powiedział, że nigdy nie oddał meczu walkowerem. Każda władza przykleja się do foteli, do pensji i trudno jej zrezygnować. Sytuacje bywają komentowane tak „Polacy, nic się nie stało…?“ Czyżby. Przyśpiewki są dobre na stadionach. A co kibice wykrzykują? „Jeb… PZPN“. Polacy nie wyszli z grupy i brakowało im sił. Atmosfera jest podła. Organizacyjnie na EURO wypadliśmy super, sportowo za takie pieniądze beznadziejnie, Franciszka Smudę przerosła ta funkcja, bo reprezentacja to nie Odra Wodzisław, niestety… Podobno Ryszard Czarnecki europoseł chce być prezesem polskiego futbolu. Nie cytuję słów w tej sprawie posła Jana Tomaszewskiego.

A Agnieszka Radwańska gra na korcie jak z nut. Zaliczyła cudny Wimbledon. Siatkarze ograli Brazylijczyków! Granie koncertowe. A tu…

Kanikuła. Nie mam już sił sygnalizować np. absurdów wokół turniejów Grand Prix, kalendarza przeładowanego do maksimum ludzkiej wytrzymałości. Niektórzy zadają sobie takie pytanie co jest gorsze: dżuma czy cholera? Obie!

Pani minister Joanna Mucha przejdzie do historii, jeśli zajmie się porządkowaniem poszczegółnych związków sportowych, bo PZPN  jest szczytem góry. I niech się nie łudzi wynikami ekonomicznymi. Ile miał nieruchomości kiedyś PZM a ile ma teraz po konsekwentnej likwidacji, a co się robi na rzecz bezpieczeństwa ruchu drogowego, statutowego zapisu, który wyniósł kiedyś na wyżyny były prezes Roman Pijanowski. Wyniki żużla, sportowe efekty są jak cukierek, który trzeba lizać.

Wybory w poszczególnych związkach sportowych są starannie przygotowywane, głosy krytyczne wycinane, osoby niewygodne, które mają swoje zdanie deprecjonowane. Cel jest jeden, utrzymać się przy intratnej władzy. Rozumię maksymalnie trzy kadencje, ale dożywocie? Poza tym nikt nie bierze pod uwagę, że taki system obronności foteli nie dopuszcza młodych ludzi z ambicjami, nie daje im absolutnie szans, kastruje konkurencyjność, która jest przecież motorem postępu. Po prostu zwykła kicha.

A zatem w kanikułę jaka zapanowała tego lata, pisanie o takich problemach dodatkowo stresuje i podnosi niebezpiecznie temperaturę. Więc z tym życiowym kinem nie przesadzajmy. Mamy niespotykanie tropikalną aurę, no i środek sezonu żużlowego. Zbliża się nieuchronnie czas na plony… I zbiory medali?

No cóż, rozpalona letnia fura czeka.

Smuta na całego

Węgierski sędzia nie zaliczył na EURO piłkarzom Ukrainy prawidłowej bramki. Wstyd. Teraz jest na piłkarskich boiskach jest pięciu sędziów, w tym główny. Strategiczny sędzia „był chyba ślepy“ piszą w mediach. Ukraina pod wodza Olega Błochina grała z polotem i zasłużyła na gola, zdobyła, piłka wpadła ewidentnie do siatki, wprawdzie wybita, ale była poza linią, lecz nikt nie uznał z grona sędziowskiego zdobyczy Ukraińców.

Co robić w pomyłkami arbitrów, które zdarzają się na każdej arenie, selekcjonowani ludzie popełniają rażące i krzywdzące decyzje, które niweczą kilka lat pracy, wywołują gorycz i złość.

Co robić? Przede wszystkim korygować i nakazytwać powtórki i nie patrzeć na konsekwencje czasowe, bo gorszy jest sportowy ból. A bywa ogromny i nie trwa chwilę. W piłce nożnej, ręcznej, tenisie, żużlu  oraz innych sportach zdarzają się raz po raz sędziowskie byki. Sztaby szkoleniowców opracowują metody eliminujące wpadki i niestety nadal mają one miejsce. To co wydarzyło się w Doniecku na imprezie, wysoce prestiżowej jest mega skandalem. A jednak.

