KOGUCIKI I BALONY

Rozbujały się rozgrywki ligowe, inne turnieje, zbliża się serial Grand Prix, wersji polskiej z dodatkiem Pragi. Takie niby nic a jednak. Jak musimy, to musimy. Zawieszamy sobie makaron na uszy, jest dobrze? Worek pytań ma dziury, wylatują kwestie dręczące, jedne nowe, drugie stare, kiedy wszystko skończy się, będzie czas na oceny, na razie dystans powoduje umysłową rezerwę na wnioski. Obok nas koronawirus szaleje, ludzie lekceważą obostrzenia, we Włoszech za brak maski u klienta w sklepie zamykają na 30 dni interes. Strach musi mieć duże oczy, zwłaszcza w Polsce, gdzie “demokratyczna” bezczelność wyzwala moce piekielne. Bywam tradycyjnie w filmowym zakątku Polski nad Wisłą, gdzie dobrze rozmyśla się o sprawach rozmaitych. Miasteczko jest kolorowym, malowniczym zabytkiem, czas płynie jak Wisła wolno, acz twórczo, zwłaszcza dla artystów różnej zawodowej konfiguracji. Jestem tam co roku bez nudy żadnej, dostaję karmę do pisania nie tylko o żużlu, zresztą mam blisko do stadionu, gdzie mecze są atrakcyjne nie tylko z powodu oglądania z wysokości 20 metrów. Rozpuszczam myśli na wszystkie strony mojej głowy, speedway jest w krwiobiegu. Także piłkarska wyposzczona Liga Mistrzów w cudownej Lizbonie, bo jak grać, to na całego, codziennie, w południe, w nocy, lecz nie byle gdzie. I w dodatku Robert Lewandowski! 

WRACAM do tematów starych, nowe docierają także. Hejty lecą jak zgniłe jabłka z drzew. Liczę naiwnie, że władze Ekstraligi przepisami ochronią strefy sportowej intymności, bo każdy zawodnik musi czuć się najzwyczajniej swobodnie w stresie. Bez podsłuchu i podglądania, tylko męskie “granie”.

W jednym z poprzednich felietonów wspomniałem o bydgoskim juniorze, który poobijany okrutnie wyjechał na tor, żeby zdobyć punkt. ”Ojcowie” drużyny puścili go nie wiem po co, gdyż i tak ten punkt nie był wart funta kłaków. Zdrowie zawodnika zostało przecenione, bohater sam wycofał się z jazd, bo organizm odmówił posłuszeństwa. Żużlowcy są poobijani fest. Obojczyki “spawane” przez angielskiego speca dr Briana Simpsona w Ipswich od ponad 20 lat. Złamany obojczyk ale za tydzień jest mecz, więc koszty nie ważne, nie istotny gwałt na organiźmie, więc etyka lekarska Mr. Simpsona jest skrótowa. Kości połączone i gość gotowy do walki. Speedway nie jest brydżem, tu się ściga, pędzi, przewraca. Widowiskowe karambole ze skutkiem często tragicznym pogłębiają wcześniejsze niezaleczone kontuzje. Po co ja to piszę po raz setny… Ano mam nadzieję, że szare komórki wniosą wreszcie coś zdrowego.

OSTATNIO w żużlu mamy interesującego dawcę sensacji. Milimetr NITRO robi karierę, wzmacnia metanol i paliwo jest extra napędem. Sprawa nie jest taka nowa, obostrzenia w parkingach ułatwiły dystansem pewne zachowania w sztabach technicznych. Motocykl zasilony nitro pędzi – jak oświadczają mędrcy świata, monarchowie żużlowi – po pewne zwycięstwa. Fair play jest podobne temu, jakie doświadcza bezkarny Maks Drabik jr, któremu za stosowanie niedozwolonego środka wisi kara i spaść nie może. ”Zjawisko” jest zgubne i wyrabia opinię, że jedni mogą a drudzy cierpią. Jest wina, powinna być kara. Nie chcę być mentorem, synów swoich wychowałem, lecz przewlekanie wyroków osłabia moc winy, sprawia, że winowajcy czują się bezczelnie bezkarni. Co może w tej sprawie powiedzieć Patryk Dudek, którego dotknęło szybkie rozstrzygnięcie POLADY?!

METANOL jest towarem podatnym na wzmocnienie, jak każde paliwo… Tajemnicą poliszynela był fakt, który raz zamierał, raz odradzał, że coś nie gra z szybkościami niektórych zawodników. Były przecież kontrole, lecz pandemia i dystans do testów spowodowały rozluźnienie. Polak na to jak na lato… Potrafi? “Metanowirus” jest milimetrowy a jak skuteczny/ ile kosztuje?/ działa czasowo. A więc do dzieła komisarze techniczni, badajcie, wyciągajcie wnioski. Kary? Drabikowe casusy? Wokół speedway’a aura jest barwna, często dramatyczna, nie kończące się sekwencje, jak w filmach Scorsese, Llosy, Scotta. Brakuje tylko muzyki, jest tło i zdarzenia, złamania kończyn, kręgów. PSYCHICZNIE jako tako, lecz nie do końca, bo łez szczęścia i żalu są hektolitry. Nieżyjący mechanik, kiedyś Częstochowa, potem Zielona Góra – Tadeusz Tumiłowicz opowiadał mi różne historyjki z wypraw do dawnego Związku Radzieckiego. Oto kiedyś przyjechała polska reprezentacja do Czerwonogrodu i zwyczajowo na stadionie stała beczka metanolu. Podjeżdżają z motocyklami do tankowania a paliwo czarne niczym smoła i paskudnie śmierdzi… więc pytają, co to jest? A gospodarze z rozbrajającym uśmiechem: “ Żeby nasi nie pili”. No tak a na beczce trupia czaszka. “Na zdarowie!” Można? Życie na wschodzie ucieka a chce się pić. Speedway nie jest kaszą gryczaną, kefiru na popijanie nie potrzebuje.

