Przewrotne życie

Merry_Christmas_1

Blisko świąt, refleksyjnych, radosnych i takich z łezkami wspomnień. Dlaczego łezkami? Bo nastrój tych świąt i wigilijny stół mimo woli zmuszają serca do otwarcia się na przeszłość i przyszłość także. Prawda? Jak ten czas leci, dopiero był początek roku a już nowy stoi na progu. Jedne święta, drugie, potem lato, jesień i już mamy świeczniki w oknach. I rodzinne spotkania i myśli wirujące w ognikach choinek.

Żużlowy świat wypoczywa, sport oddycha inaczej, choć nie wszyscy. Zimowe sporty walczą na trasach i skoczniach. W wyścigach na lodzie Sanok będzie miał w styczniu 2013 roku światową imprezę. Świetnie, kto mógł pomyśleć, że właśnie tam, gdzie ściera się Podkarpacie z Bieszczadami będziemy mieli żużlowe przedłużenie sezonu w formule jakże dramatycznych wyścigów, takich choinkowych w swoim obrazie, gdzie na bieli lodu lecą iskry emocji, gdzie kolorowy świat kontruje tafle lodowe.

W klubach mobilizacja przed sezonem, trzeba ustalić gry treningowe w sali, na stokach, zbudować kondycję. Speedway jest mimo wszystko sportem indywidualnym. W klubach mimo drużynowych planów przygotowania do sezonu doświadczeni zawodnicy realizują swoje projekty treningowe w oparciu o budżet, dopilnowanie sprzętu, kombinowanie jak przygotować się do ligowych pojedynków, do Grand Prix, jeśli ktoś jest w tym serialu. Jest jeszcze grudniowa eskapada do Kalifornii na turniej w średniej obsadzie z udziałem Tomasza Golloba. Coś się dzieje. Brakuje zimowych eskapad na Antypody, które kiedyś były wielkimi wyprawami do Krainy Kangurów. Był czas organizacji takich wypraw Europejczyków przez Ivana Maugera. W Europie siarczysty mróz a tam w Australii, Nowej Zelandii ciepło, ocean, plaża i wyścigi na różnych torach, które wychowały znanych mistrzów, choćby aktualnego Chrisa Holdera. Polacy nie omijali Australii, teraz Nowa Zelandia tkwi w kalendarzu Grand Prix i organizatorzy przyciągają elitę na taką prapremierę sezonu. Trochę sztuczna, nie bardzo wierzę, że się utrzyma na dłużej. Czas pokaże. Napisałem sztuczna… Tak, bo bardzo elitarny speedway, by nie powiedzieć w sumie niszowy, stał się w ostatnich latach bardzo europejski. Proszę się zastanowić, nawet nie tak głęboko. Niszowy. W obrębie Starego Kontynentu. Speedway, który przywędrował do Europy blisko sto lat temu właśnie z Australii, transferowany stamtąd przez Anglika Johnny Hoskinsa. I tak się zaczęło od pierwszych wyścigów na północ od Londynu. Zaskoczyły te wyścigi mentalnie i porwały z biegiem czasu konserwatywnych  Brytyjczyków. Za nimi poszli inni a Polska jest przykładem niesłabnącej miłości do tego sportu.

Przypomnę, że serial Grand Prix zaczął się w 1995 roku od sześciu turniejów i myślę, że to było rozsądne, mimo początków, które bywają zwykle trudne. Podwojenie liczby niszczy świeżość, autentyzm ścigania się po mistrzostwo świata z dozą niespodzianki jednak… A tak mamy znużenie, zmęczenie sprzętu i maraton, który gdyby trwał o połowę krócej byłby znacznie lepszy w odbiorze wszystkich uczestników seriali GP. Zostawiam jednak tę twórczą obsesję, która mnie trapi od lat, gdyż nie tylko ja widzę, obserwuję, że nie liczba turniejów świadczy o jakości. Kiedy ktoś wreszcie dojedzie do rozsądku?!

Sezon anno 2012 nie przyniósł medalu dla Polaka. Czy następny będzie inny? Jaroslaw Hampel odniósł kontuzję, która wykluczyła go przez ważną część sezonu a kiedy wrócił na tor nie był w stanie nawiązać walki. Mam wiarę, że przez zimę dojdzie do siebie pod każdym względem i znów będzie w centrum uwagi. Polski speedway zasługuje na indywidualny medal MŚ.