Co robić? Bicie się w piersi po fakcie nic nie daje, odsuwanie od następnych sędziowań sprawców nieszczęść nie daje satysfakcji poszkodowanym. Szybka reakcja i nakaz powtórki jest jedynym rozwiązaniem chorych incydentów.

Przypominam sobie 1973 rok i niemieckiego sędziego, który po finale indywidualnych mistrzostw świata w Chorzowie został odsunięty od pulpitu za tzw. lotne starty. Nie specjalnie protestowała polska strona, bo mistrzem świata został Jerzy Szczakiel. Georg Transpurger z bawarskiego Pocking już nigdy nie prowadził finału mistrzostw świata, choć marzył o rehabilitacji. Teraz w Doniecku na EURO skompromitował się węgierski sędzia i oczywiście UEFA, która nie dopuszcza technicznych środków sprawdzających  kontrowersyjne wydarzenia. Ma się to zmienić po 5 lipca. W żużlu po karambolu sędzia zerka na ekran monitora i jeśli nie jest kąpany w gorącej wodzie podejmuje słuszną decyzję, choć bywają tacy, którzy raptownie, przekonani o swojej nieomylności, wydają werdykt, który potem bywa wygwizdany przez widownię, a zawodnika doprowadza do sportowego szału. I nie tylko sportowego. Kopie, pluje i złorzeczy. Warto zatem dłużej rozpatrzyć incydent, obejrzeć dokładnie aby nikogo nie krzywdzić.

Futboliści pod wodzą Franciszka Smudy nie wyszli z grupy i powiało smutkiem. Ogromnym jak Polska długa i szeroka. Prezes PZPN Grzegorz Lato zbiera cięgi za ten stan i pokazuje, że ma skórę twardą jak żelazo. Nie do zdarcia. Wylewane kubły pomyj nie bardzo prezesowi przeszkadzają i nie chce abdykować. Nie przypominam sobie faceta, który w sporcie znosiłby tyle inwektyw. Przyspawał się do fotela i koniec. I nikt nie daje mu rady, jest odporny i nadal błyszczy perlistym uśmiechem. Gość rzadkiej urody i jak to powiedział jego kolega z boiska Zbigniew Boniek, był świetnym piłkarzem ale jest najgorszym prezesem w historii. No i co? No i nic!

Skąd my to znamy obserwując motorowe środowisko, żużlowe, które nie jest wolne od krytyki. Zwłaszcza teraz przy nowych regulaminach, zmianach, karach nakładanych przez żużlową władzę. Krosno obarczone karą rezygnuje z rozgrywek. Nie przepadam za szantażami, lecz w trudnych sytuacjach można wylać dziecko z kąpielą. I tak żużlowe Krosno wylane zostało do Wisłoka. Przykre. W ogóle dni kiedy odpadli biało – czerwoni z EURO, zrobiły się smutne a dodatku tak upalne, że przypiekanie było nader dotkliwe.

Słucham w radiowej „ Jedynce“ wywiadu z prezesem NBP Markiem Belką i były premier indagowany o inicjację EURO mówi o tym i tamtym, o grupie ludzi, którzy zaangażowali się w początki tej wielkiej imprezy i wspomina Jerzego Ciszewskiego, z grupy „pijarowskiej“ zaznaczając, że to… syn Jana Ciszewskiego słynnego komentatora sportowego. Panie premierze, na Boga, legendarny „ Cis“ miał jedynie córkę, która mieszkała w Katowicach i nadal chyba mieszka. Błędy zdarzają się takiej klasy bankowcom, więc co tu mówić o sędziach sportowych. Oby Markowi Belce nie pomyliły się stopy procentowe…

