Rozprawy z sumieniem

NIE ma łatwych rozstań, spraw, byle jakich finałów, zwykle ciężko coś przychodzi, łzy są słone, dróg jest tyle niezliczonych, życie szkoli nas non – stop, szczęście jednak czasem słodzi. Tekst piosenki? Może… nie zdradzam wszystkiego co mi w duszy gra. Mamy łatwe tematy ale i trudne piekielnie. Dla otoczenia, dla swojej tożsamości, ciągle  życie jednak nas koryguje, tego nie można, tamten bzdet, zranienie słowem bywa okrutne, choć rzeczywistość budzi ze snu.

Miałem rozmowę dosyć długą z działaczem, co lata strawił w żużlu nienagannie. Doświadczony piekielnie, skrupulatny jak anioł/?/ w niebie. Historia polskich działaczy krajowych i międzynarodowej klasy zasługuje na wyróżnienie, podkreślę w czasie przeszłym, bo dziś już takich sprzed lat już nie ma niestety, są “monetarni”, każdy dostaje wynagrodzenie, nikt nie pracuje za znaczek do klapy czy proporczyk. I ja to rozumiem. Co było, to było… Czasy zmieniają się i ludzie mentalnie grupują w zespoły, które wyciagają ze sportu spore pieniądze. Trwa lobbowanie biznesowe. Brakuje jeszcze w tych “interesach życia” jakiegoś zakonnika… Kluby to jedna wielka rodzina? Nad nimi władza, która jak Neptun ma trójzęba. Odpowiedzialność rozłożona i za firankami.

Swoje w żużlowej zagrodzie przerobiłem i coś przypomnę…

Otóż bywały ogólnopolskie narady z początkiem stycznia w siedzibie Polskiego Związku Motorowego na Powiślu w Warszawie/ ile razy tam przejeżdżam, wzdycham sentymentalnie/ miała elementy dyskusji nie zawsze klakierskie dla ówczesnych prominentów speedway’a. Na tej naradzie przygotowane były aktualne regulaminy, kalendarz i pączki od Bliklego.W przeddzień spotkania w stolicy, kto wybrał hotelowe spanie, mógł przetrawić dogłębnie w towarzystwie problemy minionego roku. Do otwartej dyskusji potrzeba odwagi dwóch stron, kto się boi argumentów zwleka, kluczy, najwygodniej nie spotykać się, żeby nie usłyszeć prawdy. Bywa bolesna ale uczy. Kasa się zgadza? Robimy biznes tercetami, kwartetami… Szofer pokieruje.

Speedway polski ma się dobrze, Polski Związek Motorowy dorobił się kiedyś hasła: “…pożyteczny jest i zdrowy”. Organizację pozarządową czyli PZM speedway doładowuje znacznie finansowo i prestiżowo. Zapewnia bezpieczeństwo w płynności, choć bywało przecież ongiś znacznie lepiej. Hymn narodowy utrwala zatem status quo. Niech się obraca karuzela na torach dalej, acz powstają wyrwy i wróżby nie są różowe.

1. Memoriały, memoriały…

Speedway cechują tego typu imprezy, czczą pamięć zawodników, którzy odeszli z życia w różny sposób. Dotykałem ongiś tego przykrego problemu, bo uważam, że jeśli zawodnik targnął się na życie, kontrowersyjna jest decyzja o urządzaniu Memoriału. Wybrał sam taką śmierć, “okaleczył” rodzinę, bliskich i dalszych i można wspominać zasługi sportowe, lecz robienie z hukiem imprezy jest mało logicznym rozwiązaniem. W historii były pomysły urządzania memoriałowych turniejów, niektórym “ideowcom” brakło determinacji by je kontynuować, więc są zapomniane/ Memoriały np. Lecha Barana, Ryszarda Nieścieruka, Jana Ciszewskiego/, pojawiły się jednak następne w uniesieniu emocji, koniunktury, które nie bardzo mają rację przetrwania, tło jest mocno dyskusyjne z powodów, które zaznaczyłem powyżej. Nie uprawiajmy gier na pokaz.