Transferowy świat nabiera barw, choć nie tak jak dawniej, teraz mniej więcej już się dostrzega inklinacje i mimo braku oficjalnych glejtów można przewidzieć wędrówkę zawodników, kuszonych finansowymi ofertami w sytuacji, kiedy wciąż się słyszy, że polski speedway ciężko dyszy i grozi mu krach. Nie wierzę w taką klubową hipochondrię. Co roku po sezonie słychać katastroficzne głosy a potem transfery przeczą trudnej sytuacji.

Są zawodnicy, którzy zadają kłam temu co zwykle mówią. Kochają kasę ponad wszystko I mogą jeździć nawet u diabła, jeśli ktoś poda na tacy odpowiednią kasę. Czekam, kiedy ksiądz dyrektor z historycznego, polskiego miasta założy klub i ściągnie  zawodników jakich zechce. Ale to byłby hit!!! Wszystko w życiu jest możliwe, takie ono przewrotne. Toruń imponuje stadionem extra żużlowym, ma również szefa Ekstraligowej Spółki, byłego prezesa Unibaxu. Czy będzie nowatorskim prezesem? Zależy jak ułożą się stosunki z nadrzędną władzą pt. PZM a także relacje z Giekażetem. Dualizmy, rozdwojenie władzy zawsze czemuś służy, brakuje potem odpowiedzialności, która rozmywa się jak brzegi rzeki podczas powodzi. Niektórym to pasuje, bo wówczas mają powody do zademonstrowania swojej siły. W futbolu mamy podobne układy. Nie jestem zwolennikiem takich sytuacji, które podrażają życie i rozmywają odpowiedzialność. Nadbudowa nad ligą paraliżuje Giekażet, który statutowo istnieje w Pezetmocie. Tam trochę władzy, i tam trochę a nad wszystkim panuje Nadprezes ze swoimi sługami. Wygodne, niby demokracja a tak po prawdzie autokracja. Jak w tym wszystkim znajdzie się nowy szef Ekstraligowej Spółki Wojciech Stępniewski i czy będzie lepszy od poprzednika trudno wyrokować, bo klub ma inne zadania a tu jest o wiele wygodniejsze życie. Spektakularne. W każdym razie miasto Kopernika staje się centrum żużlowej areny, choć nie tylko z tego powodu jest znane w Polsce. Dzieło o obrocie ciał niebieskich nie na darmo “poleciało” kiedyś z Torunia w świat.

Karawana jedzie dalej

Poleciał grad krytyki ppod adresem władz ligowych. Za nowe stawki, za KSM, za… całokształt. Dawniej krytykę gromadziła na swoich plecach Główna Komisja Sportu Żużlowego PZM, zwana potocznie Giekażetem, obecna władza jest rozmyta tak jak mistrzostwa świata i krytykanci uderzają w Ekstraligową Spółkę, po drodze tarmosząc wspomniany Giekażet a także Polski Związek Motorowy, który patronuje całości i nie wypuszcza inicjatywy z rąk, mimo, że zarówno spółkowa Ekstraliga czy tenże Giekażet są samorządne. Niby. “Nic co w żużlu bez nas” zdaje się dawać do zrozumienia PZM. Słusznie. Jego szefowi nikt nie podskoczy i wszystko jest pod kontrolą stołecznego pałacyku na Kazimierzowskiej.

Nie będę się zagłębiał w meandry nowych zasad, KSM i tak dalej, bo z tym jest tak, jak ze statystykami wszystko znajdziecie w internecine, na portalach, nie wspominając już o  “TŻ”. Statystycy i analitycy porównują ile zarobią w nowej sytuacji gwiazdy oraz reszta. Jakoś nikt nie analizuje frekwencji na stadionach i zastanawia się co zrobić, żeby ludzie nie opuszczali meczów, turniejów, przychodzili tłumnie w myśl zasady, że nadal warto. Od lat młócę słowami, że kibice muszą, ba powinni być kokietowani przez władców klubowych, nie tylko ładnymi stadionami, ale dobrymi cenami biletów, programów, konsumpcją oraz atrakcjami przed i po imprezach. Młócę i w zasadzie nie wiele się zmienia, poza oczywistym faktem, że frekwencja jednak spada. Analiza z lat minionych o tym świadczy dobitnie. Nie mamy extra wydarzeń, nie ma już charyzmy jaką stworzył przed laty Tomasz Gollob. To był szał, to były wspaniałe czasy, kiedy w rytm gollobomani “płynęły” za zawodnikiem wierne rzesze kibiców oblepionych na biało – czerwono.