Nie myli się tylko ten, kto nie robi nic – mówi wyświechtany slogan. Błędy bywają małe i bywają jak wielbłądy. Kiedy w wyniku złej decyzji niweczy się wysiłek wielu miesięcy, wypacza wynik, rujnuje kariery musi winowajca ponieść konsekwencje adekwatne do pomyłki. Szybka reakcja poprawia wizerunek sytuacji. UEFA popełniła gafę historyczną raniąc Ukrainę, bramka jasna jak słońce nie została uznana. W żużlu mamy sędziego i potem zbiera się JURY, ale co nam z tego, że… potem. Potem to można zjeść tylko kanapki. Przyznać się od razu do pomyłki i naprawić krzywdę natychmiast powinno być celem nr 1. Nie potem, nie następnego dnia czy za tydzień. To już wtedy przysłowiowa musztarda po obiedzie. Niesprawiedliwość boli okrutnie, niszczy charaktery, podważone jest zaufanie i krzywda wywołuje długą gorycz, często nie do zapomnienia.

Jak zaradzić?

Drastycznie przez zastrajkowanie, przez wycofanie się, przez zlekceważenie władzy?

Za historyczne sportowe błędy winne są federacje, uchwalone regulaminy i brak konsekwencji. Lekceważanie wysiłku, wydanych pieniędzy, skopana jest sama idea sportu. Głowa prezesa do dymisji? O tak. Honorowo. To też. Ale dodam na koniec tych smutnych dywagacji, że honor już dawno zaginął na salonach różnych szczebli by nie wspomnieć o sportowych. Liczy się teraz nie honor tylko kasa. Przykre i prawdziwe.

A więc?

Jak możemy do diaska mówić o szlachetnej rywalizacji, która powinna być dla wszystkich piękna i krystalicznie czysta a bywa zalewana gorzkimi łzami. Życie ciągle pokazuje, że sędziowie są omylni i muszą być korygowani czy to się im podoba czy nie. Nie są papieżami sportu, na Boga! I dlatego ogarnia mnie coraz większa smuta.

Ponadzwiązki jak podwiązki

Co tam rym, nie patrzcie na to! W polskim sporcie wrze, wpierw wyskoczyła sprawa pozbawienia przez futbolowy związek reprezentacyjnych ubiorów piłkarzy tradycyjnego symbolu czyli orzełka. Potem wybuchła afera korupcyjna, która jest badana. Prezes Grzegorz Lato ocalał narazie, ale padł Zdzisław Kręcina jako sekretarz generalny PZPN. Głośno zrobiło się znów wokół futbolowej centrali, podobnie jak i wokoł wystąpienia w Berlinie polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Z jednej strony mamy heroiczne próby uratowania Unii Europejskiej, jej budżetu, z drugiej ciągle istnieje problem banków, co burzy sny normalnych obywateli. Z trzeciej strony mamy sprawy poboczne, lecz bardzo istotne a taką jest raz po raz PZPN.

Na tym wątku, nienaruszalności sportowych związków, które funkcjonują często jak państwo w państwie, powstaje dylemat związany z sanacją tych organizmów, ich zdrowej odnowy. Jak to zrobić, skoro statuty bronią struktur i trudno nowym działaczom, choćby mieli złote pomysły na wagę Nobli, przebić się przez sito wyborów obwarowanych już od podstaw. W takich strukturach, gdzie nie ma mowy o wyborach ludzi z ulicy zdarzają się osoby przypadkowe, które w wyniku jakiś tam sytuacji działają w klubach i nagle awansują w zamieszaniu wyborczym jako ludzie znikąd. Skąd? Niby wiadamo, lecz ich dorobek  jest marny. Statuty związków sportowych są stare jak świat, przestarzałe nie  dają szans młodym, prezesi oraz zarządy tak manipulują przy wyborach, żeby osoby niewygodne absolutnie nie miały szans na wyborczej drodze. Przykłady? W wyborach Polskiego Związku Motorowego do władz wszedł prezes kulejącego klubu żużlowego z Rybnika. Znany? Trzeba można zapytać choćby na terenie okręgowego związku motorowego na Śląsku. Klub dołuje, rodzą się różne pomysły, nawet takie żeby tradycję spuścić już na sam doł ligowych tabel i zaczynać od nowa, bo budżet jest obciążony długiem z przeszłości. Trudna sytuacja dwunastokrotnego drużynowego mistrza Polski, owiana sławą Antoniego Woryny, Andrzeja Wyglendy, braci Majów i Tkoczów.  Tradycja rybnickiej kuźni jest tak duża, że dziwię się bardzo, że nikt w Rybniku od dłuższego czasu nie może zdecydować się na historyczny ruch ratujący ikonę polskiego i światowego jakby nie było żużla. Człowiek, który prezesuje i który nie ma pomysłu na ratunek ROW jest wybrany w strukturze PZM do władz. Jak to się stało?

