Rozprawy z sumieniem

NIE ma łatwych rozstań, spraw, byle jakich finałów, zwykle ciężko coś przychodzi, łzy są słone, dróg jest tyle niezliczonych, życie szkoli nas non – stop, szczęście jednak czasem słodzi. Tekst piosenki? Może… nie zdradzam wszystkiego co mi w duszy gra. Mamy łatwe tematy ale i trudne piekielnie. Dla otoczenia, dla swojej tożsamości, ciągle  życie jednak nas koryguje, tego nie można, tamten bzdet, zranienie słowem bywa okrutne, choć rzeczywistość budzi ze snu.

Miałem rozmowę dosyć długą z działaczem, co lata strawił w żużlu nienagannie. Doświadczony piekielnie, skrupulatny jak anioł/?/ w niebie. Historia polskich działaczy krajowych i międzynarodowej klasy zasługuje na wyróżnienie, podkreślę w czasie przeszłym, bo dziś już takich sprzed lat już nie ma niestety, są “monetarni”, każdy dostaje wynagrodzenie, nikt nie pracuje za znaczek do klapy czy proporczyk. I ja to rozumiem. Co było, to było… Czasy zmieniają się i ludzie mentalnie grupują w zespoły, które wyciagają ze sportu spore pieniądze. Trwa lobbowanie biznesowe. Brakuje jeszcze w tych “interesach życia” jakiegoś zakonnika… Kluby to jedna wielka rodzina? Nad nimi władza, która jak Neptun ma trójzęba. Odpowiedzialność rozłożona i za firankami.

Swoje w żużlowej zagrodzie przerobiłem i coś przypomnę…

Otóż bywały ogólnopolskie narady z początkiem stycznia w siedzibie Polskiego Związku Motorowego na Powiślu w Warszawie/ ile razy tam przejeżdżam, wzdycham sentymentalnie/ miała elementy dyskusji nie zawsze klakierskie dla ówczesnych prominentów speedway’a. Na tej naradzie przygotowane były aktualne regulaminy, kalendarz i pączki od Bliklego.W przeddzień spotkania w stolicy, kto wybrał hotelowe spanie, mógł przetrawić dogłębnie w towarzystwie problemy minionego roku. Do otwartej dyskusji potrzeba odwagi dwóch stron, kto się boi argumentów zwleka, kluczy, najwygodniej nie spotykać się, żeby nie usłyszeć prawdy. Bywa bolesna ale uczy. Kasa się zgadza? Robimy biznes tercetami, kwartetami… Szofer pokieruje.

Speedway polski ma się dobrze, Polski Związek Motorowy dorobił się kiedyś hasła: “…pożyteczny jest i zdrowy”. Organizację pozarządową czyli PZM speedway doładowuje znacznie finansowo i prestiżowo. Zapewnia bezpieczeństwo w płynności, choć bywało przecież ongiś znacznie lepiej. Hymn narodowy utrwala zatem status quo. Niech się obraca karuzela na torach dalej, acz powstają wyrwy i wróżby nie są różowe.

1. Memoriały, memoriały…

Speedway cechują tego typu imprezy, czczą pamięć zawodników, którzy odeszli z życia w różny sposób. Dotykałem ongiś tego przykrego problemu, bo uważam, że jeśli zawodnik targnął się na życie, kontrowersyjna jest decyzja o urządzaniu Memoriału. Wybrał sam taką śmierć, “okaleczył” rodzinę, bliskich i dalszych i można wspominać zasługi sportowe, lecz robienie z hukiem imprezy jest mało logicznym rozwiązaniem. W historii były pomysły urządzania memoriałowych turniejów, niektórym “ideowcom” brakło determinacji by je kontynuować, więc są zapomniane/ Memoriały np. Lecha Barana, Ryszarda Nieścieruka, Jana Ciszewskiego/, pojawiły się jednak następne w uniesieniu emocji, koniunktury, które nie bardzo mają rację przetrwania, tło jest mocno dyskusyjne z powodów, które zaznaczyłem powyżej. Nie uprawiajmy gier na pokaz.

# Prezesie PZM Michale Sikora, warto zrobić sprawiedliwy przegląd memoriałowych turniejów w żużlu i podjąć rozsądną uchwałę w tej sprawie. Dawno temu/ chyba/ już takiego zapisu dokonano/?!/ i poza głównymi memoriałowymi wydarzeniami były tylko extra wyścigi honorujące zmarłe postaci. Nikt nikomu nie zamierza odbierać dorobku, nie lansujmy na siłę martyrologii, gdyż uczciwe, szczere pamiętanie jest modlitwą na wieki, bez podtekstów niepotrzebnych, uporządkowaniem godności dla potomności.

