ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

WORYNA, dziadek

fbfpi_9bc297121b60791f70885afe9fd7311b

1. Postaci klubowe przechodzą do historii swoimi osobowościami, pracą, wiedzą. W rybnickim klubie długie lata pracował Antoni Fic. Poznałem go, kiedy miał już swoje lata, lecz nigdy nie szczędził czasu na rozmowy o żużlu, prowadził z klasztorną dokładnością kronikę, gromadził zdjęcia i gdy ktoś czego nie wiedział, szedł do sympatycznego starszego pana. Przeżył kilku prezesów górniczego klubu, z pionierem rybnickiej drużyny Tadeuszem Trawińskim dobrze się rozumieli, fachowiec z fachowcem zawsze dojdą do porozumienia, gorzej kiedy ignoranctwo chce wygrać, wtedy porażka jest tylko kwestią czasu. O Antonim Ficu mówiło się, że miał słabość do swojego imienia i każdy chłopak zgłaszający się do szkółki o imieniu Antoni miał pierwszeństwo. Legendy rodzą się z faktów niebanalnych.

Do szkółki trafił ANTONI WORYNA, imię miał bardzo słuszne ale co tam, najważniejszy przecież talent. A Woryna miał. Ponadto nosił w sobie nie tylko ambicje lokalne, chciał być mistrzem świata. Kiedy paszport był talizmanem przy wyjazdach na Zachód a liga brytyjska była świętością dla każdego żużlowca, Antoni konsekwentnie z zachowaniem dyplomatycznych lokalnych powiązań realizował swoje plany życiowe.

2. Zadzwonił do mnie rybnicki kolega z klubu Józek Cycuła i powiedział, że Antek Woryna zmarł. To był grudzień 2001, blisko świąt. Szok. A miał już wyjść ze szpitala w Jastrzębiu. Urodził się w Rybniku 15 lutego 1941 roku, dorobił się sportowego, bogatego życiorysu. Śmierć przyszła za wcześnie i nagle.

3. Poznaliśmy się poza stadionem dzięki Jerzemu Kubikowi, który był sprawnym kierownikiem rybnickiej drużyny. Antek wtedy bardzo chciał pojechać do Anglii, by startować w lidze brytyjskiej. Początek lat siedemdziesiątych… najlepiej siedzieć w domu, nie było łatwo uzyskać zgodę na zagraniczne starty. Woryna był uparty, widział dla siebie szansę w najlepszej lidze świata, która przygarniała talenty i edukowała twardymi acz atrakcyjnymi warunkami. Atmosfera żużlowych stadionów w Anglii, Walii, Szkocji była szalenie wciągająca, komu buzuje adrenalina i jest zakochany w sporcie, angielskie stadiony żużlowe zapamięta na całe życie. Antek miał oczywisty talent, wrodzoną inteligencję, ciekawił go świat, zawsze tak było a znaliśmy się przez długie lata, także ze wspólnych podróży. Rozmawialiśmy nie tylko o żużlu, z nim można było. Kariera bogata, barwna, obfitująca w medale różnego koloru i rangi imprez.

4. Szef polskiego żużla wojskowy pułkownik Rościsław Słowiecki nie był malowanym przewodniczącym, miał chłopski, frontowy rozum i dostrzegał to, czego inni nie widzieli. To on zdecydowanie w 1971 roku wskazał na młodego chłopaka Jerzego Szczakiela aby na rybnickim stadionie w mistrzostwach świata par wystartował razem z innym rybnickim talentem do ścigania s na torach Andrzejem Wyglendą. Trafił celnie, jak snajper. Para opolsko – rybnicka zdobyła komplet punktów zostawiając za sobą takich asów jak Nowozelandczycy Barry Briggs i Ivan Mauger. To był fantastyczny finał, górnictwo potrafiło pod okiem fachowców zadziwić organizacyjnie świat. Górnik, potem ROW, to była marka, tradycje, które potem były idiotycznie rozmieniane na drobne.

No ale wracamy do Antoniego Woryny, gdzie przez jego ojcowiznę, mały dom przy wylocie z centrum Rybnika przewinęło się wiele osób. Gościnny dom, od ulicy gęsto obsadzony wysokim żywopłotem, jak mówił Antek by nie widzieć złego świata.

57e4f35a42c497_39297277

Był pierwszym Polakiem, który zdobył medal mistrzostw świata; 1966 rok Goeteborg, tam gdzie dwa lata później stanął na podium Edward Jancarz. Przyjaźnili się, speedway w polskim wydaniu miał silne korzenie klubowe i zmiana barw przyszła późno, długo zawodnicy związani byli ze swoimi kątami klubowymi. Potem nagle ruszyła kawalkada zmian, oferty finansowe zmiotły dużo zasad w żużlowych matecznikach.