# Prezesie PZM Michale Sikora, warto zrobić sprawiedliwy przegląd memoriałowych turniejów w żużlu i podjąć rozsądną uchwałę w tej sprawie. Dawno temu/ chyba/ już takiego zapisu dokonano/?!/ i poza głównymi memoriałowymi wydarzeniami były tylko extra wyścigi honorujące zmarłe postaci. Nikt nikomu nie zamierza odbierać dorobku, nie lansujmy na siłę martyrologii, gdyż uczciwe, szczere pamiętanie jest modlitwą na wieki, bez podtekstów niepotrzebnych, uporządkowaniem godności dla potomności.

2. Kuriozalna, przewlekła sprawa częstochowianina Maksyma Drabika, reprezentanta wrocławskiej drużyny znalazła epilog rozprawy końcowej i POLADA zaplanowała wyrok na 2 lutego… tego roku. Jakby nie patrzeć były/ 2 razy/ mistrz świata juniorów dużo czasu spędził poza torem, sezon uciekł mu spod kół, miał więc okazję na inne rzeczy. Wolny czas rcjonalnie wykorzystał?! Czas pokaże. Trudno w tym wieku ułożyć sobie zajęcia, kiedy wypada się z rytmu meczów, turniejów, z ognia walki a płomień emocji pali duszę. Obojętnie jaki wyrok zapadnie, jaką karencję wymierzy egzekutor, zawodnika czeka wewnętrzna rehabilitacja i stosunek do sportu, który od dziecka był dla niego żywiołem. Żmudna praca jest niezwykle koniecznym sposobem przygotowania mentalnie zawodnika do startów. Warto było ścigać się z losem?

3. Inny przypadek, bardzo smutny, dotyczy rybnickiego fightera, zmarnowanego talentu ROW –  Rafała Szombierskiego, któremu grozi surowy wyrok za spowodowanie wypadku samochodem po pijanemu, trwałe uszkodzenie ciała kobiety, ucieczka z miejsca zdarzenia. Tragiczny incydent w Rybniku jakich dużo na polskich drogach. To ostatni wiraż rybniczanina, teraz żałuje, zresztą każdy w takich sytuacjach mówi podobnie.  Dlaczego do tego doszło? Nosił wilk razy kilka… żużlowiec, który był talentem na miarę choćby Zenona Plecha/ tak, tak… widowiskowo i mentalnie sportowo/, miał błyskotliwe sukcesy, rozbijał się spontanicznie w bujnym życiu poza stadionem. I nikt nie był na tyle mocnym charakterem, autorytetem dla niego, by brutalnie odebrać prawo do siadania za kierownicą auta?! Przypadek przykry i pouczający dla żużlowego środowiska; ba, dla wszystkich, którzy piją alkohol a potem pędzą autami. Tym razem nie udało się i sąd wyda wyrok. Łzy wielu osób dotkniętych dramatem mają smak gorzko – słony, piekielnie bolesny do wymazania z pamięci. Szkoda tak głupio niszczyć życia.  

Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.

Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.

Zapaść?

logo_pzm

Fatalnie wygląda sytuacja w polskim żużlu przed nowym sezonem 2015. Nie ma co owijać w bawełnę i ciumkać się po kątach. Regulaminu wydrukowanego jak nie ma, to nie ma i prawdopodobnie będzie pod koniec marca, czyli na tydzień przed ligowymi rozgrywkami. Wspominałem nie tak dawno, że w przeszłości, kiedy polska żużlowa “biblia na sezon” nie była gotowa na początku stycznia larmo leciało na całą Polskę. Konsekwentnie jednak z biegiem lat przyzwyczajano do czegoś innego i każda kolejna władza żużlowa pokazywała, że czas nie jest pieniądzem a środkiem do ich robienia. Najlepiej jak nic nie jest pewne i poruszać się po omacku. Gęsta mgła. To dobrze? Jak dla kogo. Kiedy mówią mi, że są tacy, którzy chwalą obecne kierownictwo Giekażetu, nie mogę zdiagnozować choroby tych osób. Życie jest wielka niespodzianką codziennie. No dobrze “biblia” będzie “zmajstrowana” na ostatni moment, mamy kilka tygodni do premiery sezonu i nie wiadomo ile drużyn ostatecznie wystartuje.