2. Kuriozalna, przewlekła sprawa częstochowianina Maksyma Drabika, reprezentanta wrocławskiej drużyny znalazła epilog rozprawy końcowej i POLADA zaplanowała wyrok na 2 lutego… tego roku. Jakby nie patrzeć były/ 2 razy/ mistrz świata juniorów dużo czasu spędził poza torem, sezon uciekł mu spod kół, miał więc okazję na inne rzeczy. Wolny czas rcjonalnie wykorzystał?! Czas pokaże. Trudno w tym wieku ułożyć sobie zajęcia, kiedy wypada się z rytmu meczów, turniejów, z ognia walki a płomień emocji pali duszę. Obojętnie jaki wyrok zapadnie, jaką karencję wymierzy egzekutor, zawodnika czeka wewnętrzna rehabilitacja i stosunek do sportu, który od dziecka był dla niego żywiołem. Żmudna praca jest niezwykle koniecznym sposobem przygotowania mentalnie zawodnika do startów. Warto było ścigać się z losem?

3. Inny przypadek, bardzo smutny, dotyczy rybnickiego fightera, zmarnowanego talentu ROW –  Rafała Szombierskiego, któremu grozi surowy wyrok za spowodowanie wypadku samochodem po pijanemu, trwałe uszkodzenie ciała kobiety, ucieczka z miejsca zdarzenia. Tragiczny incydent w Rybniku jakich dużo na polskich drogach. To ostatni wiraż rybniczanina, teraz żałuje, zresztą każdy w takich sytuacjach mówi podobnie.  Dlaczego do tego doszło? Nosił wilk razy kilka… żużlowiec, który był talentem na miarę choćby Zenona Plecha/ tak, tak… widowiskowo i mentalnie sportowo/, miał błyskotliwe sukcesy, rozbijał się spontanicznie w bujnym życiu poza stadionem. I nikt nie był na tyle mocnym charakterem, autorytetem dla niego, by brutalnie odebrać prawo do siadania za kierownicą auta?! Przypadek przykry i pouczający dla żużlowego środowiska; ba, dla wszystkich, którzy piją alkohol a potem pędzą autami. Tym razem nie udało się i sąd wyda wyrok. Łzy wielu osób dotkniętych dramatem mają smak gorzko – słony, piekielnie bolesny do wymazania z pamięci. Szkoda tak głupio niszczyć życia.  

Zapaść?

logo_pzm

Fatalnie wygląda sytuacja w polskim żużlu przed nowym sezonem 2015. Nie ma co owijać w bawełnę i ciumkać się po kątach. Regulaminu wydrukowanego jak nie ma, to nie ma i prawdopodobnie będzie pod koniec marca, czyli na tydzień przed ligowymi rozgrywkami. Wspominałem nie tak dawno, że w przeszłości, kiedy polska żużlowa “biblia na sezon” nie była gotowa na początku stycznia larmo leciało na całą Polskę. Konsekwentnie jednak z biegiem lat przyzwyczajano do czegoś innego i każda kolejna władza żużlowa pokazywała, że czas nie jest pieniądzem a środkiem do ich robienia. Najlepiej jak nic nie jest pewne i poruszać się po omacku. Gęsta mgła. To dobrze? Jak dla kogo. Kiedy mówią mi, że są tacy, którzy chwalą obecne kierownictwo Giekażetu, nie mogę zdiagnozować choroby tych osób. Życie jest wielka niespodzianką codziennie. No dobrze “biblia” będzie “zmajstrowana” na ostatni moment, mamy kilka tygodni do premiery sezonu i nie wiadomo ile drużyn ostatecznie wystartuje.

W Krakowie, pod Wawelem, gdzie Wisła robi zakole pod zamkiem na statku zamienionym w restaurację spotkają się 20 marca prezesi klubów i pewnie na czas tego jednodniowego “romantycznego” mityngu być może królowa polskich rzek spieni się okrutnie. Jedno jest pewne nie zabrzmi Dzwon Zygmunta. Zapowiada się pranie brudów, jak to bywało drzwiej nad rzekami, szkoda tylko, że tak późno i nie będzie czasu na korekty. Jak mi donoszą sikorki, nie wszystko co złe leży po stronie Giekażetu, bo przecież jest komisja do wydawania licencji i od niej zależy los, czy klub wystartuje czy nie. Dawno temu jeden z moich znajomych proponował by zrobić w polskim żużlu lokaut i zacząć życie od nowa. To było w czasach, kiedy kluby szastały pieniędzmi, kontrakty zawierali prezesi jak chcieli, nie było przejrzystości a raczej wszystko robiono przy zaciemnionych oknach. Czy nie tak? Bicie w piersi nic nie daje, słabych uderzeń nie słychać. Zagraniczni zawodnicy wiedzą dużo ale nie powiedzą a ci, którzy już zakończyli kariery mają się dobrze i chwalą polskich promotorów pod niebiosa. A promotorzy też mają się super, bo już czas przedawnił wszystko na amen. Trzeba chyba powołać spec komisję do spraw dawnych i teraźniejszych by uzdrowić sytuację, która przypomina bagno. Aż tak źle? Bóle nie leczone pogrążają problemy aż po uszy, ba! grożą zapaścią kompletną. Uff, robi mi się gorąco. I zimno zarazem.