Tak jak w czasie futblowego EURO, jak za czasów Adama Małysza a i teraz Justyny Kowalczyk. Kibice lubią mieć idola, artystę sportowego, który funduje im hymn narodowy, wzruszenia i zwycięstwa niezapomniane.

Mamy spadek frekwencji a w klubach słychać narzekania, że brakuje pieniędzy a tej kasy potrzebują zawodnicy jak wielbłądy wody na pustyni. Kalendarz żużlowy jest przeładowany imprezami i odnoszę wrażenie, że nikt nad tym zjawiskiem nie panuje. Jedni tylko mają luz… druga liga made in Poland. Tam jest ciągle dużo “powietrza”.

Co do KSM, raz jest, potem nie ma i znów jest. Jakie zmiany? Otóż nie ma limitów zawodników z Grand Prix, ustalono 4.5 tysiąca złotych za punkt. Tysiąc euro tak mniej więcej. Będzie teraz Jury i to mnie dziwi, bo od zarania wystarczał pan i władca na stadionie w czasie meczu czyli sędzia. Jury tylko w fazie finałowej, bo co więcej głów, to nie jedna. A kiedyś wystarczała jedna. Sędzia jak był cwany to ukradkiem i tak wykonywał telefon do stosownej władzy. Konsultacja będzie teraz gremialna i trzeba za nią oczywiście zapłacić. W ogóle koszty administracyjne rosną i nie wrócą się czasy kiedy za punkt w latach siedemdziesiątych płaciło się plus minus 60 złotych. Sędzia miał gażę może i wstydliwą ale specjalnie nie narzekał. Potem towarzystwo się rozpuściło, a raczej pozwolono mu się rozpuścić. Nie jestem takim, co to chciałby aby sędzowie mieli głodowe stawki. Nie. Ile zarządzający spółkami zarabiają jest tajemnicą poliszynela. W ogóle ongiś PZM był społeczną organizacją, czasy odmieniły struktury i dziś za wszystko się płaci. Klub musi na to mieć…

Patrząc na europejski/ światowy, jaki?/ speedway, sport jakby nie było niszowy poza Polską, jest nie najlepiej, nie ma rowoju, nie przybywa nowych federacji, które promują żużel. Odwieczny mój “konik” jednodniowy finał i WIELKIE WYDARZENIE  KAŻDEGO SEZONU jest odnawialny jak bankowa lokata. I nic. Dalej brnie się w tę zwyczajność i udaje, że ten sport jest śliczny jak obrazek.

Czego potrzebujemy? Koncepcji rozwoju i nie ulega dla mnie wątpliwości, że taki wniosek powinien płynąć do FIM z Polski, bo to ona podtrzymuje bez respiratora ten sport w Europie. Opłacamy elitę, organizujemy imprezy topowe. Nic bez nas.

Przed nami kolejna GP w Gorzowie Wlkp. na stadionie Edwarda Jancarza. Tak a propos to Stadion Narodowy w Warszawie otrzyma imię Kazimierza Górskiego. Piękna sprawa. W Gorzowie z “dziką kartą” pojedzie obiecujący małolat miejscowego chowu Bartosz Zmarzlik, chłopak otrzymał super prezent. W takim towarzystwie, w tym wieku/17/ to jakby “żużlowa komunia”. No to jedź chłopcze i pokaż, że warto w ciebie inwestować i nie spraw zawodu, bo jesteś spadkobiercą tych, którzy na tym stadionie królowali od dziecka czyli Zenon Plech i Edward Jancarz.

Żużel toczy się w czerwcowe dni obok niesamowitych piłkarskich wydarzeń i żeby przeżyć te klimaty trzeba być w którymś z miast, gdzie toczą się mecze EURO. Adrenalina skacze na maksa, byłem więc w Warszawie na meczu, gdzie zremisowaliśmy z Rosją. FANZONY w miastach biją wszelkie rekordy. Nasza stolica jest ładna jak laleczka mazowiecka. I ten dynamit w płucach kibiców. Warto żyć dla takich chwil. Zachłysnąć się SPORTEM, atmosferą niepowtarzalną. Może jedyną w życiu? Hm, może i tak. Bo prawdziwy kibic sportowy nie powinien mieć klapek na oczach.