W Krakowie, pod Wawelem, gdzie Wisła robi zakole pod zamkiem na statku zamienionym w restaurację spotkają się 20 marca prezesi klubów i pewnie na czas tego jednodniowego “romantycznego” mityngu być może królowa polskich rzek spieni się okrutnie. Jedno jest pewne nie zabrzmi Dzwon Zygmunta. Zapowiada się pranie brudów, jak to bywało drzwiej nad rzekami, szkoda tylko, że tak późno i nie będzie czasu na korekty. Jak mi donoszą sikorki, nie wszystko co złe leży po stronie Giekażetu, bo przecież jest komisja do wydawania licencji i od niej zależy los, czy klub wystartuje czy nie. Dawno temu jeden z moich znajomych proponował by zrobić w polskim żużlu lokaut i zacząć życie od nowa. To było w czasach, kiedy kluby szastały pieniędzmi, kontrakty zawierali prezesi jak chcieli, nie było przejrzystości a raczej wszystko robiono przy zaciemnionych oknach. Czy nie tak? Bicie w piersi nic nie daje, słabych uderzeń nie słychać. Zagraniczni zawodnicy wiedzą dużo ale nie powiedzą a ci, którzy już zakończyli kariery mają się dobrze i chwalą polskich promotorów pod niebiosa. A promotorzy też mają się super, bo już czas przedawnił wszystko na amen. Trzeba chyba powołać spec komisję do spraw dawnych i teraźniejszych by uzdrowić sytuację, która przypomina bagno. Aż tak źle? Bóle nie leczone pogrążają problemy aż po uszy, ba! grożą zapaścią kompletną. Uff, robi mi się gorąco. I zimno zarazem.

Rok 2015 jest rokiem wyborczym w strukturach Polskiego Związku Motorowego i środowisko liczy, że wnioski zostaną wyciągnięte i pewne błędy nie powtórzą. Tak sądzą optymiści. Jestem jednak pesymistą, bo obecna sytuacja jest kuriozalna a wszystkie kłopoty wynikają z ludzkich błędów. Bardzo mnie interesuje jak potoczy się dyskusja i czym zakończy się spotkanie pod Wawelem w którym prawdopodobnie zabraknie na życzenie prezesów mediów. Dla mnie dziwne, gdyż jeśli jest wola uzdrowienia sytuacji, niech media bezpośrednio zrelacjonują zjazd decydentów polskiego żużla. W tak pięknym miejscu będzie królował… smok wawelski i ział siarą? Jeden smok, kilka? Tak jak Wanda nie chciała Niemca, tak prezesi nie chcą mediów. Szkoda, brakuje odwagi i powtarzam raz jeszcze, środowisko dużo mówi po kątach a oficjalnie milknie byle nie podpaść guru… Fałszywe pojmowanie chorej sytuacji. W środowisku medycznym mówi się tak, że jeśli pacjent chce wyzdrowieć, to medycyna jest bezradna. Dobra filozofia, prawda? Bywa, że “przekazy medialne z drugiej ręki już nie mają pierwszej” i to jest moja filozofia przy prawie 50 – letnim trwaniu w zawodzie. Wawelskie spotkanie może jednak przyniesie coś nowego, może… Takie oto moje “łaknienie” w poście.