Dobrze, żarty za bandę, tajemnice poliszynela wirują i mamy /podobno/ strzykawkowe przenikanie kropli NITRO, które dają szybki power, trzeba od razu zrobić wjazd pod taśmę i uciekać. Interesujące, czym się skończy ta wychodząca z mgły nitro future afera.

LIGA nabiera rozpędu. Krążą różne wersje jej zakończenia. Doleciała do mnie taka wieść, że być może koranawirus może mieć wpływ na ostateczny układ tabeli. Dywagacje trwają głównie jeśli chodzi o dolny rejon tabeli. Kibice penetrują, są świetnymi komisarzami ocen,  trafnych opinii, niektórzy biją na łeb i szyję romaitych ekspertów, którzy mijają się z prawdą. Żużlowy poker w głowach robi mętlik.

O czym się jeszcze mówi i co śmieszy? Jeden z prezesów Ekstraligi ma duże parcie na “szkło”, toteż jego przebywanie w parkingu i latanie wokół, jest jak powiedział mi jeden z psychologów zwykłym leczeniem kompleksów. Zdarza się raz po raz, demonstracja klubowej władzy; jednych deprymuje, klakierzy popierają, choć w duszy nie mogą ścierpieć, jeszcze inni czekają, kiedy skończy się taniec pryncypała. Najczęściej sytuacja wyjaśnia się wraz z degradacją drużyny. Nie ma co owijać w papier toaletowy, rybnicki stan nie jest dawnym górniczym stanem, gdzie tak znaczyło TAK, a nie po prostu NIE. Z kręgów wtajemniczonych płynie info, że prezes zraża sobie ludzi.Nie od dziś, sprawa charakteru. Sport jest dziedziną, która powinna, mimo rywalizacji, łączyć, zawierać kompromisy i słyszę, że drzwi zatrzaskuje się z hukiem a nie otwiera życzliwie. Mur. Jak nazywa się uwielbienie samego siebie? NARCYZ. Nie jedyny przykład w żużlu, niestety. Rybnik żużlowy jest tradycją oplecioną znaczącymi sukcesami, nazwiskami reprezentantów Polski, medalistami mistrzostw świata. Czas najwyższy na powrót do dumnej przeszłości, bez zabawy w piaskownicy i udawania, że nic się nie stało. Speedway przy ul. Gliwickiej/ po jednej stronie jest stadion a po drugiej szpital psychiatryczny i można się pomylić/ potrzebuje konkretnego prezesa, bez latania między motocyklami i robienia show rym cym, cym. Broni go szef RN PGG ROW, powołując się na jeden/?!/ wygrany mecz i mówi o hejtowaniu. Modne słowo wytrych na każdą okazję. Obrona ma wersję : “wielkiego pasjonata”. Otóż podkreślam –  żużlowych pasjonatów w Polsce jest kilka milionów i nie każdy ma chłopski rozum. Rybnicka historia żużlowa zasługuje na normalność, ratowanie prezesa przez prezesa z jednego gniazda, to dopiero pandemia wspólnego uwielbiania. Nie tylko kibice mają dość dziecinady w ciemnych okularkach i jak się jeszcze okazuje w różowych. Broni ojciec, broni matka i uciekają latka… Rym, cym, cym…Rybnik musi odzyskać autorytet marki sportowej, jak było od zarania.

LIGOWE mecze zaskakują, jest nieobliczalnie, pycha dostaje po plecach, same nazwiska nie jadą, liczy się forma i spryt zawodników, doświadczenie coachów. Ekstraliga funduje wyścigi na zawał serca, ale, ale… Pora najwyższa na polskie, młode talenty, bo wystarczy zagranicznych wyświechtanych “pracowników” klubów, którzy jeżdżą w kratkę. Co polskie – lepsze i zdrowsze, tylko, że ONI jr. muszą mieć szanse startów sprawiedliwych. Konkurencja powinna być męska, bezlitosna w wyborach składów, wtedy poziom wzrośnie. Nie może być świętych krów, bo inne już mamy pastwiska. Zero pobłażania dla bylejakości. No to co? Zakładamy maski i jedziemy. Play –  offy pod specjalnym nadzorem? A na jakich torach? –  Do walki, mijanek, czy na nudnym klepisku? Za tydzień o serialu Grand Prix, który spadł jak meteor. Kompresja “kolorowych jarmarków”: fajne koguciki na drucikach, balony dmuchane i ostre jazdy.

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.