No dobrze, co tam na koniec? Motory raz jeszcze.

W Gorzowie Tomasz Gollob pojedzie na swoim, klubowym torze i oczekuje się, że zmaże poprzednie kiepskie wrażenia z GP. Kibice mają rozdarcie duszy, bo z jednej strony kusi futbol na wysokim poziomie a z drugiej jest speedway, który się kocha, choć z tą wzajemnością bywa ostatnio różnie.

Gęganie za plecami

Tytuł jest krótki, problem szeroki. Oddaje mentalność działaczy, w ogóle ludzi, którzy najlepiej się czują kiedy “szyją buty,” jak to się mówi popularnie, za plecami. Metoda stara jak świat, perfidna. Trudno powiedzieć wprost w oczy więc uruchamia się  “umyślnych”, którzy wypuszczają informacje i badają grunt. Potem najlepiej decyzje przekazać jeszcze przez kogoś innego. Decydenci pozostają  z czystym kontem. Najgorzej, że tak im się tylko wydaje. Osad się gromadzi. Podstępnie za plecami uruchamia się decyzje. Nie chcę dociekać rodowodu takich postępowań, zna je historia aż za dobrze. Funkcjonują.

Od kilku miesięcy albo i więcej słychać na żużlowej wokandzie, że szykuje się zmiana na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Szkoleniowcem nr 1 jest Marek Cieślak, intuicyjny trener o którym można dużo mówić ale wyniki świadczą, że potrafi zgrabnie zestawić  zwycięską drużynę. Ma sukcesy klubowe i reprezentacyjne. Jako zawodnik rodem z częstochowskiego Włókniarza był rewelacją, tamtejszy klub miał wówczas dobrą kondycję finansową, zacnych opiekunów i talenty pod ręką. Cieślak takim był.

Nie zawsze najlepszy zawodnik, kiedy chce być trenerem takim się staje. Trzeba umieć “czytać grę”, umiejętność raczej wrodzona. Marek Cieślak “przeorał” różne tory w te i wewte, startował w lidze angielskiej. Zna środowisko a ono jego.

Wielu zawodników próbowało trenerskiego chleba i wydawało im się, że udana kariera zapewni szkoleniowe ABC. Niestety jak życie pokazuje tak nie jest i nie chodzi tylko o żużel, również inne sporty. Trenerski zawód poza istotną wiedzą musi posiłkować się instynktem. Dobrzy trenerzy mający “ czuja” z marnymi składami potrafili zdobywać laury. Księżycowe teamy pod wodzą sławnych byłych zawodników – instruktorów nie zdobywały tytułów i mimo potężnych nakładów finansowych projekty kończyły się fiaskiem. Mam dawać przykłady?

Rynek szkoleniowy w żużlu nie tylko w Polsce jest ubogi. Najczęściej tym zajęciem parają się byli zawodnicy. Ilu mamy trenerów z dyplomami? Serdecznie mało. Aby taki “papier” zdobyć trzeba mieć niestety maturę.  W środowisku żużlowym każdy kto zdobędzie dyplom uczelni jest już guru. Teoretycznie.  Wielkim guru był przed laty dr Ryszard Nieścieruk z Gorzowa Wlkp., potem trener we Wrocławiu. Zrobił doktorat na uczelni sportowej. Wyjątek żużlowy. Mankamentem u niego była jednak skłonność do kaperowania zawodników. W sumie miał jednak sukcesy, no i ten doktorat na AWF.

Cieślak tego nie ma jest typowym samorodkiem. Ma wyczucie jak jego piękne psy.

Z dyplomem uczelni sportowej jest natomiast jeszcze niedawny zawodnik Rafał Dobrucki.