A do sezonu tuż, tuż. Dobra jest aura pogodowa, a jaka będzie w premierze i czy przysłowiowy “lany poniedziałek” nie zakłóci meczów Ekstraligi przekonamy się w pierwszy weekend kwietnia. A tak a propos. Od dziecka pamiętam, ba, “od zawsze”, że żużlowcy zaczynali sezon w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, chyba, że pogoda wcześniej była paskudna, zima robiła psikusa i zawodnicy nie mieli gdzie i jak trenować. Wtedy prolongowano start do sezonu o tydzień albo dwa. Wszystko też zależało, kiedy wypadały te radosne święta ruchome w kalendarzu. Aura lubi kaprysić i czasem na wiosnę się czeka, bo w marcu jak w garncu a kwiecień plecień.

W tym roku mamy inną nowość, która bulwersuje środowisko, bo część meczów jest już w niedziele, czyli nic ze świętowania Zmarchwystania!!! Święcone jajka, chrzan i szynkę schowajmy do torby. Owszem, bywało w przeszłości, że kiedy jakaś drużyna miała wyjazdowy mecz w poniedziałek bardzo daleko, to ekipa wyjeżdżała już w niedziele wieczorem, lecz śniadanie świąteczne było w rodzinie zagwarantowane! Tradycji się nie burzy, tradycja święta rzecz. Ale mamy inne czasy, gdzie wszystko można wywrócić do góry nogami. Jak bałagan, to na całego. Nie tak dawno wywalczono dla handlu niektóre dni świąteczne wolne od pracy, bo za “ komuny”/ nie lubię tego słowa/, to były one zawsze wolne. Za “komuny” pierwszy dzień wielkanocny była dla żużlowego towarzystwa nie do ruszenia. Dla innych sportów także; pracowałem w gazecie “ Sport” wystarczająco długo i wiem. Nie ma już “ komuny” i paradoksalnie jest decyzja: “żużlowcy do roboty a ludzie na stadiony”. Kto ich tak urządził? Jeśli taki jest wpływ na tradycję superligowej spółki oraz telewizji, są przecież organizatorzy meczów, którzy jak z tego wynika nie mają nic do powiedzenia. Dlaczego nie zrobiono jak w futbolu, że gra się w sobotę i poniedziałek a niedziela jest święta i boska dla wszystkich?

Znów zatem komuś coś uciekło i wyciekło. Polski speedway przypomina bajzel z którego trudno będzie chyba wyjść a tak łatwo przecież niektórym do niego się wchodzi i żyje jak w niebie. Alleluja!

Maleńczuk do żużla!

Może Maciej Maleńczuk albo wręcz europoseł z muszką pod szyją J. Korwin – Mikke, wtedy prominenci polskiego żużla usłyszą prawdę bez żadnej żenady. Prezes PZM Andrzej Witkowski dobry socjotechnik miałby niezły materiał do przemyśleń w 2015 roku, obchodów jubileuszu 65 – lecia tej organizacji zbudowanej przez poprzedniego prezesa Romana Pijanowskiego, który zebrał grupę ludzi, prawdziwych fachowców a sama marka PZM imponowała młodym ludziom. Czy dziś tak jest, czy młodzież wie, co oznaczają te trzy literki? Sumienia obecnych działaczy nie ruszam, sami muszą wiedzieć, chyba, że boją się wychylać z okna a prezes określi to nielojalnością wobec niego, bo nie można mieć swojego zdania i koniec, kropka. Nie ma wychylania, można wypaść.

W Pezetmocie nikt od dawna nie wychyli się poza swój kołnierzyk, bo wypracowany dryl pieszczony jest przez apologetów, którzy pamiętają jeszcze poprzedniego prezesa, lecz imponuje im herbatka z herbatnikiem u prezesa, ktory nie zamierza oddać korony. Taki charakter. Przyszłoroczna Grand Prix w Warszawie będzie służyć jubileuszowi PZM/ 65 lat/ i rokowi wyborczemu. Stolica zachłyśnie się blichtrem politycznego pędu na trybuny, by pokazać swoje twarze w towarzystwie kamer. Celebracja na amen.