W tymże 1966 roku, kiedy zdobył brązowy medal w Goeteborgu wygrał mistrzostwo Polski na swoim torze, gdzie się wychował i nie zmienił barw do końca. Fenomen? Mało takich. Szczęśliwy to był rok 1966, bo złoto wywalczyła reprezentacja w Wrocławiu. Rok wcześniej też to zrobili w bawarskim, małym Kempten. Rozpędzona machina, silna paka. Brązowy medal IMŚ padł indywidualnie jego łupem we Wrocławiu w 1970 roku. Drużynowo ma w dorobku pięć medali, poza wymienionymi: 1967 w Malmoe, dwa brązowe w Londynie 1970 i rok później we Wrocławiu. Miasto miało wybornych działaczy, znających się na tym sporcie, organizacyjnie ćwiczyli różne warianty a nie było łatwo. Stadion wygodny a miasto atrakcyjne dla kibiców brytyjskich, niemieckich i skandynawskich. Było imprezowo.

Na polskim gruncie z rybnicką drużyną w lidze Antoni skompletował 12 medali; 9 złotych, srebrny i dwa brązowe. Dwa razy “machnął” prestiżowy wówczas Zloty Kask. Wspomniałem o jego mistrzowstwie indywidualnym w1966 roku w Rybniku, za rok był drugi na tym stadionie a w 1970 trzeci.

Bardzo chciał jeździć w Anglii, tam był żużlowy uniwerstytet, zdawał sobie z tego sprawę, ostatecznie dostał zgodę władz górniczych, choć w klubie nie bardzo chcieli go wypuścić. Dwa lata w Poole, ustawiły go językowo, technicznie, nabrał przekonania, że różnorodność torów, ich charakter, atmosfera są konieczną wyprawą do królestwa nad Tamizą.

5. Po zakończeniu intensywnej kariery próbował szkolenia w Polsce, także na Węgrzech. Nie zawsze wybitni sportowcy zostają udanymi trenerami. “Czytanie gry” jest kolejną tajemnicą. Został działaczem w żużlowej centrali. Lubił palić fajkę i opowiadać ciekawie. Dziadek Antoni Woryna dziś byłby bardzo pomocny udanemu wnukowi Kacprowi /rocznik 1996/ , który jest utalentowany, ma jednak łatwiejszą drogę, niż protoplasta rodu. Na sukcesy składa się pasmo nie tylko zwycięstw, także porażek, potrzebna naturalna rozwaga w młodym wieku, przewidywalność, gdyż ekstremalny speedway nie jest łatwy.

57d50655aff735_66398327

ANTONI Woryna i KACPER Woryna – dwa światy i trudno je porównywać; ważne by w kolejnym wcieleniu rodzinnej sagi wnuk nie utracił tego, co zbudował medalowy dziadek.

Uśmiech ponad tatuażami

10616290_803875412969059_1825525010347900175_n

Jedni grillują a drudzy ścigają się od bandy do bandy, inni martwią jak przetrwać sezon, drudzy zbierają kasę na play – offy. Cała Polska nasza, żużlowa od Krosna po Gorzów. Ile ma podkarpacki klub na drugoligowy żywot a ile gorzowska Stal ozdobiona metką sponsora, gdzie dźwięczy pieniądz. Przepaść. Z trudem lepią budżet Kraków, Lublin czy Piła. Jak w sporcie, tak i w Polsce w różnych przedziałach gospodarki jest wahadło. A sport nie jest wolny ani od kondycji gospodarki, ani od polityki. A propos Gorzowa. Co tam się dzieje? Mistrz Polski na dnie Ekstraligi? Zdarzają się w sporcie takie upadki, lecz kto by pomyślał, że będzie aż tak źle? Krzysztof Kasprzak broniący tytułu wicemistrza świata nie ma na razie kogo pozdrawiać z telewizyjnego okna, bo jest pod oknem… W serialu Grand Prix „daje ciała“, w ligowych meczach jedzie jak po grudzie. Rzadka przypadłość, bo mimo wszystko nie powinno schodzić się z pewnego poziomu, jeśli tam ulokowała się marka danego zawodnika czy drużyny. KK jest ambitny ale wyraźnie zagubiony i nie rozumiem tłumaczeń bogactwa sprzętowego i trudności dopasowania się do torów. W ubiegłych roku dołował Jarosław Hampel, krążyły różne wersje zdarzeń, w tym sezonie jeszcze trudno powiedzieć jak będzie, choć jest lepiej. Hampel w Zielonej Górze a za miedzą Kasprzak w Gorzowie, dla obu/ jest jeszcze łapiący rytm Maciej Janowski/ niebagatelnym testem będzie start 4 lipca w Cardiff na Millenium Stadium, na sztucznej nawierzchni. Egzamin także dla organizatorów spod znaku BSI, bo chyba jeszcze męczy ich czkawka po warszawskim skandalu, skrzętnie zamiecionym na polskim gruncie przez PZM.