Obu, tzn. Cieślaka i Dobruckiego kojarzą wirujące wersje zdarzeń, że młodszy zastąpić ma starszego. Ten pierwszy ma umowę na prowadzenie reprezentacji do końca sezonu. Od jakiegoś czasu jakby czekano na jego potknięcie i wtedy Polski Związek Motorowy oraz Giekażet mieliby czystą sprawę, bo jak szepczą “króliczki” posadę trenera nr 1 ma objąć wykształcony ten drugi. Jakie ma osiągnięcia trenerskie? Startuje. Namaszczony został w mistrzowskim teamie Falubazu, gdzie startował i zakończył karierę z powodu kontuzji. Karierę bogatą i bardzo pechową. Poprzednio prowadził zielonogórski zespół Cieślak. Następca zatem wchodzi w przetarte ścieżki i być może spadnie na niego splendor z rozpędu. Sport jest jednak zagadką wielką jak ocean, nie mówiąc już o szkoleniowych meandrach.

Cieślak powędrował do Tarnowa i wydaje mi się, że złapie przyjazny klimat do restaurowania mistrzowskiej Unii. Gdzie osiadł było dobrze. Taki farciarz.

Pojedynek Cieślak – Dobrucki trwa, podkręcany przez wersje przyszłych zdarzeń. Podobno prezes PZM lansuje linię odnowy na reprezentacyjnym stołku i jakże wygodnie byłoby dla  niego, gdyby trener reprezentacji sam zrezygnował. A tak jest hardy trener, który jednak nie lubi plątać się w problemy.  Czy wytrzyma presję? Reprezentacja Polski pod jego kierunkiem zdobyła trzy razy z rzędu mistrzostwo świata i broni w tym sezonie złota na obcym terenie. Nie będzie lekko.

W środowisku żużlowym mówi się, że Dobrucki zna swoją ofertę a z Cieślakiem mimo wielu okazji nikt z PZM nie rozmawiał. Dziwne jeśli prawdziwe. Tak?

Tomasz Gollob, także inni zawodnicy z reprezentacji stoją murem za obecnym trenerem. Kuriozalna sytuacja, wiruje w powietrzu coś, co jakby towarzysko degraduje następcę, natomiast podtrzymuje na duchu obecnego szkoleniowca. Czy to jest zdrowe warto zapytać psychologa. Albo w siedzibie PZM vel Giekażet u źródła.

W dobie sukcesów reprezentacyjnych krążą od dłuższego czasu słuchy, że konieczna jest zmiana pokoleniowa. Oficjalnie nic nie wiadomo, zbliża się sezon, brakuje odwagi.  Podstawą w sporcie sa rezultaty. Nie zawsze dyplom zapewnia sukces, choć tak niektórym się wydaje. Trzeba mieć jeszcze ten wspomniany instynkt, no i autorytet. Ten ostatni tworzą wyniki sportowe, ciężka praca klubowa etc. etc., harówka wielu lat, bo “chleb” trenerski bywa z zakalcem i nie zawsze duże pieniądze zapewniają medale.

Polacy są mistrzami w psuciu atmosfery i potrafią ostro mącić, tworzyć koterie i gęgać za plecami. Nieładnie.

To nie jest obrona Marka Cieślaka, to jest krytyka złych praktyk, które nie powinny mieć absolutnie miejsca na każdym szczeblu a tym bardziej reprezentacyjnym.

Szukam w pamięci, mam…Woody Allen znakomity reżyser filmowy, scenarzysta, muzyk i aktor powiedział:  “Dobrzy ludzie śpią lepiej niż źli ale złym lepiej się wstaje”.

Ponadzwiązki jak podwiązki

Co tam rym, nie patrzcie na to! W polskim sporcie wrze, wpierw wyskoczyła sprawa pozbawienia przez futbolowy związek reprezentacyjnych ubiorów piłkarzy tradycyjnego symbolu czyli orzełka. Potem wybuchła afera korupcyjna, która jest badana. Prezes Grzegorz Lato ocalał narazie, ale padł Zdzisław Kręcina jako sekretarz generalny PZPN. Głośno zrobiło się znów wokół futbolowej centrali, podobnie jak i wokoł wystąpienia w Berlinie polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Z jednej strony mamy heroiczne próby uratowania Unii Europejskiej, jej budżetu, z drugiej ciągle istnieje problem banków, co burzy sny normalnych obywateli. Z trzeciej strony mamy sprawy poboczne, lecz bardzo istotne a taką jest raz po raz PZPN.