Pisałem onegdaj o tym turnieju/ kwiecień 2015/ i osobiście cieszę sie bardzo, że stolica mojej ojczyzny przeżyje imprezę żużlową w atmosferze, jakiej nie będzie miała żadna stolica. Sny bywają jawą, kontestowałem.

Raduję się więc i zarazem troskam o pobocza warszawskiej GP. Oto dowiaduję się, że w kraju, gdzie jest wyjątkowa kultura żużlowa i ligowe rozgrywki karmią światową elitę nie ma materiału na zrobienie toru na Stadionie Narodowym. Materiał na nawierzchnię zostanie przywieziony z… Danii. Popłynie przez Bałtyk a potem pojedzie do stolicy państwa, gdzie ciągle robi się drogi, odcinki autostrad i infrastruktura komunikacyjna jest wielkim placem budowy. Szkoda, że nie ma już ministra S. Nowaka, który kocha duże zegarki na rękę, bo doradziłby prezesowi A. Witkowskiemu i celebrytom z BSI/ Paul Bellamy/, że paranoją jest wożenie nawierzchni zza Bałtyku. Polskie tory nie mają skandynawskich kamieni, mamy Strzegom, mamy śląskie hałdy, no i zawsze, i po dziś dzień dziwię się, że rybnicki stadion nie korzysta z kopalnianych dóbr, które są w tym górniczym regionie a wagonami mogą być szybko na stadionie. Strzegomska szarość na polskich stadionach lepsza, choć jak życie doświadcza w razie deszczu trudno ten materiał wchłania wodę. Nie mamy zatem torów o nawierzniach takich jak w Anglii czy Skandynawii. Ole Olsen zbawiciel BSI i gotowy na każde skinienie za odpowiednią fakturę zadba o tor na stołecznym Narodowym. Mocny policzek dla polskich działaczy a policzki ustawił w szeregu prezes PZM. No tak, nie będziemy brudzić się torem, mamy komisarzy, mamy fachowców ale zawsze lepszy ktoś z Zachodu. Stać na przemyślane kompleksy, „kompleksy“ chyba nie do uleczenia przez obecnie decydujących. „Rany Boskie“ – powiedziałaby osoba postronna a dramaturg Sławomir Mrożek, gdyby jeszcze żył, miałby pomysł na opowiadanie. Nie ma Mrożka, jest PZM, BSI i Olsen. Wątpię czy duński trzykrotny mistrz świata, dziś około siedemdziesiątki, sprowadzałby do Vojens na tor, gdzie rządzi i dzieli, materiał z podrybnickiej hałdy. Rachunek ekonomiczny jest decydujący ale nie dla polskich notabli, którzy chętnie wydają nie swoje pieniądze! Ciekawe co na to supereurodeputowany Ryszard Czarnecki, który lubi speedway, działał we wrocławskim klubie i ma ostry, opozycyjny język. Na GP w Warszawie, jeśli nie będzie miał eskapady na Wyspy Dziewicze, pewnie się zjawi i skonsumuje kanapki serwowane przez catering, no właśnie skąd? Ze Skandynawii? Kiedy byłem na finałach MŚ w siatkówce w Katowicach cateringowe stoły były przygotowane przez speców z…Wrocławia i Poznania. „ Fuck“, tyle kilometrów od Katowic – powiedział pewien Fin, kiedy mu powiedziałem, że ten łosoś został przyprawiony nie na miejscu tylko 300 kilometrów dalej. Paradoksy polskie na potęgę. Czym dalej, tym taniej? Muszę zapytać szefa Giekażetu Piotra Szymańskiego. A tak, a propos ciekawe kogo namaścił już na nowego przewodniczącego GKSŻ prezes Witkowski.