Rok 2015 jest rokiem wyborczym w strukturach Polskiego Związku Motorowego i środowisko liczy, że wnioski zostaną wyciągnięte i pewne błędy nie powtórzą. Tak sądzą optymiści. Jestem jednak pesymistą, bo obecna sytuacja jest kuriozalna a wszystkie kłopoty wynikają z ludzkich błędów. Bardzo mnie interesuje jak potoczy się dyskusja i czym zakończy się spotkanie pod Wawelem w którym prawdopodobnie zabraknie na życzenie prezesów mediów. Dla mnie dziwne, gdyż jeśli jest wola uzdrowienia sytuacji, niech media bezpośrednio zrelacjonują zjazd decydentów polskiego żużla. W tak pięknym miejscu będzie królował… smok wawelski i ział siarą? Jeden smok, kilka? Tak jak Wanda nie chciała Niemca, tak prezesi nie chcą mediów. Szkoda, brakuje odwagi i powtarzam raz jeszcze, środowisko dużo mówi po kątach a oficjalnie milknie byle nie podpaść guru… Fałszywe pojmowanie chorej sytuacji. W środowisku medycznym mówi się tak, że jeśli pacjent chce wyzdrowieć, to medycyna jest bezradna. Dobra filozofia, prawda? Bywa, że “przekazy medialne z drugiej ręki już nie mają pierwszej” i to jest moja filozofia przy prawie 50 – letnim trwaniu w zawodzie. Wawelskie spotkanie może jednak przyniesie coś nowego, może… Takie oto moje “łaknienie” w poście.

A do sezonu tuż, tuż. Dobra jest aura pogodowa, a jaka będzie w premierze i czy przysłowiowy “lany poniedziałek” nie zakłóci meczów Ekstraligi przekonamy się w pierwszy weekend kwietnia. A tak a propos. Od dziecka pamiętam, ba, “od zawsze”, że żużlowcy zaczynali sezon w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, chyba, że pogoda wcześniej była paskudna, zima robiła psikusa i zawodnicy nie mieli gdzie i jak trenować. Wtedy prolongowano start do sezonu o tydzień albo dwa. Wszystko też zależało, kiedy wypadały te radosne święta ruchome w kalendarzu. Aura lubi kaprysić i czasem na wiosnę się czeka, bo w marcu jak w garncu a kwiecień plecień.

W tym roku mamy inną nowość, która bulwersuje środowisko, bo część meczów jest już w niedziele, czyli nic ze świętowania Zmarchwystania!!! Święcone jajka, chrzan i szynkę schowajmy do torby. Owszem, bywało w przeszłości, że kiedy jakaś drużyna miała wyjazdowy mecz w poniedziałek bardzo daleko, to ekipa wyjeżdżała już w niedziele wieczorem, lecz śniadanie świąteczne było w rodzinie zagwarantowane! Tradycji się nie burzy, tradycja święta rzecz. Ale mamy inne czasy, gdzie wszystko można wywrócić do góry nogami. Jak bałagan, to na całego. Nie tak dawno wywalczono dla handlu niektóre dni świąteczne wolne od pracy, bo za “ komuny”/ nie lubię tego słowa/, to były one zawsze wolne. Za “komuny” pierwszy dzień wielkanocny była dla żużlowego towarzystwa nie do ruszenia. Dla innych sportów także; pracowałem w gazecie “ Sport” wystarczająco długo i wiem. Nie ma już “ komuny” i paradoksalnie jest decyzja: “żużlowcy do roboty a ludzie na stadiony”. Kto ich tak urządził? Jeśli taki jest wpływ na tradycję superligowej spółki oraz telewizji, są przecież organizatorzy meczów, którzy jak z tego wynika nie mają nic do powiedzenia. Dlaczego nie zrobiono jak w futbolu, że gra się w sobotę i poniedziałek a niedziela jest święta i boska dla wszystkich?

Znów zatem komuś coś uciekło i wyciekło. Polski speedway przypomina bajzel z którego trudno będzie chyba wyjść a tak łatwo przecież niektórym do niego się wchodzi i żyje jak w niebie. Alleluja!