Na tym wątku, nienaruszalności sportowych związków, które funkcjonują często jak państwo w państwie, powstaje dylemat związany z sanacją tych organizmów, ich zdrowej odnowy. Jak to zrobić, skoro statuty bronią struktur i trudno nowym działaczom, choćby mieli złote pomysły na wagę Nobli, przebić się przez sito wyborów obwarowanych już od podstaw. W takich strukturach, gdzie nie ma mowy o wyborach ludzi z ulicy zdarzają się osoby przypadkowe, które w wyniku jakiś tam sytuacji działają w klubach i nagle awansują w zamieszaniu wyborczym jako ludzie znikąd. Skąd? Niby wiadamo, lecz ich dorobek  jest marny. Statuty związków sportowych są stare jak świat, przestarzałe nie  dają szans młodym, prezesi oraz zarządy tak manipulują przy wyborach, żeby osoby niewygodne absolutnie nie miały szans na wyborczej drodze. Przykłady? W wyborach Polskiego Związku Motorowego do władz wszedł prezes kulejącego klubu żużlowego z Rybnika. Znany? Trzeba można zapytać choćby na terenie okręgowego związku motorowego na Śląsku. Klub dołuje, rodzą się różne pomysły, nawet takie żeby tradycję spuścić już na sam doł ligowych tabel i zaczynać od nowa, bo budżet jest obciążony długiem z przeszłości. Trudna sytuacja dwunastokrotnego drużynowego mistrza Polski, owiana sławą Antoniego Woryny, Andrzeja Wyglendy, braci Majów i Tkoczów.  Tradycja rybnickiej kuźni jest tak duża, że dziwię się bardzo, że nikt w Rybniku od dłuższego czasu nie może zdecydować się na historyczny ruch ratujący ikonę polskiego i światowego jakby nie było żużla. Człowiek, który prezesuje i który nie ma pomysłu na ratunek ROW jest wybrany w strukturze PZM do władz. Jak to się stało?

Polski Związek Motorowy nie jest odosobniony przy czteroletniej kadencji w wyborczej walce o stołki. Demokratycznie oczywiście. Trzeba tylko mieć zawsze mandat na wybory jakiejś grupy, klubu. Bez tego ani rusz. I nie ważne czy ktoś coś zrobił społecznie, ma zasługi, plany i jest osobowością potrzebną dla rozwoju związku czy nie, istotny jest kartonik mandatowy. Najważniejszy. Jego posiadanie uprawnia do głosowania a opinie zbiera się i liczy dokładnie kto na kogo. Niepewni są na cenzurowanym. Przygotowanie wyborów jest majstersztykiem, który trwa wiele tygodni, trud w efekcie się opłaca, ponieważ trzeba być pewnym swoich wyborców. Na 100 procent.

Kto odmieni statuty sportowych związków? Mają one swoje kody zapewniające zarządom trwanie i trwanie. Polski sport potrzebuje nowej fali działaczy. Futbolowa władza jeszcze za prezesa Michała Listkiewicza utrwaliła przekonanie, że trudno cokolowiek zmienić. Sukcesję jaką zostawił Listkiewicz w postaci bramkostrzelnego kiedyś piłkarza z Mielca odbija się głośną czkawką w Europie. Wstyd. Kilkaset osób z zarzutami korupcyjnymi, piłkarze, działacze, sędziowie. Lista długa, teraz odwołany został człowiek, który długo przeżył w PZPN różne czasy. Nic nie trwa wiecznie, ucho od garnka wreszcie się urwało. A następne?

Związki sportowe mamy rozmaitej urody, prezesów, sekretarzy generalnych i mniej generalnych. Sport zawsze był magnesem, sam byłem przecież działaczem PZM. I nie tylko w tej organizacji, którą tak świetnie ustawił kiedyś prezes nad prezesami Roman Pijanowski.

Zła sława PZPN sieje w społeczeństwie niemal filmowy obraz patologii, ludzie kojarzą sport z takimi wyczynami z jakimi potem mają do czynienia prokuratorzy. Fatalna passa, która obudowana i umocniona przez majestat FIFA za czasów wspomnianego prezesa Listkiewicza dała teraz efekty.  Kiedy nastąpi kres? Czy prezesi mają honor? A kto ma, jeśli niektórzy prominenci z zarzutami dalej sprawują władzę w kraju?!  Jest wina, powinna być kara. Ale nie ma. Harcowanie kwitnie.