Tak jak pisałem kilkanaście tygodni temu prezes PZM zrezygnował na kongresie europejskiej unii w Krakowie latem tego roku z kandydowania i „wypchnął“ do tej cudacznej struktury P. Szymańskiego, bo dla siebie rezerwował fotel wiceprezydenta FIM. Nic nowego, wszystko po staremu. J. Korwin Mikke potrzebny na obrady zjazdowe PZM a M. Maleńczuk niech zaśpiewa tam nową swastę, jest w wybornej formie, jeszcze go nie zamykają, jeszcze mu pozwalają a mistrz, jak powiedział w TV, czeka cierpliwie, kiedy będzie mógł w Polsce zapalić swobodnie planta. I ja też. Ale do rzeczy.

Administracyjnie speedway w ciągu ostatnich 20 lat podrożał horrendalnie, a czy jest lepszy dzięki kosztownym obradom JURY na zawodach, czy jest lepiej na torach wskutek powołanym komisarzom na polskich torach?!

Nowe wypiera bezkrytycznie stare a kibice płacą.

Nie jestem czuły na płacz prezesów, którzy czasami wypuszczani są z kryminałów za poręczeniem i dalej działają. Wstyd. Polskie związki sportowe funkcjonują w przestrzeni statutów pamiętających niejakiego Gomułkę. Nie zdążyła zrobić nic ministra J. Mucha, nie zrobi tego jej następca, bo bardziej czuje bałtycki jod, niż swąd w związkach sportowych, gdzie młodzi działacze nie przecisną się przez bary starych, doświadczonych działaczy, którzy znacznie lepiej pracują głowami, niż sędziowie w państwowych komisjach wyborczych.

A skąd wziął się w orbicie PZM nadprezes A. Witkowski w latach siedemdziesiątych? Ano „komuna“ miała dobry pomysł by wstrzyknąć świeżą krew do sportowych związków i tak znaleźli się tam młodzi działacze, jak np. Nurowski/ lekka atletyka/, Dachowski/ tenis stołowy/, Maj/ piłka nożna/, Jeż/ koszykowka/. Bardziej udani czy nie, lecz powiało czymś nowym i niektórzy zrobili karierę, bo dyplomata Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w Smoleńsku, był prężnym szefem PKOl.

Jednak w narodzie coś się tli… i w przestrzeni żużla rodzi się nowa, mądra idea techniczno – organizacyjna w skali światowej pod szyldem NSF, której szefuje Sławomir Walczak. Życzę łódzkiemu lotnikowi z zamiłowania, pasjonatowi żużla aby pomysły miały lot pomyślny a lądowanie szczęśliwe, lecz o tym w pobliżu świąt, które skłaniają do życzliwości w każdej sytuacji.

Kabaret NeoMoto

BEZGRANICZNA miłość do żużla w Polsce, od jak pamiętam zawsze, jest niezrozumiała dla tysięcy ludzi i u nas, i poza granicami. Kiedy Stadion Śląski otworzył swoje wrota dla tego sportu w 1973 roku zagraniczni goście zobaczyli widownię niesamowitą, większą od kultowego londyńskiego Wembley. Byli porażeni ponad 100 tysiącami kibiców, którzy zasiedli na stadionie i pobili żużlowy rekord frekwencji. Na trybunach było gorąco, choć przyznać muszę, że 80 tysięcy fanów na Wembley na trybunach zbudowanych pionowo, robiło przy świetle elektrycznym kocioł pełny wrzątku. Jakby powiedział niezapomniany komentator redaktor Jan Ciszewski tam był pełny … komplet. Speedway przy świetle jupiterów robi kompletnie inne wrażenie i zamienia imprezę w bajkę. W tej bajce nie ma wilka, który chce zjeść babcię, jest galaktyka wyścigów, które jeśli tor nie jest zabetonowany, wprawiają kibiców w niemal deliryczny nastrój barwnej walki nie pozbawionej także dramaturgii karamboli wywołujących ciszę strachu. Kochamy bezgranicznie tę moc dreszczy do utraty tchu. Piłkarze mówią zwykle, “taka jest piłka”, żużlowe towarzystwo, ”taki jest speedway”. Wszystko jak na targu do kupowania garściami i do wspominania jesiennymi wieczorami. Miłość do żużla jest ogromna od Lublina po Gorzów Wlkp., od Gdańska po Rybnik i od Wrocławia po Rzeszów. A jeszcze jest środek Polski. Cudownie zazdrosne uwielbienie sportu, który wzbudza emocje takie jak mecze piłkarskie Polska kontra Niemcy, albo siatkarskie Polska vs Brazylia. Uff, zajechałem trochę nie tam, gdzie chciałem. Wybaczcie, robię korektę.