Obracam się jednak w stronę ligi a do pierwszej GP jeszcze wrócę kiedy indziej. Tak mi dyktuje sumienie i ten ryk kibiców “złodzieje, złodzieje“. W tej atmosferze draka na arenie FIFA, światowej federacji piłkarskiej i kolejny wybór Szwajcara/ żona jest Polką/ Seppa Blattera na prezydenta tej organizacji jest mega skandalem i potwierdzeniem, że świat głupieje. Korupcja drąży tę federację, mamy spektakularne aresztowania a w ich cieniu wybór 79 – letniego działacza na lukratywny fotel. Jest taka książka FIFA – Mafia. Jak to powiedział poseł Jan Tomaszewski FIFA jest „zakatarzona“ a propos przyznania finałów MŚ Katarowi. Szkoda, że posłowi Tomaszewskiemu daleki jest speedway i nie zajął się hucbą na Narodowym w wykonaniu „orkiestry“ PZM z dyrygentem Andrzejem Witkowskim. Prezes AW nadal będzie dyrygował motorową przestrzenią PL? Nie chcę ale muszę? Boże, widzisz i nie grzmisz?! Za czyje grzechy wysyłają pozwy fani żużlowi na Kazimierzowską w stolicy? Lecę dalej…

Unia Leszno po toruńskiej wpadce jakby jechała po swoje a żużlowa kultura tego ośrodka i okolic nie pozwala na obciachowe jazdy. Roman Jankowski trzyma rękę na pulsie. Kiedyś zadzwonił jeden z fanów leszczyńskich i podpuszczał mnie w stylu „ a po co ten Krzysiek wyniósł się do Gorzowa, źle mu było w rodzinnym gnieździe“?.. No niby tak, ale Gorzów ograł w walce o mistrzostwo Polski Unię a Kasprzak sięgnął po srebrny medal i mógł pozdrawiać całą Polskę na lewo i prawo. Jak prezydent elekt!

Toruński team kokietuje australijskiego żużlowego rockmana Darcy Warda, który już wyzbywa się klątwy wiszącej nad nim i szykuje do wyścigów, które w jego wykonaniu są popisem przegranego startu i wygranego wyścigu, mijanek w radosnym sprincie i gonienia po torze za rywalami, jak chart za zającem na angielskim polowaniu. Ward jest wyposzczony i mocno „najarany“ do ścigania. Pisanie o jego wyposzczeniu może mieć drugie dno, więc nie zapeszam. W tym kontekście „awaria“ Patryka Dudka jest bolesna. Jak to było w tej piosence, „piłem w Spale, spałem w Pile“… Wszystko musi być pod kontrolą zawsze i wszędzie!

Trwają ciągle dyskusje na temat lig 7/5. W pierwszej mamy siedem drużyn, w drugiej pięć. Jest sporo przestojów, bez sensu. Zawodnicy muszą jeździć a nie tracić czas w swoich boksach. Układ ligowy w tym sezonie jest fatalny i nie wiem czym się skończy w perspektywie przyszłego sezonu. Miota się w Ekstralidze Grudziądz z Tomaszem Gollobem, który na tym gruncie jest raz aktorem głównej roli, a raz gra „ogony“. Jego starszy o rok kolega Amerykanin Greg Hancock uwija się w serialu GP i trzyma szpicy, choć widać, że mimo, jak zawsze, nienagannego sprzętu trudno już 45 – latkowi wytrzymać siedem wyścigów w pełnym gazie. Nie ma rady na PESEL! Coś na temat wiem osobiście.

Mamy przed sobą finał drużynowy MŚ w duńskim Vojens, wielką próbę elity. Jej szczupłość potwierdza, że serial Speedway Grand Prix nie zdobył na stałe nowych miejsc w Europie i na świecie. Ubolewam, że wykruszyły się emocje w Bułgarii czy Rumunii. Europejski żużel jest światowy i koniec, kropka. Nisza aż piszczy wobec innych sportów. Gdzie Rzym, Krym, Los Angeles i Malezja na krańcu świata. Skoro zaczepiłem już Azję, to taka potęga w sporcie też, jak Chiny jakoś nie została zaszczepiona bakcylem speedway’a. Dlaczego? „Kraj Środka“ ma wybitnych sportowców, kiedyś był kopciuszkiem w wielu dyscyplinach a dziś szczytuje. Speedway nadal pozostaje w cieniu Muru Chińskiego i nikt nie ściga się tam w lewo. Państwo szalonej ilości motocykli, motorynek, rowerów nie „łyknął“ zapachu żużlowej mieszanki. Dziwne dlaczego.

Wracam teraz do tytułu i chyba domyślacie się, że chodzi o Taia Woffindena, który jest w tym sporcie człowiekiem obsypującym uśmiechem i finezyjnymi jazdami. Osobisty wdzięk i myślenie o innych, którzy czasami potrzebują wsparcia w cierpieniach życiowych. Tai pomaga charytatywnie, dzieli się tym, co talent i zdrowie mu ofiarowują. Deficyt takich. A że z tatuażami poszalał na swoim ciele, niech tak już zostanie, bo ważny jest charakter i serce. Życzę mu więc, żeby znów został mistrzem świata; na razie lideruje w GP i szykuje się na kolejny łup pod dachem w Cardiff, przy dopingu swoich rodaków „go, go, go“.