W perspektywie mamy EURO – 2012. Prezes Lato z perlistym uśmiechem zapewnia, że abdykuje kiedy Polska nie wyjdzie z grupy. A jak wyjdzie, zostanie? Drwina z nas wszystkich i przeświadczenie, że można kpić w żywe oczy i nic się nie stanie. Prezesi z żelaza. Kto widział, żeby lato trwało latami…

Nie ma kadencyjności, niektórzy ciągle są i nie dają szans młodszym. Był taki czas w historii polskiego sportu, że w latach 70 – tych do związków sportowych władza desygnowała młodych działaczy partyjnych o szerokich horyzontach. Niektórzy nie utrzymali się, większość jednak dała o sobie znać i daje. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w katastrofie samolotowej w Smoleńsku był dobitnym przykładem działacza, który jako młody człowiek kierował związkiem lekkoatletów. Byli inni np. Jerzy Dachowski. Dostali kiedyś szansę i ją wykorzystali; dziś takiej okazji młodzi nie mają, bo statuty “ponadzwiązków” bronią wyborczej machiny utrwalającej patalogiczny brud, choć nie wszędzie tak się dzieje na szczęście.

Cyrk w małym namiocie

 

„Ten kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”. Koniec, kropka i wywrotka. Życie raz po raz przypomina o tym i nadal mamy do czynienia z różnego rodzaju próbami dawania i odbierania. Czy w tym kontekście mam na myśli próby żużlowych bossów, którzy zapowiadają renegocjacje umów podpisanych w opcji euro niemal na wyścigi kiedy tylko skończył się sezon. Nie pamiętam takich szumnych i szybkich uroczystości, niektórzy nawet afiszują umowy z instruktorami jakby to była ratyfikacja arcyważnej decyzji .Guzik prawda. Cyrk w małym namiocie. A w dużym? Może ciut większym.

Właśnie. Środowisko czarnego sportu, choć jaki on tam czarny, żyje premierą sezonu i niepewnością jutra. Jednych straszą odejmowaniem kasy, drudzy martwią się czy w ogóle  coś i kiedy dostaną. A elita pokazuje słynny gest Kozakiewicza. A kuku…

Mnie frapują w czasie kryzysu finansowego, w którym prezesi słynnych banków światowych, którzy mają horrendalne długi, wysokości astronomicznych premii. Jak to jest do diabła, że tylko maluczkich trzeba walić po krzyżach? Gdzie sprawiedliwość, gdzie…

W tym całym cyrku na żużlowej scenie mamy dzierżawcę imprez mistrzostw świata pod nazwą Grand Prix. Amerykanie i Anglicy mają swoje IMG/ BSI. Taki speedwayland, który epatuje i wyciska pot z polskich i czeskich działaczy, bo Anglicy w Cardiff mają swoje prawa i przywileje, Szwedzi się nie dają, Duńczycy tolerują, dla Łotyszów to ciągle kolorowe przybliżenie Zachodu a Włosi maja ofertę turystyczną i dla urozmaicenia serialu robią takie speedway – spaghetti. Najbardziej prężą się i wyczyniają podchody polskie grupy utrzymujące poziom kasy BSI/IMG no i czeska „ skupina”. Ale na razie zostawmy serial GP. Trochę innego towaru.

W sytuacji kryzysu, widma lokautu ligowego na polskim gruncie wieszczonego przez udziałowców rozgrywek pytam publicznie dlaczego nie postanowiono obligatoryjnie aby obciąć solidarnie wszystkim, którzy mają kontrakty powyżej pół miliona złotych mały procent na ligę juniorów? Nie pomyślano? Strata małych, duży jedzie dalej. Ponieważ nie ma w polskim sporcie żużlowym wyraźnie ukształtowanego w majestacie władzy pionu szkolenia więc w tych kwestiach wypowiadają się klubowi dygnitarze, szkoleniowców nikt nie pytał o zdanie, zresztą  jadą na pasku prezesów, więc nie podskoczą powyżej swojej brody. No i doszło do bezmyślnej aborcji ligi juniorów.

Czy dzierżawca turniejów Grand Prix IMG/ BSI jest nietykalny w kwestiach finansowych skoro kryzys hula po świecie od  Nowego Jorku po Tokio?