MUSZĘ wyznać trochę zgromadzonych refleksji. Szef Giekażetu PZM Piotr Szymański został “prezydentem” europejskiego żużla. Przy okazji gratuluję i nie mam zamiaru deprecjonować gremium, które kiedyś zostało ugruntowane przez polskich lobbystów na arenie międzynarodowej dwóch Andrzejów: Witkowskiego i Grodzkiego, z gruntu Polskiego Związku Motorowego. Taka organizacja pod barkiem FIM, czyli Międzynarodową Federacją Motocyklową. Inaczej: faceci niedocenieni przez grupę X, mogą być dopieszczeni przez grupę Y. Taki sobie“gender”. Ranga mistrzostw świata w żużlu jest niepodważalna i europejskie wyścigi o korony choćby angielskiej królowej nijak się mają do podium MŚ. Andrzej Grodzki z Opola był szefem europejskiej grupy pod bacznym okiem prezesa PZM. Potem nastał niemiecki szef , ktory po prostu tylko był. Polscy działacze mają szczęście do niemieckich dygnitarzy sportowych, bo zamiast być na czele, głosują na… fotele sąsiadów z Zachodu. Tak było w FIM/ Sorber/ i Europa /Ziegler/. Tego roku latem w Krakowie odbył się zjazd europejskiej unii motorowej i szef Pezetmotu Andrzej Witkowski nagle zrezygnował z kandydowania a pewnie by wygrał i szefem został Austriak o krótkim nazwisku Srb. Zapamiętają goście/ ponad 200/ od motocykli “mój” kochany Kraków na wieki, bo nie tylko tam było pięknie, co równie bogato. Nie każdą federację stać na taki zjazd. Ostatnio dojechały wieści, że specem od żużla na europejskiej polu został Piotr Szymański. I tu padły chóralne hymny pochwalne pod adresem prezesa PZM, że zadbał o polski interes. Obaj panowie AW i PS zadowoleni, z tym, że dla prezesa PZM na pewno najważniejsze jest forum FIM.

Socjotechnikiem jest doświadczonym, godnym wielu rad nadzorczych. Zostawiam te “gruchania” polsko – polskie do obgadania na potem.

“POMNIKIEM” dla PZM i jego prezesa będzie na pewno uruchomienie żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie wszystkim celebrytom i politykom bardzo blisko na wybieg. Zbliżają się wybory w PZM. Ten ma szczęście. Szykuje się celebra na 1000 fajerków. Premiera Grand Prix nastąpi w kwietniu 2015, cieszę się i nie szukam podtekstu, on sam wychodzi zza kotary.

Jeszcze będzie o Piotrze Szymańskim, który też jest w FIM, również tam dojeżdża Wojciech Stępniewski as z Torunia, z miasta, które ma szczęście od wieków do gwiazd, pierników i bogatych ojczulków. Popierajmy się, ale też coś dajmy innym!

Szef Giekażetu, czyli Mr. PS i człowiek od “żużlowej międzynarodówki w wywiadzie na łamach “TŻ” wyznał, że są tacy, co krytykują Armando Castagnę a nie znają go wcale i nie zamienili z nim zdania, zaś Włoch przecież kocha speedway… jak makaron. Coś w ten deseń.