Polski Związek Motorowy nie jest odosobniony przy czteroletniej kadencji w wyborczej walce o stołki. Demokratycznie oczywiście. Trzeba tylko mieć zawsze mandat na wybory jakiejś grupy, klubu. Bez tego ani rusz. I nie ważne czy ktoś coś zrobił społecznie, ma zasługi, plany i jest osobowością potrzebną dla rozwoju związku czy nie, istotny jest kartonik mandatowy. Najważniejszy. Jego posiadanie uprawnia do głosowania a opinie zbiera się i liczy dokładnie kto na kogo. Niepewni są na cenzurowanym. Przygotowanie wyborów jest majstersztykiem, który trwa wiele tygodni, trud w efekcie się opłaca, ponieważ trzeba być pewnym swoich wyborców. Na 100 procent.

Kto odmieni statuty sportowych związków? Mają one swoje kody zapewniające zarządom trwanie i trwanie. Polski sport potrzebuje nowej fali działaczy. Futbolowa władza jeszcze za prezesa Michała Listkiewicza utrwaliła przekonanie, że trudno cokolowiek zmienić. Sukcesję jaką zostawił Listkiewicz w postaci bramkostrzelnego kiedyś piłkarza z Mielca odbija się głośną czkawką w Europie. Wstyd. Kilkaset osób z zarzutami korupcyjnymi, piłkarze, działacze, sędziowie. Lista długa, teraz odwołany został człowiek, który długo przeżył w PZPN różne czasy. Nic nie trwa wiecznie, ucho od garnka wreszcie się urwało. A następne?

Związki sportowe mamy rozmaitej urody, prezesów, sekretarzy generalnych i mniej generalnych. Sport zawsze był magnesem, sam byłem przecież działaczem PZM. I nie tylko w tej organizacji, którą tak świetnie ustawił kiedyś prezes nad prezesami Roman Pijanowski.

Zła sława PZPN sieje w społeczeństwie niemal filmowy obraz patologii, ludzie kojarzą sport z takimi wyczynami z jakimi potem mają do czynienia prokuratorzy. Fatalna passa, która obudowana i umocniona przez majestat FIFA za czasów wspomnianego prezesa Listkiewicza dała teraz efekty.  Kiedy nastąpi kres? Czy prezesi mają honor? A kto ma, jeśli niektórzy prominenci z zarzutami dalej sprawują władzę w kraju?!  Jest wina, powinna być kara. Ale nie ma. Harcowanie kwitnie.

W perspektywie mamy EURO – 2012. Prezes Lato z perlistym uśmiechem zapewnia, że abdykuje kiedy Polska nie wyjdzie z grupy. A jak wyjdzie, zostanie? Drwina z nas wszystkich i przeświadczenie, że można kpić w żywe oczy i nic się nie stanie. Prezesi z żelaza. Kto widział, żeby lato trwało latami…

Nie ma kadencyjności, niektórzy ciągle są i nie dają szans młodszym. Był taki czas w historii polskiego sportu, że w latach 70 – tych do związków sportowych władza desygnowała młodych działaczy partyjnych o szerokich horyzontach. Niektórzy nie utrzymali się, większość jednak dała o sobie znać i daje. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w katastrofie samolotowej w Smoleńsku był dobitnym przykładem działacza, który jako młody człowiek kierował związkiem lekkoatletów. Byli inni np. Jerzy Dachowski. Dostali kiedyś szansę i ją wykorzystali; dziś takiej okazji młodzi nie mają, bo statuty “ponadzwiązków” bronią wyborczej machiny utrwalającej patalogiczny brud, choć nie wszędzie tak się dzieje na szczęście.