Wcale nie namawiam do rewolucji lecz wydaje mi się logiczne, że warto zweryfikować wcześniejsze umowy polskich klubów podpisane z BSI/ IMG. Ta grupa zresztą umiejętnie już swoje zaoszczędziła, bo wycofała swoje środki z Super Grand Prix, czyli dolarowego przydziału dla zawodników w finale sezonu. Tracą na tym nie tylko żużlowcy, również kibice, dla których dodatkową atrakcją było podrasowanie widowiska. Klapa.

Czy Praga, Leszno, Daugavpils, Malilla, Bydgoszcz są w stanie ograniczyć zyski spółki Grand Powtórek? Hm, nie wiem. Włoskie Terenzano jest wyluzowane. Muszę przyznać, iż wtrącenie się w polskie organizacje mistrzostw świata przez Polski Związek Motorowy jest trafione, gdyż mam taką nadzieję PZM będzie dywersyfikował ten partyzancki rynek. Właściwie wraca Pezetmot do dawnych korzeni, kiedy jedynym rozdającym imprezy rangi mistrzostw świata była Międzynarodowa Federacja Motocyklowa a PZM biorąc prowizję od przyznania organizacji polskiemu klubowi nie był zdziercą. Negocjowano warunki twardo i jak to w interesie obie strony miały na tzw. „górkę”. Dobrze, że ktoś przypatruje się i ingeruje w rozbujane zapędy klubowiczów marzących o nieustającym festiwalu GP co rok. Konkurencja powinna uzdrowić imprezy i uatrakcyjnić dla kibiców. W sytuacji kryzysowej trzeba wreszcie kokietować widzów rozsądnymi cenami biletów, warunkami na stadionie i poza, atrakcjami przed i po imprezie. Nie ma nic gorszego od rutyny i „ ścierniska”.

Nie wiem czy jest ktoś o takim autorytecie w skali makro aby zebrać wszystkich organizatorów turniejów GP, drużynowych potyczek i przy kwadratowym/ wcale nie musi być okrągły/ stole zjechać z wyżyn do normalności. Potrzeba doprawdy wyobraźni, bo nikt nie wie w tej chwili jak potoczy się ten kryzys w połowie sezonu i jak wyglądać będzie kasa.

A co do juniorów, sygnalizowane są próby ratunkowe i jazdy w skali mikro. Proponuję by w ramach turniejów GP pokazać jeden wyścig utalentowanych zawodników taki „support”, zawsze to ożywi atmosferę, lepszy taki wyścig niż łomot jakiejś kliki muzycznej skrzykniętej  nie wiadomo po co. Poczujmy się lepiej…

Czas kryzysu nie może być ratunkiem dla niefrasobliwych prezesów, którzy na łapu – capu podpisali jak zwykle kontrakty byle mieć asa już na święta. Pośpiech jest zgubny a dobry podczas… łapania korupcji.

Wcześniej czy później kryzys minie i skorygowane decyzje mogą być utwierdzeniem przekonania, że tak trzeba robić. Powrót Pezetmotu i nadzór nad partyzantką klubowych gorących głów będzie zapewne dobrym stymulatorem. A życie pokaże faktycznie jak funkcjonuje „ oko” ze stołecznej Kazimierzowskiej.

Co do skorygowania umów z zawodnikami strefy euro mam wątpliwości dużego formatu. Z jednymi asami można rozmawiać, z drugimi wypada, z trzecimi koniecznie trzeba. Jeszcze inni w oparach metanolu nie puszczą ani grosza. Rozpieszczone towarzystwo przez lata nie da sobie wydrzeć apanaży. Jak to mówią „ mamy spółki, działalność gospodarczą i musimy być na plusie”. Wszystko jasne? Spodziewam się mimo wszystko po 2 – 3 miesiącach pewnych zawirowań, gdyż nie wszyscy mają tak skalkulowane budżety by przetrwać spokojnie do końca. Jeśli prezes klubu prowadzi firmę o niezłym obrocie i przewidział u siebie kryzys, a nie dostrzegł go na sportowym folwarku, mam wątpliwości  co do jedynej jego duszy. Powątpiewam i w tym nastroju nie zostaję sam, choć to słaba przyznacie pociecha. Ten kryzys stopuje zapędy niektórych polskich klubów żużlowych, które przed laty uwierzyły, że nie będzie żadnego finansowego zaparcia i cudowne rozmnożenie dóbr będzie trwało i trwało. A tu brzdęk. I lament.

W takim cyrku… dobrym clownem być.