Kochani… Armado razem z drugim Armando, tylko Dal Chiele, nauczycielem z Lonigo i dobrym żużlowcem, bronili barw Włoch w światowych imprezach. Castagna z Sarego ostro konkurował z Dal Chiele. Oczywiście kocha speedway jak swoją mamę i pizzę. Namaszczony został Castagna na szefa światowego żużla przez odchodzącego na emeryturę zacnego Renzo Gianniniego, mojego serdecznego przyjaciela z Lonigo. Włoska familia okazała się silniejsza od polskiej, lecz gdzie na Boga jest polski speedway, a gdzie włoski?! Prezesa PZM przy tym nie było? UBOLEWAM. Jako długoletni recenzent sportu żużlowego znam kulisy międzynardowego towarzystwa, które jak każde sportowe jest hermetyczne, łagodnie określając, bo… jak wylecisz, już tam nie wlecisz. Rozbawił mnie ostatnio telewizyjny reporter w transmisji z hurra słabego meczu, który wspomniał ni z gruchy, ni z pietruchy celebrytę spod Rybnika, podkreślając jego przyjaźń z Tomaszem Gollobem. Parcie na szkło niektórych niedopieszczonych jest nieodparte i wielka szkoda, że medialna bogini od piekła i nieba Monika Olejnik, nie może jeszcze postawić kropki nad” i” w tym żużlowym towarzystwie Krzysiów, Tomusiów, Jareczków, Grzesiów, Andrzejków, Piotrusiów i Wojtusiów.

MOŻNA kochać speedway, lecz nie nadawać się do kierowania organizacją, acz Włosi mają historyczny patent na bezwzględne struktury zarządzania nie tylko typu nowojorskiego Little Italy made in USA. Castagna jest szefem światowego żużla, pilnuje i promuje za wszelką cenę swojego syna na torach. Czy to mafia? Powstaje pytanie czy maestro nadaje się na szefa CCP FIM, gdyż sama miłość nie wystarcza, kiedy brakuje narzędzi? Po swoich poprzednikach, choćby wspomnieć Polaków: obkutego na wszystkie języki świata Władysława Pietrzaka, technicznego alfa i omegę Zbigniewa Flasińskiego, pojętnego Słoweńca Franci Novaka, czy akuratnego Niemca Guentera Sorbera a skończywszy na charyzmatycznym, przystojnym Renzo Gianninim. To on postarał się by jego następcą został rodak, najlepszy w historii Włoch żużlowiec. Castagna przecież jako pierwszy jeździł na silnikach Giusseppe Marzotto/ z Polski prekursorem był torunianin Wojtek Żabiałowicz/ i nadal jeszcze jako super weteran potrafi ścigać się na torze. Znam Castagnę nie od dziś i żałuję, że na jego miejscu w FIM nie ma mojego rodaka.

Kiedy to nastąpi? Chyba wtedy, kiedy dojdzie do zmian na piedestale Pezetmotu i decyzje będą zapadały z empatią, gdy kompetencje i klasa działaczy będą nawiązywać do tradycji, jaka jest zapisana w historii Polskiego Związku Motorowego.

Na razie mamy to, co widzimy, więc przeżywamy rozterki i z bólem nie pojmujemy. Jak z tą miłością, która kiedy jest ślepa, robi głupstwa na prawo i lewo.

Panie i panowie samo życie, albo inaczej mondo cane, pieskie życie.

  1. 1. Ostatnio mam słabość do postscriptum; otóż prezes PZM wyznał na łamach “TŻ”, że licencje nadzorowane zdały egzamin/ sic!/ a jego “dzieci” komisarze od torów są potrzebni. Kabaret NeoMoto. Czy władza zawsze ma rację?! Smak demokracji bywa czasem gorzki a pecunia non olet. Czasami jednak śmierdzą.
  2. Kluby tną koszty i ruch transferowy zapowiada się przed świętami bez prezentów. Wraca normalność? Kończą się bankomaty bez limitów.